A/N: No i czas na wielki finał! Mam nadzieję, że zakończenie nikogo nie rozczaruje. Jednocześnie pragnę podziękować za wszystkie słowa wsparcia, zachęty i konstruktywnej krytyki, jakie od Was otrzymałam. To zawsze był dopalacz dla mojej weny! lol . THX i do zobaczenia!
36.
Kolejne dwa lata później…
- Jesteś pewna, że dobrze robisz, Taro?- zapytała zaniepokojona Sue, pomagając przyjaciółce założyć suknię ślubną.
Chwilę wcześniej nakarmiła i uśpiła ostatnie z trojaczków, podczas gdy Jack zajmował się Umą i Brianem w ich małym ogrodzie, który miał dziś gościć uczestników skromnych, bo dość nieoczekiwanych zaślubin panny Williams z niejakim Henrym Jamesem.
- Przecież znacie się tak krótko, a poza tym, nie minęło sporo czasu odkąd…- dodała łagodnie, a co odezwała się Tippy.
- Możliwe, ale Henry chce tego samego, co ja, a czego z pewnością nie chciał Bobby, Sue i prawdę mówiąc, jestem już za stara, by nadal czekać na to, co nierealne.- odparła stanowczo cyber- geniuszka.- Cztery lata…- dodała gorzko.- Nie sądzisz, że to wystarczy, by być ze sobą szczerym? Bobby zwodził mnie przez cztery lata i niech mnie diabli, jeśli miałabym czekać dalej! Chcę mieć rodzinę, Sue. Dziecko.- mówiła.- Jeśli pan Crash Manning nie zamierza jej ze mną założyć, to niech idzie do diabła! Henry jest bardziej niż gotów na to zobowiązanie. Szanuje mnie i kocha, nawet jeśli znamy się miesiąc. Czas nie ma nic do rzeczy, gdy o to chodzi. Poza tym, Bobby miał czas, by przemyśleć sobie pewne sprawy i najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie jestem warta, by o mnie walczyć. Inaczej zrobiłby coś już w momencie, gdy Henry zaprosił mnie na randkę. Skoro jednak nie zareagował, widać nie kochał mnie tak bardzo, jak chciałam w to wierzyć.- dokończyła cicho, z żalem i pani Hudson nie musiała słyszeć, by poczuć jej ból i rozczarowanie. Mogła tylko przytulić przyjaciółkę i okazać jej wsparcie, nawet jeśli uważała, że ta popełnia błąd.
To nie tak, że nie lubiła Henry'ego. Był miłym, przeciętnym mężczyzną, któremu wyraźnie zależało na Tarze. Właściwie to nieco przypominał Stanley'a, chociaż był tylko zwykłym księgowym. Desperacko szukał rodziny, kogoś, z kim mógłby ją stworzyć, wypełniając samotną egzystencję i Sue bała się, że to zbyt mało, by ten związek przetrwał. Nie mogła jednak zmusić Tary do niczego, ponieważ przyjaciółka była dojrzałą, dorosłą kobietą, która sama decydowała o sobie i ponosiła konsekwencje tych wyborów.
Minęło kilka minut, zanim Tara pozbierała się do kupy i ostrożnie otarła wilgotne oczy. Nie obeszło się jednak bez korekty makijażu i w efekcie obie panie były nieco spóźnione. Nie na tyle jednak, by Henry zaczął się denerwować, bo kiedy Sue wyjrzała przez okno, ujrzała go spokojnie oczekującego na swą wybrankę.
- Jaka szkoda…- pomyślała, kiedy obie z Tippy schodziły na dół.- Byłam pewna, że Tara i Bobby się pobiorą. W końcu tak długo byli razem, a Crash nawet się przeniósł do anty-terrorystów, by móc się z nią spotykać. Dlaczego są tacy uparci i nie próbują się dogadać?- westchnęła w duszy wiedząc, że jej przyjaciele, jeśli nic się nie zmieni, zmarnują wielki dar, swoją miłość.- Uparte muły!- dorzuciła pod nosem, podążając za panną młodą i ciesząc się, że przynajmniej ona i Jack wykorzystali swoją szansę na szczęście.
Prawie pięć lat po ślubie, a nadal byli w sobie zakochani do szaleństwa, namiętni jak tej pierwszej małżeńskiej nocy i oddani sobie bez reszty. Mieli Umę, Briana, Eve, Rose i Josha- piątkę najcudowniejszych dzieci, jakie mogli sobie wymarzyć oraz dom, który był czymś więcej, niż budynkiem mieszkalnym. Dom, który bez wahania nazywali swoim Rajem, a nawet szczęśliwym talizmanem, bo mieszkając tam mieli wrażenie, że fortuna sprzyja im w dwójnasób i nie chodzi tu wcale o pieniądze. W tym domu ich małżeństwo rozkwitło, ich rodzina rozkwitła i Sue pragnęła podobnego szczęścia dla Tary.
