Błyskawiczną, ale zarazem cudowną betę tego rozdziału wykonała Disharmonie, której ogromnie dziękuję za pomoc :).

Dziękuję też Nakurishi, Megi1986, lohrelain, CreepyMary za komentarze! Wiem, że jest dziwnie i poplątanie, i w ogóle, ale poniższy rozdział może trochę wszystko rozjaśni? W każdym razie – jeszcze trzy do końca!

Miłego czytania! (Och - a maturzystom życzę powodzenia!)


Motyle serce

Część druga

Rozdział dziesiąty

Tom wygładził swoje szaty – niestety nieszyte na miarę, jako że wszystkie jego rzeczy sprzedano na aukcji, zabrano jako dowody lub na wystawy – i podszedł do drzwi. A następnie zapukał w nie pojedynczym, ostrym ruchem.

Jego żołądek ścisnął się w dziwnym oczekiwaniu.

Chwilę później w drzwiach stanęło jego alter ego, uśmiechając się do niego.

— Bardzo się cieszę, że udało ci się przyjść – oznajmił horkruks.

Nie znosił jego widoku. Tego, że przypominał mu o dziecinnych marzeniach i ambicjach. O Czarnych Panach, czystości krwi i życiu, jakie wiódł przed spotkaniem Harry'ego Pottera.

Przekroczył próg. Drzwi zamknęły się za jego plecami.

Z kuchni dobiegł go namiętny zapach pieczonej jagnięciny i ziół. Nie wątpił, że była to robota Harry'ego.

Choć młodzieniec w przeszłości niejednokrotnie lądował przy stole kuchennym w jego domu, nie było to spowodowane brakiem umiejętności kucharskich, a raczej faktem, że Harry uparcie odmawiał prawidłowego dbania o samego siebie.

Głowa Toma przechyliła się odrobinę, gdy się nad tym zastanawiał.

Cała ta sytuacja była absolutnie surrealistyczna. Jedzenia, jakie serwowano w więzieniu dla obłąkanych przestępców, nie można było nazwać nawet kleikiem. Zaciągnął się subtelnie powietrzem – choć może nie było to aż tak dyskretne, jak sądził, bo w oczach jego młodszego odpowiednika pojawił się dziwny błysk.

Jego palce drgnęły lekko. Morderstwa horkruksa były niczym dziecięce bazgroły w porównaniu do jego pełnych kunsztu dzieł sztuki.

— Rozumiem, że jest w kuchni?

— Przecudowna z niego maskotka. – Na twarzy horkruksa pojawił się złośliwy uśmieszek. – Naprawdę nie wiem, jak udało mu się cię pokonać. Musiałeś trochę zardzewieć.

— Nie doceniałem go. – Nie do końca wiedział, czy miało być to ostrzeżenie, czy też nie, ale natychmiast przestał zawracać sobie tym głowę i skupił się na Harrym. Gdyby przyszło co do czego i musiał wybierać między dwoma częściami swojej duszy, doskonale wiedział, którą z nich by wybrał. Przeszedł więc w stronę kuchni, czując, jak serce wali mu w piersi niczym opętane.

Gdy przebywał w więzieniu, dane mu było dotknąć Harry'ego tylko raz. Ale to nie było to samo. Wtedy Harry zgodził się na to wyłącznie dlatego, że nie sądził, by miał inny wybór i nikomu z obecnych nie zależało na nim na tyle, by go przed tym powstrzymać. I to właśnie dlatego Harry go potrzebował. Musiał mieć przy swoim boku kogoś, kto ochroni go przed światem, wydobędzie jego silne strony i zaostrzy strzępy jego barier obronnych.

Pierwszym, co ujrzał, były plecy Harry'ego. Dostrzegł też kryjące się w nich napięcie – nawet przez materiał zielonej koszuli, która bez wątpienia doskonale podkreślała jego oczy.

Widział też, jak to napięcie niknie. Harry musiał usłyszeć ich zbliżające się kroki i otwierające się drzwi, ale się nie odwrócił.

Tom zwilżył wargi i przysunął się bliżej. Pal licho horkruks. Nie pozwoli, by błąd popełniony w przeszłości zrujnował to, co obecnie przeżywał. Miesiącami marzył o ich ponownym spotkaniu – nieograniczonym przez szklane więzienie lub rządy Smethwycka. Pogładził dłońmi ramiona Harry'ego, ugniatając ich napiętą skórę i przysunął usta do jego ucha.

— Mówiłem, że po ciebie przybędę – mruknął na tyle nisko, by jego alter ego tego nie usłyszało.

