Przez całą drogę powrotną do Hogwartu nie odzywaliśmy się do siebie. Miałam wrażenie, że Snape próbował udawać obrażonego, lecz w głębi duszy skrywał coś innego; zapewne jakąś część siebie, której się wstydził. Zazwyczaj w tych momentach sprawiał wrażenie wyjątkowo oburzonego. Ja z kolei nie miałam zamiaru przerywać tego milczenia, wiedząc, że gdybym spróbowała, pewnie bardzo bym tego pożałowała.
Gdy wróciliśmy, okazało się, że egzaminy były już skończone. Uczniowie, wyczerpani po całym dniu zdenerwowania, siedzieli teraz w Wielkiej Sali, dyskutując na temat zadań, które otrzymali. Niektórzy wyglądali tak, jakby jeszcze teraz mieli zemdleć, chociaż przecież już przebrnęli przez najgorszą część tego dnia.
– Przysięgam, że mój egzaminator próbował zrobić mi na złość tym swoim ciągłym chrząkaniem! – usłyszałam, gdy przechodziłam obok jednego z długich stołów (ogarnęło mnie poczucie winy, ponieważ nie było mnie w zamku, gdy moi uczniowie zdawali egzaminy – cóż, nie z historii magii, lecz nadal byli to moi uczniowie).
– Przesadzasz. Mam wrażenie, że chrząkał za każdym razem, gdy robiło się jakiś błąd... i dzięki temu mogłam z niego wybrnąć – odrzekła koleżanka pierwszego ucznia.
Nie mogłam się nie uśmiechnąć; przypomniały mi się moje własne sumy, a potem moje własne owutemy. Zawsze wydawało się, że egzaminator robi egzaminowanemu na złość, że stara się go zdeprymować... a na koniec okazywało się, że albo chciał pomóc, albo też jego zachowanie było tak obojętne, jak to możliwe.
– Dziwi mnie, że znika pani na cały dzień w takich okolicznościach – usłyszałam chłodny głos pani dyrektor i serce przestało mi bić na moment.
Wiedziałam, że powinnam była zostać; jako opiekunka domu byłam odpowiedzialna za Krukonów... z drugiej jednak strony zdawałam sobie sprawę z tego, że jeżeli nie uda nam się powstrzymać śmierciożerców, ucierpi cały Hogwart...
– Przepraszam – bąknęłam wreszcie, nie podnosząc głowy. Cieszyłam się, że nie ma nigdzie Snape'a, bo miałam wrażenie, że jego obecność jedynie pogorszyłaby sytuację. – Były... pewne sprawy...
– Och, zapewne ważniejsze od pani pracy.
Nie patrzałam na panią dyrektor, ale wiedziałam, że jej oczy znów są zwężone jak u kotki, a wargi ma zaciśnięte tak bardzo, że tworzą jedynie poziome rozcięcie.
– Przepraszam – powtórzyłam jedynie, a odpowiedziało mi głębokie westchnienie.
– Ma pani szczęście, że to ja tu jestem dyrektorem, niewielu byłoby tak pobłażliwych – rzekła, a ja uśmiechnęłam się w duchu; z jednej strony McGonagall nie wydawała się osobą, którą można by nazwać pobłażliwą. Z drugiej jednak... miała rację. Gdyby dyrektorem był ktokolwiek inny, zapewne mogłabym już pakować rzeczy.
Dopiero po dłuższej chwili milczenia odważyłam się spojrzeć w górę i napotkałam wzrok McGonagall, która nadal spoglądała na mnie dość srogo, ale też z czymś w oczach, co wyglądało jak niepokój. Nie byłam pewna, czy było to jedynie przywidzenie, czy też rzeczywiście jej twarz zdradzała coś więcej, niźli umysł by chciał.
– Musimy porozmawiać – dodała po chwili, tym razem o wiele ciszej. – Gdzie Severus?
Pokręciłam głową.
– Nie mam pojęcia – odrzekłam szczerze. – Rozstaliśmy się zaraz po powrocie do zamku.
