– Witam wszystkich obecnych, których iście gównia… ekhm… znaczy… niesprzyjająca aura nie zniechęciła do kibicowania swoim faworytom. Na miotłach mamy już ślizgońską ekipę. Opaska kapitana i pozycja szukającego tym razem w rękach Calla Flinta, dalej niezmiennie na obronie Magnus Bletchley, a tłuczkami będą się zajmować…

Severus puszczał mimo uszu komentarze spikera, który bardzo się starał, by rozpalić zziębnięty tłum kibiców. Pomysł wznowienia rozgrywek przed zimową przerwą pod koniec listopada był zaiste debilnym pomysłem, ale widać dyrekcja bardzo starała się zapewnić uczniom rozrywkę, by oderwać ich umysły od bardziej niepokojących sposobów na zapełnienie sobie wolnego czasu.

– … i na boisku mamy także zawodników Gryffindoru. Mała niespodzianka, wygląda na to, że niedyspozycja zatrzymała w łóżku Jamesa Pottera. W jego miejsce Andy Campbell, który w tym roku, dla odmiany, nie podpada profesorowi Binnsowi, szczęśliwie unikając szlabanów…

– Panie McRoe! – W głośniku odezwał się upominający głos McGonagall.

– Taaak, już nie ględzę. Na obronie Alice Coote, na pozycji pałkarzy…

Ślizgon zignorował dalszą część wywodu komentatora, zainteresowany jednym nazwiskiem. Andy Campbell, w drużynie od drugiego roku, podobnie jak Potter. Zawsze na pozycji pierwszego ścigającego, awaryjny zastępca szukającego. W zeszłym sezonie większość meczy obserwował z okna gabinetu Binnsa, odbębniając zaległe referaty i słuchając usypiających tyrad przynudzającego nauczyciela. Pokazanie swoich umiejętności w meczu przeciw – osłabionemu brakiem Blacka – Slytherinowi mogłoby umocnić jego chwiejną pozycję w drużynie.

Brzmiało jak bardzo dobry motyw.

Kiedy odezwał się gwizdek, Severus całą uwagę skupił na Campbellu. Chłopak radził sobie nadzwyczaj dobrze, ale przy takim łamadze jak Flint każdy, kto umie utrzymać się na miotle, miałby spore szanse. Mimo to Gryfon wyglądał na lekko zdenerwowanego. Mocno zastanawiające. Snape naprawdę miał nadzieję, że znicz długo będzie zwodzić szukających, by on sam miał okazję upewnić się co do swoich przeczuć. Campbell był dobrym tropem.

– … i kolejne dziesięć punktów dla Slytherinu. Niezniszczalna Alice chyba powinna zastanowić się nad zmianą ksywki. Tymczasem kafel w rękach Gryfonów. Brent podaje do Jacksona, coraz bliżej obręczy Slytherinu… Strzał…! I przejęcie kafla! – darł się do mikrofonu Lucas McRoe. – Brawa dla ślizgońskiej obrony. Tymczasem znicza nadal nie widać. Nie chcę narzekać, ale kibice się tu nudzą, panowie szukający… Zaraz, znów kafel w obręczy Alice? Kolejne punkty na konto Węży. Jesteście do kitu, Gryfoni – dodał półgłosem spiker i pechowo jego osobiste zdanie poznała cała widownia.

– Ostatni raz upominam, panie McRoe – wcięła się ponownie opiekunka Gryffindoru.

– Tak, przepraszam. Sektor Lwów poproszę o głośne owacje dla ich ekipy. Wygląda na to, że są im baaaardzo potrzebne. O, kafel znów w rękach Węży. Świetna interwencja ścigających, Alice tym razem miała farta. Radzę się ogarnąć…

Snape, dotąd ignorujący relację z głośników, zaczął się w nią mocniej wsłuchiwać. Alice Coote. Rzeczywiście wyglądała na co najmniej rozkojarzoną, żeby nie powiedzieć – spanikowaną. Cały czas krzyczała słowa przeprosin do pałkarzy i ścigających, a także zupełnie nie radziła sobie z pilnowaniem obręczy. Była wręcz roztrzęsiona, jakby czując się winną fatalnej gry drużyny. Campbellowi też nie szło ze zniczem za dobrze i ratowało go tylko to, że Flint był jeszcze bardziej beznadziejny. I wkurzony.

Moment, to też nie pasowało. Call Flint nie należał do ludzi, którzy tracili nad sobą kontrolę, bo był maniakiem porządku. Uwielbiał mieć tysiąc planów na tysiąc ewentualności. Oczywiście, nie mógł przewidzieć, że Potter dziś nie będzie dla niego zagrożeniem, ale to tym bardziej powinno podnieść jego morale. Z drugiej strony… Gdyby założyć, że wiedział o nieprzewidzianej niedyspozycji Pottera, to musiał mieć świadomość, że zastąpi go Campbell, bo był jego stałym zmiennikiem, nawet pomimo całego sezonu w plecy. A Andy Campbell nie powinien być poważnym przeciwnikiem, skoro nie uczestniczył nawet regularnie w treningach. Ale siedział Flintowi na ogonie od początku spotkania, które było także dla Flinta debiutem na nowej pozycji. Call Flint zachowywał się właśnie tak, jak miał w zwyczaju, gdy coś nie szło zgodnie z jego przewidywaniami.

