Harry nie miał się jak poruszyć. Silne ramiona obejmowały go ciasno, unieruchamiając go skutecznie. Czuł na karku oddech Lucjusza i przez myśl mu przeszło, że być może w ten sam sposób spali w komnacie posiadłości Amelii. Nie był jednak pewien, bo obudził się już w pustym pokoju z kacem, który przebijał wszystkie jego wcześniejsze alkoholowe doświadczenia.
W zasadzie Hermiona mówiła, że mógł wrócić do swoich starych nawyków żywieniowych. W odróżnieniu od niej nie karmił, ale poranna herbata zamiast kawy nie była najgorsza. A wino i tak nie smakowało mu aż tak bardzo, chociaż wieczory spędzone przed kominkiem z Lucjuszem z lampką w dłoni – były przyjemną wizją.
Początkowo nie wiedział nawet gdzie się znajduje. Nie sypiał z nikim i tym bardziej się z nikim nie budził, ale płacz Jamesa szybko przywrócił go do rzeczywistości. Dłoń Lucjusza przesunęła się po jego brzuchu, gdy mężczyzna zsunął się z łóżka.
- Śpij – powiedział Lucjusz już w drodze do kołyski, chociaż musiał obejść w koło, aby dotrzeć do dziecka.
Harry'emu poszłoby to szybciej, ale najwyraźniej mężczyzna postanowił faktycznie wziąć na siebie tę wartę.
- Przeważnie o tej porze chce jeść – poinformował go Harry, przykrywając się szczelniej kołdrą.
Nie mógł powstrzymać lekkiej niepewności, która zaczynała wypełniać nieprzyjemnie go całego. Wiedział, że jego ciało zmieniło się podczas ciąży i chociaż starał się nie zwracać uwagi na nadmiar skóry – jednak to pozostawało faktem. Nie był już gładkim i wysportowanym dwudziestoparolatkiem. Nie miał ciała, które mogło przyciągać uwagę. I jeśli Lucjusz pamiętał jakieś szczegóły z ich jedynej nocy razem – wszystko się zmieniło. Musiał to również czuć pod palcami.
I Harry zaczynał się zastanawiać czy mężczyzna porównywał go sprzed i po. Hermiona tłumaczyła mu, że nie miał się czego wstydzić czy krępować. Chciała obejrzeć jego brzuch, aby zobaczyć czy faktycznie jego skóra pozostała nienaruszona. Dziecko magicznie aportowało się na ten świat w końcu – zaskakując ich oboje. Jednak nadal istniało niebezpieczeństwo, że jego magia – naruszona i słaba – nie zdążyła instynktownie naprawić wszystkich szkód. Dyptam wciąż znajdował się w jej podręcznej torbie eliksirów, gdy skanowała go każdego dnia w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zostać przeoczone przy rzucaniu pierwszych zaklęć diagnostycznych.
Czuł się trochę jak idiota. Urodził dziecko, które nosił przez kilka miesięcy w sobie i nie powinien myśleć o sobie w tak płytkich kategoriach. Sam powtarzał Hermionie do znudzenia jak piękna była – w ciąży i potem. Miała ten niewiarygodny blask w sobie, więc nie kłamał. A dodatkowe kilogramy nie stanowiły problemu. Nie dla niego. Nie dla Draco. I to chyba powinno być najważniejsze.
I teraz czuł się jak cholerny hipokryta, bo jednak istniała wyraźna linia pomiędzy zapewnianiem przyjaciółki o jej seksapilu, a zrozumieniu, że on sam jednak nie stanowił przykładu jakiegoś dziwactwa, które należało wytykać palcami. Że te fałdy skóry nie były aż tak odrażające. Zresztą Hermiona nie krzywiła się z obrzydzeniem, gdy uniósł koszulę dwa dni wcześniej.
