Na chwilę obecną niebetowany. Kochana Himitsu powinna się za to wkrótce wziąć. :) Na razie pewnie jest pełno, pełno błędów i naprawdę bardzo was za to przepraszam.

Heremita Acris, slimarwen, Anuii, Karolino94, hulku12, Evolutions, Dominikamaju, kolosiu i Ayane L - oczywiście bardzo wam dziękuję za komentarze, bo były wspaniałe i strasznie motywujące. Jestem wam ogromnie wdzięczna za odzew pod moim tłumaczeniem.

slimarwen, ach, wierzę, że tydzień minął ci szybko i że nie męczyłaś się nieświadomością tego, co się stało z Regulusem. Cieszę się, że, pomimo iż twoje przypuszczenia się nie sprawdziły, podoba ci się akcja autorki - też czasami, ale nie zawsze, snuję przypuszczenia na temat tego, co czytam, więc doskonale cię rozumiem :). Co do Zasłony - no cóż, dzisiejszy rozdział. Nic więcej nie mówię. Na temat Lily również - sama się przekonasz! I dziękuję za życzenia :). Dominikamaja, no cóż, nie za bardzo mam możliwość ratowania którejkolwiek z postaci, bo tylko tłumaczę. Ale, gdybym mogła, na pewno bym to zrobiła, wierz mi :). Oczywiście cieszę się, że rozdział się podobał. A sceny erotyczne, chociaż może nie jest ich dużo, pojawiają się w tej części opowiadania, więc, zapewniam, z każdym rozdziałem coraz bardziej się do nich przybliżamy :).

Z przykrością stwierdzam, że kolejny rozdział pojawi się dopiero za dwa tygodnie (czyli dwunastego stycznia). Potrzebuję odrobiny przerwy, a to dobre miejsce.

A jak na razie - miłego czytania!


Gdy umiera dzisiaj

Część druga

Rozdział szósty

Okrzyk, jaki wymknął się z jego ust był zbyt nagły, aby mógł go stłumić, gdy ten bachor przedarł się przez jego bariery. Cygnus położył rękę na ustach, samemu go uciszając, podczas gdy Regulus leciał w stronę Zasłony.

Przerażenie Izara nie trwało długo.

Cygnus westchnął zrzędliwie, gdy ciało tego głupca w ostatniej chwili zmieniło kierunek lotu, uderzając ostatecznie w otaczające ich ławy. Regulus opadł ciężko na ziemię. Ktokolwiek uratował tego idiotę, nie wydawał się troszczyć o niego na tyle, by zapewnić mu łagodne lądowanie. Cygnus rozejrzał się czujnym okiem po otoczeniu. To nie zdrajca krwi powstrzymał śmierć swojego brata, tak samo jak nie zrobiła tego szlama, więc… kto uratował szczeniaka?

Uniósł wzrok, próbując przejrzeć ciemność. Wykorzystał wrażliwość na magię swojego potomka i w końcu stał się świadomy kuszącej energii dochodzącej ze wznoszących się nad nimi cieni. Wydawała się być wszędzie i zarazem nigdzie, zupełnie jakby mężczyzna, który jest jej źródłem, krążył nad nimi na krawędzi wgłębienia.

Cygnus odchylił do tyłu głowę i roześmiał się.

A to dopiero! Czarny Pan ratował jakiegoś bezwartościowego sługę? Czarny Pan bronił człowieka, który nie mógł nawet ochronić się przed zwykłym napływem magii?

To było po prostu…

- Klasyczne – wydumał z rozbawieniem. – Po prostu klasyczne – mruknął, otwierając szeroko ramiona. Obserwujące go oczy były przecudownym źródłem rozrywki. Schodził dalej po ustawionych na różnych poziomach ławach, kierując się w stronę najniższej części pomieszczenia.

Ochoczo przyglądał się temu, jak Regulus gramoli się na nogi, ściskając w ręce w gotowości różdżkę. Także różdżka Syriusza i szlamy wskazywała teraz na niego, ale, jako że byli głupcami, nie rzucali żadnych zaklęć. Zwolnił nieco, czekając, aż również Czarny Pan ujawni swoją obecność i spróbuje przeszkodzić mu w dojściu do Zasłony. Tego brudnego, półkrwistego czarodzieja nie było jednak nigdzie widać. Nawet Czarny Pan bał się podnieść na niego różdżkę!

Zachichotał, dostrzegając spojrzenie Regulusa. Jego szczęka była mocno zaciśnięta, a ręka, w której ściskał wskazaną na Cygnusa różdżkę - pewna.

- Nie możecie mnie powstrzymać – wyszeptał z radością. – Wiecie, że nie możecie mnie powstrzymać.

Przybliżył się do nich jeszcze trochę i, o dziwo, to Regulus jako pierwszy zrobił krok w jego kierunku. Wyglądał na niespełna rozumu, gdy pochylił się w jego stronę z rozszerzonymi ze wściekłości oczami.

- Nawet na to nie licz, Cygnusie. Nie zawaham się zranić Izara, jeśli to będzie oznaczało, że cię powstrzymam.