Cholera, jak tak dalej pójdzie, to Severus zacznie podejrzewać Rolandę Hooch.

– I kafel znów w obręczy, Ślizgoni dopisują sobie kolejne dziesięć punktów…

Szybko przeniósł wzrok w stronę gryfońskiego pola bramkowego i coś, a raczej czegoś brak, przykuło jego uwagę.

O jasny szlag. Już wiedział i od tej chwili zaczął gorąco kibicować któremukolwiek z szukających, bo nie mógł się doczekać końca meczu.

Syriusz Black i James Potter to tacy amatorzy.


– … Brawa dla ślizgońskiej obrony. Tymczasem znicza nadal nie widać. Nie chcę narzekać, ale kibice się tu nudzą, panowie szukający… Zaraz, znów kafel w obręczy Alice? Kolejne punkty na konto Węży. Jesteście do kitu, Gryfoni – jęczał do mikrofonu McRoe, pogłębiając zły humor Syriusza.

Black, chociaż niewątpliwie miał tu dziś misję do wykonania, był też zapalonym kibicem i gra jego ukochanej drużyny zaczynała mu działać na nerwy. Jakby brak Rogacza na boisku destabilizował cały zespół. Nie musiał się zastanawiać, co myśli o tym sam wspomniany, bo co chwila słyszał z jego ust przekleństwa pod nosem. W takich warunkach nie dawało się pracować.

Jego typowanym sprawcą był Call Flint, bo motyw świeżo upieczonego szukającego Węży był niepodważalny. Nie miałby szansy się wykazać, gdyby Potter był w pełnej dyspozycji. Tyle, że Flint był tak beznadziejny, że nie dawał rady nawet rezerwowemu szukającemu Gryfonów, który prawie rok czasu robił za kibica. Żeby złapać tego cholernego znicza, Flint musiałby co najmniej ostro przyćpać szukającego przeciwnej drużyny do tego stopnia, by ten ledwo utrzymywał się na miotle.

Flint miał bezsprzecznie motyw, ale nie można mu było przypisać sprawstwa, bo na logikę nie dawało się go powiązać z narzędziem zbrodni. Syriusz wiedział równie dobrze jak Sev, że ich zabezpieczenia przed dostaniem się eliksirów w ręce Ślizgonów były idealne. Sam rzucał zaklęcia, a w tym był więcej niż dobry. Sygnatur nie dawało się zdjąć bez uruchomienia czaru alarmującego, a przysięgi na magię, którą dobrowolnie składali wszyscy klienci, nie można było złamać bez konsekwencji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby tego obejść, żeby nie wylądować w kaście charłaków. Flint nie miał szansy dotykać Eliksiru Push-upowego spod ręki Seva.

Odpadała ewentualność zawieruszenia się jakiegoś uszkodzonego produktu, bo każda fiolka była przez nich testowana, więc zanieczyszczony eliksir nie miał szansy opuścić Pokoju Życzeń. Ktoś przy nim majstrował i nie mógł to być, wbrew przeczuciom Blacka, żaden Ślizgon. Syriusz zdawał sobie także sprawę ze złożoności procesu warzenia tej konkretnej mikstury, dlatego nawet nie kwestionował pewności Snape'a, że nikt inny w Hogwarcie nie miał prawa zrobić tego od podstaw i bez gotowej receptury.

Istniało jedyne racjonalne wyjaśnienie – to cholerstwo, którym uraczono Jamesa, nie było wcale Eliksirem Push-upowym. Ale to już była czysta teoria spiskowa. Kto męczyłby się nad wymyślaniem nowego eliksiru o działaniu identycznym jak już funkcjonujący na rynku, skoro można było swego czasu dostać bez problemu ten oryginalny? Nawet teraz nie było to trudne, bo Syriusz miał świadomość, że dziewczyny zawsze kupowały na zapas, czasem nawet trzy razy tyle, ile potrzebowały. Cóż, kobiet nie zrozumiesz.

Jeśli to nie był jednak Ślizgon, to wnioski nasuwały się same, ale nie mógł sobie pozwolić na ich zaakceptowanie. Gryfoni nie byli takimi szujami. Gdyby jednak byli, pierwszym tropem byłby Andy Campbell, bo niejako wskoczył w buty Jamesa. Syriusz jednak dobrze znał kolegę i wiedział, dlaczego by tego nie zrobił. Andy był genialnym ścigającym, nawet po roku poza boiskiem. Miał to we krwi i nigdy nie chciał robić czegoś innego. On zwyczajnie nie chciał być szukającym, bo ta część gry była dla niego nudna. Całe spotkanie uganiasz się tylko za małą kulką, zupełnie nie utrzymując kontaktu z resztą drużyny, kiedyś stwierdził na pytanie Jamesa, czemu zawsze zawala testy ze zniczem. Jeśli chodziło o quidditch, to Andy uwielbiał wkręcać się w strategię i kierować na boisku resztą ekipy, a oni mieli pod tym względem do niego zaufanie. James wiedział, że będzie miał kryte plecy przed tłuczkami i mógł się skupiać na swojej robocie, bo chociaż nominalnie Potter sprawował obowiązki kapitana, to od zespołowej taktyki był Campbell i miał w ekipie władzę równą temu pierwszemu. Nie potrzebował pozbywać się Jamesa, bo nic więcej by na tym nie zyskał, a wręcz stracił ulubioną pozycję ścigającego. Andy jako podejrzany odpadał.

