XXXVII

Czerwiec nadszedł szybko, choć nie dość szybko dla zmęczonej Sam. Biedna pułkownikowa czuła się wielka niczym wieloryb i brzydka, choć kochający mąż zapewniał ją o urodzie i swojej niezmiennej miłości. Brakowało jej jednak tej bliskości, którą czuła tylko przy pełnym zjednoczeniu ze swoim ukochanym, sposobu w jaki ciałem, nie zaś tylko słowami, czy pocałunkiem, udowadniał jej, jak była przez niego uwielbiana. Poza tym, bolały ją kostki i krzyż, i chociaż nie zamieniłaby tego cudownego doświadczenia na nic innego, z całej duszy pragnęła już finiszu.

- Obyś się szybko urodził, maleńki! Mamusia i tatuś już nie mogą się ciebie doczekać!- powtarzała do swego brzuszka, a dzieciątko, jakby w odpowiedzi, kopało radośnie, po raz kolejny zmuszając matkę do pójścia tam, gdzie nawet cesarz chodzi piechotą. Nigdy nie siusiała częściej!

Jacka znowu nie było w mieście. Teść posłał go do Denver po dodatkowe konie dla żołnierzy, wiedząc, że nikt nie wybierze ich lepiej od jego zięcia. Wyprawa trwała tydzień, lecz każdego dnia, przez cały ten czas, Samantha otrzymywała od ukochanego ogromne bukiety kwiatów i liściki miłosne, doczepiane do nich przez jej ojca. Jack powierzył tę czynność Carterowi, wiedząc, że Jacob również pragnie szczęścia i spokoju córki, a taki prezent bez wątpienia je gwarantował. Liściki nie były długie, ale pełne uczucia, i choć napisane prostymi słowami, napełniały adresatkę nieopisanym ciepłem na ten czas rozłąki.

Prawdę mówiąc, Samantha nieco się już denerwowała. Rozwiązanie mogło nastąpić w każdej chwili i pułkownikowa naprawdę wolałaby, aby jej mąż był przy niej w tym momencie. Co prawda nie dosłownie, bo nie słyszała, by któryś przyszły ojciec asystował żonie podczas narodzin ich dziecka, jednak jego bliskość zawsze działała na nią uspokajająco, nawet jeśli dzieliła ich ściana.

Tak bardzo cieszyła się na to dziecko, lecz myśl, że urodzi je bez niego, napełniała ją irracjonalnym strachem.

- Oby twój papa zdążył wrócić na czas!- powtarzała, gładząc delikatnie swój imponujący brzuch.

Dużą pomocą w tym czasie okazała się Vala Jackson, która podczas jednej z wizyt przyprowadziła ze sobą doktorową Fraiser, by ta na spokojnie wytłumaczyła przyjaciółce, co ją czeka, gdy TA chwila już nadejdzie.

Początkowo pani O'Neill była zaszokowana i wystraszona, ale Janet szybko zapewniła, że choć wydanie dziecka na świat do przyjemnych nie należy, to radość w chwili, gdy po raz pierwszy weźmie się je w ramiona, bez reszty zrekompensuje ból rodzącej matki.

- Zauważyłam też, że oddychanie bardzo pomaga.- dodała doktorowa.- Pomiędzy skurczami staraj się oddychać spokojnie i głęboko, wyciszyć się. W ten sposób nabierzesz sił, zanim znów zaczniesz przeć.

- Nie wiem, czy dam radę.- wyznała niepewnie blondynka.- Tak się boję!

- Droga Samantho… Kobiety od wieków wydają dzieci na świat. Taka jest kolej rzeczy.- uśmiechnęła się Janet.- Słyszałam od męża, że bywają nawet takie, które zrobiły to bez pomocy lekarza i akuszerki. Skoro więc one potrafią, to i ty również!- mrugnęła.

- Mam nadzieję, że nie będę musiała się o tym przekonywać na własnej skórze!- wymamrotała pułkownikowa.

Jakkolwiek Vala przyprowadziła Janet i zorganizowała ten dziwaczny „kurs przygotowawczy", słuchając porad pani Fraiser zrobiła się „nieco" zielona na buzi.

- Która kobieta przy zdrowych zmysłach z własnej woli decyduje się na coś takiego?!- jęknęła, słysząc o tych wszystkich skurczach i bólu.

Janet zachichotała.