- Jak szlachetnie – wycedził Cygnus. – To niesamowite, że w końcu uświadomiłeś sobie, że twój syn został opętany. Powiedz mi, co do tego doprowadziło? Czarny Pan? Człowiek, którego nie było nawet w pobliżu, gdy pojawiło się to… dziedzictwo? A może gobelin rodu Blacków? Tak czy inaczej, to trochę poniżające, nie sądzisz? – Cygnus wzruszył nonszalancko ramionami i odwrócił wzrok od zaczerwienionej twarzy Regulusa. – Zastanawiam się, co dokładnie zamierzasz zrobić, aby wypędzić mnie z ciała swojego syna. Obawiam się, że legilimencja nie zadziała.

Regulus sprawiał wrażenie, jakby chciał przyjąć to oświadczenie z beznamiętnym wyrazem twarzy, ale jego zmartwienie wygrało i się na nią przedarło. Jego usta zacisnęły się mocno, a grafitowe oczy spojrzały ponad głową Cygnusa na otwór dołu, w którym się znajdowali. Cygnus obrócił się szybko, chcąc zobaczyć skradającego się tam Czarnego Pana, ale powitały go wyłącznie cienie. Wrócił do swojej wcześniejszej pozycji, chichocząc.

- Nie, obawiam się, że nawet Mistrz legilimencji nie będzie w stanie ci pomóc.

Następnie skierował wzrok na szlamę. Jej zielone oczy wpatrywały się w niego chłodno i z całą pewnością nie było to spojrzenie, które przystałoby kobiecie opowiadającej się po Jasnej Stronie. Wyglądało, jakby była z siebie zadowolona i ani trochę zmartwiona swoim drogocennym synem. Chociaż, z drugiej strony, może nie mogła się doczekać zniszczenia Izara. Wspomnienia chłopca wskazywały Cygnusowi, że ta kobieta nie była obecna w jego życiu. Zostawiła go tylko w mugolskim sierocińcu.

Żaden Black nie powinien być wychowywany przez plugawych mugoli.

Odwracając się od niej, Cygnus wydał z siebie głęboki pomruk, gdy jego wzrok wylądował na Zasłonie. Stawał się coraz bardziej niespokojny i zmęczony – co wskazywało na to, iż był w chwili obecnej śmiertelny i miał swoje ograniczenia. Będzie musiał jeść, spać i odzyskiwać siły. Już teraz czuł, że jego ciało jest zmęczone. Okazja do stoczenia prawdziwej walki z tymi… krewniakami była naprawdę kusząca, ale wiedział, że tylko niepotrzebnie by go zmęczyła, zanim musiałby stawić czoła prawdziwemu zagrożeniu w postaci Czarnego Pana.

Być może zostawi ich sobie na później. Musiał mieć w życiu jakąś rozrywkę, prawda? Ważne było tylko, by zabił dziś Czarnego Pana, Blackami i szlamą mógł zająć się później. Poza tym, kto wie? Być może w najbliższej przyszłości będą dla niego nawet użyteczni.

Cygnus przyjrzał się z zastanowieniem trzem stojącym przed nim osobom i gwałtownie rzucił się do przodu. Szlama zeszła mu z drogi, obniżając różdżkę, jednak całkowicie jej nie chowając. Cygnus nie miał czasu, aby się nad tym zastanawiać, bo gorliwie zszedł z drogi paskudnego zaklęcia rzuconego przez ojca chłopca. Zanucił w podnieceniu, gdy spostrzegł jego wyraz twarzy i postawę. Mężczyzna mówił poważnie i naprawdę był jak najbardziej gotów do stoczenia pojedynku. Wydawał się niemal chętny do tego, aby zaatakować ciało swojego syna.

Być może Cygnus źle go ocenił.

- Dobrze, dobrze – pochwalił, niewerbalnie blokując zaklęcie odcinające, zanim to dotarło do jego twarzy. – Bardzo dobrze.

Jego pochwała wydawała się rozpalić w Regulusie jeszcze większą wściekłość. Mężczyzna skrzywił się i rzucił do przodu. Gdyby tylko miał jeszcze pianę w ustach, naprawdę przypominałby przy tym dzikie zwierzę. Mroczne zaklęcie lecące w kierunku Cygnusa zbliżało się z zatrważającą prędkością. Ten przez chwilę zachwycał się umiejętnościami mężczyzny, po czym uchylił się i zablokował atak. Nie musiał werbalizować swoich zaklęć. To było dla niego banalnie proste.

Potrzebna mu była jednak jedna rzecz. Musiał się skupić i sięgnąć po moc, którą, jak wiedział, Izar posiada.

W końcu był jakiś powód, dla którego chłopak był wrażliwy na magię. Cygnus dał mu tę umiejętność, aby jego magia była wystarczająco wyjątkowa, by dotknąć Zasłony i ściągnąć z niej jego duszę. Zdecydował się nadać swojemu naczyniu takich właściwości, aby dawały mu jeszcze większą przewagę. Izar był wrażliwy na magię, bo dzięki temu miał również umiejętność odcinania czyjegoś rdzenia.

Cygnus dał mu tę zdolność z własnych, samolubnych powodów. Pragnął ciała, które miało moc, nietypową moc. Na szczęście Izar nie rozumiał, że wrażliwość na magię była kluczem do znacznie większej władzy. Chłopiec nie miał o niczym pojęcia.

