Siedzieli na tarasie i wcinali lody poziomkowe. To znaczy, Harry je jadł jeszcze chwilę temu, a jego matka wysłała męża do kuchni po kolejną porcję. Severus nie cierpiał lodów. Odkąd sobie uświadomił jak ciężko jego organizm reaguje na laktozę wolał ich po prostu unikać. Harry ostatnio bardzo często przebywał u nich w domu. Pomagał matce i przynosił zabawki dla dziecka, chociaż definitywnie zostało jeszcze sporo czasu, zanim jego siostra będzie się nimi bawiła. Lily ledwo się ruszała z powodu wielkiego brzucha, a do porodu zostało już niewiele dni. Severus wyciągał właśnie pojemnik z lodami, gdy za jego plecami zmaterializował się chłopak.
- Severusie. Opowiedz mi o Dumbledorze. O tym kim był dla ciebie. O tym czego od ciebie oczekiwał. Obiecałeś mu kiedyś, że zrobisz wszystko. – zaczął niepewnie, jakby sam nie wiedział o co pyta. I czy w ogóle pyta.
- I tak było. – odparł Snape, przyglądając się chłopakowi uważnie
- Czy on cię związał?
- Pytasz o Wieczystą Przysięgę? O tak. Związał. Zmusił bym wypełniał, każde jego absurdalne polecenie. Jego rozkazy. Idiotyczne żądania. Dobrze, że nie kazał mi jeść tych swoich cukierków. Posyłał mnie raz za razem do Czarnego Pana. Wiedząc doskonale, że kiedyś moje osłony mogą runąć. Że to bydlę może się przez nie przebić. Że będę martwy w tej samej sekundzie. – odpowiedział, dziwiąc się nieznacznie, że jest w stanie o tym mówić. Zawsze mu się wydawało, że będzie to dla niego wyzwanie. Teraz jednak w jakiś niewyjaśniony sposób wierzył, że Potter jest w stanie udźwignąć wiedzę, kiedy spadnie ona na jego barki.
- Chyba dlatego nic ci nie mówił.
- To dość oczywiste. Czemu pytasz o to teraz?
- Nie wiem. Chyba wciąż mam żal, że mi też nie mówił prawdy. Czy coś się zmieniło, gdy zrozumiałeś, że cię oszukał? – spytał nagle.
- Co masz na myśli? Wydaje ci się, że mogłem nienawidzić go bardziej, gdy nie pomógł twojej matce? Czy być na niego jeszcze bardziej wściekły, niż każdego wieczora, gdy obrywałem cruciatusem?
- Nie. Chyba za to, że nie uszczęśliwisz Lily. Że mimo tego wszystkiego przez co przeszedłeś, mimo wszystko mnie nie ochroniłeś. Przed jego planem. I Voldemortem. – Snape wpatrywał się w niego ze smutkiem. Ale nic nie powiedział. – Nie przyszło ci nigdy do głowy by mnie ocalić? Naprawdę ocalić? Na złość temu staremu durniowi?
- Przed śmiercią? – spytał Severus. Odpowiedziało mu kiwnięcie głową. – Najpierw nie miałem o tym pojęcia. Że chce twojej śmierci. Okłamał mnie, że robimy to dla Lily. Że cię chronimy. A ja musiałem być mu posłuszny. A przecież pod sam koniec już nie chodziło tylko o ciebie. To było...-
- Wiem, wiem. Większe dobro.
- To była mimo wszystko twoja decyzja, Harry. Ty zdecydowałeś o swoim losie.
- Na tym etapie nie miałem już większego wyboru, prawda? Dlatego poszedłem się spotkać z Voldemortem, wiedząc już co się stanie. Po prostu chciałem uratować tych, którzy jeszcze żyli… Ale czy nigdy nie chciałeś tego zmienić? Ukryć mnie? Gdzieś gdzie nie mógłby mnie znaleźć?
- To nie było możliwe. Albus nigdy by mi na to nie pozwolił. Jeszcze w czasie kiedy Czarnego Pana nie było, wciąż wiązała mnie Wieczysta Przysięga. A moja noga nie mogła nawet zbliżyć się do posiadłości Dursleyów. Nikt z Mrocznym Znakiem nie mógł… a potem... potem było już za późno. Dyrektor nigdy nie pozwoliłby ci uciec.
- To straszne. Dwóch największych czarodziejów tamtej epoki chciało mojej śmierci. I nikt nie mógł nic na to poradzić! To niesprawiedliwe! Nie miałem nawet nikogo bliskiego, kto by się mną naprawdę zajął. – szepnął chłopak gapiąc się w przestrzeń przed sobą.
- Przepraszam. – powiedział patrząc w zielone oczy młodego mężczyzny przed sobą.
- To nie twoja wina. On cię zmanipulował.
- Moja. To od początku była moja wina. – szepnął Severus czując jak coś w nim pęka. Jakaś bariera, do której nigdy nawet nie chciał się zbliżać.
- Nie spodziewałem się tych słów. Nie od ciebie. Nigdy. – powiedział Harry wpatrując się w czarne źrenice.
- Wiem, że to nie ma dla ciebie znaczenia. Że nie odda ci dzieciństwa. Nie zmieni tych wszystkich okropnych wspomnień. Chciałbym, żeby wasze życie wyglądało inaczej.
- Cóż, pewnych rzeczy nie da się już odwrócić, ale patrząc teraz na uśmiech na twarzy mojej matki nie chciałbym tego zmieniać.
- Ale to powinno wyglądać inaczej. Twoje życie. Wasze. – Harry pokręcił głową słysząc te słowa
- Mój ojciec nigdy nie powinien zrobić ci tego, co zrobił. Może byś jej wtedy nie obraził. – spojrzał na okno, przez które widać było kobietę siedzącą z książką na tarasie. – A ja mógłbym się nigdy nie urodzić.
