Rozdział poświęcony reakcjom, ponieważ naprawdę chciał pokazać jak wielu ludzi wyczuło wiadomość Harry'ego i co mają zamiar w związku z tym zrobić.
Rozdział trzydziesty pierwszy: Reperkusje
Percy Weasley leżał na swoim łóżku i wyglądał za okno wieży Gryffindoru. Podejrzewał, że powinien się uważać za szczęściarza. Większość ludzi pewnie tak o nim myślała. Był prefektem naczelnym, czyli miał władzę nad innymi uczniami i na równi z profesorami miał pilnować ich bezpieczeństwa. Był jednym z najlepszych uczniów w szkole i osiągał swoje wyniki z nakładem naprawdę niewielkiego wysiłku. Był czarodziejem czystej krwi, co oznaczało, że zaraz po ukończeniu szkoły otrzyma posadę w ministerstwie, jeśli tylko jego owutemy będą wystarczająco wysokie – a, rzecz jasna, będą.
Albus Dumbledore mu ufał.
Percy przykrył twarz poduszką. To ostatnie było jego najcięższym brzemieniem ze wszystkich, było jak ogromna i niezwykle krucha szklana kula. Zawsze się obawiał, że ją upuści i że roztrzaska ona jego spokojne życie w ten sam sposób, w jaki rozstały roztrzaskane jego wakacje przed szóstym rokiem, kiedy to otrzymał pierwszą sowę od Dumbledore'a.
Jego matka była z niego taka dumna, że dostaje prywatną pocztę od Dumbledore'a.
Percy miał wrażenie, że gdyby wiedziała, jaką decyzję już prawie, prawie, prawie podjął, to nie byłaby już z niego taka dumna.
Nagle rozbłysło nad nim światło, w tym samym momencie kiedy łopatki Percy'ego zaczęły go okrutnie swędzieć. Usiadł prosto i zaczął się agresywnie drapać pod szatami, podczas gdy jego oczy śledziły wybuch złota, które odnawiało się ponad Lasem raz za razem.
Wiedział, co to oznacza. Percy czuł to swędzenie znacznie częściej od pozostałych członków swojej rodziny i znał różne jego rodzaje. Przy Dumbledorze swędzenie było głębokie, niemal agresywne, przeszywało go aż do kości. Przy Harrym, swędzenie było delikatne, łaskoczące, jakby wiele malutkich pajączków przebiegało mu po skórze. I to była moc Harry'ego, magia, która owijała się wokół ciebie niczym wiatr, który szeptał do ucha co by się stało, gdyby ten tylko wyciągnął rękę i dał mu się porwać.
Percy wiedział, że nie może. Wiedział też, że Dumbledore prawdopodobnie będzie chciał z nim porozmawiać o tym pokazie. To była część obowiązków, do których już niemal, niemal, niemal się przekonał, żeby się ich podjąć, a Percy nie sądził, żeby ze swoich okien dyrektor mógł przegapić coś takiego.
Więc obserwował i obserwował i obserwował i wreszcie złoto przestało się odnawiać, a niebo na powrót zrobiło się ciemne i spokojne. Percy patrzył jeszcze przez chwilę, tak tylko żeby się upewnić, że już nie wróci, po czym wstał ciężko. Otworzył drzwi i zszedł po schodach do pokoju wspólnego Gryffindoru, ignorując zagadkowe spojrzenia i szczebiot młodszych roczników.
Musiał wykonać swój obowiązek. Miał zobowiązania, których oni nie mieli. Kiedyś, kiedy sam był jeszcze tylko prefektem, czekającym na awans na prefekta naczelnego, ta myśl sprawiłaby, że uśmiechnąłby się z podekscytowaniem. Brał udział w intrygach, z których większość ludzi nie zdawała sobie sprawy.
A teraz cały ten ciężar skumulowanej wiedzy sprawiał tylko, że głowa zaczynała go boleć. Jak tylko usiądzie w gabinecie dyrektora i będzie w stanie zrzucić choć część tego ciężaru z siebie, to poczuje się lepiej…
Aż do następnego razu, kiedy będzie musiał podjąć niemożliwą do podjęcia decyzję.
Hermiona była w połowie swojej pracy domowej z numerologii, kiedy zaczęła kichać. Odłożyła książkę na bok, żeby na nią przypadkiem nie parsknąć, z pełnym zamiarem powrotu do pracy jak tylko minie jej ten dziwny atak, ale ten nie przechodził. Odchyliła się na swoim łóżku i wyciągnęła materiałową chusteczkę z pudełka, które dostała od rodziców. Zawsze martwili się o to, czy dba o porządek w dormitorium, a Hermiona nie miała serca im powiedzieć, że tutaj łatwiej o zaklęcie czyszczące niż o chusteczkę.