- Ktoś musi, droga Valu!- stwierdziła rozbawiona.- Sama wiesz, jacy są mężczyźni, kiedy coś ich boli. Gorsi niż dzieci. Wyobrażasz więc sobie, co by było, gdyby oni mieli rodzić te maluchy? Obawiam się, że powierzając im to zadanie, bylibyśmy skazani na wymarcie!- dodała z humorem.

- Muszę przyznać, że coś w tym jest.- niepewnie odparła żona kapitana.- Gdy mój Daniel choruje, jęczy jakby świat za chwilę miał się skończyć.- przyznała porozumiewawczym szeptem.

- Sama widzisz!- uśmiechnęła się Janet.- Poza tym, nie ma nic piękniejszego, niż dać dziecko ukochanemu mężczyźnie, nosić je pod sercem, czuć jak rośnie, chronić je, a gdy już przyjdzie na świat, przyłożyć je do piersi i patrzeć jak ssie. Tej chwili nie zapomina się nigdy…- westchnęła z melancholią.- Moja Cassie ma już pięć lat i jest najlepszym, co mnie spotkało. Dopełniła me życie i małżeństwo. Żałuję, że nie dam jej rodzeństwa, bowiem jej przyjście na ten świat wiązało się z komplikacjami, przez które już nigdy nie będzie mi dane począć, ale gdybym miała wybór, niczego bym nie zmieniła. Gdybym zaś mogła, urodziłabym całą gromadkę!- powiedziała łagodnie, lecz zdecydowanie.

Pewność w głosie pani Fraiser była nawet lepszym lekarstwem na rozterki Sam, niż jej „naukowe" wywody. Uspokoiła również kapitanową, dotąd nieco niezdecydowaną w tej materii.

Och, wychodząc za mąż, Vala dopuszczała myśl o dzieciach, no bo w końcu każde typowe małżeństwo je posiada, ale póki co, były to raczej teoretyczne rozważania. Obserwacja ciąży pułkownikowej napełniała ją mieszanymi uczuciami. Z jednej strony była radość oczekiwania, ten uśmiech na twarzy Sam, gdy mówiła o swoim dziecku, rozpieszczanie przez męża i inne przyjemne aspekty bycia przy nadziei. Z drugiej, bolące kostki i krzyż, mdłości, rezygnacja z takich przyjemności jak jazda konna, czy tańce. No i ten ból!

Janet jednak miała rację. Część niej pragnęła przekonać się, jak to jest dać mężowi ten ostateczny dowód miłości, ofiarować mu część siebie i jego, która stanie się ich wspólną nadzieją i przyszłością.

Czy Daniel byłby równie szczęśliwy, co pułkownik, słysząc, że żona oczekuje ich maleństwa? Był taką dobrą i wrażliwą duszą, iż podejrzewała, że owszem. Może byłby trochę niepewny siebie na początku, podobnie jak i ona, ale który rodzic tak naprawdę jest przygotowany na rodzicielstwo? Chyba żaden. Trik więc musiał polegać na tym, by zwyczajnie robić, co w ludzkiej mocy, aby dziecko miało zdrowe, pełne miłości i bezpieczne życie.

Tak czy inaczej, rozmowa owa miała wiele pozytywnych skutków. Samantha otrzymała motywację, jakiej potrzebowała, zaś Vala, dogłębnie zbadawszy temat, zdecydowała, że jeszcze trochę poczeka z dzidziusiem, ale w przyszłości na pewno będzie takiego miała. Oczywiście historia lubi być przewrotna, o czym pani Jackson miała się przekonać już niebawem, lecz do tego czasu cicho, sza!

Jack wrócił do domu jak zwykle zwycięski. Udało mu się kupić doskonałe sztuki i względnie spokojnie dostarczyć je do garnizonu. Przez „względnie", należy rozumieć drobną przeprawę z paroma koniokradami, którzy byli na tyle głupi, by ukraść kilka wałachów podczas jednego z postojów. Zapewne nie sądzili, że ktoś sprawdza codziennie liczebność stada, a widząc śpiącego wartownika, po prostu wzięli sobie dwa, czy trzy konie.

