ODCINEK 38: MOTOR CZY ŻAGIEL?
Po czterech dniach wędrówki dotarliśmy nad jezioro Śniardwy - największe jezioro w kraju. Było tu bardzo ładnie i z pewnością można tu było spotkać dużo rzadkich Pokemonów. Po pływających po jeziorze żaglówkach i motorówkach można też było stwierdzić, że jest tu sporo turystów.
- Mikołajki przed nami. - oznajmiła w pewnej chwili Clair.
I rzeczywiście, w oddali widać już było miasteczko zbudowane nad jeziorem i będące kolejnym typowym "rajem dla turystów".
- Pamiętaj, żeby tym razem nie zapisywać się na żadne konkursy. - przypomniałem dziewczynie, a ta tylko posłała mi spojrzenie typu: "Nie prowokuj, bo zginiesz." Jakoś nie przejąłem się tym za bardzo i spojrzałem w stronę znaku, głoszącego "Mikołajki witają", pod którym czekał na nas Oddish Maxa. W ogóle młody trener stwierdził, że skoro jego Pokemon lubi podróżować, a ja i Clair mieliśmy po jednym Poku "PozaBallowym" - jak to określił, to jego podopieczny też może wędrować samodzielnie. No i od dwóch dni mała Poke-Rzepa biegała albo przed nami, albo za nami i była z tego powodu bardzo zadowolona.
- Uważaj mały, teraz wchodzimy do miasta turystycznego, więc pilnuj się, żebyś się nie zgubił. - poinstruował stworka Max. W odpowiedzi Oddish pisnął krótko i kiwnął łebkiem, na znak, że rozumie.
Weszliśmy do Mikołajek i szliśmy główną ulicą, rozglądając się na wszystkie strony. Trzeba przyznać, że było tu bardzo ładnie, no i wszędzie były różne stragany z pamiątkami, kawiarnie i czego tylko turyści mogliby potrzebować. Jednak, wbrew pozorom, dostrzegliśmy mniej ludzi, niż można się było spodziewać. Nagle podszedł do nas jakiś chłopak, niewiele starszy od nas i krótko zapytał:
- Motor, czy żagiel? Co lepsze?
- Eee... Słucham? - nie byłem pewny, o co mu chodzi. Max i Clair mieli równie zdziwione miny jak ja. Do chłopaka podszedł drugi i zwrócił mu uwagę:
- Daj im spokój, widzisz, że to trenerzy i zapewne nowi w mieście. - to mówiąc chłopak wskazał na nasze Poki. Po chwili obaj odeszli.
- Dziwne? Wie ktoś, co to było? - spytała zdezorientowana Clair.
- Nie jestem pewny... Ubrani byli podobnie, może to jakaś banda, albo coś? - zaczął się zastanawiać Max. Ja popatrzyłem jeszcze za oddalającymi się chłopakami. Obaj mieli jasne spodnie i białe bluzy, podobne do żeglarskich. Fakt, można było uznać, że ubrani są podobnie.
- Ciekawe. W takim razie proponuję zjeść jakiś obiad, a potem możemy ewentualnie trochę pozwiedzać i być może dowiemy się, o co tu chodzi. - zaproponowałem. Co do zwiedzana to w podróży już teraz mi się tak nie spieszyło, jak przed dotarciem nad jezioro Wigry. Zagadka Dark Gyaradosa została rozwiązana, Pok siedział u mnie w PokeBallu i jak dotąd nie ryzykowałem wypuszczenia go gdziekolwiek. Planowałem po dotarciu do Gdańska wypuścić stworka na pełne morze, tego zresztą chciał i czasem zastanawiałem się, jak wtedy stwór się zachowa. Czy wypuszczę go gdzieś wcześniej? Tego nie wiedziałem.
- Dobra idziemy jeść. Pamiętasz, że jesteś moim dłużnikiem, więc za obiad płacisz, prawda? - z rozmyślań wyrwał mnie przesłodzony głosik Clair. Westchnąłem tylko. Fajnie, że dziewczyna uratowała mi życie i w ogóle, ale nie musi mi tego przypominać na każdym kroku...
- Tori, ja proponuję tamten lokal. Nie wygląda na zatłoczony i raczej ceny też nie powinny być zbyt wysokie. - Max z uśmiechem wskazał jedną z licznych restauracji. Niewiele myśląc weszliśmy do środka i okazało się, że chłopak miał rację. Wnętrze urządzono bardzo ładnie, niebieskie ściany z wymalowanymi wodorostami sprawiały wrażenie, że jest się pod wodą. Na środku lokalu znajdowała się niewielka fontanna, w której obecnie pływała sobie Goldeen.
