Zacznijmy od ogłoszeń parafialnych :) Z wielką przyjemnością ogłaszam, że moja wena wróciła - czas na brawa :) Nie wiem, jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, ale liczę, że jak najdłużej. Trzymajcie kciuki. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy komentowali ostatnie rozdziały, to bardzo wiele dla mnie znaczyło. Przechodziłam małe załamanie nerwowe, bo nagle wszystko mi się zawaliło, lecz już jest lepiej.

Przede wszystkim, dziękuję wszystkim za cierpliwość. Wiem, że czasami po prostu nawalałam z terminami, jakością lub długością rozdziałów, dlatego przy tym starałam się wybitnie i myślę, że wyszedł dość dobrze - przynajmniej dobrze mi się go pisało i jest długi. Co do jego treści, wypowiedzcie się sami.

Kolejna sprawa - jest w końcu ta obiecana rozmowa Harry'ego i Severusa, ale nie jestem pewna, czy "trochę" jej nie zepsułam i czy nie zrobiłam ze Snape'a cioty XD Jeśli tak, to wybaczcie i wiedzcie, że wcale nie miałam tego na celu, po prostu jestem kobietą i dość ciężko opisywać mi uczucia mężczyzn :)

Po kolejne - nie wiem, kiedy pojawi się nowy rozdział. Jeśli życie znów nie zacznie mi się walić, stanie się to za jakiś tydzień. Ale jeśli znów wszystko mi się spieprzy, to nie wiem co powiedzieć... W każdym razie, myślę, że Harry spotka się w końcu z Ronem i Hermioną, więc będę musiała trochę nad tym posiedzieć.

Za jakieś trzy dni pojawi się wersja tego rozdziału sprawdzona przez betę.

Życzę wam wszystkim szczęśliwego nowego roku, samych sukcesów, ogromnej miłości, cudownej przyjaźni i... i może trochę cierpliwości do mnie :)

Toraach - Oryginalności nie można by mu odmówić, ale nie jestem pewna, czy dałabym radę o nim pisać... nie bez zwymiotowania na komputer w każdym razie :)

GP - Jeśli nie lubiłaś Petunii wcześniej, myślę, że po tym rozdziale ją znienawidzisz. Opisując Petunię, staram się ukazać, że ona wcale nie jest do końca normalna - myślę, że można u niej rozpoznać coś w rodzaju psychozy lub rozdwojenia osobowości... a z pewnością okrucieństwo... Czy to będzie próżne, jeśli powiem, że też lubię swojego Remusa XD Dobra, żartuję. Ale tak naprawdę to kocham tę postać, choć w kanonie została tak okropnie obcięta? To chyba dobre słowa. No i jakoś nie widzę Remusa z Tonks - nie ze względu na różnicę wieku, ale po prostu... Uważam, że urok zarówno Remusa jak i Syriusza leżał w tym, że nie mieli nikogo - to tworzyło większy melodramatyzm (do którego mam ogromną słabość) w tych postaciach.

Catharine Maxwell - Spokojnie, myślę, że Harry jednak znajdzie sobie jakąś miłą dziewczynę, lecz to dopiero w dalekiej przyszłości, bo osobiście nie przepadam za romansidłami i z pewnością zniszczyłabym to opowiadanie. Poza tym, zwróć uwagę, że Harry ma dopiero trzynaście lat i jakby nie był dojrzały to nie romanse mu teraz w głowie :)


Remus opuścił salę z mocno bijącym sercem; za kilka minut wszystko miało się wyjaśnić, skończyć cały ten chaos. Przy wyjściu spojrzał prosto w twarz Amelii; z powodu jej rozmowy z Harrym wszystko się opóźniło, ale kiedy tylko kobieta weszła do sali, Remus nie miał wątpliwości, że ich – Harry'ego i Amelii - rozmowa tak naprawdę wydała na Dursleyów wyrok.

- I jak poszło? - zapytał znienacka Harry, sprawiając, że Remus podskoczył gwałtownie.

- Merlinie, Harry, nie rób tak – powiedział Remus, oddychając szybciej.

- Wybacz – rzekł Harry, choć w jego głosie brakowało zwyczajowej empatii, a jego spojrzenie było dziwnie nieobecne.