Ale to wkrótce się zmieni.

Skupił się na pulsującej magii Regulusa, po czym wyciągnął w jego stronę rękę. Z wielką determinacją skoncentrował się na ściskaniu jego rdzenia. Fale aury Regulusa zdawały się pulsować niczym bijące serce i Cygnus miał możliwość zobaczenia, gdzie może je odciąć, zgasić. Kiedy jego palce zacisnęły się wokół niewidzialnego rdzenia, odnalazł źródło aury swojego przeciwnika i gwałtownie odciął mu do niego dostęp.

Przystojna twarz mężczyzny wykrzywiła się z przerażenia, gdy osunął się na kolana. Jego bezużyteczna różdżka upadła na podłogę, nie stanowiąc już narzędzia jego zemsty. Cygnus obserwował to wszystko z gwałtowną fascynacją. Utracenie przez czarodzieja magii musiało być dla niego bolesne zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Sprawiało, że stawał się całkowicie bezbronny i bezradny.

Przez zaledwie krótką chwilę Cygnus cofnął się i podziwiał konsekwencje swojego daru. To był naprawdę przepiękny widok. Ciało Regulusa owładnęły drgawki, a otaczający go blask przygasł, osłaniając płaszczem ciemności. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości, a wyraz jego twarzy stał się o wiele twardszy, podczas gdy oczy straciły swój blask.

I chociaż był to poruszający widok, był dla niego również zabawny. Czarodzieje nie czuli swojej magii, dopóki nie byli jej pozbawiani. Byli tak zespoleni ze swoim rdzeniem, tak z nim zsynchronizowani, że stanowił ich drugą naturę. Ich magia pulsowała w rytmie bicia ich serca, dopasowywała się do ich oddechów i wiązała z gracją ich ruchów… magia była wszędzie. I gdy nagle zostawali jej pozbawieni, zdawali sobie sprawę, że odebrano im ogromną część ich samych. Nie mieli już w sobie tego, co sprawiało, że czuli się żywi i niezwyciężeni. Walczyli o każdy oddech i nie czuli już wraz z biciem serca tego przypływu kuszącej prawości.

Gdy tak gwałtownie pozbawieni byli magii, prawdopodobnie czuli się, jakby umierali. Byli nadzy, bezbronni i musieli dostosować swoje ciało do funkcjonowania bez żadnej pomocy.

To, że potrafił dokonać czegoś takiego sprawiało, że czuł się jak bóg, chociaż w jego mocy były dwa niedociągnięcia.

Po pierwsze, jego ofiary nie umierały z powodu utraty magii. Chociaż przejście przez ten bezbronny etap i uczenie się życia bez magii było dla nich niewyobrażalnie trudne, nigdy ich nie zabijało. Z drugiej strony, gdyby Cygnus naprawdę chciał ich zabić, mógłby to zrobić bez problemu. Jego ofiara kuliła się w sobie, więc mógł bez żadnych przeszkód unieść na nią różdżkę.

Jednak najbardziej tragiczną wadą jego mocy było to, że jej skutek nie był trwały. Regulus odzyska z powrotem swoją magię, gdy tylko Cygnus nie będzie mógł się dłużej koncentrować na tym, aby trzymać mocno jego rdzeń.

Skrzywił się i nadepnął na różdżkę Regulusa, z fanatyczną radością łamiąc ją na pół. Leżący na podłodze mężczyzna szybko spojrzał na nią poprzez swoje gęste włosy. Jego zamglone oczy rozszerzyły się ze wstrętem i wydał z siebie bolesny, przerażony jęk. To żałosne stworzenie kiwało się do przodu i tyłu, kręcąc z zaprzeczeniem głową.

Wewnątrz swojego umysłu Cygnus uważnie wyczekiwał reakcji Izara. Chłopiec od jakiegoś czasu był dziwnie spokojny.

Ale…

Tak, to było to.

Iskierka fascynacji, pełnego szoku zachwytu.

Byłeś kiedyś Mistrzem Magii… teraz mam pełne prawo ci to odebrać. Aby podkreślić swoją dominację nad Izarem, Cygnus machnął w powietrzu różdżką, niewidzialnym ciosem pozbawiając Regulusa przytomności. Mężczyzna upadł na ziemię, a jego skroń roztrzaskała się o kamienną podłogę. Jaskrawa stróżka szkarłatnego życia wypłynęła z jego głowy, tworząc wokół niej aureolę. Izar natomiast w końcu zareagował na atak na swojego ojca, posyłając poprzez ich umysł wybuch Czarnej Magii.

Cygnus przez chwilę się nad tym zastanawiał, po czym skierował tę eksplozję na siebie używając jej, aby się wzmocnić.

- Uciekaj, Syriuszu – wyszeptał za nim kobiecy głos.

Odwrócił się w samą porę, aby zobaczyć przelatujący mu tuż pod nosem strumień magii. Poczuł przypływ szału i skoncentrował się na ostatnim Blacku.

- O tak – tchnął. – Uciekaj, póki możesz.