- Cóż… teraz wszystko w rękach Pana.- pomyślała jeszcze i kontynuowała drogę do ołtarza. W końcu była dziś świadkową, czy wybranek Tippy był właściwy, czy też nie. Dziś była tutaj dla niej…
-xox-
Jack był zły, zły na Tarę i zły na Bobby'ego, choć skrzętnie to ukrywał. To prawda, że kiedyś sam nie był przykładem romantycznej odwagi i trochę mu zajęło, zanim na zawsze połączył się z ukochaną kobietą. Przełamał jednak swoje obawy i zawalczył o miłość swoją i Sue, podczas gdy Crash i Tara tchórzliwie pochowali głowy w piasek. Naturalnie rozmówił się z Bobbym i wygarnął przyjacielowi to i owo, przypominając, że niełatwo jest znaleźć tę właściwą kobietę, a kiedy się to już uda, należy trzymać się jej ze wszystkich sił. Na odchodnym dodał też, że zwykły i niczym nie uzasadniony strach nie jest wystarczającym powodem, by pozwolić umknąć największemu błogosławieństwu, jakiego może doświadczyć mężczyzna, a wiedząc, że Bobby musi przetrawić sobie jego mowę, wyszedł nie czekając na decyzję i modląc się, by przyjaciel podjął tę najtrafniejszą. To było tydzień temu i Sparky już chyba wiedział, co postanowił Bobby. Jakby nie patrzeć, Tara nadal była na dobrej drodze, by zostać panią James i spaprać życie trojgu ludziom…
-xox-
- Kochani bracia i siostry…- usłyszał pastora rozpoczynającego ceremonię.- Zebraliśmy się tutaj, w ten piękny dzień, by być świadkami przysięgi małżeńskiej, jaką postanowili złożyć sobie Tara i Henry. Jeśli ktokolwiek zna jakąkolwiek przyczynę, dla której to małżeństwo nie może być zawarte, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki.- powiedział, uważnie przypatrując się zebranym. Gdy odpowiedziało mu milczenie, zwrócił się do pana młodego:- Czy ty, Henry, bierzesz sobie Tarę za żonę i ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że jej nie opuścisz aż do śmierci?- zapytał.
- Tak.- odparł krótko narzeczony Tippy.
Potem nadeszła jej kolej…
- Czy ty, Taro, bierzesz sobie Henry'ego za męża i ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że go nie opuścisz aż do śmierci?- spytał ponownie, a ona odparła:
- Ja…
- Nie rób tego, luv.- usłyszała za plecami błagalne wołanie i odwróciła się gwałtownie, stając twarzą w twarz ze zdyszanym, pokrytym smarami i brudem, ale bardzo zdeterminowanym Australijczykiem, którego nie widziała od trzech miesięcy. Najwyraźniej znów padło mu auto i agent przybiegł tu na piechotę, sądząc po mizernym wyglądzie.
- Co ty tutaj robisz, Bobby?- rzuciła z wahaniem, tocząc wewnętrzną walkę między odradzającą się nadzieją, złością na tego przeklętego Koalę, który tak ją zranił, a lojalnością względem narzeczonego.
- Jestem tutaj, Tar…- odpowiedział, powoli zbliżając się do niej.-… bo nie mogę pozwolić, by mój strach odebrał mi kobietę mojego życia, ciebie.- usłyszała i serce jej zatrzepotało.- Byłem idiotą, luv, parszywym tchórzem.- wyznał.- Kiedy powiedziałaś, że chcesz mieć dziecko, spanikowałem. Wyobraziłem sobie nagle, że jestem drugim Mac'iem, że kiedyś skrzywdzę was oboje tak jak mój ojciec skrzywdził matkę i mnie, kiedy odszedł bez słowa. Przeraziłem się, że stanę się taki jak on, a chciałem ci tego oszczędzić. Wybrałem więc najprostszy sposób i odszedłem, zanim do tego doszło. Nie myślałem o tym, jak bardzo TERAZ cię krzywdzę. W ogóle przestałem myśleć. Potem jeszcze dowiedziałem się, że umówiłaś się na randkę z tym księgowym…- kontynuował, ku zdumieniu wszystkich zebranych.
- Henry, ma na imię Henry.- sprostowała.
- Henry, Harry, jakie to ma znaczenie?- spytał.- Byłem zły, że tak szybko się pocieszyłaś po rozstaniu zapominając, że to ja cię zostawiłem…
- A co miałam zrobić, Crash?- rzuciła gorzko.- Wiesz, jak bardzo pragnę dziecka. Nie chciałeś mi go dać, a ja nie chcę na starość zostać sama. Miałam czekać wieczność, aż się obudzisz? Jasno powiedziałeś, że nie ma o tym mowy. Nie dałeś mi wyboru.- przypomniała.
