Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ XXXVII ~
— Zmieniłam zdanie. Chcę wrócić do Michigan — oznajmiłam, zaciskając palce na pasku torby i wyglądając na zewnątrz. Wszystkie okna na piętrze były zaciemnione, w przeciwieństwie do tego w salonie, które, z tego, co udało mi się stąd dostrzec, rozświetlał jasny blask.
— Nie możesz unikać ich w nieskończoność.
Westchnęłam, nie obracając głowy. Znajomy widok, który ukazał się moim oczom, spowodował, że zalała mnie fala strachu i ulgi zarazem.
Wiecie co? Damon się mylił. Doskonale rozumiem te „wymieszane" emocje.
— Amy?
— Hm?
— Zawsze możesz zatrzymać się u mnie, jeśli chcesz — zasugerował. — Dopóki nie będziesz gotowa się z nimi spotkać.
Przygryzłam wargę, rozważając propozycję, ale ostatecznie pokręciłam głową.
— Im wcześniej, tym lepiej — uznałam. — Ale... Nie wiem, Damon. Daleko jeszcze do tego, bym im przebaczyła, więc jak mam z nimi teraz rozmawiać?
Uniósł brwi. — Czy właśnie poprosiłaś mnie o radę w sprawach rodzinnych?
Już otworzyłam usta, żeby zapytać, co jest w tym takiego nadzwyczajnego, ale nagle przypomniałam sobie rozmowę z Eleną. Fakt, że i Stefan, i Damon pokochali Katherine, musiał zniszczyć ich relacje.
Myśl o tej kobiecie sprawiła, że poczułam ukłucie w sercu. Z odrętwienia ocknęłam się dopiero wtedy, kiedy Damon machnął dłonią tuż przed moim nosem.
— Amy?
Wzięłam głęboki oddech. — Okej. W porządku. Jestem spokojna. Panuję nad sobą. — Przełknąwszy ślinę, uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
— A jeśli już mnie tu nie chcą? — Mój głos zabrzmiał nieco słabiej niż planowałam. — To znaczy... Okej, ja im nie wybaczyłam, ale Dan... Znam go. To nie ten typ człowieka, który łatwo puszcza wszystko w niepamięć.
Damon obdarzył mnie tajemniczym uśmiechem. — O to akurat bym się nie martwił.
Zmarszczyłam czoło. — Czemu?
Wzruszył ramionami. — Zależy im na tobie, Amy. Może bardziej, niż byś tego chciała, ale taka jest prawda.
Wydałam z siebie przeciągłe westchnienie, czując, jak łzy wypełniają mi oczy, po czym ponownie spojrzałam na dom, przełykając niewidzialną grudę, która uformowała się w moim gardle. Otarłszy o dżinsy spocone dłonie, odkaszlnęłam i z powrotem obróciłam głowę ku Damonowi, próbując uformować w myślach odpowiednie zdania. Co tak właściwie zamierzałam powiedzieć? Nie chciałam wyjść na namolną, ale nie wiedziałam, kiedy... albo czy w ogóle...
Nagle uśmiechnął się tak, jakby odgadł, co mnie nurtowało. W samą porę.
— Otwórz okno. Wrócę za jakąś godzinę.
Pomimo zwiniętego w supeł żołądka udało mi się zmusić do uśmiechu. Następnie pospiesznie, nim zdążyłabym zmienić zdanie, otworzyłam drzwi i po chwili zmierzałam już w kierunku ganku, poprawiając torbę na ramieniu. Jedynym dźwiękiem, który słyszałam, nie licząc łomotu mojego serca, było głośne cykanie świerszczy. Pod koniec drogi przygryzłam wewnętrzną stronę policzka.
No dalej, Amy, spróbowałam dodać sobie otuchy. Uda ci się!
