Jak zwykle, bardzo dziękuję Disharmonie za jej doskonałą, niezawodną betę. Naprawdę nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła :).
Wszystkich natomiast przepraszam za to, że w ostatnim miesiącu żadnego rozdziału nie było – niestety sesja pożarła mnie na tyle, że dopiero kilka dni temu znalazłam w końcu chwilę na to, by usiąść nad tłumaczeniem. Niemniej dziękuję za waszą cierpliwość i wyrozumiałość :). Zresztą w ramach rekompensaty kolejny rozdział powinien pojawić się na dniach, bo jest obecnie w fazie bety, więc, no :).
Megi1986, Nakurishi, Marley Potter, Jackie. Jacqueline, Kinetsuko i CreepyMary – bardzo wam dziękuję za poświęcenie czasu na napisanie kilka słów pod ostatnim rozdziałem. Wasze wsparcie jest dla mnie niezastąpione i niezmiernie poprawia mi humor, gdy tego potrzebuję :).
Pojawiło się pytanie odnośnie planów na moje kolejne tłumaczenia, więc pozwolę sobie szybko na nie odpowiedzieć. Na szybko, bo szerzej ten temat poruszę pod ostatnim rozdziałem „Motylego…". Ale w skrócie: pamiętam o „Niknącej…" (i czekam na kolejny rozdział autorki), pamiętam o „Graczu…" i „Wybrańcu…" i mam w planach „Kisses Cursed" The Fictionist.
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Motyle serce
Część druga
Rozdział jedenasty
Tom odłożył powoli widelec na talerz i odsunął go, spostrzegając kątem oka, że jego horkruks i Harry lekko się spinają. Zwilżył wargi, niemal namacalnie czując unoszące się w powietrzu napięcie. Przez chwilę się nim rozkoszował.
Dziwił się, że dali radę zachować względny spokój, gdy boleśnie powoli nakładał sobie dokładkę – na pozór nieświadomy ich drapieżnych spojrzeń, obserwujących każdy jego ruch.
— Tak więc – zaczął – jak dokładnie zamierzacie odebrać mi wolność?
Nigdy na to nie pozwoli. Spędzenie ostatnich lat w więzieniu tylko upewniło go w przekonaniu, że takie życie nie jest dla niego. Choć, oczywiście, na to właśnie liczył jego horkruks i Harry. Słodka zemsta za więzy, jakie wokół nich zacisnął.
Jego alter ego wyprostowało się i rzuciło Harry'emu spojrzenie.
Tom również na niego spojrzał. To Harry raz go już pokonał, pomimo wszelkich niedogodności przeżył wszystkie spotkania z nim i udowodnił, że jest godzien skrywającej się w nim duszy. Domyślał się, co może zrobić jego horkruks, natomiast przewidywanie zachowań Harry'ego zawsze stanowiło nie lada wyzwanie.
Harry, idąc za jego przykładem, odłożył spokojnie sztućce i odsunął od siebie talerz.
— Zamierzamy uwięzić cię w medalionie – oświadczył, tym razem spoglądając bez zawahania prosto w jego oczy. Być może dlatego, iż wiedział, że nie może pozwolić sobie na okazanie jakiejkolwiek słabości. A może dlatego, że nie miał się już czego bać.
— A skąd przyszło wam do głowy, że na to pozwolę? – zapytał. Był ciekaw, co takiego planowali przez ostatnie dwa tygodnie. Do czego doprowadzi Harry'ego desperacja, strach i obsesja. Jego pięknego, śmiertelnie niebezpiecznego motyla.
— Nie za bardzo masz w tej kwestii co do gadania – oznajmił z wyższością jego horkruks. – Eliksir potrzebny do uwięzienia twojej duszy od dawna ukrywa się w jedzeniu. Teraz już wystarczy tylko dokończyć rytuał.
Tom uniósł brew, zastanawiając się przez chwilę nad możliwymi sposobami wyjścia z tej sytuacji, po czym zerknął ponownie na Harry'ego.
— Więzienie nie było dla mnie wystarczającą karą? Dobry Merlinie, jak bardzo musisz czuć się wobec mnie bezsilny – wymruczał. – Nie zadowoliłeś się nawet zwycięstwem. Wciąż budzisz się w nocy, krzycząc moje imię?
Harry zacisnął mocno szczękę i uniósł wyżej brodę.