– Co z tobą, Hermiono? – Kichała już tak agresywnie, że zwróciła na siebie uwagę Lavender. Ta odwróciła się do niej z wyrazem ogólnie określonej dobrej woli na twarzy i Hermiona musiała sobie przypomnieć, że ma szczęście, że trafiła w pokoju na dobrych ludzi. Z całą pewnością nie spotkała ich zbyt wielu w mugolskiej szkole. – Poszło ci do złej dziurki?
Wtedy się kaszle, no doprawdy, pomyślała Hermiona, ale ciągłe kichanie powstrzymało ją od rozpoczęcia kazania, na które miała ochotę. Przetarła nos raz i drugi, nim się wreszcie nie uspokoił. Hermiona ostrożnie złożyła materiał i odłożyła go z powrotem na miejsce, po czym na wszelki wypadek rzuciła Scourgify na swoje łóżko. Wyczytała w "Historii Hogwartu", że uczniowie często chorowali zimą w zamku, póki profesorowie nie zaczęli uczyć młodszych roczników zaklęć czyszczących. Hermiona wolała nie ryzykować.
Chociaż nie wiem, czy to mnie w tej chwili przed czymkolwiek ochroni.
Poczuła się strasznie głupio, że nie przyszło jej z miejsca do głowy, kiedy ostatnim razem dostała takiego napadu kichania – kiedy Harry uwolnił swoją magię. Szybko zeskoczyła z łóżka i wymaszerowała z pokoju.
– Gdzie idziesz? – zawołały za nią chórem Lavender i Parvati.
Hermiona zignorowała je, otworzyła pokój i w podskokach przemierzyła schody prowadzące do pokoju wspólnego. Lavender i Parvati naprawdę mało ją obchodziły. Cały czas chichotały. Za dużo czasu spędzały na myśleniu o chłopcach jako o romantycznych partnerach, a nie partnerach do nauki. Do tego, ponad wszystko, uważały, że profesor Trelawney jest genialna. Hermiona może byłaby i zawiedziona, gdyby już wcześniej nie zauważyła wszystkich możliwych oznak, że dzieli pokój z idiotkami.
Dotarła do pokoju wspólnego i rozejrzała się szybko. Ludzie zbierali się w grupy na kanapach i fotelach, ale wyglądało na to, że nikt nie palił się do wyjścia. Wyglądali, jakby czekali tylko, aż ktoś im powie co się stało, zamiast spróbować minąć portret i się dowiedzieć na własną rękę.
Hermiona zadarła nosa. Nie była w stanie znieść tego rodzaju apatii. Profesor McGonagall zawsze mówiła, jak ktokolwiek ma się tu czegokolwiek nauczyć, skoro nikt się do nauki nie garnie?
Ruszyła w stronę portretu, ale usłyszała szybkie kroki ze strony schodów prowadzących do dormitorium chłopców, więc odwróciła się i zaczekała. Ron biegł w jej kierunku, z twarzą czerwoną z wysiłku. Hermiona kiwnęła szybko głową i otworzyła portret. Nie myślała o nim tak dobrze, jak to miała w zwyczaju w zeszłym roku, ale ostatecznie ktoś musiał stać przy Connorze i pilnować, żeby ten ich drogocenny idiota nie potknął się gdzieś i nie zrobił sobie krzywdy.
Ron wyglądał na porządnie przestraszonego. Hermiona pokręciła głową.
– Co się stało? – zapytała.
– Connor i Harry mieli się dzisiaj spotkać – powiedział Ron z napięciem w głosie. – Pierwszy dzień wiosny i w ogóle, no wiesz.
Nie, pomyślała Hermiona, nie wiem. Strasznie irytowała ją każda sytuacja, w której ktoś mimochodem wspominał o jakimś zwyczaju czystokrwistych, bo to przypominało jej o tym, że jest mugolaczką. Nie mogła pozwolić, oczywiście, by to ją powstrzymało. Miała zamiar opanować wszelkie niuanse i rytuały kultury czystokrwistych przed końcem piątego roku, tak na wypadek, gdyby coś z nich pojawiło się w sumach. Potem skupi się na wszystkich możliwych zaklęciach potrzebnych na owutemy. Jasne, to oznaczało, że ma tylko dwa lata na przygotowania, ale Hermiona była przekonana, że większość jej zaklęć i tak jest już na poziomie sumów.
– No i? – zapytała, kiedy Ron skręcił w stronę sowiarni. Hermiona poszła za nim. Wiedziała tylko, że wybuch magii był potężny i nastąpił gdzieś w pobliżu. Nie nauczyła się jeszcze określania, skąd dokładnie pochodzi. To będzie kolejna sztuka, jaką opanuje, obiecała sobie i zrobiła sobie w myślach notatkę, żeby dodać to do swojej prywatnej listy, na której miała wypunktowane takie sprawy.
