Rozdział 38

EDWARD

Minęło już kilka dni odkąd Bella wyjechała. Przez ten czas ani ja, ani Gabryś nie mieliśmy od niej żadnych wiadomości. Nie wiedzieliśmy, co się z nią dzieje. A ja nawet nie wiedziałem gdzie jest. Martwiłem się i nie było nawet chwili, bym o niej nie myślał. Była tylko Bella, Bella, Bella i nic więcej.

W ciągu tych kilku dni, zdążyłem zapoznać się bliżej z Gabrielem. Okazał się naprawdę spoko gościem. Dogadywałem się z nim bez problemu, natomiast Alice, która wróciła ze swojej podróży dookoła świata z Jasperem, nie trawiła go tak jak Rosalie. Wydaje mi się, że to przez jego żarty i docinki. Jednak prawda jest… w sumie nie wiem jaka, bo nie zaglądam do ich myśli.

Dzięki temu, że więcej czasu spędzałem z Gabrielem, dowiedziałem się o niej więcej. Jak wyglądało jej życie kiedyś. Nie wydaje mi się, że Bella powiedziałaby mi o tym, a Gabriel zrobił to ot tak. Byłem mu za to wdzięczny, mam wrażenie, że może kiedyś zaprzyjaźnię się z nim.

Wróciłem do domu po całym dniu spędzonym w szkole. Nudziłbym się tam cholernie, lecz Gabriel potrafił urozmaicić dzień. Jakieś docinki do Newtona, czy też podteksty seksualne skierowane do Lauren lub masa innych rzeczy. Kazał mi też wrzucić na luz i starałem się to zrobić, aczkolwiek jeszcze trochę opornie mi to szło.

W domu… wolałem nikomu nie podpadać, bo w ostatnim czasie za dużo sobie nagrabiłem. Zamknąłem się w swoim pokoju, jak co dzień i słuchając muzyki, pogrążałem się w swoich myślach. Czas płynął i płynął, a ja nie zwracałem uwagi na to, co się dzieje dookoła mnie. Ściemniało się, słońce zachodziło, nastawała noc, potem znowu był wschód i czas do szkoły. I tak wyglądał mój dzień. Rutyna. Nic ciekawego się nie działo, a ja pogrążałem się w myślach o Belli. Zastanawiałem się jak naprawić to, co tak pięknie zniszczyłem. Ale tak myśląc i myśląc cały czas, na nic jeszcze nie wpadłem.

Był już wieczór i słuchałem właśnie Debbusiego, gdy usłyszałem ciche pukanie do balkonowych drzwi. Podniosłem się z kanapy, na której leżałem i poszedłem je otworzyć. Za nimi stał Gabriel. Wyglądał na trochę zmieszanego, co było dziwne w jego przypadku, więc szybko wpuściłem go do środka.

– Cześć.

– Cześć. Coś się stało? – Spytałem i wskazałem na sofę, by usiadł.

– Eh, powiedzmy. Lecz wiedz jedno, przychodząc tu i mówiąc ci, to co ci zaraz powiem, narażam trochę swoją dupę, ale mniejsza z tym. Chodzi o Bellę… – powiedział, a ja spojrzałem na niego ze strachem.

– Stało jej się coś? – Spytałem przerażony. – Mów do cholery!

– Nic jej nie jest, tylko po prostu… – spojrzał mi prosto w oczy, a jego niebieskie tęczówki, były intensywnie we mnie wpatrzone. – Edward… jedź do niej. – Powiedział, a ja nie miałem pojęcia co mu odpowiedzieć.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – Spytałem w końcu.

Spojrzał znowu na mnie, w swoich myślach usłyszałem rozmowę jego z Bellą. Jej zapłakany głos wypełnił moją głowę.

Gabryś, ja tak bardzo za nim tęsknię. Tak bardzo mi go brakuje. Chciałabym się do niego przytulić. Poczuć się bezpiecznie w jego ramionach. Pocałować. Gabryś… ja tak bardzo go kocham."

Nie spodziewałem się usłyszeć czegoś takiego. Przynajmniej nie teraz.

– Kochasz ją? – Spytał.

– Tak.

– To jedź do niej.

ҖҖҖ

Siedziałem w samolocie lecąc do Belli. Dzieliło mnie od niej jeszcze kilka godzin, ale czułem, że wszystko będzie dobrze, że się uda. Nie przypuszczałem, iż Gabryś mi pomoże, a pomógł i to bardzo. Nie tylko w sprawie Belli, ale także w sprawie ludzkiej. Wyglądałem teraz jak człowiek, mogłem jak on egzystować. Mogłem w większej mierze pożegnać się z życiem wampira. Ale to nie moje życie mnie teraz interesowało. Interesowała mnie Bella.