– W takim razie bardzo proszę go odnaleźć i za pół godziny spotkamy się u mnie w gabinecie. Jest... jest coś, o czym powinniście wiedzieć.
Kiedy chwilę później przemierzałam korytarze zamku, czułam, jak szybko bije mi serce. Było to dziwne, że pani dyrektor tak bardzo stała po naszej stronie, chociaż w ten sposób mogła narazić się Ministrowi... z drugiej strony ona również przedkładała dobro studentów nad dobro własne. Może dlatego chciała nam pomóc...
Zrozumiałam, że naprawdę mamy szczęście, że to właśnie McGonagall jest dyrektorką. Gdyby nie ona, pewnie i Severus, i ja pożegnalibyśmy Hogwart już dawno temu.
Znalazłam Severusa u niego w gabinecie. Nie spojrzał w moją stronę, gdy weszłam; chyba nauczył się mnie rozpoznawać po krokach, bo byłam przekonana, że gdyby wszedł kto inny, nie pozostałby tak spokojny.
– Pani dyrektor prosiła, żebym...
– Jestem zajęty, Shirley, nie widzisz? – warknął Severus znad sterty papierów. Nie miałam pojęcia, co czyta, ale rzeczywiście wydawał się być zatopiony w lekturze. Z początku myślałam, że robił to tylko po to, by uniknąć spojrzenia na mnie, lecz chyba naprawdę coś bardzo go zaniepokoiło w tym, co czytał.
Nie odpowiedziałam. A jednak nie wyszłam, wiedząc, że muszę go przyprowadzić do gabinetu dyrektora tak szybko, jak to możliwe. Czekałam zatem w miejscu, patrząc niepewnie na Snape'a, gdy ten przebiegał wzrokiem po zapisanym drobnym tekstem pergaminie. Jego twarz zmieniała się tak nieznacznie, że nie byłam pewna, kiedy tak bardzo zmarszczył czoło.
Wreszcie wstał, zwinął pergamin i wcisnął go za pazuchę.
– Trochę się pokomplikowało, Shirley – rzekł cicho, nadal nie patrząc w moją stronę. – Tak, tak, wiem. Pani dyrektor chce nas widzieć – dodał zaraz, ledwie udało mi się nabrać powietrza w płuca, by mu o tym powiedzieć.
Szybko zatem zamknęłam buzię i pozwoliłam mu wyprowadzić się z gabinetu. Musiałam biec truchtem, by dotrzymać mu kroku; znowu przypominał mi gigantycznego nietoperza, kiedy niemal sunął poprzez korytarze z peleryną trzepocącą za nim niczym skrzydła.
Zastanawiało mnie, cóż takiego znajdowało się na owym zwoju pergaminu, który teraz spoczywał bezpiecznie u Snape'a. Chociaż chyba przyzwyczaiłam się do widzenia go zaniepokojonego, wyraz, który dostrzegłam parę minut wcześniej w jego oczach, wcale mi się nie podobał. Odnosiłam wrażenie, że choć właśnie zaczęłam mieć nadzieję, że rzeczywiście wszystko się uda, los postanowił rzucić nam kłody pod nogi.
Stanęliśmy razem na ruchomych schodach, które poprowadziły nas w górę, ku drzwiom do gabinetu dyrektora. Dopiero teraz zorientowałam się, że moje ręce drżą, a całe moje ciało jest dziwnie spięte.
Weszliśmy, gdy tylko usłyszeliśmy głos McGonagall. Pani dyrektor siedziała za biurkiem, poprawiając nerwowym gestem okulary na nosie.
– Chciała nas pani widzieć – odezwał się chłodnym, beznamiętnym tonem Snape.
– Uważam, że powinnam wam to powiedzieć – odparła McGonagall, wstając. Na moment zamknęła oczy, ale gdy je otwarła, wyglądała nie na przerażoną, lecz na pełną determinacji, a to dodało mi nieco otuchy.
