Rozdział XXXVINie mogła nadziwić się ogromowi piękna wokół siebie. Promienie słońca, odbijające się w śniegu, wyglądały bajecznie, a zamarznięte jezioro oczarowywało tajemniczością i urokiem. Tylko jedna rzecz nie dawała jej spokoju. Niejasne uczucie, że... że nie jest sama, że ktoś ją obserwuje. Gwałtownie odwróciła się do tyłu. Przed oczami mignął jej fragment blond czupryny, momentalnie znikający za pobliskim drzewem. Ruszyła w tamtym kierunku, nawet się nad tym nie zastanowiwszy.
- Co ty tutaj robisz? - syknęła, stając naprzeciwko wysokiego blondyna. Spod jego zimowej szaty wystawał butelkowozielony szalik Domu Węża, a naciągnięta na uszy, czarna czapka kontrastowała silnie z platynowymi włosami.
- Śledzę cię – odpowiedział, nonszalancko wzruszając ramionami. Sprawiał wrażenie całkowicie odprężonego. Opierał się w swobodnej pozie o pień drzewa, a na jego idealnych ustach tańczył wredny półuśmieszek.
- Ach tak? - zapytała, zakładając ręce na piersi i unosząc brew – Można wiedzieć po co? Nie robię nic wyjątkowego, po prostu wracam z chatki gajowego do szkoły.
- Nigdzie nie idziesz. - odparł z tajemniczym błyskiem w oku. W Hermionie natychmiast coś zadrżało.
- Jak to? Idę do szkoły. - z całych sił starała się, by jej głos zabrzmiał pewnie i naturalnie.
- Nie idziesz, bo ja cię nie puszczę. - i znów te iskierki.
W ułamku sekundy chwycił ją i obrócił tak, że plecami opierała się o drzewo.
- Malfoy, puść mnie. Chcę do szkoły, zimno mi – powiedziała, klnąc w uchu na swój drżący głos.
- Nie zamierzam cię puścić... i wcale nie jest ci zimno – rzekł miękko, nachylając się nad nią
- Wca... - zaczęła, lecz nagle zamknął jej usta gorącym, mocnym pocałunkiem. O Jezus, O Boże, O Matko, O Anieli i Święci... Miała wrażenie że wszędzie dookoła wybuchają fajerwerki. Jeden po drugim, we wszystkich kolorach tęczy.
Zanim się nad tym zastanowiła, zaczęła odwzajemniać pocałunek z podobnym zaangażowaniem. Każdy jej nerw płonął pożądaniem. Tak dawno nikt jej nie dotykał, tak dawno nikt nie... Och! Jęknęła, gdy chłopak delikatnie przygryzł jej dolną wargę. Przywarła do niego mocniej i nagle nie mogła przypomnieć sobie, co to znaczy „zimno". Zdawało jej się, że wszystkie warstwy ubrań między nimi są całkowicie zbędne – płaszcze, swetry, szaty... Chciała być bliżej, jeszcze bliżej, jak najbliżej, aż do samego końca...
- Jeśli pozwolisz... - szepnął chłopak zmysłowo do jej lewego ucha - ...przenieśmy się do mojego dormitorium.
Och, tak. Już miała powiedzieć to na głos, gdy...
Jezusie panie, ależ ją bolał kark! Pech chciał, że zasnęła w dość niewygodnej pozycji i... zaraz, zaraz. Czemu ma rumieńce na twarzy? Czemu miękko jej w kolanach, a w brzuchu fruwa stado motyli?
Niech to szlag, znowu śniła o Malfoyu!
Kurwa mać!, pomyślała, niezbyt kulturalnie, bezradna wobec swojej podświadomości. Takie sny zawsze wytrącały ją z równowagi, a ostatnimi czasy zdarzały się jej coraz częściej...
Rozdrażniona wstała z łóżka, ubrała się w zawczasu przygotowany, schludnie złożony na szafce nocnej komplet, po czym zwlekła się na śniadanie, po drodze budząc drzemiącą słodko Lavender.
Przez ostatnie dni Hermiona unikała Malfoya na wszelkie możliwe sposoby. Podczas lekcji zajmowała miejsce jak najbardziej oddalone od jego ławki, na posiłkach zawsze siadała plecami do ślizgonów, na zajęcia chodziła bocznymi korytarzami. Kontaktowali się tylko przy okazji „przekazywania dziecka" tej „drugiej stronie". To wszystko. Nawet nie wymieniali się uwagami na temat pogody, ani...
Po prostu nic.
Tylko w snach uparcie nie dawał jej spokoju.
***
- Myślę, że czas już zakończyć waszą próbę. Półtora tygodnia to wystarczająco długo – profesor Scotwood z niejaką satysfakcją odnotowała wyraz ulgi, malujący się na twarzach uczniów – Jak wspominałam: przez cały okres opieki nad dziećmi byliście obserwowani. Z dumą stwierdzam, że każda z par ukończyła eksperyment z wynikiem Powyżej Oczekiwań... - po klasie przebiegł szmer zadowolenia. Hermiona w ostatniej chwili zapanowała nad odruchem spojrzenia w stronę swojego partnera – Nie, wróć... wkradł się błąd. Wszyscy, z wyjątkiem panny Granger i pana Malfoya, którzy otrzymują Zadowalający.