- Wiem, luv!- potwierdził.- Wiem i nie wiesz, jak bardzo żałuję! Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie i nie zasługuję na drugą szansę, ale mimo to o nią proszę, błagam. Nie wychodź za niego!- zawołał ku uldze większości uczestników tego wydarzenia.- Nie rób tego tylko po to, by mieć dziecko. To niewystarczający powód, by rujnować życie nam wszystkim.
- Możliwe, ale dotąd nie podałeś mi żadnego, który skłoniłby mnie do zmiany zdania.- powiedziała, choć jej wewnętrzne mury zaczęły chwiać się w posadach.
- Czy to, że cię kocham się liczy?- spytał desperacko.- Czy to, że jestem gotów dać ci tyle dzieci, ile tylko zechcesz się liczy? Czy to, że już się nie boję, bo ktoś uświadomił mi, że nasza miłość jest warta ryzyka, a rodzina, to największe błogosławieństwo, jakiego może doznać mężczyzna się liczy?- wyszeptał zaledwie centymetry od niej, zatapiając w Tarze pełne uczucia spojrzenie.- Nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, co mógłbym ofiarować, bylebyś tylko zechciała mnie z powrotem. Zrobię wszystko, luv. Powiedz tylko słowo. Uczynię wszystko, ale nie przekreślaj naszej miłości, nie przekreślaj mnie, bo choć próbowałem, nie mogę żyć bez ciebie…- dokończył.
- Naprawdę tego chcesz?- zapytała drżącym głosem.- Rodziny ze mną?
- Małżeństwa, dzieci, całego tego pakietu, który mają Sparky i Sue, tylko mnie nie zostawiaj, Tar.- potwierdził, padając na kolana.
Chyba nie było wśród zebranych nikogo, kto w tym momencie szeroko by się nie uśmiechał, no może poza pewnym cichym księgowym, który smutno pokręciwszy głową, wymknął się z ogrodu tuż po tym, jak jego niedoszła żona pocałowała swojego ex- faceta.
Dlaczego jej nie powstrzymał, nie walczył? To proste, nawet on potrafił rozpoznać prawdziwą miłość i choć dotąd się łudził, wiedział, że nie znajdzie tego uczucia u boku Tary Williams, bo ona kochała innego mężczyznę. Być może gdzieś tam była kobieta, która mogłaby pokochać go równie mocno i zrozumiał nareszcie, że namiastka tego uczucia mu nie wystarczy. Chciał wszystkiego, nawet jeśli będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Fakt, bolało, że został porzucony przed ołtarzem, ale nie tak bardzo jak powinno, zapewne więc tak miało być…
-xox-
Jack i Sue promienieli. Ich przyjaciele nareszcie poszli po rozum do głowy, i choć tego dnia nie odbył się żaden ślub, to przyjęcie się nie zmarnowało. Zamiast tego celebrowano ponowne zjednoczenie dwojga zakochanych ludzi i w ogóle miłość jako taką. Kiedy zaś późnym wieczorem, po uprzątnięciu resztek imprezy gospodarze kładli się do łóżka, Sue zapytała męża:
- Jack?
- Tak, kochanie?- uśmiechnął się do niej z uczuciem.
- Co byś powiedział, gdybym chciała mieć jeszcze jedno dziecko?- szepnęła zarumieniona. To prawda, że mieli już pięcioro i niełatwo było się nimi opiekować, ale prawdę mówiąc, Sue lubiła to uczucie, gdy kładziesz dłoń na nabrzmiałym brzuchu i czujesz pod skórą ruchy dziecka, gdy czekasz na nie z taką niecierpliwością, a potem pierwszy raz bierzesz w ramiona. Chciała to poczuć jeszcze jeden, ostatni raz.
- Spytałbym, czy dasz sobie radę jeszcze z jednym, mimo że twój kochający mąż tak dużo czasu spędza w pracy.- odparł ostrożnie.
Jeśli ktoś by go zapytał, nie miałby nic przeciwko, ale chodziło mu przede wszystkim o żonę. Fakt, że Sue była niesamowitą, kompetentną, kochającą i w ogóle doskonałą matką, ale z ich gromadką miała na głowie tak wiele, że bał się, jak to się odbije na jej zdrowiu. Pomagał jej jak mógł, ale musiał utrzymywać rodzinę nawet, jeśli jej cywilne kontrakty były dość dobrze płatne. Nie wykształcisz jednak pociech, nie mając na to odpowiednich funduszy…
- Owszem, zwłaszcza, że twoja mama zasugerowała ostatnio, że mogliby z tatą się tutaj przenieść, by pomagać przy maluchach. Tęsknią za wnukami, a poza tym w Wisconsin już nic ich nie trzyma, odkąd twój ojciec przeszedł na emeryturę.- usłyszał zaskakujące, ale przyjemne wieści.
