A/N: YES! Wena nareszcie dała się uprosić i upitrasiłyśmy razem to małe coś, co, mam nadzieję, na razie zaspokoi Wasze apetyty, Dziewczyny. Życzę miłego czytania i pozdrawiam gorąco!
Asia.
39.
Andy był wniebowzięty. Po raz pierwszy, odkąd przyszedł na świat, miał tatusia w pełnym tego słowa znaczeniu. To prawda, że już wcześniej nazywał tak Jacka, ale teraz… teraz nawet nazywał się tak samo. Już nie był Andrew Thomas, lecz Andrew Hudson i był niezwykle z tego dumny, szczególnie, kiedy musiał „wytłumaczyć" dzieciom w centrum, dlaczego nagle zmienił nazwisko. Dość powiedzieć, że koleżanki i koledzy z grupy uznali ten fakt za „fajowy", a samego Andy'ego za najfajniejszego chłopczyka. Och nie, żeby wcześniej narzekał na brak popularności. Był lubianym dzieckiem. Po prostu lubiano go jeszcze bardziej i tyle! W dodatku tatuś spędzał z nimi nawet noce, co nie zdarzyło się, odkąd mama i on byli chorzy, bawiąc się z Andy'm przy każdej sposobności.
Co jednak cieszyło malca najbardziej, to wyraz twarzy jego mamusi, gdy tata był blisko. Mamusia zawsze wtedy uśmiechała się tak szeroko, tak radośnie, jakby na jej buzi świeciło słoneczko. I śmiała się. Tak często teraz się śmiała. Tatuś często robił coś zabawnego, byle tylko usłyszeć jej śmiech, a kiedy to się udało jego buzia też się rozpromieniała. Andrew lubił te momenty, bo były dowodem na to, że jego mamusia nie tylko nie jest już samotna, ale że nareszcie jest naprawdę szczęśliwa.
Najzabawniejsze było, gdy tatuś całował mamusię. Robił to często i na początku mamusia strasznie się czerwieniła, gdy Andy ich „przyłapał". Potem jednak chyba przywykła, bo gdy następnym razem zaprezentował im swoje udawane oburzenie, wyrażone głębokim „Ewww!", zachichotała tylko i mrugnęła wesoło.
- Kiedyś znajdziesz dziewczynkę, którą zechcesz pocałować i wtedy już nie pomyślisz, że to obrzydliwe!- stwierdziła z humorem.
- Nie, nie!- zaprotestował stanowczo.- Nie dałem buzi Zoe i nie dam innej dziewczynce, bo one wtedy wszędzie chcą za tobą chodzić i trzymać za rękę!- dodał z takim poważnym wyrazem twarzy, że Hudson nie wytrzymał i się roześmiał. Ach ta logika czterolatków! Tak na marginesie, odkąd Jack zaistniał w ich życiu, słownictwo Andrew rozrosło się znacznie na skutek ich częstych rozmów i Sparky promieniał dumą, gdy patrzył na chłopczyka.
- Synku…- powiedział, podchodząc do aniołka i mierzwiąc mu włoski.- Kiedyś zmienisz zdanie. Może to będzie Zoe, a może ktoś inny. Jeśli ta dziewczynka będzie choć w połowie tak wspaniała, jak twoja mama, to będziesz miał wiele szczęścia i całowanie jej będzie dla ciebie najnaturalniejszą rzeczą na świecie.- stwierdził, znów czule spoglądając na żonę, która zarumieniła się uroczo pod wpływem tego spojrzenia i komplementu.
Andy uparcie obstawał przy swoim, ale tak naprawdę podobało mu się takie okazywanie uczuć między rodzicami, bo dawało mu poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Poza tym, skoro tatuś i mamusia się całowali, to może będzie miał brata, albo siostrę? Często bowiem patrzył, jak wujek Bobby całuje ciocię Tarę i teraz Zoe będzie miała braciszka. Sam też chciałby takiego mieć, żeby móc się z nim bawić i być starszym bratem. Zoe mówiła, że teraz będzie starszą siostrą, więc Andy nie chciał zostać w tyle!
-xxx-
Czas płynął szybko dla rodziny. Po Nowym Roku Hudsonowie zaczęli powoli rozglądać się za nowym domostwem. Mieszkanie Jacka co prawda było przestronne, ale nie było „ich". Na razie stanowiło tylko przystanek, miejsce, gdzie zostaną, dopóki nie znajdą wspólnego domu. Poszukiwania nie były łatwe, szczególnie z grafikiem nowożeńców, ponieważ oboje mieli dużo pracy, a Sue dodatkowo nadrabiała zaległości w nauce powstałe na skutek ostatnich wydarzeń. Na szczęście większość profesorów, za wyjątkiem Davenporta, nie robiła jej trudności, wiedząc, że dziewczyna jest zdolna. Zresztą, jej oceny mówiły same za siebie. Jej prace zaliczeniowe były zawsze najwyższych lotów, dokładnie przemyślane, skonstruowane i udokumentowane właściwą bibliografią, tak odmienne od wypocin składanych przez wielu innych studentów, traktujących studia mniej poważnie. Nawet z zaległościami, głucha pani Hudson zostawiała ich w pyle kurzu i kilku profesorów zastanawiało się, czy nie zaproponować jej indywidualnego toku nauczania, który skróciłby jej naukę co najmniej o rok. Sue jednak nadal się wahała, a po drugie pozostawał jeszcze prof. Davenport, który nie palił się do tego pomysłu. Sue chciała mieć czas dla swojej rodziny, męża i synka, a intensywny kurs pochłaniałby tę resztkę wolnych chwil, które mogła z nimi spędzać.