Wciągnąwszy do płuc maksymalną ilość powietrza, zapukałam do drzwi i cofnęłam się o krok, wbijając paznokcie w skórę dłoni. Parę sekund później w progu stanął Mike, który, kiedy mnie zobaczył, otworzył szerzej oczy i zamarł w miejscu, wyraźnie nie mogąc uwierzyć, że faktycznie stałam tuż przed nim.
— Amy? — szepnął. Zaciskając zęby, pokiwałam głową. I wtedy, jakby znienacka się ocknął, wyciągnął ręce i mocno mnie przytulił. Przymknęłam powieki, wdychając znajomy zapach. Tak bardzo za nimi tęskniłam... Za bardzo.
— Naprawdę tu jesteś? — spytał ochryple. Ponownie skinęłam głową, w reakcji na co wybuchnął nieco zduszonym śmiechem, który brzmiał raczej jak szloch.
— Mam nadzieję, że lubisz ten twój pokój, siostrzyczko, by gdy tylko cię puszczę, natychmiast cię w nim zamknę.
Odsunęłam się od niego z lekkim uśmiechem na twarzy i przetarłam rękawem oczy. Kiedy wciągnął mnie do środka, usłyszałam odgłos uruchamianego silnika, stanowiący sygnał, że Damon za chwilę odjedzie.
— Hej! — wrzasnął Mike w stronę schodów. — Will! Wstawaj!
Wkrótce na górnym korytarzu rozbłysło światło i rozbrzmiały ciche przekleństwa pod adresem Michaela. Odgłos kroków dochodził z coraz bliższej odległości, aż w końcu patrzyłam na mojego drugiego brata, który, dziecięciem gestem przetarłszy pięściami oczy, przez krótki moment przyglądał mi się bez słowa.
— Amy... — mruknął, obejmując mnie tak mocno, że mógłby połamać mi kości. Gdy znacząco zakaszlałam, szybko się odsunął. — Przepraszam — zreflektował się. — Witaj w domu, Amy.
Usiłując się uśmiechnąć, rozejrzałam się dookoła. — A gdzie Dan?
To nie tak, że z niecierpliwością czekałam na spotkanie z nim, ale...
Will i Mike popatrzyli na siebie. — U Moniki.
Racja. Monica. Czyli ciągle się spotykali, hę?
Świetnie.
Mike znowu mnie uścisnął.
— Nie wierzę, że wreszcie wróciłaś... — powiedział, mierzwiąc mi włosy. — Myślałem, że postradamy rozum!
— Potrzebujesz czegoś? Może chcesz coś do jedzenia? — zaproponował pospiesznie Will. Pokręciłam głową, robiąc krok do tyłu. Nieważne, jak mocno się starałam, nie potrafiłam pozbyć się tego uczucia... Chociaż mi ich brakowało, nie było mowy, żebym zapomniała, jak mnie potraktowali.
— Dzwonię do Dana — oświadczył Will, po czym chwycił telefon i wyszedł z pokoju. Zarówno ja, jak i Michael usiedliśmy na kanapie. Przez parę minut panowała cisza. Gdy Will wrócił, oparł się plecami o drzwi, obserwując nas w milczeniu.
Pierwszy wyłamał się Mike, który obrócił się ku mnie i przeczesał palcami włosy. — Co ty sobie do cholery myślałaś, Amy?
Zachichotałam ponuro, patrząc mu w oczy. — Myślę, że wiecie.
Kilkakrotnie zamrugał i odwrócił wzrok. — Nic nie rozumiesz...
— ...i najpewniej już nigdy nie zrozumiem — dokończyłam za niego i podniosłam się z miejsca. — Jestem padnięta, więc...
— Poczekaj — poprosił, również wstając. Mimo że otworzył usta, nie wypowiedział ani słowa. Uniosłam brwi, obrzucając go pytającym spojrzeniem.
— Próbowaliśmy cię chronić — odezwał się w końcu przepełnionym poczuciem winy głosem.
— Jasne — odparłam, uniósłszy kąciki ust w kpiącym uśmiechu. — Dalej to sobie wmawiajcie.