Sparky się wyszczerzył.
- Naprawdę? A zatem nie widzę problemu!- stwierdził radośnie.- Im nas więcej, tym weselej, a po drugie, zawsze mieliśmy dużo frajdy próbując, prawda?- mrugnął szelmowsko, po czym dodał:- No i w końcu miałbym własną drużynę hokejową!
Jego żona tylko zachichotała.
- Więc bierz się do roboty, Hudson, bo najmłodszy gracz sam się nie zrobi!- rzuciła wesoło, a jednocześnie zalotnie.
- Z rozkoszą, kochanie. Z rozkoszą!- powiedział tylko, zanim zabrał się do rzeczy…
EPILOG
Wiele lat później…
- Tacy jesteśmy z ciebie dumni, kochanie!- zawołała Sue, kiedy wraz z mężem podeszła do najstarszej córki, która chwilę wcześniej odebrała dyplom wyższej uczelni, kończąc naukę z wyróżnieniem. Wyglądała pięknie w birecie i todze, co zresztą Hudsonowie uwiecznili mnóstwem zdjęć.
- To dzięki wam, mamo i tato.- odpowiedziała wzruszona dziewczyna, ściskając rodziców, a potem młodsze rodzeństwo, które pośpieszyło z gratulacjami.
Brakowało tu tylko Josha, który tak na marginesie właśnie obściskiwał się na uboczu z Gracie Manning (najstarszą z czterech pociech Tary i Crasha), o czym powiadomiła ich najmłodsza latorośl rodziny, Lilly.
- Gdyby nie wasza miłość i wsparcie, nie byłoby mnie tutaj. Jestem dumna, że jestem waszą córką.- stwierdziła z uczuciem i przekonaniem.
- I vice versa, skarbie.- powiedział jej wzruszony ojciec, raz jeszcze ją przytulając. – Pokonałaś długą drogę, córuś, i jeśli choć trochę ci w tym pomogliśmy, to bardzo się cieszymy, chociaż to twój talent i zamiłowanie do nauki dokonało reszty, pani doktor.
- Wiesz już, jaką specjalizację obierzesz?- spytała Sue.
- Chcę być kardiologiem, mamuś.- odparła dziewczyna, pamiętając dzień, gdy serce jej taty zgotowało rodzinie nieprzyjemną niespodziankę. To lekki zawał sprawił, że Jack Hudson nareszcie przestał się przepracowywać i przyjął mniej stresującą pracę zastępcy dyrektora. Tamtego dnia Uma przysięgła sobie, że pójdzie na medycynę, by nigdy więcej nie czuć się tak bezradną jak w chwili, gdy jej tatuś, chwytając się za pierś, osunął się na podłogę. Dotrzymała postanowienia.
- A zatem będziesz najlepszym kardiologiem, jakiego ziemia nosiła, bo możesz dokonać wszystkiego, czego zechcesz.- uśmiechnęła się poruszona pani Hudson.- Wszyscy możecie dokonać wielkich czynów, jeśli tylko będziecie wytrwali.- zwróciła się do pozostałych dzieci.
- Niezależnie jednak od tego, jakie ścieżki obierzecie w życiu, bądźcie pewni, że bardzo was kochamy i jesteśmy z was dumni.- zapewnił Sparky.
- Wiemy.- odpowiedział ich mały chórek, z Joshem i Gracie włącznie.
- Zdjęcie!- zawołała Rose, zachęcając, by wszyscy stanęli blisko siebie, po czym podała aparat jednemu ze studentów (atrakcyjnemu brunetowi, dodajmy, który parę minut wcześniej rzucił do niej „oczko"), a sama stanęła w środku tłumu.
- Powiedzcie „ser"!- zachęcił chłopak i po chwili było po wszystkim.
To zdjęcie, jako jedno z wielu stanęło potem na kominku w rodzinnym domu Hudsonów, jako pamiątka kolejnej pięknej chwili.
Słowa Jacka, wypowiedziane niegdyś do ich najstarszej córki się sprawdziły, bo dzieci Umy, które jej niegdyś przepowiedział, i reszta wnuków, często na nie spoglądały, prosząc dziadków o kolejne rodzinne historie. Chyba nie trzeba mówić, że żadne z nich nigdy nie odmówiło tym prośbom i wszystkie dzieciaki wiedziały, jak to się wszystko zaczęło…
KONIEC
