Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Link do oryginału: s/10869963/1/The–Sick–Boy

Zgoda na tłumaczenie: jest

Paring: LM / NM


Powiem tak: najbardziej satysfakcjonujący rozdział z całej serii. Wiem, że wielu z was czekało na ten moment z utęsknieniem, więc nie przedłużając, zapraszam : )


Schorowany Chłopiec IX

Ironia


– Otrzymałem list informacyjny ze Świętego Munga, że chłopcu się polepszyło – powiedział Abraxas, idąc w kierunku swojego syna, siedzącego na jednym z czołowych krzeseł w jadalni.

Lucjusz podniósł wzrok znad talerza i skinął głową.

– Widzę, że jesteśmy sami – kontynuował. – Sporo minęło, odkąd ostatnio tak było.

– W rzeczy samej – zgodził się młodszy czarodziej. Potem ruchem dłoni wskazał ojcu miejsce po swojej prawej. – Zgredku! – zawołał.

Skrzat pojawił się z charakterystycznym pyknięciem.

– Tak, panie?

– Przynieś coś do jedzenia i picia – może tamto wytrawne wino.

– Tak, panie. – Zgredek ukłonił się i zniknął.

– Ostatnim razem, kiedy jedliśmy we dwójkę, to ja siedziałem na podwyższeniu – kontynuował Abraxas.

Lucjusz wzruszył ramionami.

– Idąc tym tropem: wykorzystajmy tę chwilę na prywatną rozmowę – zaproponował senior.

– Przykładowo, na jaki temat?

Trzask. Zgredek postawił na stole talerz pełen pieczonego mięsa i ugotowanych warzyw. Chwilę później wrócił z kieliszkiem czerwonego wina.

– Coś jeszcze, panie?

– Nie. Odejdź.

Skrzat zniknął.

– O czym chciałeś porozmawiać, ojcze? – Lucjusz patrzył, jak ojciec upija łyk wina.

– O twoim synu.

– Coś nie w porządku?

– To, co mu się przytrafiło, jest sygnałem, że czas wdrożyć inny sposób wychowania – powiedział stanowczo Abraxas. – Nie możesz pozwolić, by twój spadkobierca był tak słaby, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że twoja żona miała tak duży problem z wydaniem go na świat.

Dłoń Lucjusza nieznacznie zacisnęła się na podstawie kieliszka, ale nie dał po sobie niczego poznać.

– Od zawsze zastanawiałem się, dlaczego Narcyza poroniła aż tyle razy – odpowiedział niedbale, delektując się alkoholem.

– Geny Blacków są pełne defektów. – Abraxas przewrócił oczami. – Gdybym wcześniej był świadom ich istnienia, z całą pewnością zaaranżowałbym dla ciebie o wiele lepsze małżeństwo; z czystokrwistą kobietą z odpowiednio szanowanej rodziny.

– Kilkakrotnie już to przerabialiśmy, ojcze – sprzeciwił się Lucjusz. – Nie mam najmniejszej ochoty ponownie przez to przechodzić. Nie chcę następnej żony. Chcę tylko i wyłącznie Narcyzy. Zawsze jej pragnąłem. Nie dbam o to, co myślisz o niej lub o jej rodzie.

– Nigdy nie przykładałeś należytej wagi do tego, co uważałem za stosowne.

– Obaj wiemy, że głosisz nieprawdę. – Lucjusz zacisnął wargi. – Przejąłem od ciebie o wiele za dużo nawyków i opinii.

– Dla twojego własnego dobra – westchnął Abraxas. – Tylko dlatego, że jesteś zadowolony ze słabego syna, nie znaczy, że ja także muszę.

– Draco nie jest słaby. Przeżył straszliwą chorobę, która mogłaby zabić kogoś o wiele silniejszego.

– To zasługa Uzdrowiciela, który okazał się na tyle kompetentny, że wdrożył odpowiednie leczenie. I zdążył z tym na czas. – Abraxas pokroił mięso, po czym wziął do ust jeden kawałek.

– Nie Uzdrowiciel uleczył Draco.

– Co przez to rozumiesz? – Starszy mężczyzna uniósł brwi. – Bazując na informacjach z listu, jeden z medyków zaaplikował chłopcu eliksir, który poskutkował poprawą jego samopoczucia.

Lucjusz upił łyk wina.

– Owszem, Uzdrowiciel podał Draco eliksir. Niestety, nie miał żadnego wpływu na stan zdrowia mojego dziecka. Uzdrowiciel wierzy, że dokonał cudu.