Nie zauważył nawet, że James przestał płakać. Lucjusz poruszał się w ciemności z pewnością człowieka, który znał teren jak własną kieszeń i to miało sens odkąd to była jego sypialnia. Materac ugiął się wyraźnie, gdy mężczyzna wsunął się pod przykrycia i Harry wciągnął powietrze do płuc zastanawiając się czy Lucjusz ponowie go obejmie. Czy ułoży się tak jak obudzili się jeszcze prze chwilą. To nie było niemiłe. W zasadzie Harry w głowie miał kilka całkiem innych określeń, których nigdy nie wypowiedziałby na głos. A jednocześnie pozostawała z nim dobrze znana wątpliwość czy fałdy skóry czuć przez materiał piżamy. Nie wątpił, że ubranie nie maskowało wiele. Czekali z Hermioną każdego dnia, gdy Prorok podejmie temat jego wagi, ale ataki oraz szczyt skutecznie odwracały uwagę od niego.
Wydawało się, że Lucjusz układał się do snu odrobinę dłużej, ale mogło być to tylko mylne wrażenie, które odniósł. Albo mężczyzna po prostu nie był przyzwyczajony do dzielenia łóżka z kimś, z kim nie sypiał.
I kiedy w końcu Lucjusz położył się po prostu płasko na plecach, Harry wiedział, że zostaną już w ten sposób – z nim na boku i Malfoyem na drugiej połowie łóżka.
ooo
Kiedy Lucjusz obudził się o poranku, włosy Harry'ego znowu łaskotały go w nos. Jakimś cudem znowu migrowali w swoją stronę, ale nie potrafił się zmusić do tego, aby się odsunąć. Harry nie wydawał się jakoś mocno skrępowany tym, że już raz się obudzili przytuleni. Lucjusz nie chciał jednak nadwerężać swojego szczęścia i upewnił się, aby dać chłopakowi przestrzeń.
Harry otworzył oczy nagle, jakby budził się w pełnej gotowości. I zapewne tak było podczas wojny. Teraz też znajdowali się w stanie oblężenia, a ich uwaga musiała być w pełni skupiona. James idealnie wyczuwał kiedy powinien zacząć płakać. Tak jak teraz, gdy Lucjusz zastanawiał się jak długo może wpatrywać się w oczy Harry'ego bez konsekwencji.
Poderwał się z łóżka, przelotnie zerkając na zegar pradziadka. Było stosunkowo dość późno jak na nich i nie mógł wyjść z podziwu, że w nocy budził się tylko trzy razy. Harry tylko za pierwszym ocknął się wraz z nim, ale potem wyślizgiwał się już na tyle delikatnie, że chłopak się nie ocknął.
- Nie przespał całej nocy, prawda? – spytał Harry, zakrywając twarz dłońmi, jakby płacz zaczynał doprowadzać go do szaleństwa.
- Twoja nadzieja jest ujmująca – przyznał Lucjusz, podnosząc ze stolika do połowy pustą butelkę.
Harry jęknął, co było najwyraźniej jego odpowiedzią.
- Obawiam się, że to się nie zmieni przez pewien czas – dodał jeszcze Lucjusz.
- Musiałeś to powiedzieć? – spytał Harry. – Nie wiem jak ludzie to wytrzymują. Nie wiem jak ktokolwiek chciałby mieć więcej niż jedno dziecko… - zaczął i urwał.
Lucjusz nie mógł nie parsknąć.
- Kiedy dorastają, zapominasz jak to było, gdy nie dawały ci spać. Przynoszą ci kubki pełne wody z kałuży i twierdzą, że to eliksiry, które mają moc miłości. I przytulają się do ciebie, kiedy masz naprawdę fatalny dzień – wyjaśnił, nie zastanawiając się nawet nad tym co dokładnie mówi. – A kiedy jest naprawdę źle, sprawiają, że idziesz dalej do przodu, bo wiesz, że bez ciebie nie będą bezpieczne…
- Draco taki był? – spytał Harry z niedowierzaniem. – Znaczy wiem, że był kiedyś dzieckiem, ale nie obraź się. W szkole był dość… dupkowaty – przyznał chłopak.
Lucjusz przewrócił oczami, chociaż nie sądził, aby Harry to dostrzegł.
- Draco jest moim dzieckiem. Widzę go innymi oczami niż ty – odparł.
- Nie – stwierdził Harry. – James jest moim dzieckiem, ale wiem kiedy jest dupkiem. To jest kolejna noc, gdy nie daje nam spać. To jest spisek. Wiem kiedy taki widzę. To jest zmowa, która ma na celu zemszczenie się na mnie, że nie zamknąłem się na jakimś odludziu, żeby go donosić – westchnął chłopak.