— Udało ci się uciec z tego więzienia.
— Dla ciebie.
— Błagasz o litość?
— Nie – powiedział Tom. – Ale byłem w więzieniu. Już dwa tygodnie temu mogłeś bez problemu porwać moje drogie alter ego i wpakować je do celi w Ministerstwie. To w końcu naśladowca, którego szukają. A jednak tego nie zrobiłeś. Chciałeś zobaczyć, czy naprawdę po ciebie przybędę? Czy będę w stanie? – Pochylił się lekko nad stołem.
— Naprawdę wątpisz w to, że cię pokonamy? – wtrącił się chłodno horkruks. – Mamy przewagę liczebną.
Jednak Tom skupiał się na obserwowaniu przełykającego ślinę Harry'ego. Chłonął unoszące się między nimi emocje niczym najsłodszy, najwykwintniejszy napar. Jego oczy się rozświetliły. Harry chciał wiedzieć, musiał wiedzieć, desperacko pragnął odkryć, ile prawdy było we wsparciu, którym go karmił.
I Tom pragnął przyciągnąć go do siebie, przypomnieć mu, że nawet gdy wszyscy inni go zawiodą, on jeden zawsze będzie u jego boku.
— Może – mruknął, odpowiadając swojemu horkruksowi. – A może nie. Myślę, że nic nie jest jeszcze stuprocentowo pewne. W końcu to nie ty dziś gotowałeś, czyż nie?
Jego horkruks zesztywniał i odwrócił się, by spojrzeć na Harry'ego.
— Potter zna plan.
— Co Harry zna, a co robi to dwie zupełnie różne rzeczy – oznajmił Tom. – Jest dobry w zbywaniu. W pogrywaniu sobie z nami.
— Być może z tobą – odparł jego horkruks.
— Nadal nic nie mówisz? – Tom pochylił głowę, by znów spojrzeć na Harry'ego. – Nie chcesz nic na ten temat powiedzieć? Rzucić jakichś oskarżeń? Jego być może udało ci się przekonać, ale ja zbyt dobrze cię znam. W końcu sam cię stworzyłem.
To w końcu wywołało jakąś reakcję. Harry rzucił w niego ostrym spojrzeniem, podobnie jak tej nocy w domu Riddle'ów, gdy był zarazem najbardziej bezbronny i niebezpieczny.
— Może mam już serdecznie dość rozmawiania z wami oboma – stwierdził. – Nie jesteś już moim terapeutą. Poza tym – obaj jedliście to jedzenie.
— Dlaczego więc jeszcze się nas obu nie pozbyłeś, skoro to tego właśnie chcesz? – zapytał Tom, rozkładając ręce i rozsiadając się wygodniej na krześle. – To twoje show, Harry. Ja jestem tu tylko dlatego, że miałem rezerwację w pierwszym rzędzie.
— Biorąc pod uwagę, jak bardzo gardzisz więzieniem, naprawdę myślisz, że nie spodziewam się, że zabezpieczyłeś się jakoś przed wpakowaniem do medalionu? Że nie zamierzasz walczyć? – warknął Harry.
Horkruks zaczął przyglądać się im ze wzmożoną uwagą, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że umknęło mu coś śmiertelnie niebezpiecznego.
Pomimo że Tom niejednokrotnie próbował rozerwać Harry'ego, by zbudować go od nowa w coś pięknego, ten zawsze trzymał się swojego. Harry Potter był zawsze uparcie – niewzruszenie – sobą. Nawet gdy sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Nieporuszony ani przez katusze, którym był poddawany, ani przez rezydującą w jego głowie obcą duszę.
Był to dokładnie ten sam wniosek, do którego doszedł, gdy dźgnął Harry'ego w domu Riddle'ów.
— Jestem ciekaw, czy naprawdę spróbujesz to zrobić. – Czuł się, jakby Harry znów odwiedził go po godzinach w jego gabinecie. Rozkoszował się obserwowaniem, jak próbuje rozwikłać swój własny umysł i pragnienia, jakby były dla niego czymś zupełnie nieznanym. Choć – biorąc pod uwagę, jak Harry próbował unikać swoich własnych myśli i głęboko ukrytych pragnień – być może tak właśnie było. – Ten plan jest bardziej w moim stylu niż w twoim, czyż nie? I to cię trapi.
