Rozdział 36

Na zewnątrz Kelutral klanu Huwe, Jake w powrotnej drodze zaproponował Kiyeri, tym razem formalny wyścig między jego Ikranem, a jej Palulukanem. Po napiętej dość wcześniej sytuacji, była teraz możliwość jej odreagowania. Zwłaszcza mocno przeżyła to Michelle, która po dzisiejszym dniu, chciała odpocząć i na końcu zażyć orzeźwiająco kąpiel. Nie była zaskoczona, że czekał na nią jej Ikran w pobliskich drzewach i ucieszyła jego obecnością. Nie wiedziała jak to się stało, że znalazła ją jej samica, ale była pewna że ma to coś wspólnego z podświadomą więzią. Ona jako wykształcony człowiek nauki, nie mogła tego zrozumieć, lecz było to nawet fajne, bo to kolejna nie odkryta tajemnica Pandory i jej niezwykłego ekosystemu.

Kiedy Michelle ją dosiadła, wcześniej tworząc z nią więź, mogła nareszcie odetchnąć z ulgą, czując wolność jaką daje lot Ikranem. Kiedy to wzbiła się możliwie jak najszybciej w powietrze, dołączając do reszty łowców z Omatikaya. Szybując obok Titee nad przeogromnymi połaciami rosnących zielonych wysokich drzew, odczuwała całym swym ciałem swobodę oraz radość z jak zawsze zapierających dech w piersiach widoków. Owiewana ciepłym wiatrem zaczęła się śmiać na tyle głośno, że zwróciła uwagę pozostałych jeźdźców. Nawet Jake się odwrócił, chcąc zrozumieć co się stało. Gdy pojął, że to tylko zwykły wybuch radości, ponownie skupił się na wypatrzeniu z góry, pędzącej między drzewami Kiyeri na swym Thanatorze.

Była tak bardzo szybka jak tylko pozwalały na to rosnące drzewa i zarośla, przecież ona tu się urodziła i wiedziała co ją może czekać. Dodatkowy instynkt i siła jej zwierzęcia powodowała, że czuła się pewnie w tym niebezpiecznym, nawet dla tubylca świecie. W czasie jej dzikiego biegu, sprawnie uchylała się przed lianami, które spuszczając się z drzew, mogły dla niej okazać się niebezpieczne, gdyby o którąś z nich zahaczyła szyją. Co jakiś czas zdarzyło się, że jakiś liść paproci uderzył ją w twarz, ale to nie mogło ją wybić z rytmu, bo do tego się przyzwyczaiła i traktowała jako coś naturalnego, co towarzyszy takiemu sposobowi pokonywania lasu. Takie przemierzanie przestrzeni uzależniało, bo uczucie prędkości jeszcze nigdy nie było tak wielkie jak teraz, kiedy to nie nadążasz liczyć kolejno mijanych drzew.

Jake chcąc podjąć pojedynek, musiał zostawić wszystkich innych z tyłu, żeby dać nauczkę młodej i na swój sposób zarozumiałej łowczyni. Którą jak zdążył poznać, na pewno nie odda tak łatwo kolejnego zwycięstwa. Tym bardziej, że ona uwielbiała tego typu konkurencje, gdzie najbardziej liczy się szybkość. Postanowił więc poganiać swego Ikrana, tak jak tylko mógł, czując przy tym mocny pęd chłodnego wiatru na sobie. A wszystko w scenerii nisko położonego słońca, dającego nieco pomarańczowe światło, gdyż chyliło się ku zachodowi. To jeden z najlepszych widoków na krystalicznie czystym niebie, które nie było strute cywilizacją, a miało w sobie tą pierwotność. Właśnie ta prostota, połączona z prymitywnością stanowiła o największej atrakcyjności tego miejsca, gdzie już na zawsze zostanie.

Zaczął wypatrywać Kiyeri między gałęziami drzew, jednak nie odniosło to pożądanego skutku, bo las w tym miejscu był zbyt gęsty, a ilość światła zbyt mała. Dlatego, że nadchodził zmrok, a wraz z nim pojawiająca się bioluminescencja roślin. Co prawda, teraz ledwo widoczna, lecz z każdym pokonywanym kilometrem stawała się coraz bardziej oczywista. Z góry wyglądało to naprawdę magicznie, bo przypominało świetlisty, mieniący się kolorami dywan. Głównie przez otwarte połacie mchów i traw, widocznych na mijanych polankach, które zwiastowały bliską obecność rodzimego Kelutral Omatikaya. Z oddali trudno było dostrzec jakieś życie w nim, ale zbliżając się do niego, szybując wśród rozgwieżdżonego nieba, coraz lepiej widział słabe żółtawe światło z jego wnętrza.