– Connor powiedział, że chce się pogodzić z Harrym – powiedział Ron, przyśpieszając kroku, kiedy mijali kilka pustych klas i wreszcie dotarli do prowadzących do sowiarni schodów. – Chciał wykorzystać do tego czystokrwistego rytuału. Ale ten wybuch magii nie jest częścią rytuału. Więc…
– No chyba nie myślisz, że Harry skrzywdził Connora? – Hermiona nie byłaby w stanie w to uwierzyć. Harry był strasznie oddany swojemu bratu – do tego stopnia, że Hermiona czasem miała ochotę go trzepnąć, bo nie pojmowała jakim cudem ktoś, kto zachowywał się jak Connor, mógłby sobie zasłużyć na takie oddanie. I inni ludzie też się tak czuli. Nawet Draco Cholerny Malfoy podszedł do niej i poprosił ją, żeby przypilnowała dla niego Harry'ego w czasie zajęć z wróżbiarstwa, bo obawiał się, że Harry nie obroni się przed zaklęciem, jeśli te zostanie rzucone przez jego brata.
– Może – powiedział Ron. – Może zrobił to niechcący. Nie masz pojęcia jak potężny jest Harry, Hermiono.
– Właśnie że mam! – powiedziała z irytacją Hermiona. – Też to czuję!
– Widzisz, potężni czarodzieje… – zaczął Ron w tym swoim pouczającym tonie, którego Hermiona po prostu nie znosiła. Nie rozumiała, czemu uważał, że miał jakiekolwiek prawo to pouczania jej. Wiedziała znacznie więcej od niego.
Ron jednak nie miał szansy skończyć zdania, kiedy Connor nagle wyleciał z sowiarni i niemal na nich wpadł. Ron złapał swojego przyjaciela za łokieć i pomógł mu złapać równowagę, a Connor wybuchł histerycznym płaczem.
– Próbował mnie zabić – wyszeptał. – Naprawdę myślę, że tym razem próbował mnie zabić.
Hermiona zmarszczyła nos. Coś zalatywało. Zerknęła w dół i zobaczyła plamę na spodniach Connora, po czym spojrzała rozkazująco na Rona.
Na szczęście Ron czasem rozumiał ją bez słów. Zaciągnął Connora w stronę wieży Gryffindoru, mówiąc do niego tak cicho, że Hermiona przestała go słyszeć już po kilku krokach.
– Słuchaj, stary, wygląda na to, że przeżyłeś okropny szok…
Hermiona wyciągnęła różdżkę i czekała. Teraz, kiedy o tym pomyślała, mogła wyczuć magię schodzącą po schodach za Connorem. Harry kroczył spokojnie niczym przyczajony smok. Może to właśnie przeraziło Connora.
Wreszcie Harry wyszedł zza ostatniego zakrętu schodów. Wyglądał na delikatnie zaskoczonego, kiedy zobaczył wycelowaną w siebie różdżkę Hermiony, ale po kilku chwilach tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. W międzyczasie Hermiona musiała naprawdę mocno się starać, żeby nie przymrużyć oczu.
Na dobrą sprawę nie było wokół Harry'ego żadnej widocznej aury magii; po prostu miała wrażenie, że powinna być. Powietrze wokół niego błyszczało lekko, przez co jej oczom ciężko się było skupić, a jego oczy lśniły jaśniej i intensywniej, niż je kiedykolwiek widziała, nawet zza jego okularów. Do tego wyglądał na znacznie bardziej zrelaksowanego, niż go Hermiona kiedykolwiek widziała.
– Przeklniesz mnie? – zapytał Harry.
– Nie – powiedziała Hermiona, opuszczając różdżkę i mrugając. Ciekawe, co spowodowało ten efekt wokół niego. Nie przypominam sobie, żebym widziała coś takiego wokół dyrektora, ale może on po prostu lepiej to kontroluje. Będę musiała to sprawdzić. – Ale Connor powiedział, że próbowałeś go zabić, to pomyślałam, że lepiej być w pogotowiu.
Twarz Harry'ego pociemniała i powiedział coś, co sprawiło, że Hermiona nabrała przekonania, że to musi być ktoś, kto wypił wywar wielosokowy i zamienił się w Harry'ego.
– Z Connora to jednak straszny palant czasami.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z Harrym Potterem? – zażądała Hermiona, ponownie celując w niego różdżką. – Czy jesteś Draco Malfoyem?
Harry znowu się do niej uśmiechnął i pokręcił głową.
– Nie, Hermiono – powiedział i to ją nieco uspokoiło, choćby dlatego, że Malfoy zawsze zwracał się do niej per "Granger" i mówił to takim tonem, że jasne było, że ledwie się powstrzymuje od nazwania ją szlamą. – Po prostu Harrym, który wreszcie przejrzał na oczy.
Hermiona zamrugała i poczuła, jak oblewają ją fale czystego zachwytu.
– Musisz mi powiedzieć, jakie to uczucie – powiedziała, chowając różdżkę z powrotem do rękawa. – Tego się chyba nie nauczę z książek.
– Wspaniałe – powiedział Harry, głosem miękkim jak światło gwiazd.
Hermiona kiwnęła głową.