- Nie mogę zaprzeczyć – odparł Lucjusz, czując rosnące rozbawienie. – To jednak trochę potrwa – przypomniał mu i przygryzł wargę, zastanawiając się czy to jest dobry moment. – Jedna ze skrzatek jest przeszkolona do opieki nad dziećmi – rzucił mimochodem i odwrócił się w stronę Harry'ego, który zasłaniał twarz przed porannymi promieniami słońca.
Chłopak uniósł się na łokcie niemal natychmiast i spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Chcesz powiedzieć, że już masz dość? – spytał ostrożnie Harry. –Mogę się opiekować nim nocami sam. Tak naprawdę to brak snu nie przeszkadza mi aż tak bardzo…
- Nie, po prostu kiedyś będziemy musieli obaj się wyspać. Zostawienie Jamesa raz na jakiś czas ze skrzatką nie oznaczałoby, że nie kochasz swojego dziecka, Harry – poinformował go, wiedząc doskonale co chodziło po tej rozczochranej głowie. – Nie musisz się czuć winny, że jesteś zmęczony. Każdy przez to przechodzi. Tak się tylko składa, że wiem, że kiedyś osiągniemy punkt, który nie będzie zbyt przyjemny. Lepiej byłoby raz w tygodniu wyspać się porządnie. To całkiem normalne w czarodziejskim społeczeństwie. Nie powiesz mi chyba, że mugolskie kobiety pewnego dnia rezygnują ze snu na pół roku.
- Pół roku?! – spytał Harry i wydawał się szczerze przerażony. – Nie będzie spał pół roku? Lucretia i Septimus też?
- Granger pomaga aktualnie Zgredek – poinformował go Lucjusz.
Harry wydawał się naprawdę zaskoczony.
- Nie mówiła…
- Pewnie uznała to za oczywistość - odparł Lucjusz spokojnie. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie zamęczałby się, gdyby miał inną możliwość. I jestem pewien, że Granger będzie pełnoetatową matką przy pełnoetatowej pracy. Jest typem kobiety, która wie kiedy powinna poprosić o pomoc – dodał Lucjusz, zerkając wymownie na Harry'ego.
Chłopak zmarszczył brwi, jakby się nad czymś mocno zastanawiał i westchnął.
- Pomyślę o tym – obiecał mu i Lucjusz nie zamierzał bardziej naciskać.
ooo
Harry ufał skrzatom. Zgredek udowodnił mu jak bardzo serdeczne i lojalne te stworzenia były. A podczas wojny ich udział wspomógł tak bardzo Jasną Stronę, że ich zasługi wyryto w kamieniu pamiątkowym, który znajdował się na hogwarckich błoniach. To skrzaty również czuwały nad butelkami z mlekiem dla Jamesa i czarami ogrzewającymi. I naprawdę nie mrugnąłby nawet okiem, gdy jakikolwiek pojawił się w środku nocy i zaproponował, że zajmie się jego synem.
Harry nie potrafił jednak nie zastanawiać się dlaczego Lucjusz nie przedstawił mu wcześniej tej opcji. Wypłynęła teraz, gdy dzielili łózko. I chociaż to był całkiem platoniczny sen, nie mógł nie odnieść wrażenia, że przekroczyli pewną linię.
Kiedy Hermiona wspominała pierwsze randki z Ronem, zawsze mówiła, że wpatrywali się w siebie długo. I coś podobnego dzielili tego poranka z Lucjuszem. Czuł ciepły oddech mężczyzny na policzku i widział jego oczy z tak bliska, że niemal potrafił powiedzieć ile plamek zdobiło tęczówki Lucjusza. I Malfoy też się w niego wpatrywał. Nie można było temu zaprzeczyć. Dzielili coś, co Hermiona nazywała momentem i nie potrafił zrozumieć dlaczego czasem czas się dla nich zatrzymywał.