- Coś nie tak? - zagadnął go Remus, patrząc na swojego podopiecznego z niepokojem. Może nie znał chłopca tak dobrze, jak by sobie tego życzył, lecz wyraźnie dostrzegał, kiedy coś go dręczyło.

- Nie, wszystko jest okej. Chyba po prostu trochę się denerwuję.

- Nie masz czym, Harry, tego możesz być pewien. Amelia nigdy nie pozwoli, żeby Dursleyowie wymigali się od odpowiedzialności za swoje czyny.

- Pani Bones wydaje się bardzo miła – odparł – opowiedziała mi o mamie.

- Prawie o tym zapomniałem. - Remus uśmiechnął się z nostalgią. - W Hogwarcie Marlena McKinnon, Amelia Bones i Lily Evans były nierozłączne; niemal jak słynni Huncwoci.

- Kim jest Marlena McKinnon? - zapytał z ciekawością Harry.

- Była bliską przyjaciółką twojej mamy – uśmiechnął się Remus. - Drogi Lily i Amelii nieco się rozeszły po ukończeniu Hogwartu, ale Marlena i Lily przyjaźniły się do samego końca.

- Co się z nią stało?

- Z Marleną? Zginęła krótko przed twoimi narodzinami. Ona i jej rodzina była bardzo zaangażowana w walkę z Voldemortem. Lily dość ciężko przyjęła wiadomość o jej śmierci. Właściwie wszystkim nam było wtedy ciężko – Marlena była wspaniałą dziewczyną, taką pełną radości. Kochała życie. Miała być twoją matką chrzestną...

- Ale nie zdążyła – domyślił się chłopiec.

- Bardzo byłem zszokowany, kiedy dowiedziałem się, że nie żyje.

- Łączyło cię coś z nią? – zapytał z ciekawością.

Remus spojrzał na niego ze szczerym rozbawieniem.

- Nie, Harry – powiedział po chwili. - Marlena... Cóż, miałem z nią dużo wspólnego... Na przykład oboje lubiliśmy kobiety.

Harry zarumienił się, słysząc te słowa, a Remus zachichotał cicho.

- Więc była lesbijką? - upewnił się.

- Na to wygląda, choć żadnemu z nas nigdy to nie przeszkadzało, ani Huncwotom, ani Lily, ani Amelii. Marlena była wspaniałą przyjaciółką, a zarazem bardzo potężną czarownicą. Jej preferencje seksualne nie miały dla nas żadnego znaczenia.

- Jak zginęła – zapytał cicho chłopiec.

Remus skierował się w stronę ławki i chłopiec poszedł w jego ślady, zajmując miejsce obok mężczyzny. Tak był pochłonięty rozmową z nim, że niemal zapomniał o swoim niepokoju.

- Lily była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, pamiętam to dobrze, bo w tym okresie James zrezygnował z wszelkich misji Zakonu...

- Zakonu? - przerwał mu chłopiec. - Jakiego Zakonu?

- Zakonu Feniksa, Harry. Dumbledore założył go do walki z Voldemortem. Całe nasze towarzystwo do niego należało. Byliśmy młodzi, pełni wiary w słuszność naszej walki. W każdym razie, Lily była w ósmym miesiącu ciąży, a Jamesa nie dało się od niej odciągnąć, tak był przejęty. Bardzo się martwił, czy będzie dobrym ojcem. Ja i Peter byliśmy w odwiedzinach u twoich rodziców. Wiedzieliśmy już, że Marlena i jej rodzina jest w niebezpieczeństwie, ale Lily bardzo chciała się z nią zobaczyć. Black miał ją – z braku lepszego słowa – eskortować w drodze do Doliny Godryka. Spóźniali się i zaczynaliśmy się niepokoić, ale co mogliśmy zrobić? James nie zamierzał opuszczać Lily, a ona nigdy nie naraziłaby twojego życia na niebezpieczeństwo. Peter raczej nie był specjalnie dobry w walce. Mogłem sam sprawdzić, co się dzieje w domu Marleny, ale po pierwsze Lily nie chciała mnie wypuścić, a po drugie był to czas zaraz po pełni i byłem dość mocno pokiereszowany. Na nic bym się tam nie zdał. Wiedziałem, że jeśli doszło do walki, to tylko ciążyłbym Marlenie i Syriuszowi.