— Ten pomysł nie wyszedł ani ode mnie, ani od Willa...
— Może i nie, ale i tak pozwoliliście na to Danowi i wujkowi! — Mimowolnie zaczęłam mówić o wiele za głośno, więc zacisnęłam zęby, by przywołać się do porządku. — Wiecie co? To nie jest odpowiednia pora na tę dyskusję — uznałam spokojniej. — Chciałabym już położyć się spać.
— Amy, nie możesz tak po prostu tłumić złości — wtrącił Will, wciąż stojąc przy drzwiach. — To cię zniszczy, wiesz o tym, prawda? Spieprzyliśmy sprawę i ja jestem gotów się do tego przyznać...
— Och, jesteś gotów się do tego przyznać? — powtórzyłam sarkastycznie. — No cóż, Will, zgadnij co? Twoje przyznanie się do tego niczego nie zmienia!
— Amy, nie masz pojęcia, jak to było! — zawołał Mike, wyraźnie tracąc cierpliwość. — Ot tak sobie uciekłaś? Skąd w ogóle taki pomysł? Chciałaś nas ukarać?
— Świat nie kręci się wokół was! — Tupnęłam nogą. — Potrzebowałam czasu, w porządku? I to niby ja nie mam pojęcia, jak to było? A wy macie pojęcie, jak ja się poczułam?
— Popatrz, wiem...
— To były moje wspomnienia, Mike! — krzyknęłam. — Moje! Nie mieliście prawa mi ich ode-... — Przerwało mi gwałtowne otworzenie się frontowych drzwi, przez które do środka wpadł zadyszany Dan.
— Amy...
— Nie, ja... Nie... — powtarzałam w kółko, cofając się. Nagle poczułam się jak osaczone zwierzę. — N-Nie dam rady... Nie teraz...
— Nawet nie myśl o opuszczeniu tego pomieszczenia — warknął Dan, zbliżając się do mnie o krok. — Mamy parę spraw do omówienia.
— Dan — ostrzegł go surowo Will, odchrząknąwszy.
Założyłam ramiona na piersi. — Dobra. Porozmawiajmy. Porozmawiajmy o tym, jak okłamywaliście mnie przez całe moje życie. Porozmawiajmy o tym, jak uwięziliście mnie w psychiatryku. — Pokręciłam głową. — I ty uważasz się za dobrego brata, Dan?
Zacisnął szczękę. — Nie wiesz, o czym mówisz, Amy.
— Czyżby? — odparłam, próbując go sprowokować. — Nie wiem, o czym mówię? Nie wysłaliście mnie do szpitala psychiatrycznego? Nie wyczyściliście mi pamięci?
— Ktoś musiał cię ochronić przed samą sobą!
— Gratulacje, Dan! Zrobiłeś to w najgorszy z możliwych sposobów — warknęłam. — I zgadnij co? Wbrew temu, co może ci się wydawać, nie jesteś tatą!
— I oto nadszedł moment, w którym powinienem się wtrącić... — mruknął Will. — Amy, uspokój się odrobinkę, okej? Usiądź sobie na sekundę...
— Nie, zostaw ją — zaprotestował Mike. — Musi to z siebie wyrzucić.
— Niczego nie muszę — stwierdziłam przez zaciśnięte zęby i obróciłam głowę, żeby znowu spojrzeć na Dana.
— Mogę nie być tatą, ale wciąż jestem twoim bratem. — Ton jego głosu był lodowaty. — I tak długo, jak mieszkasz pod moim dachem... — Urwał, gdy Mike pociągnął go za kołnierzyk, spoglądając na niego groźnie.
— Nigdy nawet nie wypowiadaj tego zdania — warknął. — Nie w rozmowie z nią. Nigdy.
Dan go odepchnął. — Ona potrzebuje dyscypliny, Michael! Nie może wyjeżdżać sobie z miasta wedle swojego widzimisię! Potrzeba jej świadomości, że wszystko, co robi, ma jakieś konsekwencje!