Abraxas kaszlnął.

– Wszystko w porządku, ojcze? Nie brzmiało to za dobrze.

Senior otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zamiast tego, rozkaszlał się ponownie.

– Może złapałeś coś od Dracona? – spytał niedbale Lucjusz.

– Nic mi nie jest – warknął zirytowany Abraxas. – Nie jestem taki słaby, jak on. – Gwałtownie uniósł dłoń do szyi i zacisnął na niej palce. Z gardła uciekł mu dźwięk przypominający dławienie.

Młodszy czarodziej patrzył na tę scenę z beznamiętnym wyrazem twarzy.

Abraxas spróbował wstać, ale zachwiał się i upadł na podłogę. W akcie desperacji wolną ręką chwycił się stołu, ale nie był w stanie się pozbierać.

– Jesteś pewien, że nie chcesz odwiedzić Świętego Munga?

– Nie potrzebuję Uzdrowiciela – wydusił z wyraźną trudnością.

– Pozwól mi chociaż przetransportować cię do łóżka. Musisz odpocząć, to jasne.

Zanim mężczyzna zdążył zaprotestować, Lucjusz podszedł do niego i objąwszy go w talii, postawił na nogi. Potem deportował ich wprost do sypialni. Otworzył drzwi i pomógł ojcu wejść do środka.

– Pozwól, że cię okryję. Rozgrzejesz się – powiedział, pakując go do łóżka.

– Nie jestem dzieckiem – syknął rozgniewany Abraxas. – Nie jestem chłopcem.

– Nic nie mów. Powinieneś oszczędzać siły.

Lucjusz wyciągnął różdżkę i podwinął rękaw szaty ojca. Następnie przeciął mu rękę, od ramienia w dół, aż do nadgarstka. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na cięcie nożem.

Abraxas krzyknął z bólu, powodując tym samym, że krew trysnęła mocniej.

Szklana fiolka została przygotowana wcześniej. Lucjusz wyjął ją z kieszeni, po czym uniósł rękę i nakierował ją odpowiednio, nie chcąc uronić nawet kropli drogocennego osocza. Mężczyzna próbował się temu przeciwstawić, ale był zbyt osłabiony.

– Co robisz? – wystękał.

– Potrzebuję krwi na ostatnią dawkę lekarstwa.

– Jakiego lekarstwa?

– Tego, które uwarzyłem. Co więcej, odkryłem nawet dlaczego w pierwszej kolejności Draco w ogóle zachorował. Przeprowadziłem badania i oto rezultaty. – Lucjusz zmierzył Abraxasa chłodnym wzrokiem. – Zbyt wiele razy skrzywdziłeś Narcyzę, ojcze. Trucizna krążyła w jej żyłach, kiedy była w ciąży. – Na twarzy starszego czarodzieja pojawiło się zrozumienie, a następnie przerażenie. Niezrażony tym, Lucjusz kontynuował: – Zamordowałeś Arę. Inne dzieci także. Przez ciebie nie wiemy nawet, czy chowaliśmy chłopców, czy dziewczynki. Naraziłeś życie Dracona; mógł przez ciebie umrzeć. Narcyza też. – Sprawdził stan fiolki. – Tyle powinno wystarczyć.

Odstawił ostrożnie wypełnione po brzegi naczynie na pobliski stolik, po czym uzdrowił rękę ojca. Potem wyciągnął eliksir uzupełniający krew i siłą wlał mu go do gardła. Abraxas był bezsilny.

– Nie mogę pozwolić, byś się wykrwawił. To byłoby zbyt podejrzane.

– Otrułeś mnie…

– Pomyślałem, że to najodpowiedniejszy sposób. – Uśmiechnął się szyderczo Lucjusz. – Postanowiłem wykorzystać twój pomysł. Nie wspominając o tym, że obydwaj jesteśmy utalentowanymi warzycielami i na truciznach znamy się, jak nikt inny.

– Poniesiesz klęskę – sapnął ciężko Abraxas. – Ministerstwo nie puści cię wolno.

– Nie wywyższaj się tak, ojcze. Wiemy, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Nie zostanę nawet posądzony o to morderstwo. Aż za dobrze nauczyłeś mnie, jak ukrywać swój udział we wszelakiego rodzaju przekrętach. – Roześmiał się nieprzyjemnie. – Coś się stało, ojcze? Nie jesteś ze mnie dumny? Nie rozpiera cię duma na myśl o potworze, jakim się stałem? Nie jesteś szczęśliwy, widząc, na jakiego człowieka wyrosłem?