I w tym miejscu kończyli się Gryfoni z ewentualnym motywem. Co osiągał pałkarz albo obrońca, który nigdy nie zostałby liderem? Pozostali dwaj ścigający byli nowicjuszami, zaledwie pierwszy rok w składzie, zapełniając luki kadrowe po odejściu zeszłorocznych absolwentów. Czuli się zbyt niepewnie na swoich pozycjach, by sięgać po coś więcej bez strachu, że mogą stracić wszystko.

Podsumowując – Gryfoni mieli środki, ale brakowało im motywu, zaś Ślizgoni posiadali motyw, ale nie dysponowali środkami, umożliwiającymi wpakowanie Jamesa w ten syf. Syriusz wiedział, że musi podejść do problemu inaczej. Wyglądało to na bardziej złożone niż przy pierwszym podejściu.

Wszystko trzymałoby się kupy, gdyby jakimś cudem całą akcję przeprowadzili wspólnie Gryfoni i Ślizgoni, ale to już było niedorzeczne. Prędzej Dumbledore odnajdzie się w modowych trendach, niż jakiś Lew i Wąż zdecydują się ze sobą współpracować. Znaczy, poza nim i Sevem, ale oni przecież byli przypadkiem specjalnym.

– … i kolejne dziesięć punktów dla Slytherinu. Lwom od czterech sezonów nie szło tak źle. Teraz tylko znicz może uratować sytuację, więc odrobina dopingu dla Andy'ego Campbella nie zaszkodzi – podgrzewał atmosferę McRoe. – Moment, chyba Alice Coote prosi o przerwę techniczną. Będzie zmiana przy obręczach u Gryfonów?

Syriusz skupił się na gryfońskim polu bramkowym, bo sytuacja była niecodzienna. Niezniszczalna Alice nigdy nie wydawała się taka rozbita i niemal przestraszona. To była najtwardsza laska, jaką znał, a miał w tym temacie spore doświadczenie. A dzisiaj wyglądała jak kłębek nerwów. Z niepokojem przyjrzał się jej bliżej i zamarł.

O szlag.

I wyszło na to, że jednak Sev miał rację. Black bez entuzjazmu opadł na swoje miejsce i zaczął sobie już wyobrażać cały ten syf i piekło, które się rozpęta po meczu. Aż bał się wracać do pokoju wspólnego.

– Łapo, patrz na Flinta – syknął cicho James, ukryty pod peleryną za jego plecami.

Przez chwilę nie wiedział, co przykuło uwagę jego przyjaciela, ale nie musiał długo szukać. Ślizgoński szukający wisiał w powietrzu, góra dwa metry od nich, dokładnie tam, gdzie zatrzymała go chwilowa przerwa techniczna. Syriusz bliżej przyjrzał się jego dłoniom, zaciskanym nerwowo na kiju od miotły.

– Mamy jakiś trop? – dopytał Potter, nie bardzo widocznie wiedząc, czy jego odkrycie było czymś znaczącym.

– Rogaczu, chyba jesteśmy w domu – odpowiedział z prawdziwą satysfakcją.

No to się Sev zdziwi, przebiegło mu przez myśl, a na twarzy pojawił się syriuszowy uśmiech.


Wpadli na siebie jakieś dwie minuty po tym, jak zabrzmiał gwizdek, kończący spotkanie po złapaniu znicza przez Campbella. Ostatecznie, pomimo miażdżącej przewagi Ślizgonów przy kaflu, Gryfonom udało się wyrównać, dzięki puli punktów za wyczyn ich szukającego. Wynik wydawał się satysfakcjonować wszystkich, może z wyjątkiem Flinta.

Severus miał takie rzeczy w dupie. Liczyło się tylko to, że już wiedział.

Patrzyli na siebie z Syriuszem przez chwilę, zanim Ślizgon z satysfakcją wypowiedział nazwisko.

– Call Flint...

– … i Alice Coote – dokończył Gryfon, nieco zaskoczony, że drugi chłopak też to rozgryzł.

On sam nie liczył, że Black wszystko poskłada w całość, zwłaszcza że o niektórych rzeczach, jak choćby zwyczajowym zachowaniu drugiego podejrzanego, nie miał prawa wiedzieć. Snape nie mógł się doczekać, by usłyszeć wyjaśnienie.

– Alice zachowywała się na boisku jak histeryczka, bo czuła się winna – zaczął referować Syriusz, a jego oczy błyszczały z podniecenia. – Zorientowała się, że jest sprawczynią niedysponowania Jamesa. To do niej należał Eliksir Push-upowy, który Rogacz wypił, ale zupełnie przypadkiem. Pewnie zamienili się kubkami w czasie śniadania albo coś takiego – zaznaczył z satysfakcją. – Wygląda na to, że Alice regularnie bierze eliksir, a pominięcie dzisiejszej dawki ujawniło się dopiero po kilku godzinach, już na boisku. Dziewczyna zorientowała się że jej szata jest górą cokolwiek przyluźna i zdała sobie sprawę, że eliksir nie działa. Powiązała fakty, a potem wpadła w panikę, że niechcący otruła Jamesa. Dlatego zachowywała się jak wariatka i mówiła reszcie drużyny, że ten blamaż to jej wina.