Głupiec wzniósł wokół siebie silną tarczę, mającą prawdopodobnie wystarczająco mocy, aby odbić wszelkie lecące w jej stronę zaklęcia. A że był idiotą, pewnie myślał, że ochroni go to również przed tym, co Cygnus zrobił jego bratu.

Przykucając w swojej wyrobionej, aurorskiej postawie, Syriusz z wdziękiem zatrzymał się przed swoim leżącym twarzą w dół młodszym bracie. Jego twarz wykrzywiona była w zimnej determinacji, ale Cyngus dostrzegał na niej wątpliwości i skryte w grafitowanych oczach opory. Wyglądało na to, że, w przeciwieństwie do swojego brata, Syriusz nie był aż tak chętny do skrzywdzenia swojego bratanka.

- Zaatakujesz mnie, wujku Syriuszu? – zapytał cichutkim głosem Cygnus. Czuł, że Izar porusza się niespokojnie w jego otoczonym tarczami umyśle.

- Nie pozwól mu się zwieść, Syriuszu. Nie jest już Izarem – odezwała się ponownie kobieta.

Cygnus odwrócił głowę, sycząc w jej stronę:

- Milcz, szlamo.

Ten pyskaty rozkaz wydawał się być wszystkim, czego potrzebował Syriusz, aby zaatakować. Cygnus był jednak gotowy. Gdy tylko zaklęcie porażenia ciała opuściło różdżkę Syriusza, wyciągnął rękę i zacisnął ją na aurze mężczyzny. Podobnie jak jego brat, Syriusz upadł na podłogę, podczas gdy jego blada twarz zrobiła się niebezpiecznie niebiesko-zielona. Cygnus ani na chwilę nie przestawał tego podziwiać. Zamiast tego pchnął Syriusza poprzez całe pomieszczenie w stronę ław. Z powodu braku swojej magii, Syriusz będzie miał szczęście, jeśli przeżyje to uderzenie. Jak gdyby potwierdzając jego podejrzenia, obrzydliwy, a zarazem intrygujący dźwięk łamanych kości rozniósł się echem po Komnacie Śmierci.

Nagle Cygnus pochylił się do przodu, wrzeszcząc, gdy jego umysł zadrżał. Świat pociemniał mu przed oczami pod wpływem pochłaniającej go intensywnej magii Izara. Przytłaczająca obecność chłopca sprawiała, że czuł się, jakby ktoś skrobał w nim paznokciami i desperacko wspinał się, aby zyskać nad nim kontrolę. I chociaż oganiał go wielki ból, nie mógł nie podziwiać magii, jaką posiadał chłopiec.

Izar przejął kontrolę tylko na kilka sekund. Jego palce potarły twarz, skutecznie upuszczając różdżkę na ziemię. Chłopiec miał nadzieję nadepnąć na nią w dokładnie ten sam sposób, w jaki jego napastnik nadepnął na różdżkę Regulusa, jednak Cygnus szybko ponownie przejął nad nim kontrolę.

Kiedy tylko znów panował nad swoim nowym ciałem, z trudem ruszył w stronę Zasłony. Nie był w stanie bardziej stłumić chłopca, w związku z czym był zmuszony toczyć z nim nieustanną walkę. Ta psychiczna bitwa mogła się skończyć tylko wtedy, gdy połączy się całkowicie z pozostałą częścią swojej duszy. Zamglonymi oczami spojrzał przez ramię na szlamę, wyzywając ją, aby tylko spróbowała go powstrzymać. O dziwo, nie było jej nawet w jego pobliżu. Klęczała przy Syriuszu i badała jego puls. Zupełnie jakby nie przejmowała się tym, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest jej syn i zdecydowała się zamiast tego chronić jakiegoś nic nieznaczącego w tej całej grze pionka.

Dziwne było również to, że i Czarny Pan był nieobecny.

Zupełnie jakby ta dwójka miała swoje własne plany.

Ale to był niemożliwe. To była jego gra. Znał wszystkie zasady, a oni nie. Jak śmieli sądzić, że mogą go pokonać?

Wyciągnął rękę, przesuwając palcami po falującej zasłonie. Była zrobiona z czystego jedwabiu i przelewała mu się przez palce, gdy je na niej zacisnął. Otworzył usta, jęcząc, gdy poczuł, że duch wewnątrz Zasłony odpowiada na jego bliskość. Lodowate uczucie objęło jego dłoń, po czym przeniosło się na całe ramię i tułów. Cygnus roześmiał się radośnie, gdy jego duch przeniknął przez skórę do ciała. Żył. W końcu.

Izar wydawał się wycofać i Cygnus postanowił nie zwracać na niego uwagi. Nie potrwa długo, nim chłopak stanie się niczym, przestanie istnieć. Chociaż był nieco zaskoczony, że Izar wciąż jeszcze żył. Będzie musiał znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, aby pomedytować i zniszczyć ostatki ducha swojego naczynia.

Teraz miał jednak inne rzeczy do roboty.

Cofając dłonie z Zasłony, przyjrzał się swoim sczerniałym palcom, po czym przeniósł wzrok na szlamę. Przykucała niedaleko leżącego na ziemi Syriusza, zerkając na Cygnusa. Jej spojrzenie tylko utwierdziło go w przekonaniu, że miała w rękawie jakiegoś asa. Wyglądała, jakby… jakby czegoś oczekiwała, była pełna nadziei.

