Dziękuję za wszystkie komentarze :) Naprawdę cieszę się, że tyle osób czyta „Drugie Życie".

Em, rozdziały od 1 do 23 nie były dotąd betowane. Być może kiedyś znajdę czas, żeby je wszystkie przejrzeć i poprawić; faktycznie, łapię się na myleniu wierzy i wieży, aż mi wstyd... Taki idiotyczny błąd. Przepraszam za to, postaram się znaleźć czas na sprawdzenie tych rozdziałów.

Standardowo:

Betowała Morwena.

Tekst podkreślony jest cytatem z „Insygnii Śmierci"

Rozdział 37

Ich nowe różdżki dostarczono przed czterema dniami. Hermiona wyjęła z pudełka swoją i z ulgą stwierdziła, że jest ciepła i chętnie odpowiada na jej dotyk. Ron dał jej wcześniej różdżkę Bellatrix, żeby mogła poćwiczyć, ale trzymając ją w ręku, czuła się głupio – nie opuszczało jej wrażenie ciężaru i niechęci magicznego przedmiotu. Ale mimo że była zadowolona z posiadania własnej różdżki, widok Billa ze stosem pudełek na rękach sprawił, że poczuła się tak, jakby jej płuca były zgniatane przez coś bardzo zimnego. Mieli iść do Gringotta.

Nie powiedzieli Billowi i Fleur nic poza tym, że odchodzą i chcą się pożegnać, a następnie zostać sami. Bill spojrzał na nich niepewnie, zanim się zgodził. Oboje z Fleur patrzyli na nich z dziwną mieszanką ulgi i przerażenia wypisaną na twarzach.

- Będziecie bezpieczni? – zapytała Fleur, łapiąc Hermionę za ramię i całując ją lekko w oba policzki.

- Na tyle, na ile się da – odparła dziewczyna.

- I odezwiecie się, jak już zrobicie to... cokolwiek planujecie? – zapytał Bill. Uścisnął dłoń Harry'ego i objął brata.

- Jak tylko będziemy mogli – zapewnił go Harry.

- Nie podoba mi się to – powiedział Bill. – Nie podoba mi się, że muszę was tu po prostu zostawić.

- Wiesz, że musimy iść – wyjaśniał Ron. – To dla...

- Dumbledore'a, tak, wiem – mruknął Bill. – Ale mimo wszystko...

Gryfek stał, obserwując ich z kąta w kuchni. Jego wzrok był pusty.

Po wymienieniu kolejnych uścisków i zapewnień Fleur i Bill odwrócili się i wyszli z pokoju. Hermiona patrzyła, jak wchodzą na schody, trzymając się za ręce - tak jak obiecali, nie oglądali się za siebie. Z jakichś powodów - mimo że sami prosili ich o prywatność – bolało ją, że tak po prostu odchodzili. Poczuła się trochę tak, jakby zostawiono ich na śmierć.

- Gotowi? – zapytał Harry.

Hermiona dotknęła torebki - wisiała na jej ramieniu ukryta pod szatami, które dziewczyna powiększyła czarami, żeby zmieściły ciało Bellatrix Lestrange. Wiedziała, że wygląda jak dziecko, które bawi się, przebierając się w ubrania matki i ciężko było nie czuć się małą i słabą, kiedy przygotowywała się do założenia butów Bellatrix. Wyciągnęła z torebki butelkę eliksiru wielosokowego i postawiła ją na stole.

Kłócili się o to, co zrobić z Ronem. Z pewnością nie mogli go zostawić w tyle, nie zmieściłby się również pod peleryną razem z Harrym i Gryfkiem, a zmienianie go w innego Śmierciożercę wydawało się zbyt ryzykowne. Wystarczająco trudno było przepchnąć ją jako Bellatrix Lestrange. Hermiona zamierzała rzucić na Rona zaklęcie maskujące, a gdyby ktoś pytał, przedstawiłaby go jako zagranicznego czarodzieja popierającego Czarnego Pana.

Wycelowała w niego różdżkę.

- Dissimulo Adversus!

Harry gapił się jak oniemiały, a Hermiona się skrzywiła. Włosy Rona stały się długie i brązowe, nos skrócił się i lekko zadarł na końcu, a skóra przybrała ciemny, brązowy odcień, tak jakby wszystkie jego piegi złączyły się w jeden. Chłopak zmalał i... Było w nim coś, co przywodziło na myśl hipogryfa - był czymś połączonym z różnych części.

- Co? – zapytał Ron.

- Nic. Jakoś ujdzie. Teraz, Harry, myślę, że powinniście się przygotować.

Harry ukucnął, pozwalając goblinowi wspiąć się na jego plecy. Gryfek owinął ramionami jego szyję i splótł długie palce na jego gardle. Hermiona zarzuciła na nich pelerynę niewidkę.

Nie pozostało nic więcej do zrobienia. Nie było żadnego sposobu na przeciągnięcie tego jeszcze chwilę dłużej. Odkorkowała butelkę i wrzuciła do niej kosmyk włosów Bellatrix Lestrange. Eliksir zasyczał i zabulgotał, zmieniając kolor na tak ciemny fiolet, że zdawał się być prawie czarny.

Hermiona spojrzała na nieapetycznie wyglądającą ciecz, po czym rzuciła pokonane spojrzenie chłopcom i ją wypiła.

Zabolało, chociaż nie aż tak bardzo jak w drugiej klasie, kiedy przypadkowo zmieniła się w kota. Poza bólem poczuła też coś podobnego do... rozciągania ciała, co było nienaturalne, niemal straszliwe. I kiedy stała przed nimi, dziwnie było obserwować instynktowną reakcję Rona, który cofnął się o kilka kroków i przez chwilę bełkotał, zanim powiedział:

- Świetna robota, Hermiono. Wyglądasz idealnie. Dokładnie tak jak ona.

Było jasne, że nie chciał dotknąć jej ręki, kiedy się teleportowali, ale spojrzała na niego ze złością i złapała go za nadgarstek. Musieli natychmiast zacząć działać albo zaraz sparaliżuje ich strach.

- Harry, trzymaj się. Teraz.

Wylądowali w Dziurawym Kotle i wyraz twarzy Rona powielił się na twarzach obecnych tam ludzi. Tom, stary barman, wyglądał, jakby chciał wśliznąć się pod bar i zniknąć.

- Dzień dobry, madam Lestrange – szepnął.

Hermiona w odpowiedzi skinęła krótko głową, ale w duchu była przerażona. Kiedy opuszczą to ciasne, ciemne pomieszczenie, kiedy będzie musiała mówić... czy jest szansa, że jej się uda? W Muszelce to wydawało się całkiem logiczne: wypije eliksir i oszuka gobliny w Gringotcie. Ale teraz to było w najlepszym wypadku śmieszne. Nikogo nie oszukają. Jak gdyby na potwierdzenie jej obaw barman popatrzył za nią z ciekawością.

Uniosła ciężką, nieznajomą różdżkę i stuknęła nią w mur za barem, oddychając ciężko, kiedy cegły przesuwały się, otwierając przejście. Odwróciła się, gdy weszli na ulicę. To, co właśnie robili, było głupie. Wciąż mieli czas, żeby wrócić do Muszelki. Po prostu nie mogła tego zrobić… nie było szans, żeby mogła udawać tę osobę.