– Dobra, to było akurat łatwe. Coote ściągnęła na siebie uwagę chyba wszystkich obecnych na trybunach.

– A Flint?

– Podał Potterowi eliksir, ale o innym działaniu, zapewne jakiś otumaniający. – Severus przybliżał koledze ścieżki swojej dedukcji. – Flint, zazwyczaj doskonale opanowany i ułożony, miotał się na boisku ze wściekłości, jakby coś poszło niezgodnie z jego planem. Miał pokonać zdragowanego Pottera i godnie przejąć pozycję po Regulusie, a dawał ciała z rezerwowym, który od miesięcy nie oglądał miotły. Nie mógł ścierpieć porażki i się odsłonił, zupełnie nie po ślizgońsku – zakpił złośliwie. – Wszystko sprowadza się do tego, że jakiś składnik mikstury Flinta zareagował ze składnikiem Eliksiru Push-upowego. Silniejszy eliksir, czyli ten od Coote, zablokował działanie słabszego, od Flinta, bo Potter na otumanionego nie wyglądał, za to przybyło mu nieco na wysokości żeber. Ale z kolei ten drugi wzmocnił działanie pierwszego, neutralizując antidotum. Teraz trzeba tylko rozgryźć, czego konkretnie użył Call Flint i porównać skład z miksturą na bujniejsze kształty – podsumował Ślizgon.

– Dziurawiec – padło tylko z ust Blacka.

A teraz Snape był bezbrzeżnie zaciekawiony.

– Skąd wiesz?

– Nie skupiałem się na psychologicznych obserwacjach rozchwiania emocjonalnego Flinta – z wyższością zaznaczył tamten. – Skubaniec miał dłonie upaprane zielonkawym nalotem.

Ślizgon natychmiast zrozumiał i nawet poczuł przez krótką chwilę potrzebę wyrażenia uznania dla domyślności Gryfona, ale zdecydował poprzestać na udzieleniu milczącego przyzwolenia, by jego rozmówca kontynuował.

– Flint uwarzył Eliksir Półsnu, bo tylko ten pasuje jeśli wziąć pod uwagę obecność w składzie dziurawca i krwi salamandry oraz skutki, jakich mógł się po swojej miksturze spodziewać tamten mały gad. A wiem, że trawiaste plamy na skórze są objawem braku ostrożności przy pracy z ekstraktem z dziurawca i krwi salamandry, bo parę tygodni temu podobne zdobiły moje dłonie. Pamiętasz? Upaprałem się po łokcie, kiedy niechcący rozbiłem fiolkę z tym gównem. Pojechałeś po mnie wtedy jak po burej suce – przypomniał Syriusz z przesadnie urażoną miną, ale podarował sobie dalsze dygresje. – Tak czy inaczej nie ma bata, to dziurawiec w podwyższonej dawce blokuje antidotum.

– Jakby Slughorn to słyszał, zwolniłby pana Blacka z końcowych Owutemów – zabarwione lekkim sarkazmem padło z ust Severusa, który nie chciał okazać jawnego zadowolenia z pomysłowości Syriusza, nawet jeśli obaj swoje wiedzieli.

– Niczego z powyższego nie przyswoiłem u niego na zajęciach, więc wisi mi Slughorn i jego uznanie – odbił z podobnym tonie Syriusz. – To co teraz? Nie myśl sobie, że Flintowi się upiecze – napomknął ostrzegawczo.

– Teraz – w oczach Snape'a błysnęło coś niebezpiecznego – będą rękoczyny.


W Wielkiej Sali panował typowy dla pory wieczornej gwar, podsycony dodatkowo zainteresowaniem wokół dzisiejszego meczu. Rywalizacja na boisku była raczej niewysokich lotów, ale zawsze to jakaś odmiana, a o czymś przecież trzeba było rozmawiać nad owsianką i tostami.

Zerknął w bok, na Jamesa zajadającego się suchym prowiantem. Chłopak zastrzegł, że przez najbliższe trzy dni nie tknie nic o płynnej konsystencji, zrażony kilkoma litrami ziołowego wywaru, którego zaaplikowanie było konieczne, by wypłukać z organizmu nadmiar dziurawca i aktywować antidotum. Rogacz z nieskrywaną ulgą, po wchłonięciu niemal kanistra odtruwającego specyfiku, uwolnił się od kłopotliwych następstw przypadkowego zażycia Eliksiru Push-upowego i z grubsza wrócił do równowagi, jakkolwiek daleko mu było do dobrego nastroju.

Ukradkowe obserwowanie wejścia wreszcie przyniosło wymierne korzyści. Syriusz zerwał się z miejsca i wyrósł przed twarzą Calla Flinta. Zderzyli się ze sobą, a następstwem tego był potok bluzgów, który popłynął z ust Ślizgona. Syriusz zignorował, napierając na niego ciałem i przyszpilając go wzrokiem, w którym czaiła się groźba.