Niewerbalnie wezwał swoją różdżkę i szybko nią na nią wskazał. Później z chęcią się nią zabawi, ale teraz nie miał na to czasu. Przeciągająca się cisza ze strony Czarnego Pana wpływała na niego bardziej, niż oczekiwał.

Nagle wstała. Jeśli to możliwe, jej twarzy wydawała się jeszcze bladsza.

- To niemożliwe… - wyszeptała. Zrobiła duży krok w jego stronę, wyciągając rękę, ale Cygnus oszołomił ją niewerbalną Drętwotą. Odwrócił się od niej, przestając zwracać uwagę na jej ciało. To było zbyt proste. Chociaż musiał przyznać, że z pewnością pomagało to, iż jego wrogowie byli tak sentymentalnie przywiązani do ciała, które opętywał. I że miał zdolność kontrolowania ich magicznych rdzeni.

- Wiem, że tutaj jesteś – zawołał zuchwale, zwracając się do swojego kolejnego źródła rozrywki.

Powoli wszedł po schodach, czując kryjącego się niedaleko Czarnego Pana. Mógł zapalić czubek swojej różdżki i rozglądać się za nim jak głupiec, ale rozkoszował się tą grą w kotka i myszkę. Poza tym był pewien, że Czarny Pan i tak bez trudu znalazłby sobie jakieś cienie, w których mógłby się skryć.

Żałosne byłoby, gdyby zaprzeczał przed samym sobą, jak mocno wali mu w piersi serce. Był wystarczająco pewny siebie, by móc poznać godnego przeciwnika – nawet jeśli pokonanie Czarnego Pana będzie równie proste, co Regulusa i pozostałej dwójki. Gdy tylko będzie w stanie zlokalizować najsłabszy punkt jego aury, ściśnie jego rdzeń i uniemożliwi mu rzucanie jakiejkolwiek magii.

- Nie przerażasz mnie. – Cygnus w końcu dotarł do krawędzi dołu i rozejrzał się po najwyższym poziomie Komnaty Śmierci. Budynek wciąż był zamknięty, ale wierzył, że wkrótce się to zmieni.

- A ty – odpowiedział głos – nie jesteś wart mojego czasu.

Cygnus odwrócił się, słysząc głos dobiegający z każdego kąta pomieszczenia i czując magię z każdej strony. Chociaż był na nią wrażliwy, nie potrafił wskazać najsłabszego miejsca w rdzeniu Czarnego Pana. Jego magia musiałaby być aktywna, używana, aby był w stanie dostrzec, gdzie może ją chwycić. W tej chwili natomiast leżała spokojnie i tylko czekała.

- Chociaż jestem pod wrażeniem twojej próby osiągnięcia nieśmiertelności, obawiam się, że wybrałeś złe ciało i złą dekadę. To mój teren. A ten chłopak jest mój. – Słowa miały w sobie okrutną, syczącą nutkę, która sprawiła, że włosy na jego karku stanęły dęba.

Zacisnął zęby, utrzymując ciało w gotowości na nieuchronny atak Czarnego Pana. Był pewien, że kiedy ten półkrwisty czarodziej się na niego rzuci, zrobi to szybko i bez wahania.

Oblizując wargi, Cygnus uśmiechnął się ponuro.

- Jesteśmy zaborczy, co?

Mroczny chichot wydawał się pieścić maleńkie włoski w jego uchu. Cygnus odwrócił się, wznosząc w gotowości różdżkę, ale nikogo nie było w pobliżu. Kipiał ze złości. Nigdy wcześniej nikt sobie z nim tak bezczelnie nie pogrywał.

- Wiesz, co jest twoim problemem, Cygnusie? – zapytał mężczyzna, którego głos dochodził zza jego ramienia.

Tym razem Cygnus się nie odwrócił. Wytężał jedynie zmysły, czując silną aurę. Skupił się na pulsującej Czarnej Magii, jaka wydobywała się z Czarnego Pana, próbując skoncentrować się na falach mocy. Gdy tylko otworzył się na zmysły, stał się nagle świadomy aury, której źródło znajdowało się kilka stóp od niego. Cygnus oczywiście nie miał takiego doświadczenia z wrażliwością na magię jak Izar, ale powoli zaczynał ją rozumieć.

I teraz, gdy w końcu potrafił ją wykorzystać, dostrzegał aurę Czarnego Pana. Stanowiła leniwą mgiełkę, wyglądając niczym lśniące na słońcu rozkruszone diamenty. Była pod każdym względem piękna.

- Nie… - mruknął Cygnus. Odwrócił wzrok od aury, próbując dyskretnie nie okazywać swojej świadomości. – Oświeć mnie. – Wzmocnił uścisk na swojej różdżce, sięgając po aurę i szukając w niej słabego punktu.

- Nie powiedzie ci się, bo jesteś arogancki. Jesteś zaślepiony własną mocą i nie dostrzegasz tego, co masz przed oczami. Widzisz… wiem już, jaki będzie twój następny krok. I mam w związku z nim plany.