Wprawne oko pułkownika O'Neill'a wnet wyłapało braki, może dlatego, że złodzieje wzięli akurat najbardziej rzucające się w oczy sztuki (wyjątkowej maści Apallosy, które szczególnie upodobał sobie na aukcji oficer). Skutek mógł być tylko jeden… Jack osobiście ruszył tropem owych idiotów i po krótkiej potyczce wracał bogatszy o czterech więźniów, osiem rewolwerów, pięć dodatkowych koni (chociaż nieco mizernych jak na jego gust) oraz jedną, młodą Indiankę, porwaną przez ten gang, którą odeskortował do rezerwatu najszybciej jak się dało. Dziewczyna była w niejakim szoku i poturbowana, ale wierzył, że wśród swoich dojdzie do siebie. Radość z jej powrotu była wielka, a wódz Szare Pióro bardzo wdzięczny za ratunek. Jego ludzie dwa dni wcześniej zgubili ślad porywaczy nad strumieniem, skutkiem czego ratunek znacznie się opóźnił. Cudem samym w sobie było, że blade twarze natknęły się na sprawców i odbiły Spokojną Rzekę zanim ci dokończyli, co właśnie zaczęli, kiedy odnalazł ich pułkownik.

- Wasze leki uratowały mi życie, Szare Pióro.- odparł, słysząc podziękowania wodza.- Choć tyle mogłem uczynić w zamian za pomoc, którą mi okazaliście.- powiedział w miejscowym, indiańskim narzeczu.

- Dan'yel mówił nam o twojej żonie.- uśmiechnął się lider wioski.- Oby wasz pierwszy potomek był silny i odważny jak ty, wielki wojowniku białych.- powiedział.

- Dziękuję.- kiwnął głową oficer.- Będę jednak bardzo szczęśliwy, jeśli będzie przypominać matkę. Lepiej, by dziecko było mądre i piękne jak ona, a i odwagi mu nie zbraknie, bo nie znam odważniejszej kobiety.- stwierdził.

- A więc jest godna swojego męża.- rzucił wódz, podając mu nieduże zawiniątko w prezencie i niedługo potem się pożegnali.

Jack pojechał jeszcze do koszar, by upewnić się, że złodziei oddano szeryfowi, a rekrut, który przysnął na warcie, siedzi w pace. Zdał szybki raport generałowi Carterowi i za jego pozwoleniem ruszył wprost do domu, bardzo już stęskniony za żoną.

Kiedy wszedł do domu, Samantha drzemała w salonie na sofie, starannie okryta lekkim pledem. Było co prawda lato, lecz dzień nie był nazbyt upalny, a nawet zaczęło nieco mżyć. Uśmiechnął się czule, widząc jak spokojnie spała. Nie chcąc jej jeszcze budzić (wolał się najpierw odświeżyć po podróży, żeby nie śmierdzieć jak przysłowiowy skunks), przywitał się cicho z Goldie i Blue, które wyczuły pana i wbiegły do saloniku, głodne pieszczot. Uciszył je szybko, by nie zbudziły swej pani, podrapał za uszami, po czym poszedł do kuchni, by mu nagrzano wody do mycia.

- Tak, panie pułkowniku!- odparła Molly.- Już się tym zajmuję. Gdybyśmy wiedzieli, że dziś pan wróci, wszystko byłoby już gotowe, ale pan generał wspominał, że powrót się opóźni.- powiedziała cicho ochmistrzyni, gdy rozmawiali w korytarzu.

- Nie przejmuj się, Moll. Zdarza się. Zawołaj mnie tylko, jak wanna będzie pełna. Ja tymczasem poszukam czegoś czystego do ubrania.- zwrócił się do wiernej służącej.

- Garderoba pana pułkownika jest świeżo wyprana i wyprasowana, sir.- poinformowała go Molly.- Wszystko wisi w szafie. Mundur wyczyścimy, jak tylko pan pułkownik się wykąpie i przebierze. Do jutra powinien wyschnąć.- dodała.

- Doskonale!- pochwalił.- A jak tam w ogóle moja żona?- spytał jeszcze z ciepłym zainteresowaniem.- Nic się nie wydarzyło pod moją nieobecność?

- Wszystko w najlepszym porządku, panie pułkowniku. Pani O'Neill i maleństwo mają się dobrze.- zapewniła.- Chcę też dodać, że kwiaty od pana pułkownika, sprawiły naszej pani wielką radość.

- I o to chodziło, Moll. I o to chodziło!- mrugnął porozumiewawczo i ruszył na górę.

Pół godziny później był czysty, pachnący mydłem i odziany w świeże ubranie. W takim stanie mógł się odpowiednio przywitać z ukochaną, choć wiedział, że nawet gdyby pachniał jak cap, Sam powiałaby go równie gorąco. W jego pojęciu zasługiwała jednak na więcej.