Tom wiedział, że trafił w sedno, gdy tylko Harry niemal niedostrzegalnie się napiął.
— W końcu to w taki właśnie sposób się definiujesz – kontynuował spokojnie. – Tę niewyraźną linię, z którą od tak dawna walczysz. Co jest tobą, a co Voldemortem. Zastanawiasz się, czy odczuwany teraz przez ciebie triumf należy do mnie, do ciebie, czy może nawet do niego?
— Nie mogę pozwolić, by którykolwiek z was odszedł wolno – powiedział Harry, wbijając wzrok w Toma. – Jesteś, kurwa, nieśmiertelny. Nawet nie do końca ludzki. Skrzywdziłeś więcej osób, niż jestem sobie w stanie nawet wyobrazić.
— Owszem – zgodził się Tom. – Ale to nie ja cię więżę. Byłeś zniewolony niemal równie jak ja, ale nie była to do końca moja wina. Wiesz o tym. Umieszczenie mnie w tym medalionie nie przywróci ci wolności. Bo tego właśnie pragniesz, czyż nie? Wolności i spokoju?
Harry wstał, niezwykle sfrustrowany. Jakby zniecierpliwiony, by to wszystko w końcu zakończyć.
— A może jednak poczuję się dzięki temu lepiej.
Horkruks zerwał się na równe nogi. Na jego twarzy pojawiła się bardzo wyraźna panika.
Harry nawet na niego nie spojrzał, zachwycająco lekceważącym machnięciem ręki spychając go z powrotem na krzesło i przywiązując do niego.
Jakby nie patrzeć, w końcu nigdy nie chodziło tu o horkruksa, mimo że jego młodsze ja uwielbiało uważać się za pępek świata. Och, Tom oczywiście nigdy nie pozwoliłby, by stała mu się jakaś krzywda, ale nie miał już czasu dla Czarnych Panów i zmieniania świata.
Również podniósł się na nogi, uśmiechając się szeroko.
— Och, dręczyłoby cię do końca życia, gdyby nasze cierpienie sprawiało ci przyjemność, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jaka jest cena ukończenia tego rytuału – powiedział. – Stworzenie horkruksa wymaga okrucieństwa. Tak samo wydarcie z ciała czyjejś duszy i uwięzienie jej w jakimś bibelocie. Zrób to, a staniesz się dokładnie tym, w co próbowałem cię zmienić, mój piękny motylu.
To sprawiło, że Harry zawahał się przez chwilę. Szybko jednak odpowiedział:
— Jakoś to przeżyję. – Podszedł do szafki i wyciągnął z niej potrzebne do rytuału przedmioty, po czym zerwał medalion z szyi horkruksa i położył go na stole. – Przetrwałem gorsze rzeczy.
— Nic nie jest gorsze od niego – oznajmił horkruks. – Uwięź go, a potem pogadamy.
Wystarczyło, że Tom uniósł brew, a Harry rzucił mu mordercze spojrzenie. Brakowało mu tego. Harry był tak niesamowicie ostry.
— Wiem, kim jestem – niemal odwarknął Potter. – Minęły czasy, gdy potrzebowałem, byś mi o tym przypominał.
— Prawie minęły.
Był pewien, że Harry nie będzie tak naprawdę w stanie dokończyć tego rytuału. Za bardzo przerażała go kryjąca się w nim bezwzględność. Z drugiej strony – miał rację, mimo wszystko przygotował się na ten dość nieprawdopodobny zwrot wydarzeń.
— Musisz trzymać się planu – rzucił tym razem desperacko horkruks. – On próbuje cię omamić. Mówiłem, że tak będzie. Nie słuchaj go. Nie widzisz, jak łatwo sobie z tobą pogrywa?
— Z niczym sobie nie pogrywam. To twój wybór – powiedział Tom. – Zastawiłeś tę pułapkę na mnie, czy na niego? Podjąłeś już decyzję? A może podejdziemy do tego jeszcze bardziej moralnie i spróbujesz zaciągnąć nas do Ministerstwa?
— Mógłbym.
— Oczywiście. Myślisz, że dzięki temu przestałbyś czuć mnie nieustannie w swojej głowie? A jeśli nie? Co jeśli zamiast szczęścia zastaniesz tam nicość, chłód i pustkę? Będziesz w stanie cierpieć tak ze mną przez wieczność?