Powietrze było już rześkie, bo zamiast grzejącego słońca, królował na nieboskłonie tylko Polifem, który rzucał na Jake'a błękitny chłód. Zresztą wszystko było nim spowite, także na ziemi gdzie na swym Thanatorze pędzi Kiyeri. Ciekaw był czy i teraz będzie taka szybka, bo już wcześniej biegnący Palulukan musiał nieco się zmęczyć. To jednak okaże się dopiero jak przybędzie na miejsce, gdyż o wypatrzeniu ciemnego zwierza na ziemi w mroku nadchodzącej nocy mógł już zapomnieć.

Lądując na gałęzi wielkiego Drzewa Domowego, zastał go widok Neytiri popartej plecami o pień Kelutral, która jak się okazało w tym momencie spała. Nigdy nie przypuszczał, że ją tu zastanie, czekając na niego z dzieckiem. To był jeden z dowodów jak silna powstaje więź między partnerami tego gatunku, nawet bez fizycznego udziału tsaheylu. Uśmiechnął się i podchodząc, kucnął przy niej. Wyścig teraz go nie obchodził, bo widok śpiącej Neytiri, był o wiele ciekawszy. Do momentu, kiedy lament dziecka, nie ocknął jej z tego stanu.

-Ma Jake, wróciłeś. -spojrzała nie niego lśniącymi żółtymi oczami.

-Tak, właśnie przed chwilą. A ty czemu nie jesteś z Mo'at i resztą klanu? -zapytał, nieco się uśmiechając i dotykając włosów główki dziecka.

-Bo tu o tej porze jest najprzyjemniej posiedzieć. -odpowiedziała, wskazując na okolicę.

Faktycznie cała przestrzeń mieniła się dziesiątkami odcieni błękitu i zieleni, ciągnącymi się aż po horyzont, gdzie na jego końcu szalała burza. Co prawda była z oddali ledwo widoczna, bo pojawiały się tylko ledwie dostrzegalne rozbłyski. W tym momencie jedna z błyskawic wystrzeliła w górę ku niebu, której to poszczególne odgałęzienia przypominały wielkie drzewo. Sądząc po położeniu burzy, znajduję się ona teraz w okolicach klanu Ikran znad Morza Wschodniego, który obecnie musi zmagać się z wielkim wiatrem i towarzyszącym temu sztormem.

W tym momencie przybyła reszta wyprawy, która wylądowała na innych gałęziach Drzewa Domowego. I kiedy łowcy uwolnili swe Ikrany, te odlatywały na wyższe konary Kelutral, kryjąc się wśród jego liści. Zmęczeni myśliwi zeszli na dół, żeby tam przy dźwiękach bębnów i pięknego śpiewu Ninat, który nawet tu wysoko był dość wyraźnie słyszalny, móc coś zjeść zanim udadzą się na spoczynek. Co innego Michelle, która wręcz tryskała energią, mimo że spotkało ją dziś wiele stresujących sytuacji. Schodząc po schodach nie mogła się doczekać, żeby wziąć swoją porcję jedzenia, bo cały dzień chodziła głodna, a ciąża tylko wzmacnia te uczucie. Bo oprócz niej samej, musiała dostarczyć składniki odżywcze swemu nienarodzonemu dziecku.

Gdy była już na dole, natknęła się na Grace z którą wymieniła się na moment serdecznym uściskiem, po którym pani doktor kazała jej siadać przy ognisku i opowiadać jak przebiegało spotkanie z klanem Huwe. Ciekawość Grace była uzasadniona, bo napotkanie na swej drodze plemienia, które jest mało pokojowo nastawione, na pewno potrafi dostarczyć wielu emocji. O tym już miał się okazję przekonać Jake, choć jego sytuacja była zupełnie inna, bo co najwyżej straciłby swego avatara, zaś Michelle swoje życie.

W końcu obecny wódz Omatikaya i Neytiri z dzieckiem w nosidełku też się dosiedli do ognia, choć w innym dla nich zarezerwowanym miejscu. Rzecz jasna najbliżej paleniska, gdzie zasiadali co ważniejsze osoby z klanu, jak i goście z innych ludów, jak choćby Kiyeri. Kiedy Jake jadł, zwrócił się do odległej od niego Grace, która siedziała na ziemi, trzymając w ramionach parę obcych dzieci bawiących się jej długimi koralikami włosów, słuchając przy tym historii z dzisiejszego dnia.