– Ale w jaki sposób wspaniałe?
Harry roześmiał się. Hermiona uznała, że skoro słyszy ten śmiech, to może sobie odpuścić odpowiedzi na kilka pytań.
Albus wyglądał przez okno swojego gabinetu póki ostatnie światełko z pokazu Harry'ego nie zgasło. Stał tam potem jeszcze przez dłuższy czas, póki w końcu nie pozwolił się sobie od niego odstąpić i podejść do swojego biurka.
Po raz pierwszy od wielu lat czuł się staro. Nie po prostu zmęczony walką, nie szukający sił przed następną walką, ale po prostu zniedołężniały, niemal gotów na rozważanie śmierci jako czegoś innego jak tylko odpoczynku po tym jak się upewni, że świat czarodziejów jest wreszcie absolutnie bezpieczny.
Usiadł w swoim fotelu i spojrzał na przeciwległą ścianę gabinetu, na pustą żerdź Fawkesa i kilka srebrnych instrumentów, których już od dawna nie używał i nie sądził, żeby jeszcze mu się kiedyś przydały. Miał jednak wrażenie, że dopiero wtedy w pełni dotarło do niego, że Fawkes już do niego nie wróci.
Jedna z możliwych ścieżek prowadzących w przyszłość rozwiała się w dym. Harry nie powróci już pod sieć feniksa. Nie wróci do dawnej roli, odrzuci od siebie wizję bezpiecznej i przewidywalnej przyszłości, którą Albus miał przed oczami od chwili, w której usłyszał przepowiednię. Będzie się coraz dalej odsuwał od Connora i będzie coraz więcej problemów, albo…
Albo pewnego dnia usłyszy przepowiednię, zorientuje się, co ona oznacza i stanie się jego sojusznikiem na równych prawach. Albus nie śmiał pozwolić mu być czymkolwiek innym jak sojusznikiem, nie kiedy moc Harry'ego była aż tak potężna, ale zdawał sobie sprawę, że to jest też czarodziej, którego spętał, zmanipulował i zachęcał go do pozostania spętanym i zmanipulowanym. Harry z pewnością zażąda od niego ciężkich poświęceń, nim zgodzi się pomóc mu z wojną w jeden z dwóch sposobów, jakie mu pozostały.
Przeszył go żal, ostrzejszy od błyskawicy, bardziej zajadły od cierni, którymi usłana była ścieżka, którą kiedyś próbował podążyć – i zawiódł.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia Pierwszej Wojny z Voldemortem, odkąd zorientował się kim stał się młody Tom Riddle, Albus odkrył, że nie jest w stanie odsunąć od siebie tego żalu. Chciał lamentować, że wszystko ułożyło się tak, a nie inaczej, gorycz drapała go w gardło. Nawet ze świadomością, że nic by się nie potoczyło inaczej, wciąż naprawdę tego chciał.
Odsunął od siebie te myśli kiedy usłyszał pukanie do drzwi. To będzie młody Percy Weasley, jeden z niewielu ludzi, którym Albus wciąż mógł zaufać, że będą stawiać dobro świata czarodziejów ponad swoim własnym. Albus wiedział, że będzie musiał wyglądać władczo, spokojnie i opanowanie. Inaczej Percy może zacząć wątpić i zboczy ze swojej ścieżki. Wciąż nie był pewien, czy to, co miał zrobić naprawdę było najlepszym wyjściem, ale naprawdę chciał pomóc dyrektorowi. Potrzebował silnego przywódcy.
Wszyscy potrzebują, pomyślał Albus. Będą mnie obserwować po tym spektaklu, badać, czy się nie przestraszyłem Harry'ego, czy nie próbuję się przed nim płaszczyć. Wszyscy będą mi się przyglądać – ministerstwo, uczniowie, profesorowie, nawet ci niemożliwi czystokrwiści, którym się wydaje, że dziecko może być dla nich dobrym przywódcą.
Już ja im pokażę.
Żal utonął. Ciernie zostały wyrwane z jego ciała i odrzucone na bok. Żal czy nie, wciąż musiał kroczyć swoją ścieżką.
Albus podniósł głowę i uśmiechnął się.
– Proszę wejść, panie Weasley.
Luna nie rozumiała, czemu wszyscy spekulują na temat tego wybuchu magii. Przecież to było oczywiste, że to magia Harry'ego wybuchła, kiedy znowu walczył z jakimś gnębiwtryskiem. Gnębiwtryski zdawały się nim naprawdę zainteresowane. W zeszłym roku jeden go opętał i zmusił do robienia strasznych rzeczy. Czyli jeśli teraz z jakimś walczył, to kolejny znowu starał się go opętać.