- Albo, ku swojemu głębokiemu obrzydzeniu, mógłbyś mieć mój nos. – powiedział cicho starszy mężczyzna też patrząc w okno. Harry roześmiał się.
- To by mnie naprawdę oszpeciło. Jednak nigdy się tego nie dowiemy. Prawda?
- Nie, Harry. Nie dowiemy się czy byłbym dla ciebie dobrym ojcem.
- Będziesz dla Pandory. Już jesteś. I dla mnie jakby trochę też. Ostatnio. – Severus potrzasnął głową chcąc zaprotestować, ale gówniarz ciągnął dalej swoją ckliwą tyradę. - Troszczysz się o mnie. Narażasz swoje życie. Zawsze to robiłeś. I wciąż próbujesz mnie czegoś nauczyć. Choć czasem dość dziwnymi metodami. I mimo, że upadam, wciąż jesteś gdzieś obok by mnie łapać. Nie związuje cię już żadna przysięga. I nie robisz tego wcale z lojalności do mojej matki.
- To jakaś olbrzymia nadinterpretacja, panie Potter. – prychnął odwracając od niego twarz. Nie zamierzał patrzeć dzieciakowi dłużej w oczy. Jakaś dziwna energia wirowała w jego żołądku, jakby miała go rozsadzić na kawałeczki.
- Taak. Wynikająca z mojej manii wielkości. I potrzeby zarządzania światem… - prychnął chłopak kolejny raz. Powaga, która była tam jeszcze chwilę temu, wyparowała. W jego głosie słychać było rozbawienie. - Lubisz mnie. Zależy ci na mnie. – powiedział wbijając palec w jego ramię
- Coś ci się pomyliło gówniarzu. – warknął.
- Kiedyś nawrzeszczałbyś na mnie i wyrzucił ze swojego gabinetu za taką impertynencję.
- Teraz nie mam gabinetu z którego mógłbym cię wyrzucić. – Sev uśmiechnął się półgębkiem
- Może będę skłonny coś na to zaradzić.
- Słucham?
- Nic Severusie. – zbył go machnięciem ręki, tak typowym dla Malfoya. Więc jednak przebywanie z nimi czegoś go nauczyło. Severus był pewien, że z tego akurat nie był do końca zadowolony.
- Jeśli się dowiem, że znów coś kombinujesz za moimi plecami, to obedrę cię ze skóry.
- Nie sądzę. – chłopak uśmiechnął się promiennie.
- Naprawdę mam cię czasem ochotę udusić. – prychnął, krzywiąc się nieznacznie
- Wiesz, jeśli potrzebujesz kontaktu fizycznego, możesz się po prostu przytulić. – zaśmiał się chłopak
- Co ty.. mi tu.. nigd… Zejdź mi z oczu gówniarzu! – prychnął z oburzeniem i palnął go w potylicę.
- Ja ciebie też, zejdź mi z oczu. – Harry mrugnął do mężczyzny i wyszedł na taras, by przytulić matkę. Po chwili zniknął gdzieś zupełnie z pola widzenia Snape'a.
##
#
Severus wpatrywał się w ciemne drzwi za którymi zniknął chłopak wychodząc do ogrodu.
Wcale go nie lubił. Wcale mu nie zależało. I zdecydowanie nie miał ochoty go przytulić. Głupi bachor. Co on sobie myślał? Zadawał mu pytania, o to co on czuł. A przecież Severus nie czuł nic.
To znaczy - czuł. Kochał Lily. Poza tym nic się nie liczyło. Ale czy to prawda?
Oczywiście nie pozwoliłby, aby Harremu coś się stało. Robił to dla Lily. Ten przeklęty chłopak, syn Pottera, nie mógł wkraść się w jego łaski. Nie mógł. To by znaczyło, że Severus Snape ma kolejną słabość. Że można go łatwiej zranić, a to nie było dobre. Nie było bezpieczne.
Zacisnął pięści. Nie. Nie zależy mu na tym chłopaku.
Poszedł do ogrodu, gdzie wciąż siedziała Lily. Postawił przed nią pojemnik z lodami na stoliku. Pochylił się nad nią i pocałował delikatnie. Oddała pocałunek. Poczuł jak miękną mu kolana. Jak ciepło rozlewa się po jego ciele. To było miłe. Czułe. Znajome. To mimo pozornej słabości, sprawiało że był silniejszy. Bliskość sprawiała, że czuł się ważny. Potrzebny.
Nie było to w ogóle uczucie choć w części zbliżone do tego, gdy był postrachem Hogwartu. Satysfakcja wywołana strachem na czyjejś twarzy. Pewność siebie i swojej wiedzy. I wyższość nad innymi z tego powodu.
Nie było to też uczucie do którego przywykł w dzieciństwie. Pamiętał oczywiście miłość własnej matki, ale to było coś zupełnie innego. To było jego bezpieczne terytorium. Jego dom.
Ciepło rozchodziło się po całym jego ciele. Wnikało w jego kości. On był kochany. Był potrzebny. On. Nie jego wiedza o korzonkach. Nie umiejętności oklumencji. Nie jego instynkt w warzeniu wszelkich mikstur. On.
„Ja ciebie też zejdź mi z oczu." Słowa chłopaka wróciły do niego jak bumerang wywołując kolejną falę ciepła.
Dreszcz przebiegł po jego kręgosłupie, wywołując drżenie ramion. Uśmiechnął się do siebie i wtulił twarz we włosy Lily. Być może posiadanie w swoim życiu tego nieznośnego Gryfona, nie było taką złą rzeczą…