Niepewnie spojrzałam na Snape'a, który stał niemalże tuż obok mnie. Nie pamiętałam, byśmy byli tak blisko siebie, ale nie mogło mi to przeszkadzać. Na pewno nie po tej kłótni, w momencie, kiedy jedyne, czego pragnęłam, to pogodzić się z nim.
– Podczas przesłuchań odkryliśmy, że wróg wdarł się już w mury tej szkoły – wyjaśniła wreszcie pani dyrektor, sprawiając, że serce opadło mi dość nieprzyjemnie na samo dno żołądka. – Prócz pana Stillwatera śmierciożercy zwerbowali jeszcze pana Puceya oraz pana Selwyna. Obaj są już w rękach Ministerstwa...
– Czyś ty oszalała, Minerwo?! – zagrzmiał Snape, gromiąc panią dyrektor wzrokiem. Ta wyglądała na tak poruszoną, że nawet się nie odezwała. – Właśnie otrzymałem notkę od Dracona Malfoya, że dzisiaj w nocy śmierciożercy w Azkabanie zamierzają uciec.
McGonagall zrobiła się blada jak ściana, a ja zrozumiałam, że wolałabym chyba nie wiedzieć, co znajdowało się na pergaminie.
– W nocy...? – powtórzyła pani dyrektor, trzymając się kurczowo za serce.
Snape wyjął zwój pergaminu i zamaszystym dość ruchem podał go McGonagall. Ta ujęła go w drżące nieco dłonie i rozwinęła. Jej usta ściągały się coraz bardziej z każdą przeczytaną linijką tekstu.
– Nie możemy dopuścić, by dotarli do szkoły, Severusie – wyszeptała wreszcie.
– Oczekujesz ode mnie niemożliwego. Nie jestem w stanie w pojedynkę stawić czoła całej armii – rzekł ze złością Snape.
– Nie w pojedynkę – wtrąciłam się wreszcie, chociaż prawdę mówiąc, nie pamiętałam, bym formowała te słowa. – Idę z tobą.
Dopiero wówczas Snape odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie, unosząc wysoko brwi ze zdumienia.
– Wydawało mi się, że już wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy – syknął.
– Panna Shirley ma rację – rzekła McGonagall, patrząc surowo na Severusa. – Weźmiesz ją ze sobą. Nie wiem jednak, kto jeszcze będzie mógł pomóc... nie chcę wzbudzać paniki wśród uczniów. Mają teraz dość stresu...
– MINERWO, CZY W MOMENCIE WOJNY NAPRAWDĘ SĄDZISZ, ŻE UCZNIOWIE BĘDĄ SIĘ PRZEJMOWALI CHOLERNYMI EGZAMINAMI?! – zagrzmiał Snape, uderzając pięścią w blat biurka.
McGonagall skrzywiła się tak bardzo, że okulary niemal zupełnie zsunęły się jej z nosa.
– Uspokój się, Severusie, albo będziesz musiał wyjść – powiedziała poirytowana, lecz zdziwiło mnie, że jej głos brzmiał zdumiewająco spokojnie jak na te okoliczności. – Nie chcę wywoływać paniki wśród uczniów. Ich samopoczucie to jedno, ale istnieje jeszcze jeden powód.
Snape oddychał szybko i z jego twarzy można było wyczytać, że naprawdę zastanawia się, czy nie skorzystać z okazji, by opuścić gabinet.
– Jeżeli pozwolimy na to, by uczniowie wpadli w panikę, śmierciożercy dowiedzą się o tym, że wiemy o ich planie ataku na Hogwart – wyjaśniła po chwili McGonagall. – Lepiej, by o tym nie wiedzieli. To da nam odrobinę przewagi.
Snape zmarszczył lekko czoło, ale nie zaprotestował, wobec czego zarówno ja, jak i pani dyrektor, musiałyśmy uznać, że zgodził się z tym planem.
– Nie zmienia to faktu, że nie zabieram Shirley ze sobą – warknął po chwili. – Obiecałem sobie, że nie dam jej skrzywdzić.
– A ja obiecałam, że nie pozwolę ci zginąć! – odgryzłam się. Czy on naprawdę myślał, że pozwolę mu iść samemu?