— Nie, potrzeba jej starszego brata! — zdenerwował się Mike. — A skoro ty jesteś aż tak głupi, że tego nie rozumiesz, ja przejmę twoje obowiązki.
Przez parę najbliższych sekund nikt się nie odezwał. Gorączkowo otarłszy łzy, obróciłam się na pięcie i pobiegłam na górę, gdzie weszłam do mojego pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi, zmagając się z przyspieszonym oddechem. Zakryłam twarz drżącymi dłońmi i oparłam plecy o drzwi. Niebawem powoli zsunęłam się na podłogę.
Nie, nie rozpłaczę się. Nie pozwolę sobie na to. Już dawno temu przestałam być małym dzieckiem. Po raz kolejny przetarłam oczy wierzchem dłoni i wplotłam palce we włosy, koncentrując się na unormowaniu oddechu. Pomimo że cała się trzęsłam, zmusiłam się do wstania i podejścia do okna, aby je otworzyć. Wciągając do płuc świeże powietrze, rzuciłam się na łóżko ze wzrokiem utkwionym w sufit. Paliły mnie oczy, więc przymknęłam powieki. Przełknąwszy ślinę i pociągnąwszy nosem, wślizgnęłam się pod kołdrę.
Nie wiedziałam ani kiedy zasnęłam, ani kiedy wszedł do mojego pokoju. Obudziłam się, gdy znienacka poczułam, że ktoś delikatnie głaszcze mnie po głowie.
— Damon? — wymamrotałam nieprzytomnie i otworzyłam oczy. Okazało się, że siedzi na brzegu łóżka, przeczesując palcami moje włosy. Uśmiechnęłam się do niego.
— Hej — przywitał się cicho. — Nie poszło zbyt dobrze, co?
Pokręciłam głową. — W sumie nie jestem zdziwiona — odszepnęłam i westchnęłam. Mruknął na znak, że usłyszał.
Przygryzłam wargę, spoglądając na niego. — Usłyszałeś coś albo...?
— To i owo — przyznał, wzruszając ramionami. — I... Amy, Will miał rację.
Zmarszczyłam brwi. — Odnośnie czego?
— Musisz wyładować na kimś tę złość. Albo na czymś. Bo, wcześniej czy później, zniszczy cię ona od środka.
Westchnęłam. — Nie chcę.
— Dlaczego nie?
— Bo jeśli wyżyję się na Danie lub kimś innym, zacznę im przebaczać — wyjaśniłam. — A bycie wściekłym jest łatwiejsze. — Z mojego gardła wydobył się drżący śmiech. — I kogo ja próbuję oszukać? Wyjechałam, bo nie potrafiłam stanąć z nimi twarzą w twarz. Teraz będę ich unikać, bo ciągle nie mam w sobie na tyle ikry, by się z nimi zmierzyć. Może już taka jestem. Zawsze przed czymś uciekam.
— Ale wróciłaś — zauważył. Na moje usta wcisnął się uśmiech.
— No cóż... — mruknęłam, przypominając sobie jego wcześniejsze słowa. — Uznałam, że chcę tu być.
Uniósł brew. — Interesujące...
— Prawda? — Przygryzłszy wargę, nieznacznie przesunęłam się w bok. — Um... No to... wskakujesz tu albo coś?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech złego chłopca. — Nie przestajesz mnie zadziwiać, panno „Jestem taka niewinna".
Moje policzki oblał rumieniec. — N-Nie chciałam... N-Nie chciałam, żeby t-tak t-to zabrzmiało — wyjąkałam pospiesznie. — To znaczy... spanie ze mną... Nie, chwileczkę... Ja... — Zamknęłam oczy, wzdychając z irytacją. — Powinieneś mnie powstrzymać, gdy robię coś takiego.
Uśmiechnął się szeroko. — Zdecydowanie nie przestawaj.