- Dzień dobry! Jest ktoś w domu?! - zawołała Clair, gdyż w całym lokalu nie było widać nikogo, poza PokeRybą. Po dłuższej chwili, z pomieszczenia pełniącego zapewne rolę kuchni wyszedł starszy mężczyzna.
- Klienci? Rzadko się tu widuje klientów ostatnio. Czego państwo sobie życzą? - zapytał na powitanie. Zamówiliśmy obiad dla nas, oraz dla Absola, Charmeleona i Oddisha. Reszta Poków siedziała w PokeBallach, a na szczęście stworki takie nie potrzebują jeść, bo energii nie zużywają. Nasi podopieczni ulokowali się w pobliżu fontanny i już wkrótce rozpoczęli dyskusję z Goldeen, na różne "Poke-Tematy". My zaś zajęliśmy jeden ze stolików, a gdy starszy mężczyzna przyniósł nam obiad, zaproponowaliśmy, aby się dosiadł.
- Wie pan może, co się tu dzieje. Czemu jest mało turystów i w ogóle? - zapytałem.
- Tak, to ciekawe. Wcześniej zaczepił nas też jakiś chłopak i pytał o coś, ale nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi. - dodała Clair.
- Coś o motorach i żaglach chyba. - przypomniał sobie Max.
- Motorowcy i Żaglowce. - mruknął nasz rozmówca - Czyli już ich spotkaliście.
- A co to za jedni? - musiałem przyznać, że zaczynało mnie to ciekawić.
- Dwie bandy tak zwanych turystów. Przyjechali dwa tygodnie temu zarówno jedni jak i drudzy, tylko że jedni wolą pływać szybkimi motorówkami, a drudzy wolą spokojne żeglowanie. No i zrobiła się wojna.
- Piorą się? - spytała dziewczyna.
- Na szczęście nie, ale hałasują, czasem urządzają popijawy, no i ścigają się.
- Ścigają? - zapytaliśmy niemal jednocześnie.
- A tak. Urządzają wyścigi na jeziorze. Szef Żaglowców z szefem Motorowców. Reszty band pływają dookoła lub stoją na molo, dopingują i wprowadzają ogromne zamieszanie. Cały problem polega na tym, że oni uważają, że jezioro należy do nich. Zaczepiali turystów, hałasowali po nocach, raz nawet urządzili sobie nocny wyścig. Ostatecznie po tygodniu większość ludzi, którzy przyjechali tu wypocząć wyniosła się gdzie indziej, a najwytrwalsi kapitulowali przez ostatnie kilka dni. Jednak turyści to jeszcze nic wielkiego, wrócą. Gorzej, że te wszystkie hałasy źle wpływają na dzikie Pokemony. Dwa dni temu zauważono ławicę Remoraidów, jak odpływały stąd szukać spokojniejszych terenów. Może się wydawać, że jezioro jest duże, ale mimo wszystko woda potrafi nieść hałasy na duże odległości... - mężczyzna skończył wyjaśnianie, a my popatrzyliśmy po sobie.
- A Strażnicy Pokemon? Nic nie mogą poradzić? - spytał w końcu Max.
- Mogliby, gdyby nie mały problem. Ta cała "młodzież" nie ma przy sobie ani jednego Pokemona. To wszystko to zwykli turyści. Dzieciaki bogatszych obywateli kraju, więc trudno coś na to poradzić. Strażnicy byli tu parę razy, ale co? Spisali, pouczyli i już. Przegonić nie mogą, bo poza hałasem obie bandy nie robią nic złego. Zastraszyć ostrzeżeniem na Karcie Trenerskiej się nie da, bo oni takowych nie posiadają.
- Taaa... Najpierw Wigry, teraz Śniardwy... Zaczynam podejrzewać, że tych całych strażników się normalnie przecenia... - mruknęła Clair.
- I nikt nie próbuje nic zrobić? - zapytałem jeszcze. Reakcja mężczyzny na to pytanie była dziwna. Rozejrzał się, jakby w restauracji miał być ktoś poza nami, po czym zniżył głos do szeptu i rzekł:
- Kapitan Nemo.
- Że co, przepraszam? - spytała zdziwiona trenerka,
- Kapitan Nemo. Tajemniczy człowiek, który przeszkadza obu bandom w zawodach, nocami przecina liny, którymi cumowali swoje łodzie do brzegów i rankiem można je znaleźć na całym jeziorze. Ogólnie to myślę, że chce ich stąd przegonić, ale wiadomo jak to jest z młodymi bogatymi. Nocą pilnują łodzi, podczas wyścigów wypatrują czegoś dziwnego. Obie bandy ze sobą rywalizują, jednak również obie bardzo chciałyby dopaść tego Kapitana Nemo.