Po plecach Harry'ego przebiegł dreszcz, a jego pięść zacisnęła się mocniej wokół kuchennego noża.

Ale w żaden sposób nie odpowiedział. Nie przywitał się, nie rzucił żadnej błyskotliwej riposty. Nawet go nie obraził.

Tom zmarszczył brwi. Wzniósł ręce trochę wyżej i złapał brodę Harry'ego, unosząc ją tak, by móc mu się porządnie przyjrzeć.

Harry był wyśmienitym aktorem, ale Tom całymi latami próbował go rozszyfrować. Rozrywał go na strzępy i znów odbudowywał w coś nowego i o wiele piękniejszego. Jego oczy nigdy nie kłamały, nawet wtedy, gdy reszta jego fasady nie miała w sobie żadnej skazy. I teraz Harry kłamał – uległość nie była dla niego czymś naturalnym, choć większość nabrałaby się na jego występ.

Ciekawe. Uniósł pytająco brew i uśmieszek pociągnął lekko w górę kącik jego ust, by pokazać Harry'emu, że nie udało mu się go oszukać.

I Harry przewrócił oczami, na ułamek sekundy ukazując przecudną emocję.

— Zdajesz sobie sprawę, że ściskam nóż i mógłbym cię nim dźgnąć? – Nie potrzebuję twojej pomocy.

Tom pocałował jego czoło i odsunął się od niego, szczerze zaintrygowany rozwojem wydarzeń.

Horkruks przyglądał się im ze zmrużonymi oczami.

— Cofam to, co powiedziałem – stwierdził najszczerzej, jak tylko potrafił. – Świetnie go wyszkoliłeś, nie miałem o tym pojęcia. Nigdy wcześniej nie widziałem, by był poza miejscami zbrodni tak potulny.

Jego alter ego, oczywiście, nie było głupie. Żadna część jego duszy nigdy nie była głupia. Było po prostu tak pewne swojej wyższości, że nigdy nawet nie pomyślało, iż ktokolwiek mógłby się mu równać – na przykład Harry. Jego horkruksowi wydawało się naturalne, że Harry jest uległy, że bez wątpienia wygra, bo przecież nic innego nigdy nie wchodziło w rachubę.

Harry posłał mu spojrzenie.

Horkruks przesunął się do przodu i owinął rękę wokół pasa Harry'ego, jakby ten był jakąś niezwykłą nagrodą, po czym pocałował go w policzek.

— A może po prostu źle do tego wszystkiego podszedłeś?

To wszystko było po prostu dziwne.

Tom poczuł rozlewające się w nim fale (między innymi) zaborczości. Ale czy można było się mu dziwić? Harry zawsze był najbardziej oszałamiający, gdy bywał najbardziej niebezpieczny. A teraz zdecydowanie coś knuł.

Może rzeczywiście nie potrzebował pomocy, ale Tom i tak by po niego przybył. Choćby tylko po to, by pokazać, że to zrobi. Dla samej tej wolności, która buzowała teraz w jego żyłach. Bez względu na wszystko, nigdy już nie pozwoli, by ponownie mu ją odebrano.

Rozmawiali przez chwilę o niczym i omówili menu na kolację, jak gdyby wcale nie szykowali się na walkę. Jak gdyby choćby jeden zły ruch nie mógł roztrzaskać tego kruchego spokoju.

Tom przyglądał się znajomemu medalionowi widzącemu na szyi horkruksa.

— Tak więc – zaczął lekko, pamiętając o tym, by trzymać Harry'ego w zasięgu wzroku – jak ci się to wszystko udało? Bez wątpienia nie możesz się już doczekać, by się tym pochwalić.

Rzucił kątem oka spojrzenie na Harry'ego, by zobaczyć, czy jego usta wykrzywiły się choć trochę na te słowa, ale młodzieniec na niego nie spoglądał. Zamiast tego przyglądał się horkruksowi i zdecydowanie nie powinno go to aż tak bardzo irytować. Potem jednak przypomniał sobie, jak Harry odwiedzał go w więziennej celi i jak leżał przed nim na łóżku – całkowicie na nim skupiony, jak gdyby stanowił centrum świata.

Horkruks przyciągnął Harry'ego bliżej siebie, jak gdyby potrafił wyczuć jego myśli. Następnie przeczesał palcami jego włosy, wciąż owijając rękę wokół jego pasa.

— Łatwo jest manipulować ludźmi – mruknął. – Bellatriks Lestrange, po tym, jak jej psychiatra został zamknięty, desperacko potrzebowała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Z chęcią otwarła przede mną swoją duszę. Tylko szkoda, że nie miałem wtedy jeszcze Harry'ego.