Podczas balu u Amelii było tak samo – spojrzał na Lucjusza, a magia między nimi zaczęła wibrować. Ich moce musiały się wyczuć wzajemnie, chociaż wtedy panował nad sobą o wiele lepiej. Nadal był zmuszony do maskowania swojej magii, aby nie wywołać masowej histerii. Nie chciał być uznany za następcę Czarnego Pana, a jednak ludzie mogli mieć podstawy, aby tak twierdzić. I ich argumenty byłyby dość przekonywujące. On tymczasem nie miał żadnej linii obrony prócz tego, że nie chciał nigdy nikogo skrzywdzić.
Harry zastanawiał się gdzie będzie spał, jeśli skrzat zajmie się Jamesem. Czy to będzie oznaczało, że dostanie własny pokój i tę jedną noc będzie spędzał właśnie w nim. Nie byłoby powodu, aby spali razem. I to trochę wprawiało go w zdenerwowanie. Nie sądził, że coś takiego wytrąci go z równowagi, ale jak ostatni idiota zaczął się przyzwyczajać do sypialni Lucjusza. Do stałej obecności mężczyzny. A przecież nawet, jeśli teraz dzielili pewną przestrzeń razem – to miało się zmienić. James dorósłby, wszystko uległoby zmianie. Skrzat pilnujący jego syna w nocy tylko przyspieszyłby to, a Harry nie był pewien czy jest na to gotowy.
Wiedział również, że liczba jego opcji nie była cudowna. Mógł zostać tutaj lub przeprowadzić się do posiadłości Potterów. Innego wyjścia nie miał. Nie chciał przedyskutowywać sytuacji z Hermioną, która uważała, że trzymanie go z dala od Lucjusza było najrozsądniejsze i jednocześnie pewnie odliczała dni do tego, w którym nareszcie wyprowadzą się w posiadłości Malfoyów. Nie potrafił jej winić. Chciała jego dobra, a on jednak mimo wszystko był ulepiony z twardszej gliny. Małżeństwo z Lucjuszem jawiło mu się jako coraz lepszy pomysł. Problem stanowiła pusta skrytka u Gringotta.
Nie miał mu nic do zaoferowania. Jego nikła sława nie była czymś stałym i miarodajnym. Nie miał pozycji w społeczeństwie, którą mógłby zaoferować Lucjuszowi. Jeśli już, to Malfoy posiadał wpływy, których czasem nawet używał w jego sprawie z czystej przyjaźni. A tego nie należało wykorzystywać zbyt często.
Harry miał nazwisko. Wspomnienia z wojny mógłby w końcu wydać i to zapewne odbudowałoby odrobinę jego majątek, ale to nadal nie byłyby pieniądze, które zaimponowałyby Lucjuszowi. Tak jak Hermiona powiedziała do Draco – byli bankrutami i nic nie mogło tego zmienić.
Przełknął ślinę wpatrując się ze sztucznym uśmiechem w stronę mężczyzny. Hermiona sądziła, że nie potrafiłby widywać Lucjusza, że w końcu zniszczyłoby go to, ale to nie była prawda. Gdyby była taka możliwość, skoczyłby w ten związek bez zbędnego rozważania czy to rozsądne. Przeżywał gorsze rzeczy niż jednostronne uczucia.
ooo
Harry pojawił się w drzwiach jego gabinetu kompletnie ubrany. Było dziwnym obserwować go w czarodziejskiej szacie. Najwyraźniej jednak chłopak czuł się na tyle dobrze, aby porzucić łóżko. Zresztą Lucjusz widział w jego rękawie końcówkę różdżki.
- James zasnął? – spytał, odkładając pióro.
- Kulka jest z nim – przyznał Harry trochę go zaskakując.
Rozmawiali o tym zaledwie o poranku.
- Pomyślałem, że zobaczymy jak będzie z opieką w dzień – rzucił jeszcze Harry, wzruszając ramionami. – A ja mógłbym popracować – dodał i Lucjusz po prostu machnął w stronę kanapy, którą Harry przeważnie okupował.
- Kingsley dalej goni własny ogon – poinformował chłopaka cierpko. – Swingwood pracuje nas zablokowaniem Bradleya. Nie wiem czy nie będą chcieli usunąć go z rady. Są mocne podstawy, aby sądzić, że wyprowadzał pieniądze.
Harry spojrzał na niego w szoku.