- Słucham? - odezwała się Gryfonka z mieszanką oburzenia i przerażenia.
- Obserwacje wykazały, że za mało czasu spędzaliście rodzinnie.
- Znaczy... wszyscy razem? - upewniła się, tak na wszelki wypadek. Faktycznie, poza zimowym spacerem ani razu nie przebywali we troje... Pani profesor przytaknęła.
- Informuję, że wraz z wystawieniem ocen, wasze eksperymentalne dzieci znikną. Zanim zadasz jakiekolwiek idiotyczne pytanie, panie Weasley: tak, po prostu znikną. Niemowlęta te były wynikiem bardzo skomplikowanego zaklęcia, które w dowolnym momencie można odwołać. Prawdopodobnie kiedy wrócicie do dormitoriów po zajęciach, dzieci już tam nie będzie. Czy są jakieś pytania?
Wszyscy milczeli jak zaklęci. Hermiona bardzo, bardzo chciała spojrzeć na Malfoya, jednak uparcie wlepiała wzrok w swoje dłonie ułożone na ławce. Nie mogła, nie mogła, nie mogła...
Spojrzała.
I on też patrzył.
Po raz pierwszy od wielu dni nawiązał się między nimi jakikolwiek kontakt i... Och, Merlinie, czemu on jest taki przystojny? Czemu patrzy się na mnie tak, jakby chciał spytać mnie o coś bardzo, bardzo ważnego? Czemu, do jasnej cholery, ma takie kształtne usta?!
Gdy zadzwonił dzwonek, dziewczyna pierwsza wypadła z klasy, jakby goniło ją stu diabłów. Wiedziała, że gdyby zwlekała choć chwilę dłużej, choć odrobinkę... - zagadałby do niej. A ona nie wiedziałaby, co mu powiedzieć, bo z dnia na dzień coraz bardziej za nim tęskniła, jednak tego powiedzieć mu nie mogła. Była w kropce.
I jeszcze te sny, które tylko dodatkowo mieszały jej w głowie! Czułą coś do Malfoya i absolutnie nie miała pojęcia co z tym fantem zrobić. Spalić, zniszczyć, zadeptać w drobny mak – to podpowiadał rozsądek, i to właśnie starała się zrobić od dobrych kilku dni. Kiepsko jej to wychodziło...
***
- Unika mnie. - oznajmił Malfoy, siedząc w swoim dormitorium wraz z Waleriją i Zabinim.
- No wiesz, jakby nie patrzeć trochę na nią ostatnio spadło... - zaczęła Rosjanka łagodnie, po czym lekko się uśmiechnęła - Nadal nie mogę uwierzyć, że ona pomyślała, że ja i ty... Nie, to jest po prostu niedorzeczne! - pokręciła głową w całkowitym niedowierzaniu, na co Draco zareagował jedynie uniesieniem prawej brwi. Słyszał tę gadkę już setny raz.
- Ja mam pomysł. - wtrącił się Blaise, z miną Archimedesa.
- No, dawaj geniuszu. - rzucił Malfoy, nie robiąc sobie jednak większych nadziei. Owszem, Zabini bywał pomocny, ale niektóre jego pomysły były po prostu rekordowo niepoważne.
- A może być ją tak... poderwał, co?
- Że słucham?! - jasne brwi ślingona powędrowały niemal do samej linii włosów, w wyrazie permanentnego zaskoczenia.
- No, wiesz... poderwał, tak po prostu. Jak dziewczynę. - począł tłumaczyć brunet, gestykulując żywo.
- Ej, to może nawet nie jest takie głupie! Chyba wiem co masz na myśli, Diable. - rzekła Walerija, której oblicze rozjaśnił śliczny uśmiech.
- Za to ja nie mam pojęcia. - mruknął Draco z irytacją. Jak to: poderwać Grager. Tak po prostu, tak zwyczajnie? Ale przecież... ona nie byłą zwyczajna! ONI ni byli zwyczajni!
- Myślę, że Blaise próbuje ci powiedzieć, że za bardzo skupiasz się na waszych problemach z przeszłości. - zaczęła czarownica, w lot podchwytując inicjatywę Zabiniego - Może spróbuj potraktować ją jak zwyczajną dziewczynę – i tak też ją poderwij. Powiedz jej, że ładnie wygląda, podrzuć jej liścik do torby... nie wiem jak się to robi u was w Anglii, ale akurat ty chyba nigdy nie miałeś trudności ze zdobywaniem dziewczyn, co, Draco?
Malfoy zamyślił się głęboko. Właściwie był to jakiś plan... Skoro podoba mu się Granger, a Granger jest kobietą, to czemu nie potraktować jej jak... po prostu jak kobiety? Ale to by wymagało publicznych poświęceń. No i pewnie mocno nadwyrężyłoby to jego reputację... albo i nie, zależy jak to rozegrać.