Ale Ron złapał jej ramię i popchnął ją do przodu.

- Za późno - powiedział cicho.

Zostali już zobaczeni. Na ulicy byli ludzie robiący zakupy, a umysł Hermiony ledwie mógł to przetrawić. Gdzieś w środku musiała wiedzieć, że życie toczyło się dalej, że ludzie wciąż potrzebowali szat, składników eliksirów, jedzenia i towarzystwa, ale wydawało się jej niewiarygodne, że na Pokątnej wciąż byli ludzie żyjący swoim życiem mimo tego, co się działo wokół.

Kilka osób na ich widok schowało się szybko w sklepach, ale inni podeszli do niej, podnosząc błagalnie ręce.

- Moje dzieci! – krzyknął mężczyzna w łachmanach, z lewym okiem zakrytym zakrwawionym bandażem. – Gdzie są moje dzieci? Co on z nimi zrobił? Ty wiesz!

Nadszedł czas. Kiedy mężczyzna szedł chwiejnie w jej stronę, Hermiona uniosła głowę i wepchnęła myśli, swoje ja głęboko pod powierzchnię umysłu. Mój mąż stoi obok Voldemorta i się nie boi, pomyślała, zanim uniosła różdżkę i uderzyła mężczyznę Drętwotą. Ron osłupiał, ale nie chciała o tym myśleć. Taką rolę miała grać, więc to zrobi. Zrobi to, bo nie ma już wyboru i nie chce zostać złapana w biały dzień na środku Pokątnej. Zaszli za daleko, żeby teraz zawalić. Uniosła lekko szaty, kiedy ostrożnie przechodziła nad miejscem, w którym leżał mężczyzna, jakby nie mogła znieść stąpania po tak splamionej ziemi. Ruszyła w stronę dużego, marmurowego budynku, który górował nad Pokątną. Kiedy wspinała się po schodach ku brązowym drzwiom Gringotta, miała dziwne poczucie, że naprawdę staje się kimś innym. Jej strach zelżał i wyprostowała się do pełnej wysokości Bellatrix. Jej brwi uniosły się lekko, a rysy twarzy stężały w wyrazie spokojnego zamyślenia. Czy właśnie tak on to robi? pomyślała. Czy jest więcej niż jeden Snape?

Kiedy dotarli do ciężkich drzwi banku, dwóch czarodziejów podeszło do nich, wymachując cienkimi, białymi wykrywaczami prawdy. Gryfek ostrzegł ich przed tym, więc Hermiona nie zachwiała się, idąc w ich stronę, licząc na to, że Harry skonfunduje ich tak jak planowali.

- Chwileczkę, madam - powiedział strażnik, zbliżając się.

Uwierz. Uwierz, pomyślała.

- Ale już to zrobiłeś! - powiedziała, obdarzając go niechętnym spojrzeniem.

Odsunął się, wyglądając na zmieszanego.

Hermiona weszła do środka i podeszła do długiej lady, przy której siedziało kilku goblinów, skrobiąc piórami w wielkich księgach rachunkowych, odważając monety na mosiężnych wagach, badając drogie kamienie przez lupy. Nigdy dotąd nie była w tym miejscu. Za każdym razem kiedy przychodziła do Gringotta z rodzicami, kierowała się do okienka po lewej, nad którym wisiał ogromny znak reklamujący kurs wymiany funtów na galeony. Ale teraz była z Harrym i Ronem, więc podeszła do stołu po prawej.

- Madam Lestrange! – wykrzyknął goblin siedzący tuż przed nimi. – Jak mogę pani dzisiaj pomóc?

Było coś w tym, jak goblin na nią popatrzył... W jego oczach nie było zaniepokojenia ani zaskoczenia, ale coś chłodnego i błyszczącego... Powiedziało jej to, że już wiedzieli. Bank już został poinformowany o kradzieży różdżki i klucza Bellatrix. Najtrudniejsze dla Hermiony było zachowanie spokoju. Nie miała potrzeby ucieczki; nie było szans, żeby mogli uciec teraz, kiedy już zaczęli działać, ale chwyciła własną różdżkę, żeby w razie czego móc samodzielnie ogłuszyć gobliny. Nie chodziło o to, że nie ufa Harry'emu i Ronowi... Ciężko było stać i czekać na pomoc.

- Chciałabym wejść do mojej skrytki - powiedziała rozkazująco, jakby nic niezwykłego się nie działo. Czy to możliwe, że Harry skonfundował ich wszystkich? Czy wiedział, co się dzieje?

Kiedy goblin zażądał jej różdżki jako identyfikatora, zaprotestowała, ale nie mogła wymyślić nic poza podaniem jej. Im dłużej mogła to rozegrać jako przyjazną wymianę, im dłużej mogła powstrzymać się od otwartej wojny, tym lepiej. Zostać uwięzioną w Gringotcie... ta myśl ją przeraziła. Podejrzewała, że tylko Azkaban był lepiej chroniony.

Po chwili goblin oddał jej różdżkę Bellatrix.

- A pani klucz? – zapytał.

- Doskonale. Wszystko w porządku – powiedział i podniósł się. – Sam was odprowadzę.

Hermiona spojrzała na pozostałe gobliny. Żaden nie patrzył na nich, nie próbował wykonać żadnego ruchu, żeby powstrzymać ją albo Rona. Zastanowiła się, co Harry rzucił. Zaklęcie konfundujące czy coś w rodzaju klątwy rozpraszającej? Może kombinację... Przestań, pomyślała ostro. Cokolwiek to jest, ważne, że działa.

Goblin poprowadził ich przez drzwi z głównego holu prosto do małego, wilgotnego tunelu. Gwizdnięciem wezwał wózek. Weszli do niego razem z Ronem, próbując nie pozostawiać zbyt oczywistej przestrzeni pomiędzy sobą dla Harry'ego, ale goblin mimo to wpatrywał się z ciekawością w puste miejsce między dwojgiem czarodziejów, którzy usiedli tak daleko od siebie. Ale w następnej chwili zdawał się zapomnieć o tym, tak nagle jak to zauważył i gwizdnął ponownie, tym razem w dziwny sposób, wydając z siebie bardzo wysoki dźwięk.

Hermiona rozpoznała go z rozmów z Gryfkiem. To nie był gwizd alarmujący, ale przywołujący do wnętrza Gringotta, dwadzieścia kilometrów pod Londynem, gdzie znajdowały się skrytki najstarszych rodzin. Póki co im wierzył.

Wózek wystrzelił w stronę drzwi, wioząc ich w dół, coraz głębiej w podziemia Gringotta, przejeżdżając przez niewiarygodnie wąskie korytarze i nagle ostro skręcając. Hermiona chwyciła krawędź wózka i przytrzymywała się mocno. Głęboko pod grubą powierzchnią jej barier umysłowych pojawił się lodowaty strach, który ścisnął jej żołądek. Nie było możliwości, żeby zapamiętać drogę, jaką przebyli - poruszali się zbyt szybko. Gdyby goblin odkrył podstęp, w trakcie ucieczki mogli polegać tylko na mapie. Mapa i Gryfek - jej twórca. Jeszcze raz Hermiona poczuła doprowadzającą do szału bezradność związaną z byciem skazaną na czyjąś litość.