-Grace, przyjdź tu do nas i daj jej zjeść. Jutro opowie ci resztę. -obrócił głowę w jej kierunku, patrząc też na zachłanność Michelle.

-Już, już. Zrobiłeś się inny niż kiedyś. -powiedziała nieco oskarżycielskim tonem.

-Dziwisz się. Wiele się zmieniło od tamtego czasu. -w myślach miał pierwsze spotkanie z panią doktor, która to wcześniej miała nad nim władzę.

W sumie niewiele mogła kwestionować jego wyroki, bo mimo łączącej ich szczerej przyjaźni, to jednak on przewodniczył klanowi. I właśnie to przez jego pozycję, zachowanie Jake'a uległo zmianie, stając się nieco bardziej stanowczy, kiedy znajdował się w otoczeniu swego plemienia. Grace wiedziała, że musi on być nieco surowy, kiedy zwracał się do poszczególnych członków klanu, żeby nie uznali go za słabego przywódcę. Każdy klan potrzebował silnego i zdecydowanego Olo'eyktana, który będzie w stanie poprowadzić swój lud nawet w najtrudniejszych czasach. Augustine nie uznała tego za wadę, a wręcz za zaletę, bo taki musiał być wódz.

Gdy Grace zasiadła niedaleko Jake i Neytiri w wielkim kole wokół ogniska wraz z rodzimymi mieszkańcami Pandory, czuła tą niewidzialną więź jaką stworzył z sobą cały klan. To jakby wielka rodzina skupiająca się wokół dwóch najważniejszych osób w plemieniu i planecie, od której to zależą jej przyszłe losy. Co prawda teraz rozmawiali o mało istotnych sprawach, jak następne polowanie na gromowoły czy o narodzinach kolejnego dziecka, które to nastąpi lada dzień, ale do tego czasu musieli żyć obecnymi problemami.

Również Michelle o tym nie nie myślała, bo po prostu nie miała na to wpływu. Jedyne czym się najbardziej martwiła, to tym co nosiła w swym łonie. Kończąc swe jedzenie z liścia i popijając to wodą z glinianego, nieco krzywego kubka, została zaskoczona przez niespodziewane dotknięcie wzdłuż kręgosłupa. Oglądając się za siebie przez lewę ramię, zobaczyła tylko straszą kobietę, która jadła i na pewno nie byłaby skora do takich wygłupów. Kolejne dotknięcie, tym razem prawego ramienia, spowodowały że się zdenerwowała.

-Kto mnie dot... - no właśnie Titee, który wracał z rozmów z innymi myśliwymi, toczącymi się nieco dalej od całej reszty klanu.

-To ja, a coś się stało? -pytając, błysnął uśmiechem białych zębów.

-Myślałam, że ktoś się ze mną bawi. -chwyciła jego wyciągniętą dłoń, każąc mu przy niej usiąść.

-Jak chcesz, to mogę się z tobą... pobawić. -ostanie słowo powiedział jej szeptem do ucha.

-Och... to więc tak. Tylko, że wcześniej chciałabym się umyć. -położyła swoją rękę na jego kolanie i zaczęła je pocierać coraz mocniej i wyżej, obserwując przy tym czy ktoś na nich się nie patrzy.

-Nawet w błocie wyglądałabyś wspaniale. -złapał jej rękę i na chwile przytrzymał.

-Aha... chyba jak tapirus. -roześmiała się na tyle głośno, że musiała zakryć usta dłonią.

-Też są miłe. -stwierdził chwilę po tym jak się uspokoiła.

-To czemu nie wybrałeś jednego z nich? -tym razem dwoma rękami musiała ukryć jeszcze głośniejszy śmiech.

-No to teraz przesadziłaś. Ja idę, a ty siedź sama. -wstał i skierował się ku wyjściu z Kelutral.

-Czekaj no... to tylko taki żart. -również wstała i szybko za nim poszła, uważając przy tym na siedzących Na'vi i ich ogony.