- To ciekawe... - mruknąłem.
- I nikt nie wie, kim jest ten człowiek? - spytał Max.
- Nie. A jeśli nawet ktoś wie, to nic nie powie. Mieszkańcy się cieszą i mają nadzieje, że tych pseudo-turystów uda się stąd wygonić, natomiast oni... - mężczyzna przerwał i w tym samym momencie drzwi restauracji otworzyły się i uderzyły o ścianę z głośnym trzaskiem. Do środka wszedł chłopak w wieku dwudziestu lat, a za nim dwóch następnych, niewiele młodszych. Cała trójka ubrana była w ciemne spodnie i czarne bluzy
- A wy to kim jesteście? - spytał na powitanie dwudziestolatek.
- Może sam się przedstawisz, co? - odparła ze złośliwym uśmiechem Clair. Starszy mężczyzna spojrzał na nią z niepokojem, po czym chciał się ulotnić do kuchni, ale chłopak, wyglądający na szefa, zatrzymał go słowami:
- Czekaj pan. Może przyszliśmy coś zjeść, nie?
Spojrzałem w stronę naszych Pokemonów. Oddish przyglądał się przybyszom z zainteresowaniem, Absol zerkał to na nich to na swoją trenerkę, widać było, że w razie czego ruszy z pomocą, natomiast Charmeleon pozornie nie zwracał na nic uwagi i zajadał się karmą z miski.
- Co pan sobie życzy panie Maxie? - zapytał z lekkim przestrachem staruszek.
- Obiad polecany przez szefa kuchni... Czyli przez ciebie. I oby był smaczny. - po tych słowach chłopak nazwany Maxim usiadł przy stoliku sąsiadującym z naszym, a obok niego jego "ochrona".
- Clair, lepiej nie... - zacząłem szeptać do dziewczyny, widząc jej minę, ale nawet z doświadczenia wiedziałem, że to niewiele da.
- Czyli rozumiem, że ty jesteś jednym z szefów, tak? Ciekawe.
- Bardzo ciekawe. A może chcesz wstąpić do mojej wspaniałej kompanii. Powiedz złotko, czyż motorówki nie są wspaniałe? - zagadnął do niej Maxie.
- Złotko? - szepnąłem zerkając na Clair. Musiałem zrobić bardzo dziwna minę, bo Max z trudem opanował uśmiech. Dziewczyna zaś nie pozostała mi dłużna i już po chwili poczułem, jak pięta jej buta wbija mi się w palce u stóp.
- Jeśli mam być szczera, to wolę wędrować piechotą, a przy okazji łapać różne fajne Poki. - Clair jakby nigdy nic odparła szefowi Motorowców.
- Pokemony? E tam. O wiele lepiej jest szaleć na szybkiej łodzi, czuć ten wiatr we włosach, widzieć jak szybko... - chłopak zaczynał być rozmarzony, jednak trenerka szybko sprowadziła go na ziemię, zadając pytanie:
- Oraz straszyć Pokemony? - i uśmiechnęła się niewinnie.
- Co robić? - nie bardzo zrozumiał Maxie.
- Pokemony. No wiesz, małe i duże stworki, których wszędzie pełno. O tam nawet są cztery - tu Clair wskazała na fontannę - A wy je straszycie swoimi hałasami i zamieszaniem, jakie robicie.
Mina szefa Motorowców wyglądała tak, jakby właśnie ktoś mu w nią przywalił pięścią. Jego dwaj "ochroniarze" wyglądali, jakby w każdej chwili mogli rzucić się na nas.
- To jest chyba odruch bezwarunkowy... Czemu ona zawsze sprowadza na nas kłopoty... - mruknąłem bardziej do siebie niż do kogoś, a gdy Max chciał coś powiedzieć, dodałem jeszcze:
- To ja już wole się nudzić
Tymczasem dwudziestolatek wstał i chciał podejść do Clair, jednak błyskawicznie drogę zastąpił mu warczący Absol.
- Zabieraj tego futrzaka mała. - warknął gniewnie Maxie - Chyba że jemu też ma się oberwać.
Spojrzałem na Charmeleona. Pok przestał jeść i czekał, wystarczyła jedna komenda i ruszy na pomoc biało-czarnemu stworkowi. Okazało się jednak, że pomoc była niepotrzebna. Przez otwarte drzwi wszedł chłopak, na oko również dwudziestoletni, ubrany w coś, co można by nazwać marynarskim wdziankiem. Za nim weszło kilku chłopaków w podobnych strojach.
