No wiecie co. Takie rzeczy w internecie przed dwudziestą?

Niebo gwiaździste nade mną. Prawo moralne we mnie. Autorskie u autorki


14. Pokój był pusty. Pusty i ciemny.

Mimo to weszłam do środka, oczywiście zapaliwszy wcześniej światło. Pam powiedziała mi ostatnio, że zwykle wraca dopiero przed świtem. Co do Erica, nie mam pojęcia, co go zatrzymało. Prawdę mówiąc nie widziałam go odkąd poszłam na rozprawy, musiał mieć coś do zrobienia tego wieczora, bo nie było go również u królowej.

Nagle wszystko było takie proste. Mogłam dotrzymać swojej obietnicy i jednocześnie uniknąć najbardziej krępującego momentu w całej tej sytuacji. Aby osiągnąć sukces, musiałam zrobić tylko jedno: szybko zasnąć. Wbrew pozorom, nawet biorąc pod uwagę lekko podniesiony poziom adrenaliny, który zyskałam dzięki nerwowemu oczekiwaniu na to, co zastanie mnie za drzwiami, po wszystkim, co wydarzyło mi się tego dnia, nie było to zadanie przedstawiające jakiś szczególny problem.

Skorzystałam z mikroskopijnej łazienki, która pomimo swojej kompaktowości na szczęście była w pełni funkcjonalna (mam nadzieję, że ubikacja działała ze względu na standardy budowlane albo z myślą o ciepłokrwistych gościach, bo nie chciałam się zastanawiać, co też takiego mogłyby spuszczać do kanalizacji pozbawione większości funkcji życiowych wampiry). Wymycie zębów było pewnym wyzwaniem, bo oczywiście nie miałam ze sobą swojej szczoteczki, ale znalazłam w wiszącej koło lustra szafce jakąś próbkę pasty (i znów zadałam sobie pytanie, dla kogo została tam umieszczona). Podkradłam też trochę jaśminowego żelu kąpielowego, w którym zgadywałam własność Pam.

Po krótkim namyśle przywłaszczyłam sobie kolejną sztukę ubrania Erica, tym razem w postaci podkoszulki. Wydawała się wygodniejszym strojem do spania, niż ciuchy, które wcześniej miałam na sobie. Pościeliłam łóżko (była to surrealistycznie domowa czynność). Zgasiłam światło. Nawet poskładałam ubrania w kostkę. Na koniec grzecznie wpełzłam pod okrycia. Misja ukończona. Wystarczyło zamknąć oczy i odpłynąć. I tak właśnie zrobiłam. Nie minęło dziesięć minut, zanim zapadłam w błogą nieświadomość.

Oczywiście, plan byłby solidniejszy, gdybym miała opracowaną linię postępowania na wypadek, jeśli Eric postanowi zakłócić mój spoczynek.

Nie wiem, ile czasu spałam, ale kiedy się obudziłam musiała być jeszcze noc, bo powróciłam do rzeczywistości, w której leżał obok mnie na łóżku, a jego ramiona właśnie zamykały mnie w uścisku. Pocałował mnie w kark. W szyję. W policzek. Ostatni z serii pocałunek wylądował na dolnej części mojego ucha i miał w sobie coś z uszczypnięcia. Na wpół świadomie sięgnęłam ręką i zanurzyłam palce w jego długich, śliskich włosach niezdarnie przygarniając jego głowę. Powinnam być na niego wkurzona, że mnie obudził. Nie byłam. Senność sprawiła, że mój leniwy umysł nie zdążył zamienić się w nerwową galaretę, zanim zabiegi Erica zdziałały wystarczająco dużo, bym stwierdziła, że nie mam pojęcia, skąd wpadłam na pomysł, że dobrowolne zakradanie się do pokoju i łóżka Erica mogłoby być w jakiś sposób nienaturalne.

Senność – która wyparowała w momencie, gdy Eric przesunął koniuszkiem języka wzdłuż tętnicy u załamania mojej żuchwy, w miejscu, w którym zwykle sprawdza się puls.

- Sookie – powiedział miękko w moją szyję. Sam jego głos posłał przyjemny dreszcz poprzez moje wnętrzności. – Jesteś tu.

Był w bardzo, bardzo dobrym humorze. O dziwo, nie tylko w eufemistycznym znaczeniu tego określenia.

- Czekałaś na mnie – stwierdził tonem, w którym mieszało się samozadowolenie i lekkie wyzwanie.

Brzmiał, jakby chciał, żebym się odezwała i potwierdziła jego słowa. Uśmiechnęłam się bezwiednie, kiedy uświadomiłam sobie, że w wydaniu Erica był to najprawdopodobniej najbliższy odpowiednik ekspresji niepewności i poszukiwania czyjejś aprobaty, jakiego kiedykolwiek miało mi dane być świadkiem.

Jego ręce i usta błądziły po moim ciele muskając mnie co chwilę w różnych miejscach najlżejszym z dotknięć, podczas gdy czekał na moją odpowiedź. Było to niebiańskie uczucie. Ze wstydem muszę przyznać, że jedyne, co byłam w stanie pomyśleć, to: Mam nadzieję, że to nie sen.