Irytowało go ogromnie, gdy horkruks mówił o Harrym, jakby w ogóle go z nimi nie było. A jeszcze bardziej wkurzało go, że ten przyjmował to cicho i posłusznie – mimo że przecież doskonale wiedział, iż był to tylko pieprzony podstęp. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wygląda prawdziwie złamany Harry. Zdecydowanie nie w taki sposób.

Jego ramiona były boleśnie puste, pociągnął więc łyk wina, pragnąc, by dane mu było spędzić choćby krótką chwilę sam na sam z Harrym. Szczerze z nim porozmawiać, potrzymać go i przebadać.

Na szyi Harry'ego widniały ślady malinek, delikatnie odznaczając się od jego opalonej skóry.

Żołądek Toma ścisnął się mocno na ten widok i oczy młodzieńca w końcu na nim spoczęły, potwierdzając, że mimo wszystko wciąż był świadomy jego obecności. Wymienili spojrzenia. Zaborczość zawisła między nimi, gorąca niczym pocałunek błyskawicy.

Harry pochylił niedbale szyję, jeszcze bardziej odsłaniając gardło, chowając się poniekąd słodko pod brodą jego alter ego. Cicho sobie z niego kpił.

Tom przeniósł wzrok z powrotem na zadowoloną z siebie twarz horkruksa i poczuł, że minęło zdecydowanie zbyt wiele czasu, od kiedy ostatnio rozlał na podłogę czyjąś krew.

Wkrótce podano obiad, któremu towarzyszyła doprawdy przyprawiająca o obłęd atmosfera.

Jagnięcina była przepyszna.


Harry siłą zmusił się do przełykania jedzenia, aby sprawiać wrażenie, że to wszystko wcale go nie rusza. Że wcale nie jest boleśnie świadomy tego, iż siedzi przy stole z dwoma Voldemortami.

Ostatnie dwa tygodnie wypełnione były milionami mniejszych i większych manipulacji. Byle tylko dowiedzieć się czegoś o horkruksach i poznać jak najwięcej skrawków przeszłości Voldemorta. Przeszłości Toma. Usłyszał strzępki historii o ponurym, szarym sierocińcu, bombardowaniach i planach przejęcia władzy nad światem.

Zastanawiał się, w jakim kierunku by się to wszystko potoczyło, gdyby Tom zdecydował się zostać Czarnym Panem, a nie ukrywającym się za maską psychiatry seryjnym mordercą. Nie podobał mu się świat, jaki malowały historyjki alter ego Toma. Brakowało w nich piękna morderstw Voldemorta, jakkolwiek przerażająco by to nie zabrzmiało. Był być może fascynujący, pełen dumy i czci wobec magii, ale zarazem obrzydliwy i pełen hipokryzji. A choć Voldemort, którego znał, posiadał wiele paskudnych cech, nie można go było nazwać hipokrytą.

Poza poszukiwaniem coraz to większej ilości informacji, robił też wszystko, by nie uchodzić za zagrożenie. Odegrał rolę, jaką Voldemort wypisał dla niego kiedyś w motylach i krwi. Był silny i płytki. Pełen dowcipnych komentarzy i brawury. Zafascynowany myślami horkruksa, poruszony sposobem, w jaki postrzegał świat. A jeśli do jego roli wkradło się nieco zbyt wiele prawdziwego zaintrygowania… no cóż, do niczego głośno się nie przyzna.

Sztućce brzękały, a jedwabna koszula opadała na jego skórę w podobny sposób, w jaki wyobrażał sobie dotyk Toma. Nawet na niego nie patrząc, Harry był boleśnie świadomy jego obecności. Każdego oddechu, każdego najmniejszego ruchu i wbijającego się niego spojrzenia, palącego jego skórę. Serce waliło mu w piersi jak opętane.

Alter ego Voldemorta przygotowało wszystko do rytuału, który miał uwięzić Toma. Zamienić go miejscami z horkruksem, aby to on był bezpośrednio związany z medalionem. Uwięziony, martwy dla świata.

Harry myślał, że będzie z tego powodu szczęśliwy. A jednak dwa tygodnie spędzone z dwudziestoletnim Tomem sprawiły, że znacznie więcej myślał o byłym psychiatrze. O ich tańcu na balu w Ministerstwie, ciepłym oddechu na jego policzku, nocach, w które wpakował się częściowo załamany do domu Toma i poczuł się przez to spokojniejszy.