– Energia ci wróciła, Flint? – zapytał zjadliwie, wyzywająco. – Szkoda, że forma nie dopisywała na boisku. Moja babka lepiej lata na miotle.

Ślizgon nie wytrzymał i brutalnie odepchnął od siebie Gryfona.

– Łapy przy sobie, zdradzieckie ścierwo – syknął ostrzegawczo świeżo upieczony szukający Slytherinu.

– Bo co? Dolejesz mi czegoś do herbaty? – wycedził Syriusz zimno, z satysfakcją przyswajając zmianę na twarzy tamtego. Niepewność, lęk i… złość, że został złapany.

– Spieprzaj, Black – wciął się Avery, wstając od stołu. – Potter nie miał jaj, żeby dziś zagrać, więc wyładowujemy frustrację fałszywymi pomówieniami?

– Flint go struł przed meczem – z naciskiem odwarknął Gryfon.

– Nie wygląda, jakby był struty – odparował pewnie Flint, napinając mięśnie. Bez wątpienia poczuł się lepiej ze wsparciem Avery'ego.

Twarze uczestników utarczki, ale też siedzących bliżej nie wtajemniczonych w sprawę, obróciły się w stronę Jamesa, zajadającego się waflami i w żadnym razie nie wyglądającego jak człowiek cierpiący na magiczne otrucie.

– Pokaż dłonie – zażądał nowy uczestnik zajścia, dołączając do stojącej między stołami nabuzowanej grupki.

Syriusz uśmiechnął się w duszy, ale jego maska pozostała na swoim miejscu.

– Flint, skąd te zielone plamy na twoich palcach? – odezwał się ponownie Sev, bacznie przyglądając się rękom drugiego Ślizgona, podobnie jak pozostali uczniowie. – Mnie to wygląda, jakby ciebie ktoś próbował czymś struć.

– Jaja sobie robisz, Snape?! – wybuchnął Black, morderczo patrząc na Węża.

Mina Calla, który kompletnie się w tym wszystkim pogubił, była tak rozbrajająco głupia, że Syriusz musiał mocniej zacisnąć dłonie, boleśnie wpijając paznokcie w skórę, by nie wybuchnąć śmiechem i nie zepsuć przedstawienia.

– Macie przejebane – złowieszczo oznajmił Avery, rozciągając usta we wrednym uśmiechu. Natychmiast odwrócił się w kierunku stołu nauczycielskiego. – Profesorze Slughorn, najwyraźniej ktoś podał Callowi Flintowi wbrew jego woli jakiś eliksir. To pogwałcenie szkolnego regulaminu.

Opiekun Slytherinu wydawał się wyraźnie wytrącony z równowagi, nie wiedząc, jak zareagować na takie otwarte oskarżenie w obecności niemal całej szkoły. Wyręczył go Dumbledore.

– Panów Flinta i Blacka, a także prefektów szóstego i siódmego roku ze Slytherinu i Gryfindoru oraz ich opiekunów oczekuję w moim gabinecie za kwadrans – oznajmił głosem nie znoszącym sprzeciwu, po czym podniósł się ze swojego krzesła i opuścił Wielką Salę, a za nim podążyli Minerwa McGonagall i Horacy Slughorn.

Syriusz wymienił ze Ślizgonami kilka wrogich spojrzeń i usiadł na pustym miejscu, obok Jamesa.

– Dobrze się bawiłeś? – zapytał półgłosem przyjaciel, starając się ukryć rozbawienie. – Bo ja czułem się jak białogłowa, której honor ratuje rycerz w lśniącej zbroi.

– W tej bajce nie ma księżniczek – odpowiedział w podobnym tonie, równie cicho Syriusz. – Jest za to kilka jaszczurów i za kwadrans ruszam upolować gadziny.


Już kilka razy kopnął go zaszczyt bycia goszczonym w owalnym gabinecie dyrektora Hogwartu, jednak stresujące okoliczności, które wcześniej go tu przywodziły, nijak nie sprzyjały zapoznaniu się z wystrojem wnętrza. Najbardziej uderzającym odkryciem była obecność tutaj ognisto upierzonego ptaszyska, obecnie okupującego drążek obok regału z bogato oprawionymi manuskryptami. Feniks, domyślił się Severus, próbując uciec wzrokiem przed jaskrawymi ślepiami magicznego stworzenia. Prześlizgnął się po portretach nieodżałowanych poprzednich dyrektorów Hogwartu, ale powitały go puste ramy. Szacowne grono najwyraźniej miało dość słuchania wrzasków Syriusza i Tertiusa, przekrzykujących się od dobrych dziesięciu minut, ku uciesze chyba tylko ich samych. Snape bezgłośnie westchnął i kontynuował badanie umeblowania gabinetu.

Spojrzenie jego czarnych oczu zatrzymało się na misternie rzeźbionej szafie, pokrytej ornamentalnymi zdobieniami. Oddałby dzień życia za wiedzę, co znajdowało się w środku, bo musiało być to coś jeszcze bardziej niezwykłego, niż cała masa intrygujących artefaktów, zagracających półki pod ścianami, blaty stołów i sporą część podłogi. Centrum pomieszczenia zdawało się być jedyną pustą przestrzenią, ale zapewne tylko dlatego, że dyrektor jakoś musiał się dostać od drzwi do masywnego antyku, ustawionego przy przeciwległej ścianie i służącego mu za biurko.