Gdy Michelle znalazła się na zewnątrz, gdzie głównym kolorem był błękit nocy, nie mogła znaleźć Titee. Czyżby, aż tak się na nią zdenerwował za mały głupi żart. Tego nie wiedziała, ale była pewna, że na pewno jutro się z nim spotka. W obrębie Drzewa Domowego było tyle ścieżek i możliwości, żeby się ukryć, że uznała jego poszukiwanie za bezcelowe. A że już tu jest, to uznała że trzeba wziąć kąpiel w niedaleko położonych wodospadach, gdzie spadająca woda utworzyła wielkie naturalne rozlewisko. A że nikt tam o tej porze nie chodzi, poza paroma wyjątkami, więc to była dobra okazja do odrobiny relaksu.

Zmierzając w kierunku coraz bardziej słyszalnego z każdą chwilą wodospadu, jak zawsze cieszyła się urokiem nocnych spacerów. Było to połączenie naturalnie dzikich dźwięków przyrody z istną orgią żywych kolorów od każdej rośliny i małych latających owadów, które to ją otaczały z każdej strony. Na szczęście były to małe i niegroźnie stworzenia, kręcące się wokół wszystkiego co się rusza. A ona szła pośród tej całej iluminacji naturalnego światła jak też patrzącego na nią zza drzew przeogromnego błękitnego Polifema. Wręcz czuła na sobie jego siłę i energię jaką emanował, wpływając na wszystkie żywe istoty, jak i całą Pandorę. Chociaż nie w tak wielkim stopniu jak to robi Drzewo Dusz.

Michelle zawsze starała się patrzeć na świat oczami naukowca, jednakże teraz kiedy non stop przebywała z Na'vi i ich religią, zaczęła się jej coraz bardziej poddawać. Idąc, mówiła do siebie modlitwę, modląc się o zdrowie własnego dziecka. Na chwilę przetarła okolice wystającego pępka, czując na dłoni małe ruchy ze swego wnętrza. Nieco się uśmiechnęła, bo wiedziała że jeśli się porusza, to znaczy że wszystko jest z nim dobrze.

-Mawey ma ewng. -mówiąc szeptem, chciała je uspokoić.

Stając na trawiastym brzegu wielkiej wodnej niecki, rozejrzała się dokładnie na około, czy na pewno jest sama. Patrząc na wodę mieniącą się lazurowym kolorem, jak też na zarośnięte bujną zieloną roślinnością otoczenie, wypatrywała oznak dzikich zwierząt. Zachowując ciszę i nadstawiając uszy, słyszała bardzo dalekie dźwięki burzy, jak i odległe odgłosy polujących wężowników. Wiedząc, że nic jej nie grozi zaczęła zdejmować z siebie, swe skromne szaty. Naszyjnik z połączenia różnokolorowych piór, powiesiła na jednej z gałęzi, tak samo robiąc z przepaską wokół bioder, odsłaniając swą skrywaną tajemnicę.

Będąc naga, obejrzała swe ciało, które oprócz uwypuklenia na brzuchu, zachowało tą samą smukłą sylwetkę. Jej aktywny tryb życia spowodował, że stała się jeszcze silniejsza, choć nie w tak widoczny jak u mężczyzn sposób. Mając lekko umięśnione ramiona i nogi, dodało jej to jeszcze bardziej atrakcyjnych kształtów. A sięgając do włosów, żeby je rozplątać, zrobiła parę kroków ku brzegowi i sprawdzając nogą temperaturę wody, zaczęła się w niej coraz bardziej zanurzać. Zmierzając ku skałom, które znajdowały się pod urwiskiem, gdzie nieopodal był wodospad, po części skryty w obłokach małej mgiełki. Tutaj na głazach nieco wystających ponad linię wody, zostawiła resztę swych ozdób z włosów i sama zaczęła oddawać się przyjemności kąpieli w blasku nocy.

Kiedy ciepła woda omywała jej ciało i długie włosy, zamknęła oczy kierując twarz pod orzeźwiający strumień. Och, jak długo o tym marzyła, żeby po całym dniu móc zażyć wytchnienia na łonie dzikiej natury. Kiedy błądziła rękami po swoim nagim ciele, nie zapomniała o przetarciu piersi na których spoczywała warstwa brudnego potu, jak też o brzuchu oraz o umyciu okolicy nóg i ich samych. Zapomniała się w tym tak bardzo, że niespodziewany dotyk na jej ramieniu spowodował, że omal się nie wywróciła w wysokiej, sięgającej pasa wodzie. Dyszała przerażona do momentu, aż poznała kim był owy sprawca całego zamieszania.

-Titee, mogłeś mnie uprzedzić! -krzyknęła Michelle, wynurzając się i odsłaniając swą nagość.