Absolutnie ironiczne było to, że ostatnim razem, gdy czuł się bezpiecznie, znajdował się pod opieką Toma.

Absolutnie ironiczne było to, że gdy szedł do łóżka z horkruksem, tłumaczył to sobie manipulacją, fałszywą oznaką uległości, na którą wiedział, że twór Toma bez wątpienia nabierze się równie gorliwie, co kiedyś sam Voldemort. Że byli jednym i tym samym. Tomem i Voldemortem, nierozłącznie ze sobą spleceni. Harrym i Voldemortem.

Wstał od stołu i uciekł do toalety.

Tom dopadł go niemal w tej samej chwili, gdy wyszedł z zasięgu słuchu horkruksa.

— Harry – zawołał. Nawet słuchanie tego głosu przez bite dwa tygodnie nie zmniejszyło efektu, jaki na nim wywierał.

Harry wziął głęboki oddech i zacisnął szczękę. Czy był gotów w końcu stawić czoła Tomowi? Nie miał chyba pierdolonego wyjścia.

— Nie jesteś zbyt subtelny. – Obniżył głos.

— Nie muszę być, wszyscy doskonale wiemy, że jestem tu dla ciebie – stwierdził Tom. – Zachowujesz się bardzo potulnie.

— Zazdrosny?

Tom wyciągnął nagle rękę i chwycił go za nadgarstek. Jego dotyk palił Harry'ego niczym płomień, rozprzestrzeniając się po całym jego ciele.

Spowodował także, że zamarł w miejscu, mimo że sam uścisk był dość luźny. Przypominał bardziej zwykły dotyk, jakby był czymś niezwykle kruchym i delikatnym.

Odwrócił się całkowicie do Toma, czując, jak w gardle tworzy mu się gula.

— Może w końcu udało ci się mnie złamać? – powiedział, uśmiechając się wymuszenie. – A co? Czyżby jednak idealny Harry Potter nie był z bliska tak cudowny? Czy to nie tego chciałeś?

— Nigdy nie chciałem, żebyś musiał przede mną udawać – oznajmił Tom tak niezwykle miękko i szczerze, że chwyciło Harry'ego za serce. Pragnął, by nie była to prawda, tak samo jak marzył o tym, by Voldemort nigdy nie wymyślił motyli, aby go uratować.

— Nie chciałeś mnie też takiego, jakim byłem – odparł Harry.

— Mówiłem ci już… — Tom obniżył głos i pochylił się ku niemu — …że nie jest to już moim celem. Uznałem, że prawdziwy Harry Potter jest znacznie lepszy. – Tom uniósł wolną dłoń i z oszałamiającą czułością ujął nią jego policzek. – Przybyłem, czyż nie? Mimo twojej pułapki.

Harry'ego ścisnęło w żołądku.

— Pułapki?

Tom pochylił głowę i mały uśmiech wykrzywił jego usta.

— Och tak, pułapki. A może myślałeś, że się o niej nie dowiem?

Harry'emu zaschło w ustach i mimowolnie drgnął lekko w uścisku Toma. Czuł się niezwykle odsłonięty. Oczywiście horkruks również potrafił doprowadzić go do takiego stanu, był w końcu młodym Voldemortem, ale wciąż był tak zaślepiony swoją żądzą i władzą jak niegdyś jego odpowiednik, a do tego nie aż tak mądry. Bardziej natomiast porywczy, a przynajmniej bardziej czytelny, podczas gdy straszy Tom miał tak niesamowitą kontrolą nad swoimi maskami, że nawet Harry, który spędził w głowie Voldemorta niemal równie wiele czasu, co w swojej, czasem miał trudności ze stwierdzeniem, co było prawdziwe, a co nie.

— Skąd? – Jego uległość zniknęła. Nie potrafił jej utrzymać przed tą wersją. Zamiast tego płonął. Płonął gniewem, nienawiścią i ciekawością. Jego głos ochrypł.

Uśmiech Toma leciutko się poszerzył.

— Powiedziałeś mi kiedyś, że nie chcesz się ze sobą pogodzić, bo uznałbyś to za zaakceptowanie tego, co ci wyrządzono i co sam zrobiłeś. – Jego uśmiech zniknął bez śladu. – Skoro tak przekonująco zgrywasz teraz grzeczną owieczkę, znaczy to, że coś knujesz. Oczywiste więc, że jest to pułapka. Nawet gdyby pragnął, nie byłby w stanie cię przetrzymywać, gdybyś tego nie chciał.