– Wszystko robiłem dla twojego dobra – wystękał Abraxas. – Tamte dzieci były niedoskonałe, chore.

– Wszystkie? – Lucjusz uniósł gniewnie brew. – Mogę zrozumieć, że jedno dziecko mogło urodzić się z jakimś defektem, ale wszystkie? Nie ma nawet o tym mowy. Chcę, żebyś wiedział, że moim pierwszym dzieckiem i dziedzicem miała być dziewczynka. To była jedyna wada Ary – jej płeć. I nawet jeżeli byłoby z nią coś nie tak, wciąż byłaby czystokrwista. Doskonale wiesz, jak mało liczną populacją jesteśmy. Robię wszystko, co w mojej mocy, by podtrzymać nasz rodzaj, a ty bez żadnych problemów niszczysz wypracowany przeze mnie postęp.

– Mogła być charłakiem – powiedział łamiącym się głosem Abraxas. – Przyniosłaby ci hańbę. Byłaby zakałą rodu Malfoyów.

– Nawet jeśli Ara urodziłaby się charłakiem, razem z Narcyzą znaleźlibyśmy sposób, żeby sobie z tym poradzić. Nie zabilibyśmy jej. Czystokrwista krew jest niewyobrażalnie cenna, a co ważniejsze – będąc charłakiem, nadal byłaby naszą córką.

– Brenanie – jęknął ledwo słyszalnie starszy człowiek. Tyle jednak wystarczyło, by skrzat go usłyszał i pojawił się na zawołanie.

– Co pan zrobił mistrzowi?! – wrzasnął przerażony. – Brenan nie może na to pozwolić! Brenan...

W ułamku sekundy, Lucjusz poderżnął mu gardło. Stworzenie, charcząc, upadło na podłogę.

– Ministerstwo oczywiście nie przejmie się zamordowanym skrzatem domowym – powiedział od niechcenia. Różdżką rozniecił płomień w kominku, a następnie, gdy był już wystarczająco duży, cisnął w niego ciało martwego służącego. Kremacja nie trwała długo. – Chciałbym, byś skończył tak samo, ojcze, ale twoja śmierć powinna być bardziej wyrafinowana. Nie chcę, by Ministerstwo kłopotało mnie podejrzeniami.

– Lucjuszu, proszę cię… – W głosie Abraxasa słyszalna była desperacja.

– Ile razy błagałem cię, byś przestał mnie bić, kiedy byłem małym dzieckiem? – spytał w odpowiedzi. – Ile razy błagałem cię, byś zaniechał Cruciatusa? Ile razy błagałem, żebyś wypuścił mnie z lochów oraz pozwolił coś zjeść i się napić? Czy kiedykolwiek spełniłeś jakąś moją prośbę? Nie. Nie! Zamiast tego, wyśmiewałeś mnie jeszcze i poniżałeś, twierdząc, że jestem słaby i bezużyteczny! – Zacisnął dłonie w pięści. – Nie waż się prosić mnie o łaskę! Nie dostaniesz jej! Sam mnie uczyłeś, bym nie okazywał współczucia! Zawsze opowiadałeś, że miłosierdzie jest najgorszą z możliwych słabości. Jak widzisz, ojcze, nie jestem słabeuszem. Nie jesteś zadowolony? Nie jesteś dumny?

Abraxas otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Z minuty na minutę było coraz to gorzej. Miał problemy z oddychaniem.

– Powinieneś odpocząć, ojcze. – Uśmiechnął się niebezpiecznie Lucjusz. Głos miał zwodniczo spokojny. – Nie zaplanowałem twojej śmierci na dziś. Trochę się pomęczysz, zanim odejdziesz. Tak długo, jak to tylko możliwe…

Przez chwilę obaj milczeli, mierząc się wzrokiem.

Młodszy mężczyzna podniósł fiolkę.

– Muszę już iść, ojcze – powiedział. – Draco potrzebuje ostatniej dawki leku. Nie sil się nawet na wołania o pomoc. Poinstruowałem wszystkie skrzaty, żeby ci nie odpowiadały, a uwierz mi, żaden się nie sprzeciwi. Upewniłem się. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Nie obejrzał się nawet, słysząc głośniejszy niż pozostałe, desperacki, charczący oddech Abraxasa.