- Skarbiec jest prawie pusty – przyznał Lucjusz spokojnie. – Aczkolwiek to poufna informacja – dodał.
- Oczywiście – powiedział Harry pospiesznie. – To stąd pytania o Hogwart? – zainteresował się.
- Nie podreperuje to budżetu Ministerstwa, ale szkoła powinna dać sobie radę. Myślałem o wytworzeniu oddzielnych sektorów finansowania, które odciążyłyby Ministerstwo na lata – przyznał Lucjusz.
- Jak na przykład Święty Mungo prowadzący odpłatne kursy lub konsultacje medyczne? – upewnił się Harry, w lot pojmując o co chodzi. – Aurorzy mogliby przeprowadzać kursy samoobrony. To dość popularne wśród mugoli, a z wojną, która pokazała nam jak słabo społeczeństwo zna czary obronne, to mogłoby stać się nawet modne.
- Modne to raczej słowo klucz – odparł zjadliwie Lucjusz.
Znał kilka arystokratek, które nie tykały własnych różdżek, bo to oznaczałoby kiwnięciem palcem. Jednak na kurs, o którym byłoby głośno na pierwszych stronach Proroka Codziennego zapisałyby się bez mrugnięcia okiem.
Zapisał na marginesie pomysł, bo wydawał się genialny w swej prostocie. I wiedział po prostu, że świeże spojrzenie Harry'ego przyniesie wiele dobrego. Chłopak był kreatywny i nie miał ograniczeń związanych z przestarzałym myśleniem czarodziejskiej arystokracji. Jego mugolskie wychowanie dawało powiew świeżej krwi i idei, której potrzebowali chyba jeszcze bardziej.
Ustawa miała być dopiero początkiem zmiany myślenia. Lucjusz wiedział, że wiele wieków zajmie im faktyczne przystosowanie myślenia do 'nowych czasów', ale musieli wykonać pierwszy krok.
Miał właśnie skomplementować pomysł Harry'ego i dopytać jak to wyglądało w mugolskim świecie, gdy drzewo jego rodu ponownie ożyło.
- Co do? – zaczął i urwał.
Ostatnim czego spodziewałby się tym razem była kolejna złota nić. I faktycznie żaden nowy potomek nie pojawił się doczepiony do imienia jego lub Draco.
- Co się dzieje? – spytał Harry, odwracając się niemal natychmiast.
Imię Draco zaczęło matowieć o nieruchomy obraz odlepiał się od ściany. Lucjusz poczuł mdłości, ale ku jego uldze wszystko w ciągu sekundy wróciło do normy. Nie wiedział co się, do cholery, działo, ale zamierzał się dowiedzieć. Poderwał się z krzesła, zabierając ze sobą różdżkę i stuknął imię syna.
- Wskaż mi – powiedział zirytowany.
I tym razem nie został aportowany. Jego różdżka wyrwała się do przodu, więc wyszedł z gabinetu.
Harry podążył tuż za nim mocno zaaferowany. Wschodnie skrzydło powitało go krzykiem i złorzeczeniami.
- Zwariowałeś? – pytała Hermiona.
Jego własny syn dotykał swojego poczerwieniałego policzka i to było aż nazbyt jasne, że został przez nią uderzony.
- Draco co do jasnej? – spytał Harry, stając koło swojej przyjaciółki niemal natychmiast.
- Zwariował – odparła Granger, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać.
- Nie zwariowałem. Powiedziałem ci, że jestem pewien – warknął jego syn. – Jestem pewien, że chcę, żebyś została moją żoną. I jeśli przeszkadza ci mój majątek, moje nazwisko…
Lucjusz westchnął.
- Ojciec nie oczekiwał, że przyniosę na świat potomka. Rozmawialiśmy o tym kilkanaście dni temu. Lucretia i Septimus mogliby być moimi dziećmi. Uznałbym je. On by je uznał – ciągnął dalej jego syn. – Zrobię wszystko, rozumiesz? Zrobię wszystko! Mam stałą pracę i wiesz, że już je kocham…
Granger patrzyła na niego, jakby szukała u niego jakiegokolwiek ratunku. Może spodziewała się, że będzie wściekły, iż Draco bez porozumienia z nim próbował odejść z rodziny. Zerwać więzy krwi. Oczywiście było w tym tak wiele niepotrzebnego dramatyzmu, że nie mógł nie westchnąć.