Severus od zawsze darzył Dumbledore'a respektem, chociaż nigdy za nim nie przepadał. Miał za to starego czarodzieja za bystrego, dalekowzrocznego i wysoce zorganizowanego. Teraz musiał nieco zrewidować tę opinię i pogodzić w swojej głowie tamto wyobrażenie z obrazem niepoprawnego rupieciarza. Snape za cholerę nie mógłby wysiedzieć dobrowolnie w tym burdelu dłużej niż kwadrans, a już w żadnym razie nie zgodziłby się w takich warunkach pracować. Albus Dumbledore zdawał się być pod tym względem bardziej beztroski niż Syriusz Black.

Do uszu Ślizgona znów wdarł się irytujący głos młodszego z – tu obecnych – prefektów Slytherinu.

– Nie widzę powodu podejmować tematu hipotetycznego otrucia Pottera, skoro są namacalne dowody na podanie nieznanej mikstury Callowi – upierał się Avery, rzucając wyzwanie dyrektorowi. – Takie jawne faworyzowanie Gryffindoru jest pogwałceniem regulaminu szkoły i należałoby zwrócić na ten aspekt uwagę Ministerstwa – dodał z groźbą w głosie.

– Horacy? – Dumbledore zwrócił się do mistrza eliksirów.

– Cóż… Nie ma podstaw, by sądzić, że Callowi Flintowi zaaplikowano jakikolwiek szkodliwy eliksir – zawyrokował Slughorn. – Podobnie nie uważam, by analogiczna sytuacja zaistniała w stosunku do Jamesa Pottera, bowiem żadne zaklęcie skanujące nie wykazało symptomów otrucia. Niemniej – ciągnął, wyraźnie zakłopotany – zielonkawy nalot na dłoniach pana Flinta świadczy o kontakcie z dziurawcem i krwią salamandry.

– I o czym ja mówię od dziesięciu minut? – zacietrzewił się Syriusz, piorunując wzrokiem Avery'ego. – Ta ślizgońska menda uwarzyła Eliksir Półsnu.

– Panie Black – upomniała wychowanka McGonagall ostrym tonem.

– To jeszcze o niczym nie świadczy – odgryzł się Tertius. – Mamy przecież regularnie zajęcia z eliksirów i to pozostałość po przyrządzaniu mikstur u profesora Slughorna.

– Od trzech tygodni z rzędu nie zlecałem uczniom szóstego roku warzenia mikstur z użyciem krwi salamandry, panie Avery – obwieścił swojemu uczniowi, jak i reszcie zgromadzonych opiekun Slytherinu, uciekając wzrokiem.

– Panie profesorze, czy używanie krwi salamandry nie jest zakazane poza salą eliksirów ze względu na jej wysoką toksyczność? – wkroczył do akcji Lupin, recytując w odpowiednim momencie dokładnie to, co miało być głośno powiedziane.

Flint nie miał jak się z tego wybronić i ku swemu zaskoczeniu Severus stwierdził, obserwując go baczniej, że chłopak nie zamierzał łgać w tej sprawie. Zwyczajnie zaciskał zęby i czekał na karę. Snape zastanowił się nad tym bardziej dogłębnie. Ten gówniarz zrobił coś, co w normalnych okolicznościach – a nie niemal wojennych – było ogólnie przyjętym sposobem, stosowanym w ramach rywalizacji między Domami. Po prostu chwilowo pozbył się konkurencji, by zdobyć uznanie kolegów. Ze wszystkich możliwych mikstur, jakie mógł przyrządzić, wybrał nie jakieś czarno magiczne gówno, ale stosunkowo nieszkodliwy specyfik, nie wywołujący nawet skutków ubocznych. Nie mógł przecież wiedzieć, że sprawy skomplikują się niezależnie od jego intencji.

Calla Flinta popychała determinacja, by zabłysnąć na boisku, co znaczyło, że był po prostu ambitnym sukinsynem, ale nie złym do szpiku kości sukinsynem, jak choćby Avery. Zagrał z Eliksirem Półsnu jak rasowy Ślizgon, a nie pieprzony śmierciożerca i nie powinien zostać zaklasyfikowany do tej drugiej grupy. Hogwart nie powinien uważać wszystkich Węży za potencjalnych morderców.

– Dyrektorze, jeśli wolno mi coś dodać – zwrócił się do Dumbledore'a, angażując uwagę pozostałych gości owalnego gabinetu. – Nie można udowodnić Flintowi użycia na innym uczniu mikstury wbrew woli domniemanej ofiary. Raczej niemożliwe jest też wykazanie, że w ogóle uwarzył cokolwiek. Jedynie używał niezgodnie z zasadami niebezpiecznie toksycznej krwi salamandry i do tego proponowałbym zawęzić sprawę. Ewentualnych złych zamiarów wobec niego ze strony Gryfonów też raczej nie udokumentujemy. Chodzi tylko o złamanie jednego punktu regulaminu, a nie praktykowanie Czarnej Magii – zakończył, patrząc niewzruszenie na wściekłą minę Avery'ego.