- Wesprę cię, cokolwiek zdecydujesz, kochanie.- zapewnił ją Jack, gdy o tym rozmawiali podczas jednej z rodzinnych kolacji i Sue wiedziała, że może na niego liczyć. Tym nie mniej, musiała to jeszcze przemyśleć, szczególnie teraz, gdy budowali wspólne, nowe życie i szukali swego gniazdka.
Oferta agencji nieruchomości również nie ułatwiała im zadania. Domy, które dotąd im pokazano albo były zbyt drogie, albo brakowało im „duszy", tego rodzinnego ciepełka, którego w nich szukali. Jakby nie patrzeć, przecież w tym domu mieli spędzić wiele następnych lat, po co więc kupować coś, co nie spełnia ich oczekiwań?
Oglądali wiele posesji, ale nigdy to nie było „to", a ceny niektórych były po prostu absurdalne. Och, Jack nie należał do biednych. Miał całkiem spory kapitał w akcjach i obligacjach, który nie wchodził do wspólnego majątku, ponieważ stanowił spadek odziedziczony po dziadkach jeszcze w okresie kawalerstwa. Do tego dochodziła prawnicza pensja i prowizje. Tym nie mniej, oboje z Sue uważali, że wszystko ponad cenę miliona dolarów byłoby zakupem nazbyt luksusowym i ostentacyjnym. Poza tym, Sue chciała się dorzucić mimo, że jej dochody były znacznie skromniejsze. Chciała mieć poczucie, że kupują dom naprawdę razem, jak partnerzy.
Jednego oboje byli pewni, chcieli dom jednorodzinny, najchętniej z jakimś ogródkiem pełnym zieleni i co najmniej trzema sypialniami, skoro Hudsonowie myśleli nad powiększeniem rodziny. Poszukiwania wszakże szły opornie i młoda para była na skraju załamania, dopóki pewnego dnia nie zadzwoniła do nich agentka nieruchomości z propozycją „ostatniej szansy", bowiem małżonkowie rozważali zmianę agencji na inną. Zaprosiwszy ich do swego biura, kobieta pokazała im folder, w którym znajdowało się zdjęcie kolonialnego domu mieszczącego się przy 530 8th St NE, w którym oboje z miejsca się zakochali. Był to budynek posiadający trzy sypialnie, 2.5 łazienki i przestronną piwnicę, którą można by bez problemu przerobić na dodatkowe sypialnie. Co urzekło ich szczególnie w owym szarym domku, to cudowny, dwupoziomowy salon z kominkiem i wspaniałymi drewnianymi podłogami utrzymanymi w nienagannym stanie, który mimo dużej, otwartej przestrzeni emanował ciepłem. Kuchnia nie była duża, ale bardzo rodzinna. W dodatku prowadziła do zacisznego ogródka na tyłach, gdzie latem można było odpoczywać w cieniu drzew. Łazienki też były wykończone ze smakiem. Jedynym minusem był brak garażu, ale samochody można było parkować na małym parkingu od frontu, który z jednej strony był obsadzony zimozielonymi roślinkami, i który latem można było uzupełniać kwitnącymi roślinami sezonowymi.
Tak, tego właśnie szukali, zwłaszcza, że i cena nie była zbyt wygórowana jak na dom po całkowitej renowacji, dom, który miał swoją historię i przede wszystkim duszę.
Zważywszy na fakt, że była to prawdziwa okazja, Jack i Sue nie czekali, aż ktoś ich wyprzedzi i polecili Nancy złożyć ofertę w ich imieniu. Było to prawie dziewięćset tysięcy, ale po rozmowie z księgowym Jacka i sprawdzeniu stanu konta Sue okazało się, że mogą sobie pozwolić na taki wydatek. Musieli tylko spieniężyć część aktywów. Dom jednak był tego wart, a i ich rodzina była warta tego domu.
Przez kolejne dwa dni z niepokojem oczekiwali odpowiedzi od właścicieli, modląc się, by nikt nie podbił ich oferty. Tak bardzo chcieli tam zamieszkać! Trzeciego dnia oddzwoniła Nancy i poprosiła, by usiedli. Pewni odmowy, z ciężkim sercem klapnęli na sofę, czekając na potwierdzenie złych wieści. Upewniwszy się, że Hudsonowie faktycznie nie stoją, zakomunikowała nieuniknione:
- Gratulacje! Dom jest wasz. Możecie się wprowadzać, jak tylko dopełnimy formalności i przelejecie pieniądze.
Radości rodziny nie sposób było opisać słowami. Nareszcie odnaleźli swoje miejsce na Ziemi, swój dom. Na razie nie trzeba im było niczego więcej.
TBC