- Ale mówisz, że należeliście do Zakonu Feniksa. On musiał mieć więcej członków, dlaczego kogoś nie powiadomiliście.

Remus westchnął cicho i zastanowił się, jak najlepiej wytłumaczyć to chłopcu.

- Czy na historii magii przerabialiście już Pierwszą Wojnę Czarodziejów? - zapytał w końcu.

Harry spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, lecz i politowaniem.

- Na historii magii nie przerobiliśmy dotąd nic, poza wojnami goblinów – odparł.

- No tak – mruknął Remus. - Profesor Binns zawsze miał dość... oryginalne metody nauczania. Musisz wiedzieć, że czasy młodości mojej i twoich rodziców nie były czasem, by pozwolić sobie na zabawę i beztroskę. Wszyscy musieliśmy zbyt szybko dojrzeć i podjąć się walki o świat, który znamy. Życie było wtedy ciężkie, Harry. Choć walczyliśmy do ostatniej kropli krwi, jasna strona przegrywała. Nie tylko sam Voldemort rósł w potęgę. Jego siłą byli wszyscy głupi, młodzi ludzie, których zwabiła wizja bogactwa, władzy i sławy. Kiedy Voldemort zginął tego pamiętnego Halloween... myślę, że stało się to w samą porę, bo nie wiem jak długo dalibyśmy jeszcze radę walczyć. W każdym razie, Zakon był słaby, Harry i nie mogliśmy zajmować jego członków zwykłym niepokojem, bo nie było na to wystarczająco dużo ludzi. Wtedy liczyła się każda sekunda. Moglibyśmy razem z kimś z Zakonu sprawdzić, co się dzieje, lecz jeśli nie działo się nic, ktoś inny, potrzebujący pomocy mógł stracić życie, rozumiesz?

Harry zawahał się. Wydawało mu się, że rozumie, co ma na myśli Remus, lecz jednocześnie wiedział, że by w pełni to pojąć, musiałby sam to przeżyć. A z opowieści Remusa wiedział, że wcale nie chciałby tego zrobić.

- Poza tym, w tamtym czasie nawet gdybyśmy chcieli to zrobić, to nie wiedzielibyśmy, do kogo zwrócić się o pomoc. Każdy miał aż zbyt wiele zajęć, których wymagał Zakon. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Jedynym co mogliśmy, było czekanie, czyli coś najgorszego dla człowieka. Mogliśmy czekać aż nasi przyjaciele wrócą, albo następnego dnia dowiedzieć się, że są martwi.

- To musiało być okropne – mruknął Harry.

- Takie właśnie było – powiedział cicho Remus. - Black wrócił do nas około dwunastej w nocy. Lily przysypiała na ramieniu Jamesa, ale słysząc, że Syriusz się zjawił szybko się rozbudziła. Wszyscy byliśmy pewni, że Marlena jest z nim i po prostu zahaczyli po drodze o jakiś klub; Syriusz bardzo często to robił i niejeden raz przyprawiał nas tym o zmartwienie. Myślę, że kiedy za Syriuszem zamknęły się drzwi i nikt nie otworzył z drugiej strony... myślę, że tak naprawdę już wiedzieliśmy co się stało. Syriusz był nieco podpity, ale wciąż całkowicie przytomny. Opowiedział nam, jak zobaczył nad domem Marleny Mroczny Znak i że widok jej martwego ciało – albo raczej tego, co z niego zostało – będzie go prześladować do końca życia. Lily całkiem to załamało. Wybiegła z pokoju, płacząc i nie chciała z nikim rozmawiać. Zamknęła się w gabinecie twojego taty i nie nikomu nie otwierała. Twój tata siedział pod drzwiami przez kilka godzin, zanim sobie odpuścił i wrócił do nas. Jakiś czas później poszedłem do kuchni lub łazienki - nie pamiętam dokładnie – i usłyszałem jej płacz. Nie wiedziałem, co robić i koniec końców zacząłem mówić do drzwi, z nadzieją, że Lily mnie posłucha. I posłuchała, czym bardzo mnie zaskoczyła. Twoja mama była bardzo, bardzo upartą osobą. Bez wątpienia to właśnie po niej masz ten swój ośli upór, Harry.