Cygnus uderzył niespodziewanie, kompletnie ignorując szydercze słowa. Szybko chwycił mocno rdzeń Czarnego Pana i całkowicie stłumił jego magię. Wydając z siebie rozentuzjazmowany śmiech, machnięciem różdżki rzucił swoim przeciwnikiem przez najwyższe piętro Komnaty. Dźwięk uderzającego o podłogę ciała poinformował go, że zdobył przewagę.

- Twoje słowa nie mają znaczenia – sapnął, czując, jak napełnia go poczucie triumfu. Już czuł na swoim języku smak śmierci Voldemorta.

Oświetlił różdżkę i ruszył do przodu. Gdy wzniósł wysoko swoje nowe źródło światła, jego oczy w końcu wylądowały na Czarnym Panu. Zrobił zszokowany krok do tyłu, kiedy zobaczył, w co się ten zamienił. Nie w żałosną, kulącą się na podłodze miernotę, jak to było w przypadku reszty, a w… w…

W magiczne stworzenie!

Zapomniał. To…

Umknęło jego świadomości. Nie wiedział! Nie przestawał myśleć… i nagle słowa mężczyzny nabrały znacznie więcej sensu.

Teraz, kiedy stanął w obliczu prawdy, był świadomy złożoności rdzenia Czarnego Pana. I chociaż trzymał w uścisku główną jego część, istniał jeszcze pewien kawałek, malutka drobinka magicznego rdzenia, która odpowiadała za jego bycie magicznym stworzeniem. Gdyby zdołał uchwycić również i tę część jego rdzenia, prawdopodobnie mógłby bez problemu go zabić.

Jednak rdzeń był zbyt skomplikowany, aby był w stanie zrobić to, jednocześnie nie puszczając głównej, ściskanej już przez niego części.

- Czym jesteś? – szepnął, spoglądając na kły i szkarłatne oczy o zwężonych źrenicach.

Niesforne, czarne włosy rozdzieliły się, gdy mężczyzna uniósł na niego wzrok. Cygnus uznałby, że jest wampirem, gdyby nie lśniące na skórze jego szyi czarne łuski. Poza tym, wampiry miały proste kły i woskową cerę, natomiast znajdujący się przed nim półkrwisty czarodziej miał skórę o kolorze porcelany i zakrzywione kły. Cygnus skrzywił się, przyglądając się odrobinę spiczastym uszom, które wystawały zza czarnych włosów mężczyzny.

- Jesteś… jesteś hybrydą?

Voldemort postukał w ziemię swoimi długimi paznokciami, uśmiechając się sadystycznie.

- Coś w tym stylu, ale nie do końca.

To nie miało sensu. Spiczaste uszy? Łuski? Kły? Chyba że mężczyzna nie był hybrydą, a…

Cygnus nie miał czasu, aby zastanawiać się, jakim stworzeniem jest Czarny Pan, bo ten nagle rzucił się na niego z prędkością, której nie mógłby dorównać żaden człowiek. Gracja i brutalność ataku Czarnego Pana przypominały węża. Cygnus nie miał nawet czasu podnieść różdżki, nie mówiąc już o pomyśleniu o czymkolwiek racjonalnym, nim uderzyła w niego wysoka postać.

Silne i zaborcze ramiona owinęły się wokół jego torsu i Cygnus natychmiast próbował uciec od tego kontaktu fizycznego. Krzyknął w zaprzeczeniu, gdy kły dotknęły jego szyi, po czym się w niej zatopiły. Poprzez ostry i niemożliwy do zniesienia ból uświadomił sobie, co takiego przez cały czas planował Czarny Pan. Zamierzał zabić Izara i uczynić jego ciało nieumarłe. Niemożliwym było bowiem dla Cygnusa osiedlenie się w naczyniu, które nie posiadało prawidłowego DNA.

Minął zaledwie dzień, od kiedy stał się znów śmiertelny po dekadach spędzonych na czekaniu po drugiej stronie Zasłony.

I to wszystko runęło w gruzach z powodu żałosnego stworzenia! Stworzenia! Tej żałosnej imitacji Czarnego Pana.

Mężczyzna upuścił go na podłogę i Cygnus zawrzał, czując, że wprowadzony poprzez ugryzienie jad już rozprowadza się po jego ciele.

Ale skoro przeszkodzono mu w jego planach osiągnięcia nieśmiertelności, zabierze ze sobą również chłopca.

Spojrzał tępo na obserwującego go Czarnego Pana i wszedł do swojego umysłu.


Izar zesztywniał z niedowierzania i przerażenia.

Czarny Pan go przemieniał. Zacisnął zęby, nie będąc w stanie zmusić się do jakiegokolwiek racjonalnego myślenia. Jedyną rzeczą, jaka kołatała mu się w głowie była myśl, że będzie nieśmiertelny i na wieczność utknie w ciele szesnastolatka. Jasne, urósł przez lato, ale wciąż nie osiągnął jeszcze swojej dojrzałości.

Wydawało się to właściwą karą Czarnego Pana wobec tego przejawu słabości z jego strony.

Nagle wnętrze jego umysłu wydało się przyciemnić. Izar stał się bardziej czujny, czując, jak coś się wokół niego zaciska. Czarne cienie sączyły się ze wszystkich zakamarków jego umysłu, po czym zgromadziły naprzeciw niego w formie dużej chmury. Ta opadła po chwili i ujawniła stojącego w przedniej części jego umysłu mężczyznę.