Wiedział, jak wiele czasu spędził w głowie Voldemorta. Znał jego morderstwa jak swoje własne i wiedział, że ich umysły zlewają się ze sobą tak bardzo, że żaden z nich nie byłby w stanie rozerwać łączących ich więzi… Zawsze jednak dziwnie mu było przypomnieć sobie, że Tom był w to wszystko równie zaplątany, co on. Że nie była to tylko beznamiętna obserwacja świrniętego psychiatry, obiektywna i oczyszczająca, mająca na celu naprawienie problemów, a nie ludzi. Już nie. Od bardzo, bardzo długiego czasu.

— Powiedz mi tylko: na kogo jest ta pułapka, Harry? – kontynuował Tom, wciąż przyciskając swoją gorącą dłoń do jego policzka. Pieścił go bezczynnie, rozkoszując się tym prostym dotykiem. – Na mnie czy na niego?

Harry zwilżył usta.

— Skoro sądzisz, że zastawiłem pułapkę, dlaczego wciąż tu jesteś?

— Obiecałem ci przecież, że po ciebie przybędę – oznajmił Tom, jakby to było takie proste. – Zawsze po ciebie przybędę. Zawsze dotrzymam obietnic, jakie ci złożyłem, bez względu na to, co jeszcze będę robił.

Harry'ego ścisnęło w gardle, a jego oczy rozszerzyły się. Świat zwęził się do nich dwóch, do ostrego zapachu środków dezynfekujących, jaki wciąż roznosił się wokół Toma po pobycie w więzieniu, do morderczych dłoni zaciskających się wokół niego, jakby był czymś najcenniejszym na świecie, do ciepłego oddechu, mieszającego się z jego własnym.

— To bardziej złowieszcze niż pocieszające – wydusił z siebie. – Robisz to dla mnie, czy dla swojej duszy?

Wszystkie te wizje, wszystkie te emocje – i to tylko dlatego, że nosił w sobie cząstkę nieśmiertelności byłego Czarnego Pana.

— A czy jest jakaś różnica? – Tom uniósł brwi.

Dziwnie było rozmawiać o tym tak otwarcie. Ale i tak zajęło im to już zdecydowanie zbyt długo, to nie miejsce i czas na takie rozmowy. Grali właśnie w wielką grę.

— Jesteś świadom tego, że słucha najpewniej każdego naszego słowa? – powiedział Harry, wciąż ściszając głos. Był on teraz ledwie słyszalny nawet dla niego samego, przeznaczony wyłącznie dla uszu Toma.

— Oczywiście – oznajmił Tom. – Tylko dlatego pozwolił nam wyjść z pokoju w tym samym czasie. Nie obchodzi mnie to. Jak już powiedziałem, wszyscy wiemy, dlaczego tu jestem i wiem też, dlaczego on tu jest. W końcu kiedyś nim byłem.

Harry nie był tego taki pewien. W horkruksie była nuta szaleństwa, której nigdy nie mógłby przypisać Voldemortowi, którego znał. Już wcześniej to dostrzegł.

— Nie powinno cię tu być – powiedział równie cicho, co wcześniej, mimo że Tom nie zawracał sobie głowy, aby samemu ściszyć głos.

Oczy Voldemorta lekko rozbłysły.

— A cieszysz się, że jestem?

Harry odsunął się. Jego policzki płonęły lekko od niedawnej bliskości palców Toma. Wiązały się z tym nie do końca bezpieczne, ale zarazem dobre – i złe – wspomnienia. Ale biorąc pod uwagę, jak wiele poświęcił, by złapać Voldemorta, jak mógł mu teraz pozwolić odejść? Nie mógł, podobnie jak drugi horkruks Toma.

Voldemort był dla nich obu więzieniem.

Nie doceniasz go tak, jak kiedyś nie doceniałeś mnie. Nie uczysz się nigdy na błędach?

Zniszczy cię i nawet przez chwilę nie pomyśli, by uczynić z ciebie przy tym coś pięknego.

Jesteś wolny, dlaczego, do licha, wróciłeś do tego, kto cię złapał?

Macie ten sam problem. Jedną, śmiertelną wadę. Jesteście we mnie zakochani.

W głowie Harry'ego pojawiło się wiele słów, które mógłby wypowiedzieć, ale zdusił je w zarodku i odwrócił się na pięcie.

— Muszę się odlać, mam nadzieję, że to dozwolone.

Przez całą drogę korytarzem czuł na sobie jego wzrok. Nigdy wcześniej nawet przez sekundę nie sądził, że będzie pragnął, aby Tom uciekł.

Tak czy inaczej – dzisiaj wszystko się zakończy.