Na moment skrzyżował wzrok z Syriuszem, ewidentnie zaskoczonym takim obrotem spraw. Nie tak się umawiali. Plan zakładał pogrążenie Flinta na ile tylko się da, ale Severus w między czasie uznał, że takie rozwiązanie, pomimo bezsprzecznej dla nich satysfakcji, nie przyniesie nic dobrego w szerszej perspektywie.

– Myślę, że pan Snape ma zdrowy pogląd na sprawę – niespodziewanie dla Ślizgona odezwała się McGonagall. Nie umknęło mu, że teraz obserwowała go z zaciekawieniem, dla kontrastu ledwie zauważając kolegę po fachu, kiedy zwróciła się do niego bezbarwnym głosem. – Horacy?

– Ekhm, takie wyjście wydaje się najrozsądniejsze – przyznał Slughorn, patrząc w podłogę, by nie zostać bezpośrednio zaatakowanym przez pałające żądzą mordu spojrzenie Avery'ego.

– Profesorze, pozwolę sobie się nie zgodzić… – upierał się młodszy prefekt Slytherinu, ale mu przerwano.

– Tertiusie, jeśli profesor Slughorn uzna, że to rozsądne wyjście, to uczniowie Slytheriunu nie widzą w tym problemu – oznajmiła Aretha Greengrass, a jej młodsza koleżanka natychmiast jej przytaknęła, nieco zaskakując tym Severusa. Dałby sobie rękę uciąć, że wszyscy Ślizgoni będą stali murem za Averym, jak wcześniej wspierali Regulusa.

– Widzę, że do czegoś dochodzimy – z serdecznym uśmiechem wtrącił się Dumbledore. – Prefekci Gryffindoru nie mają obiekcji?

Lupin spojrzał na Syriusza, ale ten nie próbował protestować. Z kolei Lily skinęła głową i po chwili gest powtórzył Lupin oraz dwójka szóstorocznych. McGonagall wyglądała na usatysfakcjonowaną. Flint pozostawał chłodny i się nie odezwał słowem.

– Syriuszu i Tertiusie, po dwadzieścia punktów od Gryffindoru i Slytherinu za wszczynanie bójek w Wielkiej Sali. Oczekiwałem po was bardziej dojrzałego zachowania – stwierdził dyrektor, krytycznie karcąc uczniów wzrokiem. Avery miał wyraźnie ochotę coś od siebie dodać, ale zacisnął zęby. – Horacy, sprawę Calla pozostawiam twojej decyzji jako opiekuna Domu.

– Pięćdziesiąt punktów od Slytheriunu za wejście w posiadanie i nieregulaminowe korzystanie z niebezpiecznych, magicznych składników – zaczął Slughorn po chwili namysłu, ignorując ostry wzrok Teriusa – oraz wyłączenie z pierwszego meczu Slytherinu po wznowieniu wiosennego sezonu.

Flint bez emocji przyjął karę i Severus musiał przyznać, że była sprawiedliwa i wyważona. A więc opiekun ich Domu nie był do końca taką trzęsidupą, za jaką chłopak go uważał.

– Dziękuję wam w takim razie i życzę spokojnej nocy – podsumował Dumbledore, dając sygnał, że spotkanie dobiegło końca. Snape z ulgą odwrócił się do drzwi, tak jak pozostali. – Severusie, zabiorę ci jeszcze pięć minut, jeśli to nie problem.

O szlag.

Stanął twarzą w stronę dyrektora i spojrzał w błękitne oczy wyczekująco. Kiedy drzwi się zamknęły za wychodzącymi, starzec odezwał się pogodnym głosem, od którego Ślizgonowi zbierało się na wymioty.

– Miło mi, że przemyślałeś moją radę, Severusie.

Chłopak udał, że kompletnie nie wie, co dyrektor miał na myśli, dla lepszego efektu podnosząc pytająco brew. Po dłuższej chwili to starzec podjął temat.

– Cieszy mnie świadomość, że podszedłeś poważnie do powinności prefekta.

– Nie rozumiem, dyrektorze – oznajmił, przesadnie zadziwiony. – Podtrzymuję to, co już powiedziałem. Nie będę uskuteczniał jakiejś wewnętrznej wojny z moim Domem, a opiekowanie się Ślizgonami jest w zakresie powinności profesora Slughorna, z których to dzisiaj się wywiązał, satysfakcjonująco rozwiązując sprawę Flinta.

Dumbledore przechylił głowę i lekko zmrużył oczy, jakby z… rozbawieniem?

– Oczywiście, Severusie. Dobrej nocy – padło serdecznie z jego ust, ale zanim Snape opuścił gabinet, usłyszał za swoimi plecami, jak starzec mamrocze, bardziej do siebie. – Och, co ze mnie za gbur. Zapomniałem poczęstować moich gości dropsami.

Ślizgon prychnął, prawdopodobnie zbyt głośno, by tego nie zauważono. Był prawie pewien, że zawtórował mu cichutki chichot. Wzdrygnął się lekko, zirytowany. Sprężystym krokiem przestąpił próg, by jak najszybciej zostawić za sobą tego starego pierdziela.