- Mhmmm – wymamrotałam.

Najwidoczniej nawet ta marna wypowiedź wystarczyła, bo przysunął się do mnie jeszcze bliżej i poczułam, jak odpręża się całkowicie, a jakiekolwiek napięcie, które pozostawało w nim do tej pory, rozpływa się w radosnym podnieceniu. W tej chwili zdałam sobie w pełni sprawę z intensywności jego pozytywnego nastroju i pojęłam, jak należy go rozumieć: Eric był szczęśliwy.

- Wyglądasz jak podarunek – szepnął mi do ucha. - Czy powinienem go rozpakować?

Coś mówiło mi, że Eric rozpakowywał swoje prezenty z podobnym entuzjazmem – i mniej więcej tą samą metodą – co dziecko zrywające kolorowy papier z gwiazdkowych pakunków.

Wzięłam głęboki oddech. Raz jeszcze, po raz ostatni, zapytałam się, czy jestem pewna, że to dobry pomysł i czy nie powinnam go zatrzymać (o ile w ogóle było to jeszcze możliwe). Próbowałam zbadać swoje uczucia i spodziewałam się, że znajdę tam zwykłe ociąganie, niepewność i obawy – do diabła, próbowałam nawet przywołać je celowo – ale nic takiego nie nastąpiło. Żadnego dramatycznego zwrotu akcji. Żadnej porażającej myśli, która przyniosłaby szybkie otrzeźwienie. Żadnych łamiących serce wątpliwości. Nic. Zero.

Jeśli miałabym się skoncentrować na tym, co w tej chwili czułam, byłoby to dalekie od niechęci.

Moja zdolność do logicznej analizy szybko topniała pod wpływem pieszczot Erica. Do wszystkich moich uczuć dołączyła niecierpliwość wraz z rosnącym pożądaniem.

Nie można być niewolnikiem swojej silnej woli – szepnęło mi nagle błyskotliwie moje libido przypominając zasłyszaną gdzieś kiedyś frazę.

Przetoczyłam się na bok unosząc się na łokciu i spotkałam spojrzenie Erica.

- Jak inaczej chcesz sprawdzić, co jest w środku? – zapytałam z największą powagą, na jaką było mnie stać.

Eric warknął i pchnął mnie mocno, tak że przewróciłam się na plecy. Krzyknęłam i zaczęłam się głośno śmiać. W mgnieniu oka był na mnie.

- Możesz być pewna, że sprawdzę, co jest w środku – powiedział. - Wiem dobrze co powinno być w środku.

I pocałował mnie głęboko.

Daję głowę, że wydałam jakiś zadowolony odgłos. Moje ręce powędrowały na jego plecy i zaczęły wyciągać jego koszulę ze spodni. Eric szybko przejął moje zadanie i zanim się spostrzegłam, koszula pofrunęła gdzieś w kąt pokoju, z przynajmniej połową pourywanych guzików. Cóż, prawdę mówiąc dziwiłam się, że przetrwały tak długo, biorąc pod uwagę ile razy były ostatnio w tę i z powrotem przepinane. W chwilę później moje ubrania (składające się z podkoszulki Erica i bielizny) podzieliły los błękitnej koszuli. Dało mi to okazję do schwytania oddechu, bo Eric musiał przerwać pocałunek.

Zatrzymał się na chwilę i odsunął się ode mnie.

- Moja Sookie – powiedział.

Jakaś część mnie, być może z czystego przyzwyczajenia, chciała fuknąć i zaprotestować, ale ugryzłam się w język i kazałam jej siedzieć cicho.

Jego oczy ześliznęły się po moim ciele i zdałam sobie sprawę, że mnie ogląda. Widział mnie już w różnym stopniu roznegliżowania, ale – uświadomiłam sobie – w jego pamięci nie zachowało się wspomnienie mnie całkowicie rozebranej. W pewnym sensie był to dla niego pierwszy raz ze mną.

Leżałam więc przed nim naga, całkowicie odsłonięta, a przyspieszony oddech poruszał moim biustem, podczas gdy Eric chłonął każdy detal mojej postaci i wiedziałam, że powinnam czuć się nieco zawstydzona, ale nie pozwalało mi na to to, co widziałam w jego twarzy i czułam we krwi: pragnienie i zachwyt. Kiedy facet z prezencją i charyzmą Erica patrzy na ciebie w ten sposób, trudno mieć niską samoocenę.

Pożerał mnie wzrokiem. W końcu jego spojrzenie powróciło do moich oczu.

- Jesteś piękna – powiedział ochryple.

Znowu to zrobił. Cholera. I wiedziałam, że w to wierzy.

Jego pożądanie uderzyło mnie z taką siłą, że temperatura mojego ciała podskoczyła natychmiast o kilka stopni. Miałam wrażenie, że dotyk jego spojrzenia jest niemal fizyczny i samo ono wystarczało, by moje piersi nabrzmiały, a mięśnie brzucha napięły się. Nozdrza Erica drgnęły i wiedziałam, że czuje zapach mojego pragnienia. Jego kły połyskiwały blado. Wyciągnęłam do niego ręce. Nigdy w życiu nie chciałam nikogo bardziej.