- Może nie zaczepiaj turystów, a tym bardziej trenerów, bo źle na tym wyjdziesz. - powiedział nowoprzybyły. Szef Motorowców spojrzał na niego ze złością:
- Spadaj Archie. Ta mała mi się tu mądrzy, więc... Auć! - nagle Absol ugryzł chłopaka w nogę, po czym odskoczył i warcząc gniewnie patrzył to na niego, to na swoją trenerkę.
- Wydaje mi się, że on chce, abyś przeprosił Clair za nazywanie ją "mała". - rzekłem. W odpowiedzi Pokemon kiwnął głową, zaś dwudziestolatek, który bez wątpienia był szefem Żaglowców roześmiał się głośno.
- Tak, z kobietami nigdy nie potrafiłeś sobie radzić. W wyścigach tez ci nie idzie. Powiedz Maxie, co ty właściwie umiesz?
- Zaraz się przekonasz. Na stanowiskach za godzinę! - syknął tylko chłopak i wyszedł, a za nim jego "ochrona".
- Hmmm... Wyzwanie? Dzisiaj? Właściwie, czemu nie. - powiedział nie wiadomo do kogo Archie i również wyszedł, a za nim jego ludzie.
Popatrzyliśmy po sobie, nie wiedząc, czy wybuchnąć śmiechem czy nie. Absol podszedł do trenerki, domagając się pochwały za stanięcie w jej obronie, więc dziewczyna zaczęła drapać Poka za uchem.
- Ja przepraszam, ale... Zawsze to tak wygląda? - spytał w końcu Max, gdy szef kuchni wrócił, aby zobaczyć co się dzieje.
- Niestety. Też uważacie, że to dziecinada?
- Gorzej. To jest totalny bezsens... Ale zaraz. Ten cały Kapitan Nemo przerywa im każdy wyścig? - spytałem, bo przyszło mi coś do głowy.
- Właściwie tak, a jeśli nie zdąży, to na pewno uprzykrzy im życie w inny sposób. - przyznał staruszek.
- Czyli co? Idziemy popatrzeć, a przy okazji poszukać tego dziwnego facia? - spytała Clair, a ja odparłem tylko skinięciem głową. Dopytaliśmy się jeszcze, gdzie odbywają się te całe wyścigi, podziękowaliśmy, zapłacili za posiłek i ruszyliśmy do "portu" zobaczyć, co też ciekawego się będzie działo.
Gdy minęła rzeczona godzina, na drewnianym molo, do którego przycumowana była cała masa żaglówek z prawej i niemniej motorówek z lewej, zgromadzili się chyba wszyscy członkowie obu band. Archie i Maxie stali w swoich łodziach gotowi do startu.
- Tak więc trasa jak zwykle? Do wysepki i z powrotem? - spytał szef Żaglowców. Chłopak w czarnym ubraniu odparł tylko kiwnięciem głową. Gdy spojrzeliśmy w dal, dostrzegliśmy w odległości może kilometra od brzegu małą wyspę, na której rosło kilka drzew. Kiedyś pewnie dzikie Poki mogłyby urządzić sobie tam gniazda, ale teraz... Wystarczyło rozejrzeć się po rozentuzjazmowanej młodzieży i było jasne, że człowiek z restauracji nie przesadzał, mówiąc o zamieszaniu, jakie obie bandy robią. Trąbki, gwizdki i wznoszone co chwila okrzyki w stylu: "Motor górą, żagiel kanałami." sprawiały, że zacząłem się zastanawiać, czy to jakiś ogólnokrajowy turniej, czy co?
- A wy kim jesteście? Nie widziałam was tutaj? - jedna dziewczyna ubrana na czarno zwróciła się do nas w pewnej chwili.
- My jesteśmy nowi i na razie neutralni. Chcemy zobaczyć, co lepsze. - odparł jej dyplomatycznie Max.
- Aha. Jestem pewna, że zdecydujecie się na motorówki, szybsze to, niezależne od wiatru i... Oj, chyba zaczynają. - dziewczyna przerwała wyliczanie zalet motorówek, gdy dwóch chłopaków z przeciwnych drużyn stanęło na końcu mola. Wspólnie nieśli duży, okrągły, podobny do boji przedmiot.
- A to, to po co? - spytała zdziwiona Clair. Na odpowiedź nie musiała długo czekać, gdy po policzeniu do trzech boja została wrzucona do wody. Na dźwięk głośnego plusku szefowie band wystartowali i szybko zaczęli płynąc w stronę wysepki.