Daleko mu było do pełnego usatysfakcjonowania, kiedy wyszedł od Dumbledore'a. Zasadniczo wszystko poszło po ich myśli, od sprowokowanej bójki, po wizytę u dyrektora. Bonusem był Avery, który się wplątał przypadkiem, a co dwie ślizgońskie mendy do zrobienia na szaro, to nie jedna. Finał odrobinę rozmijał się ze wstępnymi założeniami i przez chwilę Syriusz był prawdziwie wściekły na Seva o to, że tamten postanowił – bez konsultacji – zawęzić spectrum zniszczeń.

A potem nad tym dłużej pomyślał.

Snape miał rację. Wyskok Flinta różnił się od – ostatnio na porządku dziennym – brutalnych ataków ze strony Ślizgonów, wymierzonych we wszystko, co się rusza, ze szczególnym preferowaniem Gryfonów. Nowy szukający postanowił bezkrwawo wykosić konkurencję w ślizgońskim stylu i dopuszczalnych granicach. Normalnie nad czymś takim nie debatowałoby ośmiu prefektów plus opiekunowie Domów i dyrektor. Bezdyskusyjnie wszystkim zaczynało już odbijać i przenosili na szkolne podwórko to, co działo się za murami Hogwartu, a przecież tutaj nadal byli tylko uczniami, chodzili na lekcje i odbębniali szlabany. Ślizgoni byli po prostu Ślizgonami, a nie pieprzonymi Śmierciożercami. Nie każdy Wąż musiał stać się Regulusem.

Rozdmuchiwanie sprawy wokół Flinta było szkodliwe z różnych względów i należało to zostawić. W jakiś sposób nawet uspokajała myśl, że nie wszystko jednak zwariowało, skoro w obecnych warunkach Ślizgoni i Gryfoni mogli sobie robić koło dupy, trzymając się dopuszczalnych granic, jak to miało miejsce przez stulecia istnienia Hogwartu. To było takie… normalne.

James pewnie spojrzy na to mniej obiektywnie i będzie się wściekał. A może jednak nie? Ostatnio potrafił zaskakiwać zdrowym stosunkiem do rzeczywistości i niewykluczone, że poświęci zemstę, przyznając rację wyższemu dobru.

– Black, jesteś tam? – usłyszał wreszcie, widocznie bezwiednie ignorując wcześniejsze próby nawiązania kontaktu ze strony Evans.

– Przepraszam, zamyśliłem się – usprawiedliwił nieskładnie swoje gapiostwo.

– Powiesz mi, o co chodzi z tym eliksirem Flinta? On naprawdę struł Jamesa? – dopytywała, lekko zaniepokojona.

– Eee, zapytaj lepiej poszkodowanego – poradził ze skrępowaniem. Nie był taki głupi, żeby wprowadzać Evans w szczegóły. – Powiedzmy, że Flint miał pecha nagrabić sobie u niewłaściwych ludzi.

– To było ustawione? – upewniała się Gryfonka, wskazując na gabinet za plecami chimery. – Oczywiście, tylko Sev powołałby się na toksyczność krwi salamandry. On zagrał przeciwko Slytherinowi?

– Nie mieszajmy w to polityki. Po prostu Flint postawił w złym świetle eliksir jego roboty.

Evans zareagowała na tę nowinę krzywym uśmiechem, jakby doskonale rozumiała punkt widzenia Seva i powagę sytuacji. Moment później znów stała się poważniejsza i lekko zmrużyła powieki. Zdecydowanie niebezpiecznie.

– Nie mam pojęcia, jakim cudem wy dwaj się dogadujecie, ale skoro macie wspólne sprawy, to ciebie też ostrzegam – jeśli Sev zamiesza się w Czarna Magię, to obaj będziecie mieli ze mną do czynienia.

Syriusz przyjrzał się uważniej dziewczynie i teraz potrafił sobie wyobrazić ją jako ośmio czy dziesięciolatkę, która do spółki z przyjacielem łoiła skórę namolnym dzieciakom sąsiadów.

– Przyjąłem – stwierdził krótko, ale rozwinął pod naciskiem złowrogiej zieleni jej tęczówek. – Żadnej Czarnej Magii, a nawet jeśli Sev będzie miał ciągoty, to mu nie pozwolę – dokończył poważniej.

Dziewczyna przyjrzała się jego szarym oczom jakoś inaczej, z ciekawością, a potem nagle zrobiła zwrot w tył i ruszyła w stronę schodów na końcu korytarza. Black z niedowierzaniem wgapiał się w jej plecy.

Serio, to odwracanie się na pięcie bez słowa, oprócz tego, że świadczyło o braku podstawowych zasad dobrego wychowania, było także pieruńsko wkurzające.


Rozdział jak dotąd najdłuższy. Mam nadzieję, że intryga się podobała. Nie mogłam sobie podarować okazji do wplecenia w fabułę meczu quidditcha, mój mały konik.


Dzięki za każde słów kilka, zwłaszcza uwagi merytoryczne i techniczne. Nie betuję rozdziałów, bo mam tendencję do ich przerabiania na pięć minut przed dodaniem, więc wdzięczna jestem za wszelkie wyłapane "kwiatki".

Zaczynam dostrzegać pewną korelację między częstotliwością dodawania rozdziałów i ilością komentarzy. Łapiecie aluzję? :P