Powinnam zrobić mu naszyjnik, pomyślała Luna i sięgnęła w dół, do stojącego obok jej krzesła koszyka. Trzymała w nim piórka, niewielkie kawałki pergaminu, stosiny piór, kawałki rozbitych kałamarzy, zgubione knuty i wiele innych małych skarbów, które ludzie wyrzucali, nie zdając sobie sprawy z uwięzionej w nich magii. Ostrożnie przejrzała teraz swoje skarby i znalazła wśród nich pustą żyłkę i zielone kawałki pergaminu. Kiwnęła głową. Przydadzą jej się. Gnębiwtryski bały się małych, zielonych kawałków pergaminu.
– Hej, Pomyluna, co tam robisz?
Luna zerknęła w górę. To był biedny Gorgon, uczeń piątego roku z wadą wymowy. Nie widziała innego powodu dla którego tak często miałby wymawiać źle jej imię.
– Naszyjnik – powiedziała i podniosła żyłkę tak, żeby mógł zobaczyć. – W sowiarni są gnębiwtryski.
Gorgon zarechotał i otworzył usta, by powiedzieć coś jeszcze, ale Jones, który z jakiegoś powodu zawsze był w jego pobliżu, złapał go za ramię i potrząsnął.
– Stary – szepnął. – Ta eksplozja miała źródło w sowiarni.
Gorgon dramatycznie pobladł, ale i tak dłuższą chwilę zajęło mu zorientowanie się w sytuacji. Luna zmarszczyła lekko brwi, nizając na żyłkę kawałki pergaminu. Robiła to już tak często, że nawet nie musiała patrzeć na swoje ręce. Nie rozumiała, czemu Gorgon udaje, że jest głupi, kiedy nie jest. Nie mógł być głupi, inaczej nie trafiłby do Ravenclawu.
– To znaczy, że Potter... – zaczął Gorgon.
– No – powiedział Jones. – Jest potężniejszy niż kiedykolwiek, stary, a Pomy… znaczy, Luna… jest jego przyjaciółką. – Kiwnął w stronę Luny.
Obaj się na nią zagapili. Luna nie rozumiała, czemu. Spojrzała na nich spokojnie, a jej palce nieprzerwanie pracowały. Ludzie zawsze się jej przyglądali. Przyzwyczaiła się do tego. Inaczej by chyba zwariowała.
Gorgon oblizał usta i przełknął ślinę.
– Ty… powiesz Potterowi, że nie chcieliśmy ci nic zrobić, nie? – zapytał. – Że się tak tylko bawiliśmy?
– To wy chcieliście mi kiedyś coś zrobić? – zapytała Luna, związując razem końce naszyjnika. Przyjrzała się mu krytycznie i uznała, że powinna doczepić do niego jeszcze kilka tych piór, które znalazła obok jeziora. Pochyliła się i wyciągnęła je ze swojego koszyka.
– Właśnie, właśnie – powiedział Jones, szturchając Gorgona łokciem pod żebra. Luna pomyślała, że to pewnie jego sposób na to, żeby Gorgon się zamknął i kiwnęła głową. Tak prawdopodobnie będzie najlepiej. Przynajmniej nie będzie dłużej gadał od rzeczy. – Po prostu powiedz Potterowi, że zrozumieliśmy swój błąd i że życzymy mu szczęścia na jego drodze życia, dobra?
Luna wzruszyła ramionami.
– Dobra. Ale Harry nie będzie miał za wiele tego szczęścia, jeśli nie przymocuję do tego naszyjnika piór łabędzia dokładnie tak, jak tego chcę.
– Jasne, jasne. – Jones odciągnął Gorgona i zostawili ją w spokoju. Luna rozejrzała się i zauważyła, że większość ludzi w pokoju wspólnym Ravenclawu stara się jej nie przyglądać i marnie im to wychodzi. Wzruszyła ramionami i ostrożnie dokończyła naszyjnik dla Harry'ego.
Ciekawe, czy teraz zaczną się go bać? pomyślała po raz pierwszy, podziwiając ukończony naszyjnik.
Po chwili zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Czemu niby ktokolwiek miałby się go bać? Przecież nikogo nie skrzywdzi. Nie rozumiem, czemu tak wielu ludzi tego nie rozumie.
Z drugiej strony, wielu ludzi twierdziło, że heliopaci i gnębiwtryski nie istnieją. Luna podejrzewała, że to po części wynik działań ministerstwa, które zagroziło im co im zrobi, jeśli się do tego kiedykolwiek przyznają, ale prawdopodobnie po części mogli też zaprzeczać z tego samego powodu dla którego mieliby się bać Harry'ego – wydawało im się, że jeśli ściągną na siebie ich uwagę, to coś im się stanie.
Ludzie są naprawdę dziwni, pomyślała Luna, odkładając naszyjnik na bok i podnosząc z powrotem podręcznik od arytmetyki. Tak niewielu chce widzieć świat takim, jaki jest.
Remus nie przestawał podskakiwać, kiedy magia przeczesywała zamek. Mógł ją wywąchać, co nie zdarzyło się już od naprawdę dawna. Podniósł głowę z oszołomieniem ponad stosem esejów drugorocznych klas i zamrugał.