- Cygnus – odezwał się chłodno Izar.

Cygnus, cały otulony czernią, wpatrywał się w niego ze wściekłym błyskiem w swoich ciemnych oczach. Wyglądał na mniej więcej trzydzieści, może czterdzieści lat i miał długie, związane na karku włosy. Izar zauważył, że posiadał ostrą linię szczęki, zwłaszcza kiedy ją zaciskał.

- Jesteś słaby – wyszeptał mężczyzna. – Zawsze będziesz słaby. Z tym całym swoim przywiązaniem do innych, uczuciami i wrażliwymi emocjami… nie ma mowy, byś stał się kimś ważnym. Kiedykolwiek.

Izar uniósł wysoko brodę, posyłając mężczyźnie zimny uśmieszek.

- A jednak to właśnie przywiązanie do innych uratowało mi dziś tyłek. Czyż nie? – Przechylił na bok głowę, a bezpański kosmyk opadł mu na twarz. – A ty, Cygnusie? Zrozumiałeś już, co jest twoją słabością?

Cygnus wykrzywił się szyderczo.

- Ja nie mam słabości.

Izar uniósł brew, niewzruszony.

- No właśnie.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się komicznie, po czym wydał on z siebie okrzyk oburzenia i rzucił się na niego. Jego ciało nie miało już formy, stało się tylko bezkształtną, czarną chmurą.

Serce Izara zabiło szybciej, gdy próbował ze wszystkich sił nie stracić gruntu pod nogami i zachować siłę. Stawi temu czoła dokładnie tak samo, jak w piwnicy na Grimmauld Place. Do diabła z konsekwencjami, zwycięży tę walkę. Już i tak wystarczająco się upokorzył. Riddle nigdy nie skończy mu tego wypominać.

Tyle że ostatecznie nigdy nie dane mu zostało spotkać się z tą chmurą. Zza niego wyskoczyła nagle Lily, ubrana w krótką, białą sukienkę. Na jej twarzy widniało chłodne zdeterminowanie, gdy stanęła przed nim, na drodze jego przeciwnika. Nie zostały wypowiedziane żadne słowa, gdy uniosła wysoko brodę w obliczu ataku Cygnusa. Jej czerwone włosy powiewały za nią niczym szkarłatna flaga.

Cygnus wahał się tylko przez chwilę z powodu zaskoczenia, po czym w nią uderzył. Izar cofnął się o krok, obserwując z oszołomieniem, jak horkruks jego matki poświęca się dla niego i niezwłocznie… rozpuszcza. Jasność, którą dzięki swojej obecności roztaczała wokół siebie i barwiła jego zwykle ciemny umysł, całkowicie zniknęła.

Izar wyprostował ramiona, przełykając ślinę, gdy skierował się ku niemu Cygnus. Cokolwiek zamierzała zrobić Lily, nie zadziałało. Był sam.

Przygotował się, zbierając w sobie swój umysł i magię. Nie miał żadnego planu – nie wiedział nawet, czy będzie w stanie się obronić.

Zimna chmura, jaką stanowił Cygnus dotknęła jego ciała. Gdy tylko tak się stało, jego duch wydał z siebie złamany krzyk i rozproszył się. Izar otworzył szeroko oczy, patrząc z zaintrygowaniem, jak Cygnus zostaje z niego siłą wyrzucony. Bezkształtna chmura rozeszła się po jego umyśle, uderzając w zamknięte przez Lily drzwi. Tylko jednych nie udało jej się zabezpieczyć na czas. Izar natychmiast rzucił się w ich kierunku i mocno je zatrzasnął.

A następnie… Cygnus zniknął.

Izar stał przez chwilę w swoim umyśle, po czym opadł na kolana.

Od początku to planowała.

Przeczesał palcami włosy, rozglądając się po swoim umyśle. W szklanych drzwiach Departamentu Tajemnic napotkał swoje odbicie. Lily wiedziała, że jej ofiara sprawi, iż Cygnus nie będzie w stanie go zaatakować. Gdyby jego napastnik zrobił to wcześniej, być może mógłby powstrzymać Voldemorta przed wzięciem wszystkiego we własne ręce. Niestety, tak się nie stało.

Przypomniał sobie jej wcześniejsze słowa. Wyszeptane przez nią wyznanie rozbrzmiało mu w uszach.

- Matczyna miłość jest paliwem, które pozwala normalnemu człowiekowi dokonać czegoś niemożliwego.

Jej słowa wydawały się roznieść echem po jego pustym umyśle. Nagle poczuł, jak gdyby coś stracił. Nie rozumiał tylko, co to takiego.

Izar osunął się po szklanych drzwiach, wiedząc, że będzie musiał pomyśleć o tym, jaki wpływ będą miały na niego jej działania, chociaż zdawał sobie zarazem sprawę, że teraz nie była na to najlepsza pora. Jego postać stawała się coraz bardziej niewidoczna, a otoczenie niewyraźne.

W końcu zdobył kontrolę nad własnym ciałem.