Przewróciłam oczami i skrzyżowałam ramiona na piersi, po czym niechcący zerknęłam na swoją torbę. Przyjemne ciepło, które ogrzewało mnie od środka, momentalnie zmieniło się w lodowaty chłód. Damon podążył za moim spojrzeniem i lekko się skrzywił.
— Amy?
— Hm? — Nawet wargi mi zdrętwiały.
— Chcę, żebyś coś mi obiecała — powiedział. Obróciłam głowę, żeby na niego spojrzeć.
— O co chodzi?
— Nie oglądaj tych nagrań beze mnie — odparł. Zmarszczki na moim czole się pogłębiły.
— Co? Czemu?
Wzruszył ramionami. — Po prostu tego nie rób. A jeśli już postanowisz je zobaczyć, powiedz mi o tym, żebym mógł tu z tobą być. Okej?
W powietrzu zawisło niewypowiedziane „proszę". Przez chwilę przypatrywałam się jego twarzy, aż w końcu skinęłam powoli głową.
— Tak, jasne. Okej. — Przygryzłam wargę. — Mogę cię o coś spytać?
Mruknął na znak zgody. Usiadłam nieco prościej.
— Uważasz, że sobie z tym poradzę?
Popatrzył mi prosto w oczy.
— Szczerze mówiąc, nie — przyznał wypranym z emocji głosem. — Nie uważam, byś mogła temu podołać. Nikomu by się to nie udało.
Spróbowawszy przełknąć grudę w gardle, przygryzłam język, żeby się skupić.
— Czuję się z tym wszystkim... dziwnie, wiesz? — szepnęłam, pociągając nosem. — Z tym, jak do tego doszło. Jak zmieniło się moje życie. Nie wydaje się to prawdziwe. — Przerwałam na moment. — Ale jak ja mogę oceniać prawdziwość czegokolwiek? Przecież moja percepcja jest zepsuta.
Początkowo tylko na mnie patrzył, jakby bił się z myślami. Kiedy wreszcie postanowił przemówić, jego głos był łagodny.
— Przez całe dwa tygodnie obserwowania cię w Michigan... — zaczął powoli — nie widziałem, żebyś zrobiła coś... tak jak ty. — Podkreślił ostatnie słowo. — Mniej mówiłaś, nigdy się nie uśmiechałaś, nie przespałaś ani jednej nocy bez koszmarów. Słyszałem bicie twojego serca nawet z drugiego końca miasta. Każdego dnia wmawiałaś sobie, że niczego nie da się już naprawić, a ja to obserwowałem. — Przełknął ślinę. — Znam już tak wiele żywych trupów, Amy. Nie przemieniaj się w kolejnego. Nie ty.
Oparłam się o poduszkę, nerwowo bawiąc się dłońmi, ale zanim się odezwałam, z korytarza dobiegł odgłos czyichś kroków. Natychmiast owionął mnie nienaturalny podmuch wiatru i Damon zniknął, nim zdążyłam mrugnąć.
Ponownie wślizgnęłam się pod pościel i zamknęłam oczy. Wkrótce drzwi się otworzyły i do środka wpadł strumień światła, jednak już po chwili zawiasy skrzypnęły po raz kolejny i w pokoju na powrót zapanowała kompletna ciemność. Przełknęłam ślinę, podnosząc się do pozycji siedząc, i wytężyłam wzrok, starając się dostrzec coś w mroku.
— Damon?
Brak odpowiedzi.
— Jesteś tam? Albo tu? Albo coś?
Cisza.
Prychnąwszy z irytacją, opadłam na poduszki i zaciągnęłam kołdrę na głowę.
~o~
Przez następne dwa dni nie wychodziłam z domu. Nikt nie wiedział, że byłam już w Mystic Falls. Damon i moi bracia zdołali utrzymać ten fakt w tajemnicy. Will spotykał się z Caroline na mieście, Damon nie powiedział o niczym ani Stefanowi, ani Elenie, poza tym nadal ignorowałam wszystkie połączenia. Ale wielkimi krokami zbliżał się poniedziałek i Dan postanowił, że powinnam wrócić do szkoły. A ja się na to zgodziłam.