Rezydujący w nim wilk warknął i wymamrotał deklarację nienawiści. Z samego tego Remus wiedział już, że magia musiała pochodzić od Harry'ego, a nie od Albusa. Wilk aprobował Albusa, z tego samego powodu dla którego aprobował Syriusza: czuł się z nimi spowinowacony.
Remus zignorował go i kichnął, a jego nos zaraportował mu to, czego wilk nie był wstanie. Ta magia była radosna, świeża i pachniała jak młoda roślinka, której kiełek po raz pierwszy przebija się przez wilgotną ziemię – właściwie to pachniała jak początek wiosny. Remus drgnął. Żałował, że nie może się przemienić w bestię, która nie chce mordować ludzi i przebiec się przez zamek, wyrażając swoją radość swoimi muskułami.
Wstał i podszedł szybko do drzwi swojego gabinetu, uciszając po drodze wilka, kiedy ten zaprotestował. To jeszcze nie był czas pełni i im dalej od niej było, tym więcej kontroli miał nad własnym ciałem. Zamknął wilka za drzwiami, czego nauczył się już dawno temu, i wyszedł na korytarz.
Zobaczył Syriusza, idącego pośpiesznie w stronę najwyższej wieży w szkole.
– Syriuszu! Czekaj! – zawołał za nim.
Jeśli coś będzie w stanie ich pogodzić, to już na pewno to. Powietrze pachniało wiosną. Było przesycone nowymi możliwościami. Na pewno Syriusz zorientował się, że tego rodzaju magia nie może być mroczna?
Syriusz odwrócił się i Remus się zatrzymał. Twarz Syriusza wyrażała mieszaninę desperacji i strachu.
– Czego chcesz, Lupin? – warknął Syriusz w wyjątkowo psi sposób. Wilk zakwilił z aprobatą i Remus po raz kolejny kazał mu się zamknąć. – Muszę znaleźć Connora. Wydaje mi się, że Harry zrobił mu coś naprawdę paskudnego. Mieli się dzisiaj spotkać, wiesz? Równonoc wiosenna. Rytuał pogodzenia. Naprawdę długo przygotowywałem do tego Connora.
Remus poczuł, jak oczy mu się otwierają szerzej z niedowierzania.
– Syriuszu… ty chyba nie poradziłeś Connorowi, żeby przymusił Harry'ego do czegoś?
Syriusz odwrócił od niego wzrok.
Remus podszedł, złapał swojego starego przyjaciela za ramiona i potrząsnął nim lekko. Jeśli tylko się skoncentruje, to będzie w stanie zignorować fakt, że ostatnim razem kiedy byli tak blisko przy sobie, to Remus próbował go zabić.
– Syriuszu, obudź się. Harry już nigdy więcej nie zostanie niewolnikiem. Wydawało mi się, że przyjmiesz to z radością, że spróbujesz mu kibicować. Przecież sam byłeś zniewolony przez swoją rodzinę, póki od nich nie uciekłeś i nie schowałeś się z Jamesem w Lux Aeternie. Czemu nie cieszysz się, że jemu też udało się uciec, nawet w młodszym wieku niż tobie?
– Nic nie rozumiesz, Lupin. – Syriusz nie brzmiał znajomo, jego głos był niski, chłodny i zakurzony. Wywinął się z uchwytu Remusa. – Nie masz pojęcia o niczym, co muszę zrobić, o wszystkim o co poprosił mnie Albus, co to znaczy, że… – Urwał, po czym ruszył dalej korytarzem.
Remus odprowadził go wzrokiem, zauważając że Syriusz kuleje lekko, jakby próbował użyć swojej lewej nodze. Na jego karku, na złotym łańcuchu, szczękała i błyszczała ozdoba, którą dostał do Dumbledore'a.
Remus odkrył, że cała jego radość gdzieś zniknęła.
Draco zaplanował wiele różnych przemów na czas, kiedy Harry wreszcie łaskawie raczy wrócić do lochów.
Jedna z nich z całą pewnością musiała się zacząć od "Wydawało ci się, że długo ci się tak dam zwodzić?" Wszystko przez to, że Harry zostawił po sobie iluzję, która poszła z Draconem na kolację, a potem z powrotem do lochów i chwilę potem się rozwiała. Iluzja nie potrafiła zrobić wiele więcej jak tylko uśmiechać się, kiwać głową i rzucać coś w stylu "naprawdę?" i "co ty nie powiesz!", ale to wystarczyło by przekonać Dracona, który był w rozgadanym nastroju, że to naprawdę Harry. A potem odwrócił się i zobaczył jak rzeczony Harry rozpada się w miliony małych światełek. Draco spanikował na dobrą minutę, zanim dotarło do niego, że Harry zrobił to po to, by spotkać się ze swoim bratem.