Powietrze stawało się coraz zimniejsze i wilgotniejsze, a kamienne ściany pokryte były kroplami wody. Ciemność zdawała się gęstnieć, gdy zbliżali się do końcowych odcinków krętych tuneli. Ogień płonący w kinkietach wydawał się być odarty zarówno z ciepła, jak i ze światła, jakby wiedział, że w tych podziemiach jest jedynie gościem. W końcu wózek zatrzymał się przed jednym z ostatnich skarbców.

Hermiona ponownie wyjęła klucz, a goblin wyszedł z wózka i przycisnął swoje długie palce do drzwi skrytki, które natychmiast rozpłynęły się w powietrzu. Wrócił do wózka, dając im trochę prywatności. Hermiona musiała się wysilić, żeby nie okazać żadnej reakcji na widok zawartości skarbca. Nigdy dotąd nie widziała nic porównywalnego z bogactwem Lestrange'ów. W pomieszczeniu leżały ogromne stosy złotych monet, sterty kamieni szlachetnych oraz stare, drogie i niewątpliwie czarodziejskie meble. Hermiona zwróciła uwagę na coś, co wyglądało jak pełna zbroja rycerska wykonana ze złota, masywna srebrna zastawa, inkrustowane butelki pełne różnych eliksirów i nawet czaszka wciąż nosząca koronę.

- Niczego nie dotykajcie! – wrzasnął Harry, gdy Ron podniósł galeona i natychmiast odrzucił go z krzykiem. Z jego dłoni posypały się monety. Zacisnął pięść i przycisnął ją do piersi. – Wiesz, co nam mówiono! Wszystko, czego dotkniemy, będzie nas parzyć i się powieli!

Skrytka, mimo że ogromna, zdawała się kurczyć przez ilość złota, którą zawierała, i Hermiona bała się poruszyć, bo wydawało się zbyt prawdopodobne, że wszystko posypie się w ich stronę i skończą pogrzebani pod górami płonących skarbów. Stanęła więc w miejscu i rozglądała się w poszukiwaniu czegoś, co mogło należeć do Hufflepuff albo Ravenclaw. Ron rozświetlił różdżkę i powoli wodził nią nad złotem. Ramię Harry'ego wysunęło się spod peleryny i światło jego różdżki dołączyło do różdżki Rona.

- Tam – szepnął Harry, oświetlając różdżką małą, złotą czarkę stojącą na najwyższej półce, na południowej ścianie. – Tam jest.

Nie było sposobu, żeby dostać się tam, omijając monety leżące na podłodze. Accio nie zadziałałoby - Gryfek wyjaśnił im, że po wejściu do tunelu, przestają działać wszelkie zaklęcia przywołujące. W ciszy rozważali inne możliwości.

- Jestem najwyższy – powiedział w końcu Ron. – Nie będę musiał iść daleko. Wejdę na tę stertę i powinienem dosięgnąć.

- Ale twoje ręce... – zaczęła Hermiona. – Jeśli tego dotkniesz...

- Zawsze wiedzieliśmy, że to się stanie – odparł Ron. – Dam sobie radę.

- Podejdź w stronę wyjścia, Hermiono. – powiedział Harry. – Kiedy Ron stanie na złocie, powstanie lawina monet i nie chcę, żebyś znalazła się pod nią. Musimy poruszać się szybko, jest...

- Ale co z tobą?

- Ktoś musi zostać i upewnić się, że Ron zdoła wyjść. Masz, weź... go... i to – powiedział, ściągając pelerynę

- Nie! Nie chcę, żebyś był widoczny – powiedziała, rzucając szybkie spojrzenie na wejście do skrytki. – Kiedy wyjdziesz, on cię zobaczy.

- A jeśli nie weźmiesz peleryny, on zostanie zobaczony! Nie chcę, żeby był poparzony i miał kłopoty przez to, że nam pomagał.

Harry ukucnął, a goblin, wiąż owinięty peleryną, zsunął się z jego pleców.

- Uhm, jeśli nie masz nic przeciwko, poczekaj w tunelu, dobrze?

Nie było odpowiedzi i nie można było zobaczyć, dokąd poszedł goblin. Coś było nie tak. Gryfek mógł w każdej chwili zaalarmować drugiego goblina; mogli odjechać wózkiem, zabierając ze sobą wszystkie informacje, jakie mieli na temat tego, jak się wydostać, i zabierając pelerynę.

- On nie odejdzie, Hermiono. Chce miecza – powiedział Harry, najwyraźniej wyczuwając jej niepokój.

Miecz. Jeśli mieli wywiązać się z umowy, musieli zniszczyć horkruksa szybko, tak żeby móc oddać miecz. Sięgnęła pod obszerne szaty i wyciągnęła go z torebki.

- Ron, spróbuj to zahaczyć mieczem – powiedziała. – Może w ten sposób nie poparzysz się za mocno. – Podała mu to, co wydawało się być ich ostatnim zabezpieczeniem w tym ciemnym i dusznym miejscu.

- Idź, Hermiono – powiedział Harry, a ona niechętnie przesunęła się w stronę drzwi.

Ron stanął na stosiku monet. Patrzyła niczym sparaliżowana, jak jego stopy ślizgają się wśród potoków złota. Harry cofnął się o kilka kroków, kiedy ciepło z powielających się monet zaczęło promieniować na całą skrytkę. Ron potknął się i upadł na kolana, sycząc, kiedy roztopiony metal pokrył jego dłonie... Próbował wstać...

- Ron! – krzyknęła. Harry ruszył w jego stronę, ale wywołał tylko kolejną lawinę złota i sam zaczął w niej tonąć.

Pot spływał po jej ciele pod grubymi szatami. Skrytka wypełniła się odorem zwęglonego ciała i palących się włosów. Chciała rzucić się w stronę mnożących się monet, chociaż tak naprawdę nie wiedziała, co by to mogło zmienić. Ale gorące powietrze spowalniało jej umysł... Cały spokój Bellatrix znikał, a po jej głowie kołatała się jedna myśl: Spaleni i pogrzebani żywcem. Spaleni i pogrzebani żywcem... Monety zdawały się być niemal żyjącą istotą: ogromną, ziejącą ogniem bestią pragnącą ich pożreć.

Ale wtedy Ron zebrał w sobie resztki siły, wyciągając się, jak tylko dał radę, ponad zasysające, gryzące szczęki napływającego złota i złapał się krawędzi półki, na której stała czarka. Machnął mieczem, zaczepiając uchwyt czarki na ostrzu i zaczął szybko schodzić ze sterty. Złapał Harry'ego za włosy i pociągnął w stronę wyjścia.

Fala złota zdawała się rosnąć i pędziła w stronę Hermiony z ogromną prędkością. Dziewczyna odwróciła się i wybiegła ze skrytki prosto do ciemnego tunelu, potykając się o szaty, łapiąc je i unosząc tak, żeby jej nie przeszkadzały. Jej krzyk odbijał się echem od ścian tunelu. Czuła się napiętnowana płonącymi kręgami, gdy pojedyncze monety wystrzeliły ze skrytki i trafiły na jej ramiona, kark i opuszki palców, a ona gwałtownie próbowała je zerwać ze skóry i odrzucić. Harry i Ron wybiegli ze skrytki, w dzikim tańcu przeskakując z nogi na nogę, żeby zrzucić z siebie monety. Odskakiwali, kiedy złoto wciąż się mnożyło, po tym jak trafiało w ich buty, wypalając w nich dziury. Wszyscy razem przez chwilę biegli, oddalając się od skrytki, aż pozbyli się całego przeklętego metalu.