Kiedy ponownie zjawił się w salonie, właśnie zaczynała się budzić, więc uśmiechnął się, klęknął obok sofy, pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta.

- Witaj, moja miłości, piękna pani O'Neill.- powiedział miękko, całując ją w czubek nosa.

Samantha zachichotała jeszcze nie bardzo przytomna, lecz za chwilę otworzyła szeroko oczy i rozpromieniła na widok męża.

- Jack! Nareszcie! Kiedy wróciłeś do domu?- spytała, siadając najszybciej jak się dało i wtulając w jego ramiona.

- Niedawno, najdroższa. Spałaś tak smacznie, że nie chciałem cię budzić. Postanowiłem więc umyć się i przebrać, nim się przywitam.- wyjaśnił, nie przestając się uśmiechać.- Tęskniłaś?- mrugnął.

- Szaleńczo!- odparła zaraz.

- A więc pocałuj mnie i pokaż, jak bardzo, bo szczerze mówiąc i ja tęskniłem, Sam.- powiedział, pochylając ku niej głowę.

Nie potrzebowała zachęty. Zarzuciła mu ręce na szyje i przycisnęła swe wargi do jego ciepłych ust. Och, jakże jej tego brakowało! Całowali się, aż zbrakło im tchu w piersiach, a potem siedzieli wtuleni w siebie. Dłonie Jacka spoczywały tam, gdzie rosło ich dziecko, a on sam śmiał się radośnie, czując kopnięcia maleństwa.

- Jest dziś bardzo ruchliwe.- zauważyła szczęśliwa pułkownikowa.- Cieszy się z powrotu taty.

- A tata tego aniołka cieszy się, że już wrócił do niego i jego ślicznej mamy.- powiedział jej mąż.- Byłbym już wcześniej, ale znalazło się paru takich, co postanowili okraść armię amerykańską.- przyznał.

- Naprawdę?- rzuciła natychmiast, obrzucając go bacznym spojrzeniem, by upewnić się, że nic mu nie jest.

- Jestem cały, Sam.- zapewnił prędko.- To złodzieje koni są trochę… ummm… niedysponowani. Nic zagrażającego życiu, kulki w ramię i takie tam. Jednego postrzeliłem w tyłek.- dorzucił i Sammie się roześmiała.- Mieli ze sobą Indiankę z rezerwatu. Porwali ją kilka dni temu.- powiedział jeszcze O'Neill.

- Co z nią?- zaniepokoiła się jego żona.

- Poturbowania i przestraszona, ale żywa. Odstawiłem ją do Szarego Pióra, zanim powróciłem do koszar.- poinformował łagodnie.

- Chwała Bogu!- westchnęła, wtulając się w niego mocniej.- Najważniejsze jednak, że już jesteś ze mną. Bałam się, że dziecko urodzi się zanim wrócisz.- wyznała.

- Cierpliwość ma po twoim ojcu. Zaczekało grzecznie na papę!- zażartował, a ona się roześmiała.

- Może to i prawda, bo żadne z nas nią nie grzeszy.- przytaknęła.

- Widać, taki już nasz urok!- mrugnął ponownie i pocałował ukochaną w czoło.

Resztę dnia spędzili ciesząc się sobą i swoją bliskością, w towarzystwie swoich dwóch pupili, śpiących łapa w łapę na poduszce przed kominkiem.

Mimo początkowych zgrzytów, Goldie i Blue się dogadali, więc w rodzinie panowała teraz względna harmonia.

I tak być powinno.

- A propos...- powiedział wieczorem Jack, gdy kładli się spać i podał ukochanej tajemnicze zawiniątko.- To od wodza. Mały prezent dla ciebie i naszego dziecka, najdroższa.- dorzucił.

Gdy odwinęła materiał, oczom jej ukazały się śliczne, skórzane mokasyny dla dziecka, doskonale wygarbowane i ślicznie ozdobione koralikami.

- Cudowne!- zachwyciła się.- Pierwsze buciki naszego dziecka.

- Yup! Na Halloween jak znalazł!- zachichotał.

- Jesteś niemożliwy, Jack!- zbeształa go łagodnie i dała kuksańca w ramię.

- Po prostu niemożliwie w tobie zakochany.- skwitował, przyciągając ją do siebie i wtulając w jej plecy. Tylko tak mogli spać w miarę wygodnie i blisko.

- To dobrze…- wymruczała sennie.-… bo ja jestem niemożliwie zakochana w sobie.

Potem już nic nie mówili…

TBC