Co oznaczało, że druga przemowa zaczynała się od "Jestem teraz na ciebie strasznie zły" i zawierała wiele słów, które były powszechnie uważane za wyzwiska, ale w tym przypadku wszystkie, co do jednego, były absolutnie prawdziwe. Harry będzie patrzył na ziemię ze wstydem, kiedy Draco już z nim skończy. Nie nabierało się Malfoya w ten sposób.
Trzecia przemowa zaczynała się od "Powiedziałem profesorowi Snape'owi o twoim małym wygłupie podczas kolacji, wiesz?" i zaczekałby na reakcję Harry'ego.
No i jego ulubiona jak do tej pory, "Harry? Tak strasznie się o ciebie martwiłem." Niech jego własne poczucie winy go sprowadzi do parteru, pomyślał Draco, kopiąc swoje łóżko. Następnie, kiedy Harry będzie bezbronny i skłonny do ugody, wymusi na nim serię obietnic, łącznie z tym, że już nigdy, absolutnie przenigdy nie stworzy kolejnej iluzji samego siebie.
Ale to było przed wybuchem magii, która miała epicentrum na szczycie sowiarni i sprawiła, że Draco opadł na swoje łóżko, oszołomiony zapachem róż, który wypełnił mu nozdrza i go po części odurzył. Kiedy wreszcie był w stanie się ruszyć, przetoczył się na łóżku i podniósł się na łokciu, gapiąc na drzwi.
Bycie Malfoyem miało wiele zalet. W tej chwili Draco nie był w stanie określić, czy jego nieszczęsna wrażliwość na magię była jedną z nich czy nie. Przynajmniej oszołomienie zapachem róż było zdecydowanie lepsze od koszmarnego bólu głowy.
Wreszcie drzwi do ich pokoju się otworzyły i Harry wszedł do środka. Ostrożnie zamknął drzwi za sobą, po czym odwrócił się i spojrzał Draconowi w oczy.
Draco odkrył, że nie może oderwać od niego wzroku. Jeszcze nigdy nie widział go tak lśniącym, jego oczy były tak zielone jak sympatia w butelce Dracona, a na jego ustach gościł swobodny uśmiech, za którym kryła się decyzja i wiedza. Napięte linie na jego policzkach i czole niemal zniknęły.
– Hej, Draco – powiedział cicho Harry.
– Co się stało? – Draco zdołał wydusić z siebie jedyne, co mu w tym momencie przyszło do głowy.
– Connor spróbował mnie przymusić – powiedział Harry. – Kiedy się temu oparłem, to resztka sieci feniksa się roztrzaskała. – Zawahał się, po czym zrobił krok w jego kierunku. – I to mogło, ee, zmienić trochę mój pogląd na świat, łącznie z tym, że wreszcie dotarło do mnie, że niektórzy ludzie są dla mnie ważniejsi od mojego brata.
Draco nie mógł oddychać. Po raz pierwszy od przydzielenia miał wrażenie, że Harry myśli tylko o nim i nie o Connorze.
No i słusznie, próbował się zmusić do myślenia. Tak wiele czasu i emocji spędziłem martwiąc się o niego, że to po prostu najwyższy czas, żeby zaczął odpowiadać tym samym. No już, Draco, powiedz mu, że wciąż nie wybaczyłeś mu tego jego nieszczęsnego wygłupu z iluzją. Niech cię błaga o przebaczenie.
Tak zachowałaby się jego matka, czy ojciec. Ale ani Narcyzy, ani Lucjusza nie było z nimi w tym pokoju.
– Wybaczysz mi? – zapytał Harry, uśmiechając się do niego lekko, nerwowo, jakby naprawdę nie był pewien, czy Draco to zrobi.
– Nie ma niczego, czego nie mógłbym ci teraz wybaczyć – powiedział łamiącym się głosem ktoś – na pewno nie Draco, który był na to zbyt wytworny – po czym pochylił się i przytulił Harry'ego. A Harry przytulił jego i w swojej głowie, Draco był tego pewien, po raz pierwszy nie myślał o tym, żeby uciec do swojego brata.
Tak strasznie długo na to czekał.
Snape osądził ten moment bardziej poprzez ból w swoim Mrocznym Znaku, niż przez mknącą przez zamek magię.
W jednej chwili siedział przed kominkiem w koszmarnej agonii, starając się ocenić eseje, które przecież same się nie sprawdzą, zaciskając zęby i zwalczając w sobie pokusę, by rzucić sobie na ramię zaklęcie paraliżujące. Nie chciał. To byłoby niczym przyznanie się do słabości.
A potem nagle ból zniknął, niczym raniona bestia, która uciekła w popłochu i nagle pozbawiony agonii Snape usiadł prosto, mrugając.
A potem poczuł przeczesującą zamek magię i usłyszał jej śpiew.
Wstał spokojnie i odłożył pióro na wierzch stosu esejów. Ruszył w stronę drzwi swoich prywatnych kwater. Nie trząsł się. Wcale nie miał problemów z otwarciem drzwi rękami, które nie chciały go słuchać. Na pewno nie bał się, że Harry wezwał na raz tak wiele magii dlatego, że musiał obronić się przed kolejnym atakiem wilkołaka w Zakazanym Lesie, czy innym niebezpieczeństwem.