- Zniszcz to! – pisnęła Hermiona, nie dbając o to, kto może ich widzieć. Chciała tylko, potrzebowała, żeby to wszystko miało jakiś cel, żeby twarze jej przyjaciół nie były takie nagie i zdeformowane bez przyczyny.

- Hermiono... Eliksir wielosokowy... – krzyknął Ron.

- Nieważne! Zrób to!

Ron wepchnął miecz w dłonie Harry'ego, który zsunął puchar z ostrza i oparł go o kamienną ścianę korytarza. Uniósł miecz nad głowę i przez chwilę zbierał się w sobie, po czym wbił ostrze w naczynie. Okropny skrzek przeciął powietrze, zdecydowanie zbyt głośny w ciasnym korytarzu; zdawał się być coraz wyższy i krążył między ścianami, odbijając się od nich echem, aż Hermiona poczuła, że zaraz pęknie jej głowa. Upadła na kolana, przyciskając dłonie do uszu i obserwowała, jak czarny cień unosi się nad zniszczonym pucharem.

Przez chwilę wirował w powietrzu jak ciężki dym. Dziewczyna natychmiast odsunęła dłonie od uszu i zasłoniła nimi usta. Coś mówiło jej, że nie może tym oddychać.

Kiedy dym się rozproszył, spojrzała na chłopców. Na ich fioletową i krwawiącą skórę, sprawiającą wrażenie stopionej; na ich szaty - a właściwie strzępy ubrań - i zaczęła gwałtownie przeszukiwać kieszenie.

- Chodźcie... Dyptam... Pomogę wam – szepnęła.

Ale Harry powiedział tylko:

- Gryfek! Gdzie on jest?

Hermiona odwróciła się i spojrzała za siebie w stronę stosów stygnącego złota i okropna pewność przepłynęła przez jej żyły niczym adrenalina.

- Wózek – szepnęła. – Wózek zniknął.

Ron zbliżył się do niej.

- Nie sądzisz, że on...

- Nie! – przerwał mu Harry. - Nie zrobiłby tego. Nie zostawiłby nas tutaj. Może jest zagrzebany w skrytce, może...

Harry ruszył w stronę złota i Hermiona złapała go za rękę, szybko puszczając, gdy syknął z bólu.

- Harry, stój... Nie możesz! Jeśli jest pod złotem, pogorszysz tylko sprawę... Będzie tego więcej i więcej...

Ale goblin zdjął pelerynę, idąc bez trudu po fałszywych monetach.

- Gryfek! – krzyknęła Hermiona z ulgą. – Dzięki Bogu. Wszystko w porządku? Co się stało?

- W porządku. Moja skóra nie jest tak... podatna... jak wasza. Jeśli chodzi o to, co się stało, myślę, że on wiedział, zanim złoto zaczęło się mnożyć – powiedział Gryfek swoim szorstkim, gardłowym głosem. Jego ton był trudny do odczytania. – Imperius nie był wystarczająco silny. Poza tym powtarzaliście swoje imiona.

Imperius? Odwróciła się w stronę Harry'ego, zdumiona. Z drugiej strony właściwie dlaczego miałaby być zdumiona? Sama ogłuszyła mężczyznę na Pokątnej, dlatego że miała udawać Bellatrix Lestrange.

- Dziękuję, że zostałeś – powiedział Harry i podał rękojeść miecza Gryfkowi, ale ten potrząsnął głową.

- Nie mogę nieść tego przez tunel. Będę musiał zaufać wam chwilę dłużej.

- Ile czasu minie, zanim po nas przyjdą? – zapytała Hermiona. Utrata wózka skłoniła jej umysł do przypomnienia sobie długiej jazdy po ciemnych korytarzach Gringotta. Dziewczyna miała ochotę biec.

- Przyjdą po was?

- Tak, jak dawno temu on odszedł? Najpierw przyjdzie ochrona Gringotta czy od razu zawiadomiono Ministerstwo? Możemy się gdzieś ukryć?

- Panno Granger – powiedział tajemniczo goblin. – Oni nikogo po was nie wyślą.

- Co masz na myśli? Mówiłeś, że on wiedział... Że uświadomił sobie...

- Bogrod odkrył wasze oszustwo, tak, ale nie wyśle po was ochrony. Zajmijcie się ranami. Już czas.

- Chcesz powiedzieć, że nam pomagają? – zapytał Ron.

- Oczywiście, że nie. Nie wyślą za wami pogoni, bo Gringott nie działa w ten sposób. Zakładają, że będziecie błąkać się po tunelach, aż umrzecie. Wtedy, cokolwiek ukradliście, zostanie wam odebrane i odniesione do odpowiedniej skrytki. Żaden złodziej nie zostanie oszczędzony, a żaden skarb nie opuści budynku. Gobliny Gringotta bardzo poważnie traktują swoją reputację. Przerwanie ochrony nie zrobiłoby nam dobrej reklamy.

Zakładają, że będziecie błąkać się po tunelach, aż umrzecie.

- Ale ty wiesz, prawda? Wiesz, jak się stąd wydostać?

- Znam drogę przez tunele. Ale każda droga kończy się w głównym holu, panno Granger. Nie ma innego sposobu na wydostanie się. Zajmijcie się ranami.

Hermiona machnęła różdżką, żeby usunąć przebranie Rona. Kiedy jego rysy zmieniły się, wyglądał jeszcze gorzej, jeśli to w ogóle było możliwe. Oparzenia zajmowały dolną połowę jego twarzy i całą szyję. Hermiona musiała działać szybko, żeby zapobiec powstaniu blizn. Drżącymi palcami wyjęła z torebki zapas dyptamu i zaczęła smarować oparzenia przyjaciół kleistą cieczą. Przez chwilę jedynymi dźwiękami w tunelu były ciche syczenie substancji wnikającej w rany i krótkie, urywane oddechy chłopców. Gryfek stał obok i obserwował w milczeniu. Kiedy skończyła, za pomocą różdżki naprawiła ich szaty najlepiej, jak mogła i odsunęła się.

- Pozwól mi zająć się tobą, Hermiono – powiedział Harry, a ona rozpięła szaty, pokazując własne rany. Dyptam wywołał pieczenie, kiedy zetknął się z jej ciałem, ale delikatny dotyk palców Harry'ego złagodził ból. To było niesamowite, jak bardzo pocieszał ją zwykły, troskliwy dotyk.

- W porządku? – zapytał w końcu.

- Tak – powiedziała i wzięła buteleczkę z dyptamem. Ciężko było to stwierdzić w ciemności, ale najwyraźniej była już prawie pusta. Miała nadzieję, że nie będzie już tego potrzebowała aż do końca. Włożyła fiolkę do torebki razem z różdżką i kluczem Bellatrix. Wygładziła szaty pokrzepiona świadomością, że trzyma w ręce własną różdżkę.

- Co teraz? – zapytał Ron.

- Teraz się wspinamy – wyjaśnił Gryfek.

- Nie możesz wezwać wózka?