Chłopiec uśmiechnął się, słysząc te słowa. Lubił, kiedy Remus porównywał go do mamy – to upewniało go, że odziedziczył po niej nie tylko oczy.

- Wpuściła mnie do środka i pierwszy raz w życiu odbyłem z kimś tak szczerą rozmowę. Mówiliśmy o wojnie, naszych zmartwieniach i priorytetach. Może to naiwne z mojej strony, ale miałem wrażenie, iż Lily naprawdę się przede mną otworzyła. Tak bardzo żałuję, że mogłeś jej poznać, Harry. Jej i Jamesa. Merlin mi świadkiem, że byliby dla ciebie najlepszymi rodzicami na świecie. Niczego by ci z nimi nie brakowało, nigdy nie pozwoliliby cię skrzywdzić. Bardzo cię kochali.

- Czy to głupie, że tęsknie za nimi, choć tak naprawdę ich nie znałem? - zapytał cicho Harry.

Remus przyjrzał się Harry'emu, który z kolei uparcie przypatrywał się swoim kolanom.

- To ani trochę nie jest głupie – odparł Remus.

- Dziękuję ci, Remusie – powiedział nagle chłopiec i spojrzał mu nieśmiało w oczy. - Dzięki twoim opowieściom mam szansę choć trochę ich poznać.

- Nie dziękuj, Harry, to dla mnie czysta przyjemność.

- Nie boli cię to? - zapytał marszcząc lekko brwi. - No wiesz, wspominanie ich.

- Nie, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak kiedyś. Przez te wszystkie lata udało mi się uporać z ich śmiercią. Nie było to łatwe i nie zmniejszyło rany, którą ich odejście we mnie wywołało, ale... ale nauczyłem się pamiętać ten dobry czas, wspominać go z uśmiechem i cieszyć się, że choć tyle było mi dane.

Remus uśmiechnął się smutno i położył dłoń na kolanie Harry'ego. Chłopak wzdrygnął się, lecz nie odsunął, co było ich małym sukcesem.

- Poza tym, wierzę, że oni zawsze będą gdzieś w pobliżu, że będą strzec i ciebie, i mnie, choć w nieco inny sposób, niż robili to za życia.

- Remus?

Głos pana Weasleya sprawił, że i Harry, i Remus podskoczyli nieco. Remus szybko się opamiętał i zwrócił w kierunku Artura spojrzenie swoich bystrych oczu.

- O co chodzi?

- Zaczyna się – odparł mężczyzna, wskazując na drzwi, za którymi znikała większość obecnych w korytarzu.

- Zaraz dołączę – rzekł Remus, a kiedy Artur odszedł, znów zwrócił się do Harry'ego. - Chcesz tam wejść?

Harry zawahał się i przygryzając wargę spojrzał w kierunku drzwi. Wiedział, że za chwilę, za tymi drzwiami ogłoszony zostanie los ludzi, którzy zamienili jego życie w piekło. Naprawdę chciałby mieć odwagę to zobaczyć... ale z drugiej strony, czy naprawdę chciał znów ich ujrzeć? I bez tego co noc dręczyły go koszmary, których w żaden sposób nie był w stanie powstrzymać.

- Nie, myślę, że nie – odparł w końcu, patrząc na Remusa z niepewnością.

- Zostać tu z tobą?

- Daj spokój, idź. Nie jestem dzieckiem.

- Nie wiem, ile to potrwa i tak siedziałeś tu sam dość długo.

- Zostanę z nim – rzekł chłodny głos.

Harry z szokiem spojrzał na swojego nauczyciela eliksirów. Nie był pewien, czy przypadkiem nie otworzył przy tym ust. Czy dobrze usłyszał? Czy Severus Snape, najbardziej znienawidzony przez Harry'ego nauczyciel, właśnie zaproponował, że DOBROWOLNIE spędzi z nim czas.

- Idź, Lupin, inaczej przegapisz wyrok – powiedział mężczyzna z nutą uszczypliwości w głosie. - Doprawdy, nie zabiję Pottera podczas twojej, góra dwudziestominutowej, nieobecności.