To po prostu niedorzeczne, pomyślał agresywnie Snape, tłamsząc te myśli. Zmusił się do zrobienia kilku głębokich oddechów, nim wreszcie nie otworzył drzwi i nie wyszedł na korytarz. Zwrócił spokojnie w stronę pokoju wspólnego Slytherinu, robią kroki tak długie, że niemal wyglądał jakby biegł.
Znalazł się tam akurat w porę, żeby zobaczyć jak Harry i Granger idą korytarzem w stronę pokoju wspólnego i ukrył się za rogiem, żeby im się przyjrzeć. Granger prowadziła, pochylona w stronę Harry'ego, przesłaniając jego twarz. Snape zwalczył w sobie pokusę, by przekląć te jej nieszczęsne włosy, tak żeby wreszcie mógł zobaczyć minę swojego wychowanka.
Wreszcie Granger pomachała Harry'emu i ruszyła w stronę schodów prowadzących do Głównego Holu, a Snape wreszcie zobaczył twarz Harry'ego.
Wziął głęboki oddech, który znalazł drogę na samo dno jego płuc, a potem wypuścił go, kompletnie je opróżniając.
Wszystko było z nim w porządku. Nawet więcej niż tylko w porządku.
Jego twarz nie miała na sobie śladu napięcia czy stresu. Nucił pod nosem, kiedy pochylił się nad kamieniem i szepnął hasło, które wpuściło go do pokoju wspólnego. Co więcej, jego magia skakała i tańczyła wokół niego, tworząc niewielkie obrazy ze złotego i srebrnego światła, które znikały zanim Snape zdążył się im przyjrzeć. Gdyby Harry był zły, jego magia warczałaby, tupiąc i krążąc wokół niego, a Snape, w sposób w jaki Lucjusz nauczył go wyczuwania mocy, miałby koszmarny ból głowy.
Snape zrobi krok w tył i powoli wrócił do swojego pokoju. Jasne, mógłby ruszyć za Harrym i go ochrzanić, ale naprawdę nie miał w tej chwili na to ochoty. Wolał zaczekać aż Harry sam do niego przyjdzie i wyjaśni mu co się stało. Podejmie kroki dopiero kiedy jego wychowanek spróbuje go unikać albo okłamać.
Snape nie sądził, żeby do tego doszło. Nie tym razem.
Usiadł z powrotem do esejów, oświetlonych płomieniami kominka i uśmiechnął się z tryumfem. W samym środku pierwszego zdania kolejnego eseju znalazł piękny błąd gramatyczny.
Zaznaczył go majestatycznie.
– Milicento! Milicento, czułaś to? – Pansy niemal bełkotała i spadła z łóżka na podłogę.
Milicenta spojrzała na nią spokojnie ponad swoją książką od transmutacji.
– Oczywiście, że tak, Pansy – powiedziała, przeciągając zgłoski. – Nie jestem szlamą, czy kamieniem. – Powietrze pachniało jak burza z piorunami i Milicenty wcale to nie zaskoczyło. Harry był naprawdę potężnym czarodziejem i pachniało, jakby wreszcie sam zdał sobie z tego sprawę.
Pansy podniosła się i skrzywiła na nią.
– Czasami nie bardzo cię lubię, wiesz? – powiedziała. – Co to było?
– Harry – powiedziała Milicenta i wróciła do swojej książki.
Czuła na sobie wzrok Pansy. Nie miała zamiaru się odwrócić. Pansy zazwyczaj nie była jakoś strasznie irytująca, ale potrafiła być. A Milicenta już dawno temu wyczuła, do czego zdolny jest Harry i jej przeczucia zostały potwierdzone przez jej ojca, któremu ufała najbardziej na świecie.
A Adalrico ufał jej, więc kiedy Dziecię Gwiazd zaaranżował między nimi spotkanie pod koniec lata, to powiedział swojej córce to, co Milicenta już wcześniej podejrzewała: że będą mieli kogoś nowego, za kim będą mogli podążyć, trzecią opcję pomiędzy absolutnym Światłem i absolutnym Mrokiem.
Milicencie nie była obca moc, zarówno magiczna jak i polityczna. Była magicznym dziedzicem swojego ojca, który zorientował się o tym, kiedy miała sześć lat i od tego czasu mówił jej o różnych sprawach. Milicenta wiedziała o tym nawet wcześniej. W wielu sprawach orientowała się wcześniej od innych. Czasami naprawdę zaskakiwało ją, jak wiele czasu niektórym zajmowało dogonienie jej.
Wyglądało na to, że Harry wreszcie ją dogonił.
No i świetnie, pomyślała Milicenta, przewracając stronę w książce. Może wreszcie weźmiemy się do roboty.
Nie była wystarczająco ślizgońska, by ukryć uśmiech.