- Nie odpowiedziałby mi – odparł Gryfek i chociaż nie potrafiła powiedzieć, czy w jego głosie słychać było smutek czy naganę, odniosła nagle wrażenie, że w swoim świecie był takim samym wyrzutkiem jak oni we własnym.

Goblin ominął ich i ruszył wzdłuż torów. Harry, Ron i Hermiona podążali za nim, ale poruszanie się tak wolnym tempem było frustrujące. Przez wiele kilometrów trasa była łagodnie nachylona i prosta. Hermiona wiele razy chciała zaproponować, że poniesie Gryfka, żeby mogli przemieszczać się szybciej, ale za każdym razem kiedy na niego patrzyła, widziała na jego dziwnej, pomarszczonej twarzy coś w rodzaju zakazanej determinacji. Zastanawiała się, ile kosztowało go zrobienie tego - złamanie zasad własnych braci - i nie odważyła się go atakować.

- Gryfku… – zaczął Harry.

- Tak?

- Wiem, że mówiłeś, że Gringott nie działa w taki sposób, żeby wysyłać pogoń za złodziejami.

- Tak.

- I nie chcę zabrzmieć, jakbym miał okropnie wysokie mniemanie o sobie czy coś takiego...

- Ale jesteś Harrym Potterem. I zastanawiasz się, czy Śmierciożercy nie zostali już poinformowani?

- Tak.

- Z tego co widziałem, zakładam, że zniszczyłeś coś należącego do Czarnego Pana, coś cennego dla niego i z tego powodu sądzisz, że zostanie powiadomiony. To nie tak. Gobliny Gringotta nie wiedzą, co konkretnie leży w skrytce Lestrange'ów, nawet ich to nie obchodzi. Nie bierzemy udziału w wojnie czarodziejów. Interesuje nas jedynie bezpieczeństwo naszego banku. Dopóki jesteście tu, na dole, żaden skarb nie został skradziony i alarm nie zostanie podniesiony.

- Ale przed moją pierwszą klasą... Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Gringotta...

- Mówisz o włamaniu do skrytki 713. – Twarz Gryfka wykrzywiła się ze złości.

- Tak... Kamień filozoficzny...

Doszli do rozwidlenia i Gryfek wybrał lewy tunel, przyspieszając zaraz za zakrętem.

- Skrytka była wtedy pusta – warknął goblin.

- Wiem, ale to było w gazecie. Więc z pewnością ktoś...

- W banku zawsze jest duży ruch tuż przed pierwszym września – wypluł. – Złodziej miał szczęście i został odnaleziony żywy. Tak się złożyło, że tego dnia Malfoyowie odwiedzali swoją skrytkę i znaleźli go zdezorientowanego w tunelu. Zabrali go na górę swoim wózkiem. Został oddany Dumbledore'owi w ramach przysługi. Przysługi, za którą ten odpłacił, informując Proroka Codziennego.

Nie można było się pomylić co do tonu Gryfka. Goblin mógł nie być po stronie Voldemorta, ale z pewnością nie pałał miłością do Dumbledore'a.

- Został uwolniony dzięki... Dumbledore wiedział? – wykrzyknął Harry. – Wiedział, że to był Quirrell? To dlaczego...

- Nigdy nie potrafiłem zgłębić sposobu działania jego umysłu – odparł gorzko Gryfek. – Zatrudnił złodzieja do pracy z dziećmi, ale poinformował gazety o porażce banku... Oczywiście, to są sprawy czarodziejów.

Ścieżka, którą szli, nagle się skończyła i Hermiona pomyślała, że mimo wszystko się zgubili. Oczekiwała, że jest tam zakręt, którego nie mogła dostrzec w ciemności, ale z bliska wyglądało na to, że dalszej drogi nie ma.

Natomiast Gryfek podszedł do ściany, nawet nie zwalniając i zaczął się po niej wspinać. Hermiona zauważyła, że łapie się krzyżujących się fragmentów torów, używając ich jako drabiny. Jedno po drugim zaczęli wspinać się za nim. Wszyscy milczeli. Początkowo wspinaczka była dość łatwa, ale z czasem Hermiona zaczęła się męczyć, a zanim droga się wyrównała, jej ramiona i łydki bolały niemal tak jak po zetknięciu z topiącym się złotem. Była bliska łez.

Gryfek skręcił gwałtownie w prawo, a oni podążyli za nim. Korytarz znowu się wznosił, ale nachylenie było dość niewielkie, więc wspinali się jedynie z lekko przyśpieszonymi oddechami.

Głos Harry'ego przełamał ciszę po raz kolejny.

- Gryfku – powiedział. – Znowu nie chcę zabrzmieć na niewdzięcznego, ale... Dlaczego nam pomagasz? Jeśli nie obchodzi cię wojna. Skoro reputacja banku jest...

Goblin nie spojrzał w tył, tylko szedł dalej. Hermiona pomyślała, że musi być zesztywniały: jego kroki były gwałtowne i nieskoordynowane, a głos, kiedy odpowiedział, niski i zmęczony. Ile lat ma Gryfek? zastanowiła się.

- Dlaczego wam pomagam? – powtórzył Gryfek, ale było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. – Ponieważ wy ocaliliście mnie w lochach dworu Malfoyów. Mogliście mnie tam zostawić albo wysłać skrzata, kiedy bylibyście już pewni własnego bezpieczeństwa, ale wy ocaliliście mnie na początku. Mam u was dług życia.

Szli w ciszy. Powoli powietrze stawało się mniej stęchłe i łatwiej się oddychało. Przemieszczali się już od kilku godzin, ale wciąż nie wydawało się, żeby byli bliżej powierzchni. Pomyślała o mapie, którą narysował dla nich Gryfek. Gdyby ich zostawił, gdyby wrócił do głównego holu wózkiem razem z Bogrodem, czy daliby radę znaleźć drogę? Dług życia. Czarodzieje często używali tego terminu, ale tak naprawdę nie miała pojęcia, co to mogło oznaczać. Czy to było prawdziwe zaklęcie, czy zwykłe poczucie honoru, tak głębokie i prawdziwe? Czy ona miała dług u Snape'a czy też on u niej? Czy incydent z trollem uczynił ją na wieki dłużniczką Harry'ego, czy może Dolina Godryka wyrównała rachunki? Kto mógł określić, gdzie zaczynała się i kończyła miłość, gdzie lojalność zostawała zastąpiona magią?

- A w skrytce – powiedział cicho Gryfek, podejmując rozmowę, jakby się nigdy nie skończyła i jednocześnie wybierając drogę w lewo – wysłałeś mnie w bezpieczne miejsce, nie wyjawiłeś, że jestem zdrajcą. Nie wypowiedziałeś mojego imienia.

Ścieżka znowu zaczęła się wznosić, chociaż już nie pionowo jak wcześniej. Wspinali się, aż Hermiona uznała, że nie może iść dalej i zapytała, czy mogliby się zatrzymać i odpocząć.

- Szliśmy przez kilka godzin – powiedział Gryfek. – Nie możemy się zatrzymać. Jeśli odpoczniesz, twoje mięśnie zaczną się kurczyć i napinać, tak że nie będziesz mogła ruszyć znowu. Już niedaleko. Minęliśmy smoki.