Harry zwilżył wargi i opuścił wzrok na spoczywający w jego dłoniach medalion, pomimo wszelkich starań tak rozkosznie niepewny. Chwilę później napotkał wzrok Toma, a w jego dłoniach rozgorzała Szatańska Pożoga. Horkruks wrzeszczał i wrzeszczał, i wrzeszczał.
— Twoja dusza – syknął Harry – to trucizna.
Twarz Toma wykrzywiła się, gdy rzucił się szybko po swoją różdżkę.
Za późno. Horkruks zniknął, pozostał po nim tylko popiół i kłująca w uszy cisza. Wskazywali na siebie różdżkami.
W powietrzu między nimi wisiały ciężkie emocje – dezorientujące, wspaniałe i przede wszystkim przerażające. Harry wyłapywał tylko część. Nienawiść, wściekłość, podziw, zranienie. Jakby dusza Toma ocierała się o zakończenia jego nerwów. Choć może było na odwrót.
— Trucizna? – powtórzył Tom.
Serce podskoczyło Harry'emu do gardła, a jego palce zacisnęły się mocniej na różdżce. Musiał to dokończyć.
— Trucizna? – Tom zrobił krok w jego stronę i Harry cofnął się, chcąc zachować dystans. – Myślisz, że co, jestem kryjącym się w ogrodzie wężem, tylko czekającym na to, by zatopić zęby w twojej cnocie i zniszczyć na zawsze twój raj? – Roześmiał się dziko. – Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy?
Oczywistym było, że go to szczerze poruszyło. Zraniło. Że nawet Harry, który dostrzegał więcej niż ktokolwiek inny, tego nie rozumiał – lub może nie chciał zrozumieć.
Że dalej z jakiegoś powodu, pomimo jego słów, wciąż sądził, że Voldemort postrzega go tylko jako trofeum. Najzwyczajniejszą w świecie obsesję. Tom był tym zrozpaczony.
Harry z trudem zdusił w sobie przechodzący go dreszcz. Ranę na jego brzuchu rozpalił krótko fantomowy ból. Zanim zdążył się powstrzymać, jego ręka poruszyła się, by ją przykryć.
— To bez znaczenia, co o tobie sądzę. – Jego głos nie drżał. Miał już dość zgrywania ofiary. – Nie puszczę cię wolno. Wiedziałeś o tym. Wciąż wiesz. Nie, kiedy mam świadomość, co zrobiłbyś ze swoją wolnością. Ze swoją wiecznością. – Wzmocnił uchwyt na różdżce. Nie miał absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że Tom, pozostawiony sam sobie, znów zacznie zabijać. Jakby ilość ciał, jaką po sobie pozostawił, nie była już wystarczająco przerażająca.
— Całe życie poświęcałeś się dla innych ludzi. – Tom dalej się zbliżał, jakby nawet pomimo gotującej się w nim złości, parzącej mocno skórę Harry'ego, nie był w stanie trzymać się od niego z daleka. – Tak samo teraz rzuciłeś się na oślep – sam! – w sam środek sztormu, a to wszystko dlatego, że czujesz się rozpaczliwie odpowiedzialny za wszystkie moje zbrodnie. Nie jestem trucizną, Harry. Wszelki jad, jaki cię dławi, od zawsze należał do ciebie.
— Jestem twoim horkruksem! – To był pierwszy raz, gdy Harry powiedział to do niego na głos i w powietrzu znów rozgorzały emocje. Zaborczość, delikatne ciepło, w którym Harry mógłby bez trudu utonąć, gdyby tylko pozwolił się mu zwabić, zignorował ukryte okruchy szkła, gotowe zatopić się w nim, gdyby tylko poddał się manipulacjom Toma. – To właśnie miałeś na myśli, gdy nazwałeś mnie swoją bratnią duszą!
Zbyt długo już czuł się zbrukany, skażony. Obcy wobec swojego własnego umysłu. Gdy ludzie na niego patrzyli, widzieli tylko twarz Toma. I może mieli rację, więc czemu się tym w ogóle przejmował?
Tom nie próbował się nawet ukrywać. Karmił Harry'ego napierającymi na jego bariery oklumencyjne emocjami, prześlizgującymi się przez nie, jakby w ogóle ich nie było. Z drugiej strony, Harry powinien wiedzieć, że nie może powstrzymać przed wejściem czegoś, co weszło do jego umysłu na długo przed tym, jak go przed nim zamknął.