-Potraktuj to jako zapłatę za głupi żart. -starał się nie śmiać.

-Niech ci będzie, ale więcej tak nie rób. -miała ochotę go walnąć za jego czyn.

Michelle nawet nie zauważyła, że Titee nie miał na sobie żadnego ubrania i dopiero przypadkowe spojrzenie w dół, uświadomiło jej w jak ciekawej i podniecającej sytuacji się znalazła. Starała się nie patrzeć w najbardziej oczywistą część jego ciała, ale za bardzo to jej nie wychodziło, bo on to zauważył. Wtedy zbliżył się do niej i obejmując ją w pasie, przyciągnął do siebie, tak że czuł na sobie jej wystający brzuch. A patrząc w jej żółte, głębokie oczy zobaczył w nich iskrę pożądania, która stopniowo wrosła w wielki płomień, a ten zaś wymknął się spod kontroli, zamieniając się w jeszcze większy pożar.

Pełnej pasji wymiany pocałunków czy kierowanie swych dłoni w najbardziej intymne miejsca, nie było końca. Pieszcząc swe delikatne miejsca, ich ciała reagowały różnie, nawet w widoczny sposób. Michelle bardzo ucieszyło, że jej wysiłki przyniosły spodziewane efekty, kiedy czuła w dłoniach jego rosnący zachwyt. A czując na szyi jego oddech, wiedziała nawet bez tsaheylu, że sprawiała mu przyjemność, choć w końcu musiała się opanować i przestać. Chciała się z nim kochać, ale nie tak jak zwykle w pełnym piękna lesie, a spróbować gdzie indziej. Spostrzegła, że między wodospadem, a skalną ścianą jest szeroka na metr wolna przestrzeń, gdzie w obłokach pary i szumu wody, można się skryć przed całym światem.

Oboje z trudem wyrwali się z własnego uścisku, tylko po to, żeby tam się dostać i móc spełnić swe pragnienia. Miejsce było naprawdę odosobnione, dając parze tak ważną dla nich intymność. Michelle będąc plecami oparta o gładką skałę, widziała przed sobą ścianę błękitnej wody, lecz nie miała dłuższej okazji do jej podziwiania, bo bardzo głęboki pocałunek na jej ustach, wyrwał ją z lekkiego zamyślenia. Titee mając dłonie położone po obu stronach ramion swej partnerki, swym ciałem przyparł ją do ściany, kiedy smakował słodki smak śliny z jej miękkich warg.

Michelle w tym czasie dotykała jego pleców, a przesuwając się palcami wzdłuż kręgosłupa, dotarła do sztywnej podstawy ogona, na chwilę go obejmując w dłoni. Niespokojny Titee tylko nim machnął, zahaczając o strumień wody pod którym się znaleźli. Oboje już tego chcieli oraz pragnęli, więc po odnalezieniu swych mokrych warkoczy i odsłonięciu nici, które jak tylko wyczuły swoją obecność, natychmiast się splątały ze sobą. Razem jęknęli, gdy to się stało, a wtedy siła towarzysząca wspólnym doznaniom, wzrosła wielokrotnie ponad poziom, który zwykły człowiek mógłby znieść.

Wszystkie dźwięki, zapachy oraz kolejno spływające krople z ich ciał, były tak wyraźnie przez nich odbierane, że w umyśle powstała istna burza kolejno pobudzanych zmysłów. Bez słów mówili do siebie, prosząc o więcej czułego dotyku, a zwłaszcza Michelle dla której jak zawsze była to nieprawdopodobna chwila. Zwłaszcza kiedy Titee dotykał swymi dłońmi jej pełnych subtelności niewielkich piersi, które stawały się jeszcze bardziej sztywne. Zaczęła trudniej oddychać, a między wdechami prosić o wypełnienie jej ciała.

-Zróbmy to... razem... teraz! -wyrywało jej się między kolejnymi pocałunkami.

-Dobrze... uhm... jesteś... taka przyjemna! -jęknął, gdy się w niej znalazł.

-Och... Eywa jest wielka! -jeszcze nigdy tak mocno ona w nią nie wierzyła jak teraz.