Upłynęła kolejna godzina. Najwyraźniej już niedaleko dla goblinów oznaczało coś innego niż dla czarodziejów. Hermiona czuła drżenie mięśni pod skórą. Pęcherze na stopach zrobiły się już tak dawno, że w jakiś sposób przywykła do bólu i wilgoci w skarpetkach. Właściwie ból i zmęczenie zdawały się zlewać w jedno bezdźwięczne buczenie. Ciemność, powietrze wokół niej... wszystko to było brzęczeniem w tej samej ciągłej nucie.

Gryfek odwrócił się gwałtownie.

- Patronus. Potrzebujemy patronusa.

Hermiona podniosła wzrok. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że wpatrywała się w swoje stopy, obserwując, jak stawiają kolejne kroki... od jak dawna? Od ilu kilometrów? Czuła się, jakby wpadła w coś w rodzaju katatonii. Uśpiona automatycznymi ruchami ciała, brakiem dostępu do światła i przestrzeni. Spojrzała na chłopców i z zaskoczeniem zobaczyła, że twarz Rona pokryta jest łzami.

- Co... Ron?

- Patronus! – powiedział ponownie Gryfek i Hermiona podniosła różdżkę, ale nie mogła nakłonić jej do działania. Odwróciła się do Harry'ego. On z pewnością mógł wyczarować patronusa... Jego patronus był zawsze tak silny i jasny... Ale Harry też wymachiwał różdżką bezskutecznie.

- Expecto patronum! Expecto patronum!

- Szybko! Zbliżamy się do powierzchni. Uwolnili Rozpacz!

Ron nie podniósł wzroku ani różdżki, a twarz Harry'ego była wykrzywiona z wysiłku.

- Expecto patronum!

Hermiona sięgnęła w głąb siebie, pod osłony, jakie nałożyła, żeby wczuć się w rolę Bellatrix Lestrange, pod własny ból i ciemność tunelu, do miejsca, w którym trzymała kilka niezmiennych prawd, które były jej kotwicą na tym świecie.

- Expecto patronum!

Wyrwało się to z niej, jakby wydychała własną duszę. Światło wystrzeliło z jej różdżki i ogromny jastrząb pojawił się w tunelu, tak duży, że końcówki jego skrzydeł zdawały się muskać wilgotne ściany. Mogła wyczuć połączenie między sobą i ptakiem w każdej komórce swojego ciała, w każdym uderzeniu serca.

- Hermiono... Co to jest?

- Ja... Nie wiem.

- Panno Granger, niech pani przez chwilę przytrzyma swojego patronusa w miejscu. Panie Potter, panie Weasley, stańcie za nim. Gobliny uwolniły zaklęcie, które same zaprojektowały. Ma ono na celu wyssać nadzieję, zmącić i zamroczyć umysł, żeby zawrócić was od wyjścia, nawet jeśli do niego dotrzecie. Teraz jesteśmy bardzo blisko.

Hermiona czuła na sobie spojrzenie Harry'ego, kiedy ruszyli dalej stłoczeni za srebrzystym jastrzębiem, ale ona wpatrywała się w patronusa. Kiedy dotarli do ciężkich zewnętrznych drzwi tunelu, Gryfek zatrzymał ją.

- Nie sądzę, żeby się was spodziewali... Pewnie zakładają, że już dawno zginęliście. Więc będziecie mieć przewagę: zaskoczenie. Jednak nie myślcie, że gobliny nie będą z wami walczyć, bo nie mają różdżek. Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby powstrzymać was przed opuszczeniem banku. Będziecie musieli być szybcy i bezlitośni.

- Co z tobą? – zapytał Harry.

- Nie martw się o mnie. Gobliny... Jeśli będą miały wybór między walką ze mną a z wami, wybiorą was.

- Gryfku, muszę jeszcze o coś zapytać. – Goblin spojrzał na Harry'ego uważnie.

- Jeśli uciekniemy, ktoś musi poinformować Lestrange'ów.

Gryfek wyglądał, jakby został śmiertelnie urażony. Potrząsnął głową.

- Nie mogę tego zrobić. Bank... Mówiłem wam... Nie zgłaszamy włamań.

- Musisz! Sam-Wiesz-Kto musi wiedzieć, co zostało mu zabrane! Gryfku, proszę.

- Mój dług został spłacony, Harry Potterze! Złamałem zasady moich braci. Nie proś mnie, żebym poświęcił też nasz honor.

- Czarny Pan nie przejmie się waszym honorem. Jeśli wygra, zabierze wam bank i go spustoszy. Wygna was do lasów jak centaury, ukradnie wasze artefakty i uzna za swoje...

Gryfek przez długą chwilę wpatrywał się w miecz w dłoni Harry'ego.

- Nasze artefakty… – powiedział.

Hermiona miała wielką ochotę, żeby to zakończyć. Twarz goblina przybrała chorobliwie zielony odcień. Naciskali zbyt mocno, zmusili go do poprowadzenia ich trasą długą na wiele kilometrów. Z pewnością był wykończony, pokonany, a jednak prosili go, żeby zignorował najważniejszą dla siebie lojalność...

- Weź miecz – odpowiedział w końcu goblin. – Weź miecz i upewnij się, że go zobaczą. Będą musieli to zgłosić.

- Dziękuję, Gryfku – powiedziała Hermiona, ale on potrząsnął głową i szepnął:

- Teraz wy jesteście moimi dłużnikami.

Potaknęła.

- Zostaw patronusa. Może ich zaskoczyć – dodał, a Harry podniósł różdżkę i otworzył drzwi.

Ogromny jastrząb wprowadził ich do głównego holu Gringotta, machając wielkimi skrzydłami. Hermiona przez kilka sekund czuła się, jakby nigdy nie wdziała tyle przestrzeni; sufit zdawał się sięgać nieba. Ale jej uwaga szybko skupiła się na goblinach, które wskazywały na nich palcami zza długiej lady, zmierzały do nich z twarzami wykrzywionymi w gniewie i z obnażonymi zębami.

- Biegnijcie! – krzyknął Harry.

Hermiona kierowała się do ciężkich drzwi z brązu na końcu korytarza, ale gdy biegła, rozległy się ogłuszające dźwięki: skrzypienia i trzaski, które zdawały się trząść całym budynkiem. Ściany zaczęły się do siebie zbliżać. Przez chwilę poczuła wolność, widziała kawałek ciemnego, rozgwieżdżonego nieba, kiedy drzwi się otworzyły, tuż przed tym jak płyty się spotkały i scaliły. Długi czerwony szew magii błyszczał między ścianami przez kilka sekund, po czym zniknął, pozostawiając gładki, nienaruszony marmur. Nie było wyjścia.

Pośliznęła się i odwróciła, obserwując z otwartymi ustami, jak gobliny wysypują się do głównego holu przez wszystkie drzwi. Na ułamek sekundy wychwyciła Gryfka, który połączył się z pozostałymi, ale szybko stał się niemożliwy do rozróżnienia - kolejna wykrzywiona, wściekła twarz w tłumie, który zmierzał w ich stronę.

Szybko zostali otoczeni. Hermiona przyciskała plecy do ramienia Harry'ego i mogła wyczuć łokieć Rona wbijający się w jej bok. Rzucała zaklęcia oszałamiające, czerwone światło tańczyło, łącząc się i trafiając w cel, ale upadające gobliny nie powstrzymały tych, które wciąż się zbliżały. Sekundy dzieliły ich od pojmania.