Voldemort był nieśmiertelny. Zamknięcie go w nędznym więzieniu dla śmiertelników nie wystarczyło. Nie mogło. Kraty zardzewieją i magia wyblaknie na długo przed tym, jak zrobi to Tom. Harry nigdy wcześniej w swoim życiu nie był równie przerażony. To nie był koniec ani pokój, to była wieczność.
— Owszem – odparł Tom. – Jesteś. – Zatrzymali się kilka stóp od siebie. Głos Toma był pełen czci, a wyraz twarzy poważny. Harry nawet nie drgnął, gdy ręka sięgnęła w jego kierunku i palce pogładziły jego policzek. – Ale to nie zrzuca na ciebie odpowiedzialności, tylko robi z ciebie moje najwspanialsze dzieło. To ja za ciebie odpowiadam, nie na odwrót. – Jego słowa były niemal miłe, gdy wypowiadał je miękkim tonem. – Pomimo wszelkich wysiłków, nie udało mi się cię skazić.
I to właśnie ta cała życzliwość sprawiła, że Harry w końcu pękł. Mógł stawić czoła wściekłości i brutalności, martwym ciałom i miejscom zbrodni, ale nigdy takiemu szczęściu bądź takiej miłości.
— Ale czuję się skażony.
— Tak już czasami bywa z ranami, którymi się dobrze nie zajmie. – W ułamku sekundy Tom jeszcze bardziej się do niego przybliżył, już nie tylko muskając palcami jego policzek, ale całkowicie go otulając. – Mógłbyś ze mną pójść, Harry. Gdybyś chciał.
Harry'emu zaparło dech w piersi, nie mógł złapać powietrza. Nie potrafił oderwać wzroku od Toma.
— Pójść z tobą? – powtórzył. – Nie wybiorę się z tobą na żadną morderczą wyprawę. M-muszę to dokończyć. Musimy to dokończyć.
— Chcesz uratować świat, mimo że ten tylko wykorzystywał twoją dobroć – powiedział Tom. – Chcę cię uratować. A już z całą pewnością wolałbym nie poświęcać cię dla mojej wolności i życia.
Motyle symbolizowały – oferowały – najprzedziwniejsze zbawienie, czyż nie? Bez względu na to, czy było ono chciane, czy też nie. Oczyszczenie przez ogień i krew, szerzącą się śmierć mającą ukształtować jego odrodzenie. Wprawdzie myślał o tym już wcześniej, ale za każdym razem uderzało to w niego równie mocno. Choć wszystkie morderstwa Voldemorta były na swój sposób dziełem sztuki, zawarte w nich motyle przeznaczone były zawsze tylko dla Harry'ego. Miłość, nienawiść, szczęście i wściekłość, wszystko niezmiernie ze sobą pomieszane.
— Przestałbyś zabijać, gdybym z tobą poszedł? – Harry poczuł się nagle niezwykle oszołomiony.
— Nie mogę niczego obiecać – oznajmił Tom. – Gdybym na przykład musiał się z jakiegoś powodu bronić. Ale… na cóż by mi były marne substytuty, skoro mógłbym mieć ciebie?
Harry powinien zakląć, odwdzięczyć się za ostrze, które Voldemort zatopił w jego wnętrznościach. Cokolwiek, ale z pewnością się na to nie zgadzać. Powinni zacząć walczyć i tym razem żaden auror nie wiedział, gdzie przebywa, by przybyć mu z pomocą. Powinien dokonać tej ostatniej ofiary i przeć na przód, mimo że w głębi serca wiedział, że zawsze znajdzie się kolejna sprawa do rozwiązania. Pojawią się naśladowcy. I horkruksy, które musi odnaleźć, jeśli chce raz na zawsze zniszczyć Toma. Ujawnią się nowi zabójcy, który zechcą udowodnić swoją dominację poprzez bezmyślne, pozbawione piękna mordy. Ludzie ciągle będą czegoś chcieli – odpowiedzi lub aby ich uratował. I rzeczywiście zawsze, zawsze znajdzie się ktoś, kogo trzeba będzie uratować, aż w końcu zostaną po nim tylko stare blizny, bandaże i pył. Aż w końcu się złamie.