Zamknął oczy, a następnie otworzył je ponownie, tym razem leżąc na zimnej, twardej podłodze Komnaty Śmierci. Zadrżał, czując rozpalającą się w nim gorączkę wywołaną rozprzestrzeniającym się po jego ciele jadem. Miał już serdecznie dość bólu i cierpienia. Nie mógł się doczekać dni, gdy znów będzie się czuł niezwyciężony.

Zacisnął zęby, spostrzegając obserwujące go szkarłatne oczy.

- Witam z powrotem, panie Black – zaszydził Voldemort.

- Nienawidzę cię – tchnął Izar, po czym zamknął oczy z bólu. – Wiedziałeś, że nie chcę być przez wieczność nastolatkiem.

- No tak, bo przecież twój plan wydawał się działać zaskakująco dobrze – wytknął mu sucho mężczyzna. – Byłeś więźniem we własnym ciele. Wybacz, że uratowałem ci skórę. Znowu.

Izar otworzył oczy i wściekle na niego spojrzał. Postanowił milczeć na temat wykorzystania przez Lily horkruksa, dopóki nie nadejdzie na to odpowiednia pora. Zamiast tego patrzył w podobnym do naćpania stanie, jak Czarny Pan potrząsa płynnie głową. Magia owinęła się wokół niego niczym druga skóra i jego glamour pojawiło się z powrotem na swoim miejscu. Podsekretarz Riddle był z powrotem w akcji.

Voldemort wyciągnął rękę i ujął jego policzek, gładząc delikatną skórę na jego szyi. Izar nie miał siły, aby ją odtrącić.

- Mój Panie? – wyszeptał nowy głos.

Riddle szybko zdjął rękę z policzka Izara i wstał. Dziedzic Blacków odwrócił się słabo, spoglądając na stojącego w drzwiach Lucjusza Malfoya. Blondyn trzymał dłoń zaciśniętą wokół lewego przedramienia, bezpośrednio nad Mrocznym Znakiem. Voldemort musiał go przez niego wezwać.

Blade oczy mężczyzny skierowały się na skuloną postać Izara i rozszerzyły odrobinę. Chwilę później Riddle stanął przed nim, zasłaniając go.

- Muszę wyjechać na kilka dni, Lucjuszu – powiedział zwięźle Voldemort. – Wierzę, że będziesz tu moimi oczami i uszami?

Izar zwinął się w sobie, czując, jak jego żyły zaczynają płonąć. Nie zamierzał krzyczeć, czuł już w swoim życiu znacznie większy ból. Zamiast tego podciągnął się do pozycji siedzącej, wysłuchując odpowiedzi Lucjusza. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz chciał, to wyjechać gdzieś na nieokreślony czas z Czarnym Panem. Było to jednak do przewidzenia, jeśli chcieli to zatrzymać w tajemnicy. Izar czytał o zamianach w magiczne stworzenia. Były bolesne i otrząśnięcie się z nich zajmowało trochę czasu. Nikt nie mógł zobaczyć jego transformacji.

- Ale wybory nowego Ministra będą za… - Lucjusz urwał. Szelest szaty poinformował go, że blondyn ukłonił się przed zachcianką swojego Pana. – Rozumiem – poprawił się szybko Malfoy.

Izar czuł się głupio. Riddle powinien pozostać i kręcić się w pobliżu, gdy Rufus Scrimgeour zostanie wybrany na nowego Ministra. A zamiast tego będzie się nim opiekował.

- Dobrze – wycedził Riddle. – W dolnych częściach pomieszczenia znajdują się trzy nieprzytomne osoby. Upewnij się, że zobaczy ich uzdrowiciel i że nie będą o niczym mówiły. Ojciec chłopaka najprawdopodobniej będzie chciał go szukać. Odwiedź go od tego. Imię moje i Izara nie mają zostać powiązane z wydarzeniami dzisiejszego dnia. Najprawdopodobniej zatrzymają to dla siebie, ale jeśli by tak nie było, zrób wszystko, aby ich uciszyć. Możesz zapewnić ich, że chłopiec ma się dobrze. Nic więcej. Czy to jasne, Lucjuszu?

Izar wyszczerzył zęby, opadając z powrotem na ziemię. Chciał doczołgać się do krawędzi i spojrzeć na opadające oraz wznoszące się klatki piersiowe Syriusza oraz Regulusa. Musiał się upewnić, że wszystko z nimi w porządku. Jego ciało nie miało jednak zamiaru pozwolić mu na tak wielki wysiłek.

Poprzez załzawione oczy patrzył, jak Riddle odwraca się, aby spojrzeć na niego przez ramię. Niespodziewanie znowu pojawiły się światła i przez głośniki zagrzmiał głos Ministra Knota. Zamknięcie budynku zostało zakończone i Voldemort mógł zniknąć z Ministerstwa.

- Tak, Panie. Zrozumiałem.

- Nie zawiedź mnie.

- Tak, mój Panie.

Izar zamknął oczy, zmuszając swoje ciało do wyłączenia się, aby być w stanie znieść ból. Był niejasno świadomy, że zostaje z łatwością podniesiony z ziemi i przyłożony do szczupłej klatki piersiowej. Miękki materiał jego kaptura zasłonił jego twarz, pogrążając go w ciemności.