Kiedy walczyła, jej umysł stał się dziwnie pusty. Strach stał się zwykłym faktem, kiedy rzucała kolejne uroki. Słyszała wybuchy magii pochodzącej z różdżek chłopców, uderzenia zaklęć, które chybiały i odbijały się od podłogi, chlupot Drętwot, które dosięgały celu. Ale przy całej determinacji, jaką mieli, gobliny atakowały z dzikością, która graniczyła z jej własną. Jeden rzucił się do przodu i wywrócił ją, przygważdżając ją do podłogi. Czuła, jak jego ostre zęby zatapiają się w jej ramieniu, ale wtedy rozbłysło czerwone światło i goblin upadł na podłogę. Patronus Hermiony wleciał pomiędzy nią a oszalały tłum, powodując, że atakujący wycofali się nieco. Ron złapał jej rękę i pomógł wstać.

- Co tu się, kurwa, dzieje? – wydyszał. – Żadnego wyjścia! Cholerne miliony goblinów! – Odwrócił się w stronę tłumu. – Drętwota! Drętwota!

Hermiona odwróciła się, szukając Harry'ego. Wywijał mieczem Gryffindora w dziwnym dzikim tańcu, a gobliny odsuwały się, ale nagle ostry krzyk wzniósł się ponad tłumem, a ciemna krew splamiła biały marmur.

- NIE! – wrzasnął Harry. – Nie, nie chciałem tego zrobić! Po prostu się odsuńcie! Odsuńcie się!

To zdawało się doprowadzić gobliny do szału. Ich głosy połączyły się w jeden wściekły pisk.

- Złodzieje! Mordercy! Zatrzymać ich!

Harry tonął wśród warczących goblinów. Hermiona widziała już jedynie jego włosy. Pobiegła w stronę Rona, który odpychał przeciwników różdżką i pięściami, próbując dostać się do przyjaciela. Nagle gobliny rozproszyły się. Rozejrzała się w poszukiwaniu patronusa, pewna, że to on po raz kolejny przetarł im ścieżkę w środku bitwy, ale jastrząb unosił się nad nimi, uderzając ciężkimi skrzydłami w sufit.

Podłoga zatrzęsła się pod nimi. Gobliny zaczęły rozmawiać po goblidegudzku. Odsunęły się, tworząc ogromy okrąg wokół ich trójki. To było dziwne - nie wyglądało na to, żeby zamierzali wypuścić więźniów, a jednak okrąg poszerzał się, w miarę jak stworzenia się wycofywały. Wyglądały na gotowe, żeby zaatakować przy najmniejszej prowokacji.

Wtedy cały świat zatrząsł się od dźwięku. Ryk tak głośny, że zdawał się pulsować w głowie Hermiony, pochodził z podziemi. W końcu zrozumiała. Uwolnili smoki.

Budynek zdawał się opadać i wznosić. Hermiona mogła niemal poczuć, jak ogromne bestie torują sobie drogę z pieczar w podziemiach w górę, niszcząc tunele i wstrząsając fundamentami Gringotta. Błyszczący nóż strachu przeciął fałszywy spokój w umyśle Hermiony. Zniszczą własny bank, żeby nie pozwolić nam uciec, pomyślała.

Gobliny przyciskały się do ścian. Wyraźnie oczekiwały, że smoki przebiją posadzkę w centrum holu. Hermiona złapała rękę Harry'ego i zaczęła odciągać go ze środka sali.

- Smoki – wymamrotała. – Smoki tu lecą... Przez posadzkę... Musimy uciekać, szybko! – Ale Harry stanął w miejscu. Wpatrywał się w gobliny z przerażeniem.

- Ściany – powiedział.

- Co?

- Ściany. Budynek zawali się nad nami.

Hermiona podążyła za jego spojrzeniem. Harry nie patrzył na gobliny, ale na wielkie, przerażające pęknięcia, które zaczęły pojawiać się na marmurze. Pył i kamienie sypały się z sufitu. Odgłos kruszenia się skały zagłuszył nawet ryki smoków.

- Zasypie nas – szepnął.

Wtedy ogromna przepaść otworzyła się na środku sali. Hermiona rzuciła się do tyłu, ciągnąc za sobą Harry'ego. Ron stał przy ścianie, przy której wcześniej były drzwi. Podbiegła ku niemu, patrząc przez ramię na bestię, która wyłaniała się z dziury.

Dźwięku nie dało się opisać. Bez warstw skały, które go tłumiły, ryk wypełnił hol, wywołując echo. Hermiona zasłoniła rękami uszy, ale czuła wibracje powietrza na dłoniach i twarzy. Krzyknęła, ale nie mogła usłyszeć własnego głosu.

Ostro zakończony ogon pojawił się w jej polu widzenia, uderzając w podłogę i niszcząc pozostałości marmurowej posadzki. Smok wyleciał przez dziurę, którą wybił w podłodze. Hermiona widziała jego skórzaste skrzydła i krzywiznę kręgosłupa, kiedy leciał w górę. Ogromna kula ognia przeleciała tuż nad posadzką, a gobliny zaczęły uciekać, zbijając się w ciasną grupę po przeciwnej stronie pomieszczenia. Hermiona nie mogła odwrócić wzroku.

Nagle poczuła, że Ron uderza w jej ramię, więc odwróciła się, ale nie mogła usłyszeć słów, które wykrzyczał. Wskazał palcem sufit i zobaczyła własnego patronusa przelatującego przez pęknięcie w ścianie. Dobrze, pomyślała. Uratuj się. Wzruszyła ramionami do Rona i odwróciła się w stronę smoka, ale chłopak wciąż nią potrząsał. Wskazywał gorączkowo na ścianę, w miejscu gdzie zniknął patronus, niemal skacząc w szalonej ekscytacji.

Hermiona starała się skupić na nim, ale smok ponownie ryknął, posyłając smugi ognia w stronę ściany z ladą. Tym razem jednak zamiast rozproszyć się, ogień pożarł znaki przymocowane do ścian, przesuwał się po kontuarze, zajmując papiery i krzesła, stosy funtów... wszystko, co napotykał na swojej drodze.

Ron złapał jej ramiona i odwrócił ją w swoją stronę.

- Wyjście! – powiedział przesadnie wyraźnie. Ponownie wskazał miejsce, w którym zniknął patronus. – Wyjście!

Smok stanął na nogach, w pełni wyłaniając się z komnaty pod posadzką. Jego głowa chwiała się na gigantycznej szyi, wydawał się szukać drogi, którą mógłby wyjść. Kątem oka Hermiona zauważyła, że Harry celuje w bestię różdżką. Nie słyszała słów, jakie wypowiedział, ale smok zatoczył się do tyłu z wściekłością. Jedno z jego oczu stało się matowe i mlecznobiałe. Klątwa Conjunctivitis. Smok zaryczał ponownie i wypuścił smugę ognia, która podpaliła skraj jej szaty.

W połowie ślepy smok zatoczył się w stronę ściany banku i uderzył w nią. Budynek zachwiał się pod ich stopami i trzeszczenie przesuwających się kamieni zagłuszyło hałas. Ron ponownie złapał ją za ramię i pochylił się, krzycząc z całych sił do jej ucha:

- Pomóż!