Nasza rozmowa składała się w sumie z dwóch zdań: on oznajmił, że powinnam wrócić do szkoły, odpowiedziałam mu wzruszeniem ramion, na co on z kolei mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak: „Okej".
Miałam świadomość, że problemy związane z moją miesięczną absencją na lekcjach były nieuniknione. Kiedy zdecydowałam się na wyjazd, w ogóle o tym nie pomyślałam. Bojąc się i martwiąc naprzemian, nie spałam całą noc, ale okazało się, że za sprawą jakiegoś cudu — czarnowłosego i błękitnookiego, który zwykł mnie ostatnio całować — wszystko ułożyło się nadzwyczaj pomyślnie. Nawet Dan był zdumiony tym, jak łatwo przyjęto mnie z powrotem. Ja także się dziwiłam, dopóki nie ujrzałam tego złowieszczego uśmieszku, który pojawił się na twarzy Damona, gdy o tym rozmawialiśmy. Najwyraźniej pomyślał wcześniej o złożeniu wizyty w gabinecie dyrektora i sekretariacie.
I tak oto wyglądałam teraz przez okno, nerwowo przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
— Wszystko będzie dobrze — zapewnił spokojnie Will z miejsca kierowcy. Nie odpowiedziałam.
Boże, czułam się tak jak wtedy, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy.
— Planujesz wysiąść z tego samochodu jeszcze w tym tygodniu?
Kręcąc lekko głową, odpięłam pasy. — Nienawidzę cię.
— Wynocha.
— To kiepski pomysł...
— Wynocha, Amy! — Kiedy otworzyłam drzwi, dosłownie wypchnął mnie na zewnątrz. Zachwiałam się, ale na szczęście udało mi się utrzymać na nogach. Pochyliwszy głowę, ukryłam twarz za włosami i bez patrzenia na kogokolwiek weszłam do głównego budynku, gdzie wspięłam się po schodach na pierwsze piętro, ściskając pasek torby tak mocno, że zaczęły boleć mnie dłonie. Zanim minęłam róg korytarza, zatrzymałam się i wzięłam głęboki oddech.
— Okej... Wszystko będzie dobrze.
Wykonałam krok do przodu, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie: odwróciłam się i wpadłam jak burza do łazienki. Dzięki Bogu nikt poza paroma pierwszoklasistami mnie nie zauważył.
Oparłam się na umywalce i skropiłam wodą szyję. Chłód na skórze wywołał we mnie przyjemne uczucie. Poprawiając włosy, słyszałam przyspieszone bicie swojego serca.
Nie byłam tchórzem...
W porządku, może byłam, ale teraz mogłam udawać, że nie jestem, prawda?
Po chwili pchnięciem otworzyłam drzwi i opuściłam łazienkę. Kręciło mi się lekko w głowie, a mój żołądek boleśnie się kurczył, tak jak zawsze zresztą, gdy się denerwowałam.
Jeden krok.
Drugi.
Trzeci...
Okej, nic się nie dzieje, jestem spokojna...
Znienacka usłyszałam, że ktoś upuścił swoje książki, po czym ochrypły głos spytał:
— Amy?
I to właśnie wtedy uniosłam głowę, biorąc głęboki wdech.
Przy rogu korytarza zebrali się wszyscy moi przyjaciele, patrząc na mnie z mieszaniną szoku i niedowierzania na twarzach. Caroline zakryła usta obiema dłońmi, więc widziałam tylko jej szeroko otworzone oczy, Elena wsparła się na ramieniu Stefana, Bonnie gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc, a Luke zamrugał parę razy, jakby nie mógł uwierzyć, że naprawdę tu byłam.
Mijały sekundy i wciąż panowała cisza. Gdy stała się niezręczna, przestąpiłam z nogi na nogę i pierwsza przełamałam lody.
— No to... jak leci?
~o~o~