Bądź co bądź Malfoy był dobry w tym fachu. Wiedział CO zrobić, KIEDY, i JAK to zrobić. Kilka szelmowskich półuśmiechów rankiem; jakiś subtelny podtekst w samym środku lekcji; z pozoru niewinny, przypadkowy dotyk pod wieczór... niemal na sto procent nie będzie mogła przez niego sypiać po nocach.
Ale czy aby na pewno? Czy Granger zaliczała się do grupy dziewcząt, na które działają „tradycyjne" chwyty? Czy przypadkiem ta mała, dumna kujonica nie wymaga czegoś bardziej... wyszukanego? O tak, czegoś uroczego, co jej zaimponuje, ale nie zaskoczy na tyle, by mogła mu odmówić...
Z wolna w chytrym umyśle Draco Malfoya – mistrza podrywu i naczelnego łamacza niwieścich serc – zaczął kształtować się plan.
***
- Hej, Granger! - zawołał za nią, kiedy minęli się w drzwiach Wielkiej Sali. ***
- Spieszę się. - odparła tylko, po czym próbowała przemknąć obok, jeszcze niżej pochylając głowę. Załapał ją za ramię.
- Och, daj spokój, nigdzie się nie spieszysz. Zajęcia zaczynają się za dobre pół godziny. Nie możesz poświęcić mi chwilki?
Dziewczyna niechętnie odwróciła się w jego stronę. Nie była gotowa do rozmowy z nim. Ciągle nie mogła otrząsnąć się ze swoich snów, a gdy tylko spoglądała na jego twarz, momentalnie oblewała się rumieńcem. To było takie żałosne!
- Niech ci będzie, ale streszczaj się. Muszę zanieść książki do biblioteki. - Nie kłamała. Faktycznie w jej ramionach spoczywał cały stos rozmaitych lektur, które w dodatku nie wyglądały na lekkie.
Malfoy zamilkł na chwilę, zastanawiając się jak ubrać swoje myśli w słowa. Ostatecznie postanowił uczynić to na najprostszy z możliwych sposobów:
- Umów się ze mną.
- Że co proszę? - spytała zszokowana. Czyżby się przesłyszała?
- Chodź ze mną na randkę. Zwykłą, tradycyjną randkę. To żaden podstęp, przyrzekam na moje nazwisko...
- Nie no, ja chyba śnię! - jęknęła zrozpaczona. Czemu stawiał ją w takim położeniu? I co ona miała niby teraz zrobić?
- Granger, nie śnisz. Ja mówię poważnie: zapraszam cię na randkę. A potem... sama zdecydujesz, co będzie potem. Tylko poświęć mi jeden wieczór.
- Ale ja nie wiem... nie jestem pewna czy...
- Jedna randka, Granger – zastrzegł, wbijając w nią roziskrzone spojrzenie. Stał blisko, odrobinę zbyt blisko. Miała wrażenie, jakby każdy nerw w jego ciele NALEGAŁ na jej twierdzącą odpowiedź. Merlinie, jaki on potrafił być przekonujący, kiedy chciał! - Nie daj się prosić.
- Musz... - zaczęła, ale przerwała by przełknąć ślinę. Do diabła, dlaczego miała takie wysuszone gardło? - Muszę to przemyśleć.
- W porządku, poczekam. - odrzekł, postanawiając wejść w rolę dżentelmena, choć jego żołądek zawiązał się w supeł z niepokoju. Co, jeśli odmówi? Wtedy... wtedy dupa blada. - Ale nie za długo. - wyszeptał jej do ucha, pochylając się gwałtownie. W jednej sekundzie jej nozdrza zaatakował intensywny zapach cytryny, lecz nim zdążyła otrzeźwieć, chłopak stał już wyprostowany.
- I daj mi te książki, zaniosę je za ciebie. - odebrał jej lektury, kurtuazyjnie nie zwracając uwagi na jej przeczące kręcenie głową, po czym obrócił się w miejscu i odszedł z szumem szat.
Tak, czy nie? Nie, czy tak? Matko święta, co on ze mną wyprawia!
Rozumiał jednak, że ktoś pokroju Hermiony Granger musi propozycję randki przeanalizować pod każdym możliwym kątem, nim w końcu łaskawie ową propozycję przyjmie lub też nie. Cholerna kujonowatość, zawsze krzyżowała mu plany!
Swoją drogą – ciekawe jak trudno rozkochać w sobie kujonkę. Pewnie wymaga to cierpliwości... Kiepsko, Malfoy nigdy nie był zbyt cierpliwy. Dla niej jednak zrobi wyjątek.
Poza tym miał dziwne przeczucie, że się zgodzi. Jakże mogłaby mu odmówić, po tym jak wykazał się istnym heroizmem oddając za nią książki?
Zgodzi się.
Zgodzi się.
Zgodzi się, powtarzał w myślach jak mantrę, krocząc korytarzem w kierunku sali do Eliksirów.
Malfoyowie zawsze dostają to, czego chcą, prawda? Malfoyom się nie odmawia, prawda? Malfoyowie nie proszą, a biorą... Prawda?