Ron wycelował różdżkę w ścianę za nimi, ścianę, w którą uderzył smok, za którą znajdowała się ulica. Nie mogła usłyszeć zaklęcia, jakiego użył, ale zobaczyła, jak czerwone światło połączyło się ze ścianą i rozerwało kamienny blok.

Ogień, który trawił ladę, wciąż niszczył wnętrze budynku. Ciepło stawało się nie do zniesienia, a gęsty czarny dym wirował nad ich głowami. Jeśli szybko się nie wydostaną, wszyscy się uduszą. Kaszląc i krztusząc się, Hermiona uniosła różdżkę i dołączyła do Rona, próbując przebić się przez grubą ścianę banku Gringotta.

- Defodio! Deprimo! Defodio! - Biegała tam i z powrotem, niszcząc i celując różdżką, aż mogła zobaczyć nocne niebo. – Defodio! Diffindo!

Ron zniknął na chwilę, po czym wrócił, ciągnąc za sobą Harry'ego. Smok, oszalały od błysków świateł i lawin kamieni, atakował ścianę uderzając swoim ogromnym ogonem i roztrącając gobliny na prawo i lewo.

Ogromne kawałki skał odrywały się od ścian i sufitu, kiedy budynek zaczął się naprawdę zapadać. Hermiona uskakiwała i tańczyła, próbując ominąć je i pchając Rona i Harry'ego w stronę walącej się ściany.

- Idźcie! Idźcie! – krzyknęła i pobiegła za nimi. Potknęła się na schodach prowadzących na Pokątną. Kolana ugięły się pod nią i upadła, uderzając w stopnie.

- Hermiona!

Kiedy się wydostali, Hermiona oczekiwała tłumu ludzi, którzy mieli ich aresztować; pomyślała dziko, że w ogóle nie potrzebowali miecza Gryffindora... Z pewnością Ministerstwo było już w drodze. Ale sklepy wokół Gringotta były ciemne i puste, zamknięte na noc, jakby wszyscy spieszyli się do bezpiecznych domów. Harry biegł w jej stronę, trzymając mocno rękę Rona. Złapał jej dłoń i zaczął się obracać w miejscu. Patrzyła, jak miotający się dziko smok i hordy krzyczących goblinów rozpływają się, gdy ich trójka znikła w ciemności.

Wylądowali na kopcu nad jeziorem. Światło księżyca odbijało się na powierzchni wody. Cisza i spokój otoczenia zdawały się być szaleństwem w kontraście do jej bijącego szybko serca i poziomu adrenaliny.

- Czy my... żyjemy? – szepnęła.

Ron usiadł, wyplątał się ze stosu gałęzi, ale Harry się nie poruszył.

- Harry! – powiedziała, wyciągając lewą nogę spod jego ciężkiego ciała. – Harry!

Jego twarz była skrzywiona i nieruchoma, a oczy zaciśnięte. Kiedy Hermiona zaczęła rozpinać jego szaty, żeby znaleźć ranę, jego głowa odwracała się bezwładnie.

- Harry! Harry! – krzyknął Ron, potrząsając przyjacielem.

- Co oni zabrali?

Dźwięk, który wydostał się z ust Harry'ego, nie był jego głosem, ale wysokim, zimnym głosem Voldemorta, który zmroził Hermionie krew w żyłach. Oboje z Ronem zastygli w bezruchu, jakby Voldemort mógł spojrzeć oczami Harry'ego i ich zobaczyć.
Harry krzyknął. Był to nagły wrzask wściekłości, który zupełnie nie pasował do chłopca. Hermiona złapała rękę Rona.

- Co zrobimy?

- Myślę, że musimy poczekać.
Minuty wlokły się, kiedy Hermiona wpatrywała się z uwagą w twarz przyjaciela. W końcu jego oczy się otworzyły.

- Hogwart – powiedział niskim i zdławionym głosem. – To jest w Hogwarcie. On wie. Zamierza sprawdzić pozostałe. Nie mamy dużo czasu.

- Co to jest? – zapytał Ron.

- Nie wiem. Nie myślał o tym. Ale zamierza to sprawdzić na końcu. Sądzi, że to coś jest bezpieczne ze względu na Snape'a.

Nikt się nie poruszył.

- Musimy iść! Harry, ruszaj się, wstawaj! – rzucił Ron.

- Czekajcie! – powiedziała Hermiona. – Musimy się dowiedzieć, jak się tam dostać.

Nie było czasu na ostrożne obchodzenie się z chłopcami. Już widzieli jej patronusa, nie mogła tego cofnąć, a jeśli teraz poskładają to razem, będzie musiała się z tym pogodzić. Po prostu będzie musiało być dobrze. Bo była tylko jedna osoba, która mogła im pomóc w wejściu do Hogwartu.

Zdjęła z ramienia torebkę i wyciągnęła z niej portret Fineasa Nigellusa Blacka.

- Dyrektorze Black! Dyrektorze Black, proszę!

- Panna Granger, co za niespodzianka – powiedział jedwabiście Black, gdy część jego osoby pojawiła się na portrecie. – Widzę, że nie pozbyłaś się swoich zwykłych dobrych manier.

- Dyrektorze Black, nie ma na to czasu. Muszę rozmawiać z dyrektorem, to nagły wypadek.

- Obawiam się, że dyrektor właśnie wyszedł – odpowiedział i nie potrafiła stwierdzić, czy skłamał w przypływie złości, czy Snape'a naprawdę nie było w gabinecie.

- Proszę, dyrektorze. Pracujemy nad planem Dumbledore'a... W Hogwarcie jest coś, czego potrzebujemy. Musimy się tam natychmiast dostać.

- Bardzo mi przykro, panno Granger… – zaczął Black, ale przerwał mu głos Dumbledore'a, niski i spokojny, ale niemożliwy do zignorowania.

- Ach tak – powiedział. – Myślałem, że jeden może być tutaj, chociaż nigdy nie mogłem go znaleźć. Zawsze podejrzewałem, że mógł go podrzucić, kiedy był tutaj prosić mnie o pracę. Ale to już nieważne. Droga do Hogwartu, panno Granger, prowadzi przez portret mojej siostry w gospodzie Pod Świńskim Łbem. Jak sądzę, zabierze was do Pokoju Życzeń.

- Profesor Dumbledore – szepnął Harry. Jego oczy były szeroko otwarte i szkliste w świetle księżyca. Wyglądał, jakby był rozbity wewnętrznie.

- Harry, chłopcze. Dobrze słyszeć twój głos. Ale spieszcie się! Czas się kończy. Jestem pewien, że będziemy mieć wiele czasu na rozmowę, kiedy wykonacie zadanie. Och, i upewnijcie się, że aportujecie się dokładnie w gospodzie. Zdaje się, że panuje tam godzina policyjna.

- Dziękuję, profesorze – powiedziała Hermiona, z wysiłkiem utrzymując spokojny ton. – Dziękuję, dyrektorze Black.

Wcisnęła portret do torebki. Gdzie był Snape? Pragnęła usłyszeć jego głos niemal tak bardzo, jak potrzebowała poznać drogę do szkoły. Czy będzie wiedział, że się zbliżają? Uderzyła różdżką w dłoń.

W drodze do Hogwartu.

Miała wrażenie, że jest w jakimś transie, kiedy Harry zarzucał na nich pelerynę niewidkę. Wracali do domu.

W drodze do Hogwartu, pomyślała. I zakręcili się w miejscu.