Titee i Michelle stojąc w wysokiej wodzie, starali się nie stracić równowagi, gdy połączeni w uścisku swych ciał, z każdym ruchem przeżywali jedno z najmocniej przeżywanych wrażeń związanych z wspólnym stosunkiem. To nie tylko fizyczne połączeniem ciał, ale i nerwów dzięki któremu sam akt nabierał zupełnie innego wymiaru. Bo gdy jedno z nich napierało, drugie czuło to w sobie, ale jednocześnie odbierało też uczucia partnera, który to robił. Była to pętla z której trudno było się wyrwać, gdyż kolejne fale przyjemności skutecznie to powstrzymywały, jednocześnie prosząc o więcej.

Cała Michelle była mokra z podniecenia oraz od unoszącej się mgiełki wody. Nie wytrzymując, nogami mocno objęła Titee w pasie, aż się pojawiły się ich rozpaczliwe jęki rozkoszy. Z przejęciem i oddaniem swej sprawie, zapuszczali się w najbardziej odległe regiony ciała, na granicy przyjemności i bólu. Ich klatki piersiowe napierały na siebie, gdy kolejne energiczne posunięcia, coraz bardziej przesuwały ich do krawędzi. Przy całym zaangażowaniu w spełnianiu swych żądzy, musieli uważać aby nie stracić równowagi. Głośne westchnienia pary roznosiły się po okolicy, wypełniając cały las stopniowo cichszym echem, aż całkowicie ucichło. Tylko w ich głowach powstał zamęt po którym ciężko było się otrząsnąć, bo jeszcze przez parę chwil, znajome uczucie euforii nie chciało odejść, krążąc między nimi przez tsaheylu i napawając ich niewyobrażalną ekstazą.

Nagle nastało uczucie stagnacji i pewnej pustki, ale to tylko dlatego że uniesienie opadło, zaś myśli w ich głowach się uporządkowały. Patrzyli na siebie z szeroko otwartymi żółtymi oczami w których była zawarta cała miłość do siebie, w swej najczystszej postaci i zwartej esencji. Titee sięgając ręką do twarzy Michelle, odsunął z niej włosy, których to mokre kosmyki ją zakryły. Razem stojąc w wodzie, zaczęli się ponownie całować z pasją, obejmując przy tym delikatnie swe ciała wokół talii. Nadal złączni wspólną więzią chcieli przeżywać to na nowo, lecz coraz bardziej słyszalne grzmoty nadchodzącej burzy, skutecznie ich powstrzymały.

-Tak bym chciała... znowu! -powiedziała między pocałunkami.

-Ja również... ale burza? -mówiąc, próbował odciągnąć jej ręce od swych bioder.

-Och... spróbujmy raz jeszcze! -nie podawała się tak łatwo.

Wtedy nagły huk pioruna, który uderzył w pobliskie drzewo skutecznie ich powstrzymały i dając sobie chwile na rozłączenie więzi, wyszli i w pośpiechu zaczęli zmierzać ku suchemu brzegowi. Tam starali sobie przypomnieć, gdzie zostawili ubrania i inne drobne rzeczy. Widząc coraz bardziej zachmurzone nocne niebo, które było poprzecinane błyskawicami, wiedzieli że w tym czasie nie należy przebywać poza Kelutral. Zarówno wzmagający się wiatr, jak i pojedyncze krople deszczu zwiastowały ulewę. Trochę szkoda, bo chcieli zasnąć gdzieś pod jednym z pobliskich drzew, przy dźwiękach szumu wodospadu. Niestety pogoda pokrzyżowała ich plany i po szybkim związaniu przepasek wokół bioder oraz założeniu naszyjnika przez Michelle, byli gotowi do drogi powrotnej.

Kiedy dotarli do Drzewa Domowego, w jego wnętrzu było niewielu Na'vi, bo właśnie zasypiali w hamakach. Ich pośpiech zauważyło paru starszych mieszkańców, którzy domyślali się gdzie oni byli i co robili, oznajmiając to śmiechem i szeptanymi rozmowami między sobą. Michelle i Titee oczywiście udawali, że nic nie miało miejsca, ale w tak małej społeczności, ciężko było cokolwiek ukryć. Oboje chwycili po jednym z fioletowych owoców leżących w koszach, znajdujących się w jednej z wnęk Kelutral. W drodze na górę, idąc po spiralnych schodach, zaczęli je jeść, gdyż dopadł ich niespodziewany głód. Cały owoc znikł w ich ustach zanim dotarli do hamaka, żeby tam się wspólnie ułożyć do snu. Na zewnątrz do rana szalała zła pogoda, ale w środku Drzewa Domowego panował względny spokój i tylko świst wiatru przypominał o swej obecności.