- Miłość zamienia ludzi w głupców – powiedział spokojnie i Granger wpatrywała się w niego w szoku. – Mój syn jest idiotą od pewnego czasu, ale widzę, że nie jest w tym osamotniony – dodał i oczy Granger zrobiły się tylko większe. – Możesz się bać, ale on na ciebie nie poczeka. Poczeka jedno życie, a może i dłużej. Możesz się nie zgodzić nigdy, ale on będzie czekał. Widziałem go czekającego, więc… uwierz mi na słowo – prychnął. – I nie będziesz musiała się obawiać, że będzie cię nachodził. Nie będzie. Powiedz mu teraz, a odejdzie. Ale będzie czekał – powiedział, czując dziwną gorycz w ustach.
Draco wpatrywał się w niego z dziwną desperacją, której nie potrafił znieść.
- On zaczął rzucać to zaklęcie… - zaczęła Granger.
- Wiem które – odparł spokojnie. – Nie byłby moim dziedzicem, ale pozostałby moim synem – uświadomił ją sucho.
- Tak nas znalazłeś – powiedział nagle Harry. – W gabinecie na ścianie jest wielkie drzewo genealogiczne. Myślałem, że to tylko rysunek, ale ta magia…
- Dość potężna, czyż nie? – spytał Lucjusz i Harry pokiwał z podziwem głową.
- Potężna – przyznał chłopak.
Draco zwiesił dłonie wzdłuż ciała, jakby nie wiedział co powinien teraz zrobić i Lucjusz doskonale znał to uczucie. Granger stała ze wzrokiem wbitym we własne dłonie, nie wierząc zapewne w to co się działo. Draco bywał porywczy i Lucjusz odliczał dni do czegoś głupiego, co stałoby się pod jego dachem podczas pobytu Gryfonów. Nie sądził jednak, że jego własny syn spróbuje się wydziedziczyć.
ooo
Harry siedział na łóżku tego wieczoru i spoglądał na Jamesa, który wyglądał wyjątkowo spokojnie. To zawsze wróżyło nieprzespaną noc. Lucjusz kończył pisać ostatni list. Nie rozmawiali zbyt dużo po tym co się stało. Hermiona po prostu wyszła, mówiąc, że potrzebuję chwili dla siebie. A on zajął się dziećmi, bo wiedział kiedy jego przyjaciółka była u kresu. Draco nie był do znalezienia nigdzie i Harry zaczął trochę przeklinać tak wielki dom. Chciał się dowiedzieć co chłopak sobie myślał. Lucjusz miał tylko jednego potomka. James nie był uznany. Nie widniał na drzewie genealogicznym. A czystość linii wydawała się dla Lucjusza dość ważna. Pewnie zrobiłby dla magicznego dziecka wyjątek, ale rejestrowanie Jamesa jako Malfoya było niebezpieczne.
Słowa mężczyzny nadal odbijały się echem w jego głowie i nie potrafił się skupić na niczym innym.
- Naprawdę uważasz, że miłość robi z ludzi głupców? – spytał, nienawidząc się za to, że jego głos był tak cichy.
Skrobanie pióra ucichło, więc podniósł głowę, trochę zaskoczony, że Lucjusz patrzy wprost na niego. Spodziewał się jakiejś rzuconej krótko odpowiedzi. Był w zasadzie przyzwyczajony do takich uwag, które wypowiadał Lucjusz. To nie tak, że ten temat miał znaczenie. Na pewno nie w politycznym aspekcie.
Harry jednak nie potrafił wyrzucić tych słów ze swojej głowy. Odtwarzał je raz po raz, nie wiedząc co zrobić z faktem, że Lucjusz uczucia uważał za słabość. Inaczej nie potrafił tego interpretować. Lucjusz w końcu nienawidził głupców.
- Zawsze – powiedział krótko Malfoy z pewnym rozbawieniem.- Wystarczy popatrzeć na Draco, czyż nie? – dodał i Harry nie miał na to odpowiedzi.