Gnałem przez śpiące miasto do miejsca, w którym powinna być Bella. Nie wiedziałem gdzie jestem i nie miało to dla mnie znaczenia. Chciałem już przy niej być.

Stanąłem przed masywnymi drewnianymi drzwiami, delikatnie w nie pukając. Z każda kolejną chwilą denerwując się coraz bardziej. Moich uszu dobiegło otwieranie zamka, a potem skrzypnięcie i drzwi się otworzyły. Bella stanęła przede mną, taka krucha i delikatna. Z zapłakanymi oczami patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Wpatrywaliśmy się w siebie oboje. Nie wiem ile to trwało. Minuty, może godziny. Żadne z nas nie wiedziało co zrobić, aż w końcu oboje wpadliśmy sobie w ramiona.

BELLA

Wyjechałam z Forks, bo… właściwie nie wiem czemu, ale teraz wiem, że źle zrobiłam. Myślałam, że tydzień, czy dwa nic nie zmieni. Nic się nie stanie. Myliłam się. Już pierwszego dnia zatęskniłam za Edwardem. A im więcej czasu minęło, tym bardziej mi go brakowało i nie umiałam sobie z tym poradzić. Siedząc wieczorami sama w mieszkaniu, ogarniała mnie taka cholerna samotność, a łzy wtedy bez mojej wiedzy płynęły po policzkach. Musiałam jakoś pozbawić się tych wszystkich emocji, a płacz wydawał się najbardziej odpowiedni. Tak było ciut łatwiej, gdy słone krople tworzyły morze łez. Aczkolwiek płacząc jeszcze bardziej się pogrążałam.

Z Forks zabrałam nasze jedno wspólne zdjęcie. Moje i Edwarda. Tak szczerze powiedziawszy, to ono nie nadawało się już do użytku. Było już tak wymięte i zniszczone… ale był na tej fotografii ON. Mój Edward. Trzymałam je w ręce i palcem dotykałam jego twarzy.

Te cudowne miedziane kosmyki. Takie miękkie i delikatne, żyjące własnym życiem. Aż proszące się o to, by przeczesać je dłonią.

Te oczy. Patrzące na mnie z czułością i miłością. Tak bardzo chciałabym znów zobaczyć to jego spojrzenie skierowane tylko i wyłącznie na mnie. Spojrzenie, które za każdym razem zapierało dech w piersiach. Powodowało, że miękły ci kolana. Pod jego wpływem się rozpływałeś.

Te jego usta, które układały się w piękny i szczery uśmiech, a czasami w figlarny, złośliwy uśmieszek. Usta, które w połączeniu z moimi tworzyły szalony i namiętny pocałunek. Usta, które od czasu do czasu składały troskliwy i czuły całus na mojej głowie.

Brakowało mi tego wszystkiego, a przede wszystkim brakowało mi jego całego. Tego chłopaka w którym się zakochałam ponad rok temu. Mężczyzny, którego pokochałam bezgraniczna miłością. Tej jego troski i opiekuńczości, którą mimo mojej niechęci mnie otaczał.

Zrozumiałam wreszcie jedno. Będąc setki, tysiące kilometrów od niego, dotarło do mnie, że nie potrafię, nie umiem bez niego żyć. Choćbym nawet bardzo tego chciała, nie potrafię. Edward stał się moim narkotykiem. Heroiną od której się uzależniłam i nie mogłam się wyzbyć tego uzależnienia. Miałam dwa wyjścia. Uzależniać się jeszcze bardziej, albo cierpieć. Co jest lepsze?

Był kolejny samotny wieczór, a ja wylewałam znowu morze tęsknych łez. Kocham go, naprawdę go kocham. Miałam jedną wielką ochotę wziąć telefon do ręki, wykręcić jego numer i spytać, czy wybaczy mi moje wszystkie głupstwa, odkąd wrócił do Forks. On się starał, a ja uciekałam, odpychałam go. Nie powinnam tego robić.

Znowu zapatrzyłam się w nasze zdjęcie, gdy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Garstka tylko wiedziała gdzie jestem. Otworzyłam je, a w progu stał ON. Mój Edward wyglądający jak człowiek. Z zielonymi oczami i dwudniowym zarostem. Mój Edward. Patrzył na mnie z miłością i nadzieją. Nie mogłam uwierzyć, że to on, zaledwie kilkanaście centymetrów ode mnie. Wpadłam mu w ramiona i na nowo poczułam jego ciało przy swoim. Jego zapach. Ciepło ciała… Na nowo mogłam to wszystko poczuć. Jego ręce trzymały mnie mocno, jakby bał się, że mu ucieknę, ale ja już tego nie zrobię.

– Przepraszam. – Wyszeptałam cichutko, bo łzy znowu wypłynęły z moich oczu.