Gdy przebywał z Voldemortem, nie czuł się, jakby zatruwał wszystkich wokół. I było to tak niesamowicie dobre uczucie. Tom myślał, że jest piękny, zdumiewający. Przypisywał mu całą masę cech, które Harry pragnął w rzeczywistości mieć.
— A jeśli się nie zgodzę, spróbujesz mnie porwać? – Harry uniósł brwi, próbując zachować spokój. – Dla mojego własnego dobra lub coś równie bzdurnego?
— Rozważałem to, jako że sam byłeś tak skłonny mnie uwięzić – odparł spokojnie Tom. – Byłaby to dobra kara… ale nie. W przeciwieństwie do ciebie wolę pozostawiać ludziom wybór niż stawiać ultimatum. Wiesz o tym.
Harry niemal syknął. Jego oczy się zwęziły.
— Ja też wierzę w wybory! To one nas definiują! Ty postanowiłeś zabijać ludzi, a ja zdecydowałem się cię powstrzymać. Nie możesz temu zaprzeczyć!
— Przestań zabijać albo cię zabiję. Przestań zabijać albo odbiorę ci wolność. Rób co mówię albo cię do tego zmuszę. Nie dajesz wyborów, Harry. – Głos Toma był ostry od frustracji, irytacji i tego ciągle żywego niepokoju, który czaił się pod jego maskami. – Wybór to: zabij Barty'ego Croucha i uratuj swojego przyjaciela lub odejdź i uratuj samego siebie. Wybór to: pójdź ze mną lub rób, co tylko chcesz… zauważ jednak, że twoja decyzja wywoła u mnie odpowiednią reakcję. Nie powstrzymuję cię przed dokonywaniem decyzji. Nigdy nie powstrzymywałem. Próbowałem na ciebie wpłynąć, w jakiś sposób cię przekonać. Ale nigdy cię nie uwięziłem, nazywając to wymierzaniem sprawiedliwości.
Tom puścił go w końcu i odsunął się od niego. Zacisnął szczękę, po czym westchnął i potarł skronie.
— To nie twoja wina – przyznał, zdecydowanie zbyt wyrozumiałym tonem. Tonem psychiatry. – Podobnie jak ja, nic nie poradzisz na to, kim jesteś. Mogę oferować ci różne narzędzia i sposoby zasklepienia ran, które zadałeś sobie swoim poczuciem winy, jak zawsze robiłem i będę robił tak długo jak żyję, ale uleczenie ich zależy tylko od ciebie. Tak samo jak przebaczenie.
Harry zmarszczył brwi i owinął się ramionami. Nie przychodziła mu na myśl żadna dobra odpowiedź na te słowa. Coś zacisnęło mu się w gardle.
— Czas spędzony w więziennej celi ze Smethwyckiem naprawdę cię zmienił.
— To nie sprawka Smethwycka – stwierdził Tom, rzucając mu znaczące spojrzenie. – Powiedziałem ci już wcześniej: nie chodzi już o motyle.
Harry opuścił wzrok.
— Ale nigdy nie odpowiedziałeś o co w takim razie.
— Życie, śmierć, piękno – wymienił spokojnie Tom, posyłając mu dziwny uśmiech. – Być może motyle serce?
— No tak, nie chciałbyś przecież zabić horkruksa, jakkolwiek byłoby to kuszące. – Harry'emu ochrypł głos. Motyle serce. Dzwoniło mu w uszach.
— Świat byłby bez ciebie znacznie brzydszym miejscem. – Harry poczuł przypływ emocji, tylko czekających na to, by go pożreć i zatrzymać, póki śmierć ich nie rozłączy. – I wiesz, że mógłbyś być ze mną szczęśliwy – powiedział Tom. – Gdybyś sobie na to pozwolił. – Odwrócił się, podnosząc medalion z podłogi i chowając go do kieszeni. – Uważaj na siebie w takim razie, Harry Potterze. Będę w pobliżu, gdybyś mnie potrzebował.
Odchodził.
Nigdy wcześniej nie przeszła mu nawet przez głowę myśl, że Voldemort po prostu odejdzie. Bez jego śmierci lub choćby wszczęcia walki. Voldemort tak usilnie próbował go posiąść, że fakt, iż teraz odchodził, wydawał się po prostu nie do pomyślenia.