Remus popatrzył niepewnie na Harry'ego, który równie niepewnie skinął głową. Nie marzyło mu się spędzenie choćby minuty sam na sam z człowiekiem, który nieustannie rzucał mu kłody pod nogi odkąd tylko go zobaczył, ale Snape miał rację, nie umrze od tego. Poza tym, Remus nie mógł być stale przy nim i Harry doskonale zdawał sobie z tego sprawę, choć nie był tym zbyt zachwycony. Przy Lupinie czuł się naprawdę bezpieczny i kochany, lecz ten nie może do końca życia robić za jego niańkę. Harry musiał zacząć wracać do normalności, spotykać się z ludźmi, mimo że napawało go to strachem.

Remus westchnął – co ostatnio robił niezwykle często – ruszył w stronę sali, gdzie miał zostać ogłoszony wyrok. Znał Severusa i wiedział, jak przykry może być ten mężczyzna. Oczywiście przeszłość jego kolegi z pracy miała w tym swój udział, ale Remus wiedział, że ten argument nie przemówi do Harry'ego, jeśli po usłyszeniu od Severusa czegoś – delikatnie mówiąc – niemiłego, chłopiec będzie przygnębiony. Mógł mieć więc nadzieję, że choć ten jeden raz Severus będzie potrafił zachować się, jak dorosły mężczyzna i odrzucić dawne urazy, które żywił do Jamesa.


Kiedy drzwi za Remusem zamknęły się, na korytarzu zapanowała głucha cisza. Mistrz Eliksirów usiadł w pewnej odległości od Harry'ego, jakby zdając sobie sprawę, że aktualnie potrzebuje on nieco większej przestrzeni, by czuć się komfortowo. Komfortowo... w towarzystwie Severusa Snape'a to słowo miało wręcz komiczny wydźwięk. Mężczyzna miał w sobie coś, co po prostu uniemożliwiało rozluźnienie się w jego towarzystwie. Ale bez wątpienia ta cecha przydawała się mu, by uczniowie czuli do niego respekt.

Harry był całkowicie zaabsorbowany swoimi myślami, więc przerwanie przez mężczyznę ciszy był dla niego dość niespodziewane.

- Niedługo po tamtym Halloween, kiedy Czarny Pan zamordował twoich rodziców pokłóciłem się z Albusem o twoje miejsce zamieszkania – mówił cicho mężczyzna.

Harry spojrzał na niego z zaskoczeniem i jednocześnie nie mógł się w duchu nadziwić, jak inny jest głos mężczyzny, kiedy ten pozbawił go zwykłej ironii i uszczypliwości. Mistrze Eliksirów nie patrzył na chłopca, a w ścianę na przeciw. Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, dlaczego mężczyzna mu to mówi.

- Za młodu byłem bliskim przyjacielem Lily Evans – kontynuował, a jego spojrzenie było niezwykle odległe – jednak później straciłem jej przyjaźń w idiotyczny, typowy dla mnie sposób. Lecz nawet po tym wydarzeniu jej los nigdy nie był mi do końca obojętny, tak jak mój los nie był obojętny jej – wiem to. Będąc przyjacielem Lily nie mogłem nie wiedzieć, jak bardzo gardzi nią jej starsza siostra. Na początku były to zwykłe, z pozoru nieszkodliwe, kąśliwe uwagi, potem docinki Petuni stały się wyraźniejsze, dostosowane do tego, by zadać siostrze ból. Z czasem to wszystko przerodziło się w okrutne dowcipy, przez które Lily znienawidziła swoją siostrę. Kiedy zabito twoich dziadków, Johna i Mery Evansów, Petunia obarczyła winą za to wydarzenie Lily. Owszem, zabili ich Śmierciożercy, ale był to jedynie zbieg okoliczności, nie mający nic wspólnego z samą Lily i jej przynależnością do świata magii. Nie jestem pewien, ale myślę, że na pogrzebie, Lily ostatni raz widziała swoją siostrę. Po awanturze, którą ta jej urządziła, Lily nie chciała mieć z nią nic wspólnego. I z tą wiedzą udałem się do Albusa. Nigdy nie przepadałem za twoim ojcem, ale z Lily łączyła mnie dawna przyjaźń... zresztą, byłeś w tym wszystkim jedynie niewinnym dzieckiem, ale wiedziałem, że ta kobieta tego nie dostrzeże, że będzie traktowała cię tak, jak traktowała młodszą siostrę przez te wszystkie lata, jeśli nie gorzej. Próbowałem zmienić decyzję Albusa, ale tam chodziło o coś więcej i nawet Albus, który jest jednym z najlepszych ludzi, jakich poznałem nie mógł nic na to poradzić. Czarny Pan dopiero co odszedł, nie wiedzieliśmy kto naprawdę mu służył, kto był pod imperiusem. Oddanie cię w ręce czarodziejskiej rodziny było zbyt głupie, zbyt niebezpieczne. Musiałeś zostać z wujostwem, bo tam chroniło cię zaklęcie, magia, której użyła Lily. I magia twojej mamy spisała się na medal – powiedział z goryczą. - To my zawiedliśmy. To my nie przewidzieliśmy, że ta suka pozwoli tak cię skrzywdzić, Potter. Możesz mi nie wierzyć, ale jest mi przykro...