- Chodź do mnie – powiedziałam.

Pochylił się nade mną powoli bez słowa i powrócił do pocałunku w miejscu, w którym go przerwaliśmy. Jego ręce zaczęły mnie badać niespiesznie i należną uwagą, jak smakosz rozkoszujący się rarytasem, chociaż w powietrzu wisiało napięcie tak gęste, jakbyśmy lada sekunda mogli się na siebie rzucić. Ja ze swojej strony z ochotą zabrałam się za odnawianie znajomości z jego perfekcyjnym ciałem. Wkrótce spodnie Erica zaczęły mi wchodzić w drogę, ale sytuacja ta nie trwała długo, bo zaraz potem tajemniczo zniknęły. Nie jestem nawet pewna, które z nas ponosiło za to większą odpowiedzialność. Westchnęłam z zadowoleniem, kiedy nareszcie nic nas nie dzieliło.

Nie wiem, czy za przyczynę należało tu uznać moją niedoskonałą pamięć, poprawę zdolności Erica wraz ze zdjęciem zaklęcia Hallow, czy też może spotęgowanie doznań poprzez ich wzajemne odbijanie się w więzi krwi, ale wydawało mi się, że nigdy nie czułam przyjemności tak wielkiej, jak ta, ku której zmierzała ta noc. Byłam w jego rękach jak rozgrzany wosk. Wystarczyło kilka minut, by wszystkie moje zakończenia nerwowe iskrzyły prądem, a napięcie budujące się w podbrzuszu zaczęło być bolesne.

- Eric – wydyszałam.

Kusił mnie. Grał ze mną. Przebiegał po mojej skórze palcami z precyzją eksperta, doprowadzając do szaleństwa, ale nie dając ulgi, dotykając wrażliwych miejsc, ale unikając najwrażliwszych. Gładził, muskał, napierał, całował, ssał, masował, drażnił. Wbiłam paznokcie w jego barki i przejechałam nimi po całej długości jego pleców, poprzez pośladki, kończąc na udach. Jęknął, ale udało mu się zachować kontrolę. Chciałam, żeby przestał mnie dręczyć. Widziałam i czułam, jak bardzo odwzajemnione jest moje pragnienie, ale mimo to skazywał nas oboje na tę torturę. Chciałam go już, teraz, natychmiast!

Oblizał moje ucho.

- Chcesz mnie? – zapytał, jakby nie znał odpowiedzi. Jego głos zdradzał, ile wysiłku wkłada w powstrzymywanie się przed przejściem do rzeczy.

Rzuciłam się jak ryba w sieci, ale przytrzymał mnie swoim ciężarem. Jego dłonie kreśliły niewidzialne wzory na moich piersiach. Ta część mnie nadal cieszyła się nieodmiennym uznaniem Erica. Dmuchnął na moją wilgotną skórę zimnym powietrzem.

- Potrzebuję cię – odpowiedziałam. Mój głos nie był w lepszej kondycji niż jego. Mogłabym przysiąc, że obniżył się prawie o oktawę.

Eric uśmiechnął się leniwie i drapieżnie zarazem. Jego kciuk okrążył mój lewy sutek, a kolana rozsunęły szerzej moje uda. Natychmiast oplotłam go nogami pozwalając mu poczuć jak bardzo jestem rozpalona. Poruszyłam się pod nim sprawiając, że oboje syknęliśmy z rozkoszy, ale w tym momencie cokolwiek wydawałoby się niewystarczające, dopóki nie był w moim wnętrzu.

- Eric, już! - zakwiliłam.

Opuścił usta na moją wolną pierś, podczas gdy jego lewa ręka powędrowała pomiędzy nas i przez chwilę wydawało mi się, że wreszcie przestał mnie zwodzić, kiedy jego palce, wargi i język dawały mi rozkosz i pracowały jednocześnie nad doprowadzeniem mnie na skraj orgazmu (co nie trwało długo), ale wtedy nagle, kiedy już, już czułam jak zaczyna wstrząsać mną wyczekiwany dreszcz, Eric cofnął rękę i podniósł głowę. Wydałam głośny okrzyk protestu i przycisnęłam się do niego, by odzyskać kontakt, ale nie dawał mi zbyt dużego pola manewru. Przyciskał mnie do łóżka i ani drgnął. Był ode mnie znacznie silniejszy. Jęknęłam zdezorientowana i sfrustrowana.

- C-co ty robisz? – wydusiłam w końcu.

Uśmiechał się do mnie.

O-o. Ani trochę nie podobał mi się ten uśmiech.

Prawdę mówiąc, mogę się założyć, że sam diabeł uśmiecha się bardziej dobrodusznie.

- Mszczę się – powiedział.


I co też Eric znowu wymyślił i dlaczego upiera się, że to dobry pomysł? Cóż, przynajmniej wreszcie wylądowali w odpowiedniej scenerii.