— Szczęśliwy? – Czuł się, jakby ktoś rozpalił pod jego skórą ogień. W ułamku sekundy Harry przebył dzielącą ich odległość i mocno szarpnął Tomem. – Szczęśliwy? – Znów go pchnął. – Pieprz się. Myślałeś, że byłem szczęśliwy? Rozerwałeś mnie na milion drobnych kawałeczków, jakby była to dla ciebie jakieś pierdolona gra. To nie było szczęście, tylko ulga, bo przez jedną cudowną chwilę myślałem, że spotkało mnie w życiu coś dobrego. Że znalazłem coś, na czym mogę polegać.
— A jednak przetrwałeś tę mękę i stałeś się dzięki niej wyjątkowo silny. Nie udało mi się może rozedrzeć twoich fundamentów i odbudować cię całkowicie od nowa, ale i tak sądzę, że wykonałem kawał naprawdę dobrej roboty. – Tom chwycił go za nadgarstki, wbijając paznokcie w jego skórę. – W końcu zdołałeś mi przed chwilą odmówić, mimo że poddanie mi się mogłoby uratować wielu niewinnych ludzi, czyż nie?
Harry zamarł, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. Kręciło mu się w głowie.
— Myślę, że to naprawdę duży przełom w twojej terapii, Harry.
I Tom go pocałował. Gorącym, płomiennym pocałunkiem, który rozpalił każdy cal jego ciała. Kiedy się od siebie odsunęli, Harry dyszał ciężko, jakby się topił, a jego policzki były mocno zarumienione. Kłykcie jego palców pobladły od tego, jak szybko chwycił koszulę Toma.
— Nie – mruknął Tom. Jego oczy błyszczały. – Rzeczywiście nie muszę cię już ratować, mój motylu.
Harry dotknął wolną dłonią warg, czując mocny uścisk w żołądku.
— I to tyle? Zadanie wykonane, potrafi już powiedzieć mi, abym się odpieprzył, zamiast samemu kłaść sobie głowę pod gilotynę, więc mogę go z tym zostawić? Co to jest, kurwa, za terapia!?
— Myślałem, że nie za bardzo doceniasz, jak ingeruję w twoje życie? Że jestem trucizną?
Harry zacisnął mocno szczękę, usłyszawszy to pytanie i opuścił wzrok na swoje wciąż zaciśnięte wokół ubrań Toma palce, powstrzymujące go od odejścia. Oczywiście, że nie chciał tych wszystkich morderstw i tortur, rozpadania się na czyimś progu w środku nocy. Ale jak Tom śmiał namieszać mu tak w umyśle, a potem odejść, jakby nic się nie stało? Praktycznie wyznać mu miłość, a następnie odwrócić się do niego plecami?
— Ja wcale nie… ale to nie w twoim stylu. Nie mieści się w twoim wzorcu zachowania.
— Czy naprawdę ani przez chwilę nie przeszło ci przez myśl, że nie chcę tracić swojego cennego czasu i intelektu na gnicie w więzieniu Smethwycka, który prędzej usmażyłby mi mózg, niż pozwolił, by dobrał się do niego ktoś inny? Próbujesz właśnie zmusić mnie do tego, bym albo spędził swoje życie w więzieniu, albo cię zabił. Nie podoba mi się żadna z tych opcji.
Uścisk, jakim trzymał Toma się wzmocnił, powodując nieprzyjemny ból.
— Więc tak po prostu odchodzisz? Bez żadnych manipulacji, gróźb, oderwanych kończyn, które wylądują za dwa tygodnie na moim progu? – Harry ledwie był w stanie w to uwierzyć. Nie wierzył w to. Voldemort musiał coś planować.
Tom zmrużył oczy.
— Nie mam zamiaru podsycać twoich destrukcyjnych skłonności do zgrywania bohatera przez granie roli złoczyńcy. Albo chcesz, albo nie chcesz ze mną pójść i tyle. Jakiekolwiek inne podejście byłoby w tej chwili głupie i nudne. Jeśli chcesz, możesz dalej wypierać się swojej obsesji, ale nie będę cię do tego zachęcał i nie pozwolę ci zachowywać się, jakby moja dusza była trucizną, którą możesz splunąć mi w twarz. Za bardzo lubię samego siebie, aby coś takiego znosić. Następny ruch należy do ciebie. Daj mi znać, gdy zdecydujesz już, czego chcesz.
W następnej chwili już go nie było.