Harry nie wiedział co ma powiedzieć. Przez długą chwilę siedzieli w milczeniu.

- Wierzę panu – powiedział w końcu Harry. Tylko na tyle potrafił się zdobyć.

Po tych słowach żaden z nich już się nie odezwał, a Harry był świadomy, że po prostu wszystko między nimi zostało powiedziane.


- Wizengamot, po zapoznaniu się ze sprawozdaniem Uzdrowicieli prowadzących Harry'ego Jamesa Pottera – mówiła głośno i wyraźnie Amelia – wysłuchaniu zeznań świadków oraz samych oskarżonych i pokrzywdzonego podjął decyzję... - kobieta zawiesiła na moment głos.

W tym momencie miejsce miało kilka rzeczy.

Petunia Dursley uniosła dumnie podbródek, patrząc wyzywająco na każdego, kto odważył się na nią spojrzeć.

Molly Weasley dyskretnie otarła z twarzy kilka łez, których nie zdołała powstrzymać.

Artur Weasley zacisnął dłonie w pięści i starał się oddychać miarowo.

Oczy Albusa Dumbledore'a zamigotały mściwie, lecz wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się ani o jotę – wciąż był śmiertelnie poważny.

Will Carter spojrzał na członków Wizengamotu z nadzieją, że ludzie, którzy tak urządzili jego podopiecznego zostaną należycie ukarani.

Remus Lupin wciągnął gwałtownie powietrze i żadnym sposobem nie był w stanie zmusić się, by wypuścić je z płuc. Czuł, że jego serce bije nienaturalnie szybko, lecz jednocześnie miał wrażenie, iż nie robi tego wcale.

Dudley Dursley zagryzł mocno wargę, aż poczuł w ustach smak krwi.

- Vernonie Dursley – kontynuowała Amelia, zwracając się do otyłego mężczyzny, który patrzył na nią nienawistnie – decyzją Wizengamotu zostajesz skazany na pozbawienie duszy, poprzez pocałunek Dementora. Zbrodnia, której się dopuściłeś jest w oczach Wizengamotu niewybaczalna.

Petunia wbrew sobie zamknęła mocno oczy. Ledwo słyszała krzyki swojego męża, którego wyprowadzała dwójka ludzi. Policzyła w myślach do dziesięciu i otworzyła oczy. Amelia Bones patrzyła prosto na nią.

- Petunio Dursley, nim ogłoszę wyrok, chciałabym zadać ci pytanie, które zadawał sobie cały Wizengamot. Jesteś siostrą Lily Potter, jesteś kobietą i przede wszystkim, jesteś matką... Jak mogłaś pozwolić własnemu mężowi na dopuszczenie się tak haniebnych czynów w stosunku do twojego siostrzeńca? Jak daleko sięgała twoja nienawiść względem siostry, że pozwoliłaś wyrządzić tak ogromną krzywdę jej synowi?

Petunia milczała. Wiedziała, że cokolwiek nie powie – ci ludzie tego nie pojmą.

- Rozumiem – rzekła chłodno Amelia. - Petunio Dursley, decyzją Wizengamotu zostajesz skazana na dożywocie w Azkabanie. Obawiam się, że nikt z nas nie potrafił zrozumieć twoich powodów, pojąć twojej nienawiści.

Remus Lupin w końcu wypuścił powietrze z płuc, które teraz piekły go boleśnie. Czuł też lekkie zawroty głowy, lecz nie przejmował się tym. Teraz to już naprawdę był koniec. Mógł spróbować być z Harrym prawdziwą rodziną.