- Muszę przyznać, że ciekawe rozwiązanie. Po jednym z każdej drużyny i dzięki temu nie potrzebują bezstronnego sędziego. - skomentował boję Max. Tymczasem Maxie zaczął osiągać prowadzenie, co odzwierciedlało się okrzykami Motorowców. Kilku nadgorliwców nawet strzelało z pistoletów na kapiszony. Natomiast przeciwna drużyna starała się zagrzewać swego kapitana do walki, co owocowało próbami przekrzyczenia tych pierwszych.
- Taaa... Za cicho to tu nie jest. - mruknąłem starając się zatkać sobie uszy palcami. Hałas był okropny.
Tymczasem motorówka dotarła do wyspy i zaczęła zawracać, gdy nagle obok niej wytrysnął potężny strumień wody.
- Co to? - usłyszałem głos Clair. Obie drużyny przestały na chwilę krzyczeć i też przyglądały się z lekką dezorientacja. Obok pierwszej wodnej fontanny wystrzeliła druga, a po chwili kolejne dwie pojawiły się w pobliżu żaglówki.
- Kapitan Nemo! - krzyknął nagle jeden z Motorowców. Na tą komendę zapanował niemal chaos. Część ludzi rozbiegła się, zapewne na poszukiwania, inni wsiadali do łodzi i chcieli wypływać na jezioro. Tymczasem kilka kolejnych wodnych fontann omal nie spowodowało wywrócenia motorówki Maxiego.
- Widzicie coś dziwnego, lub interesującego? - spytałem rozglądając się na wszystkie strony.
- Nie. Myślę, że to jakiś wodny Pok, a skoro tak, to ten Nemo musi być trenerem. - powiedział Max.
- W każdym razie nic tu po nas. Jeśli oni wszyscy nie złapali tego facia, to nam teraz też nie uda się go wypatrzeć. Co robimy? - spytała po ocenieniu sytuacji Clair.
Ostatecznie poszliśmy do znanej nam już restauracji i opowiedzieliśmy jej właścicielowi co zaszło. Ten nie wyglądał na zaskoczonego, zastanawiał się tylko, czy wreszcie czegoś to nauczy "te dzieciaki". Niedługo później do lokalu wpadł jakiś chłopak. Ubrany był w normalny strój, więc pewnie był miejscowy.
- Słyszał pan nowiny?! - wołał już od progu, a gdy starszy mężczyzna kazał mu się uspokoić, chłopak wyjaśnił:
- Maxie i Arche zawarli chwilowy rozejm. Mają dość tego, że ciągle się im przeszkadza w wyścigach i teraz chcą wspólnie znaleźć tego Kapitana Nemo i zrobić z nim porządek.
- No to ci dopiero nowina. - ocenił sytuację staruszek.
- Hmm... - mruknąłem nieznacznie, zastanawiając się nad czymś
- Co Tori? Zostajemy i dołączamy do poszukiwań? - spytał mnie Max.
- Taaa... Właśnie nad tym myślę. W sumie chciałbym poznać tego Kapitana Nemo. Jeśli się okaże, że to dobry trener, to mógłbym z nim nawet zawalczyć. - przyznałem się do mojego pomysłu.
- Zawalczyć? No tak, teraz Tori będzie miał nową manię: stać się lepszym od Karen. - mruknęła złośliwie Clair. Jak się nad tym zastanowić, to dziewczyna miała rację, ale wolałem się do tego nie przyznawać. Zamiast tego spytałem, czy są tu gdzieś jakieś tanie pokoje, gdzie można przenocować. Staruszek wskazał nam pobliski dom wypoczynkowy, w którym, jako trenerzy mogliśmy mieć całkiem sporą zniżkę. Właściwe w całych Mikołajkach zniżki dla trenerów były niemałe, ale to zapewne dlatego, że zdecydowanie więcej było tu turystów. Jako, że była już pora popołudniowa to udaliśmy się wynająć pokoje na noc. Wieczorem można było jeszcze potrenować, jednak ostatecznie okazało się to chybionym pomysłem, gdyż zarówno Żaglowcy, jak i Motorowcy urządzili sobie imprezę na molo z okazji chwilowego rozejmu i szybkiego rozprawienia się z Kapitanem Nemo.
"Co za ludzie." - pomyślałem idąc spać. Miałem nadzieje, że pomimo hałasów jako tako uda się wypocząć, gdyż jutro czekał nas ciężki dzień. Jutro mieliśmy odnaleźć Kapitana Nemo.