– W tym przypadku – odezwała się pani dyrektor – wydaje mi się, że muszę zgodzić się z panną Shirley. Szkoła nie może pozwolić sobie na tę stratę, Severusie. Już i tak przeboleliśmy ją raz za dużo. Nie każ nam tego powtarzać.
Spojrzenie, którym Snape obdarzył McGonagall, sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba.
– Wspaniale – syknął ze złością, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
– Miej na niego oko – zwróciła się do mnie szeptem McGonagall, nim ruszyłam biegiem za Snape'em.
Mimo iż wołałam go i wołałam, gdy biegłam za nim przez korytarze, Severus nie zatrzymał się ani na moment. Nie obdarzył mnie nawet pełnym pogardy spojrzeniem przez ramię. Nie rzucił żadnej uszczypliwej uwagi. Nic.
Wolałabym chyba, żeby na mnie nakrzyczał. Uderzył mnie. Cokolwiek. Wiedząc, że dotknęłam go do żywego tym, iż chciałam go chronić, czułam się jednocześnie winna i niesłusznie oskarżona, chociaż trudno było mi to wyjaśnić.
Jednak nie zablokował drzwi, gdy wrócił do swego pokoju. Gdy parę sekund po nim ja próbowałam je otworzyć, one ustąpiły z zaskakującą łatwością.
– Jesteś z siebie dumna? – wyparzył zaraz.
Na jego twarzy zakwitły ciemne plamy, a oczy rzucały niebezpieczne błyski. Jego pierś unosiła się dość miarowo w rytm przyspieszonego, ciężkiego oddechu, a zsiniałe lekko wargi drżały nieco. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozgniewanego.
– Chyba nie myślałeś, że pozwoliłabym ci walczyć z nimi samemu! – odpowiedziałam, podchodząc do niego.
Być może popełniłam błąd, bo Snape zaraz chwycił mnie za ramiona i niemal brutalnie przycisnął do ściany. Chociaż się wyrywałam, nie byłam w stanie od niego uciec. Wreszcie zrezygnowałam z prób i spojrzałam mu wyzywająco w oczy.
– Myślałem, że mnie zrozumiałaś, ale najwyraźniej się myliłem i jesteś jeszcze większą idiotką, niż przypuszczałem – warknął.
– Doskonale wiem, o czym mówisz – odpłaciłam się pięknym za nadobne. Krew szumiała mi w uszach, a na moich policzkach pojawił się rumieniec. – Mówiłeś, że nie chcesz widzieć, jak kolejna bliska ci osoba ginie. Myślisz, że ja chcę to widzieć? Myślisz, że dopuściłabym do tego, wiedząc, że jest szansa, że mogę cię ochronić?
– Jesteś tak bezczelna i arogancka, że jestem doprawdy zdumiony, że pani dyrektor wciąż jeszcze cię tu trzyma.
– Nie zmieniaj tematu – odparłam, a mój głos zabrzmiał ciszej, niż planowałam. To chyba jednak on sprawił, że Snape nagle spojrzał na mnie z tą samą łagodnością, którą widziałam wcześniej. Łagodnością, którą wciąż jednak starał się ukryć.
Po chwili puścił moje ramiona i szybkim gestem przeczesał włosy palcami, odwracając się ode mnie. Zauważyłam, że i jego dłonie drżą. Bał się.
– Nie masz pojęcia, czym jest wojna – powiedział wreszcie, a ton jego głosu dotknął najgłębsze partie mojego serca. Smutek, który w nim brzmiał, był tak przejmujący, że poczułam wstyd, iż zachowywałam się względem niego w ten sposób. – Wolałbym, żebyś nigdy nie musiała się dowiedzieć... to nie jest to samo... co w szkole. Jesteś w pełni wykształconą czarownicą, ale to nie sprawia, że będziesz w stanie stawić czoła temu złu, które do nas napływa.
– I uważasz, że pozwolę na to, byś stanął przeciwko niemu sam? Postradałeś zmysły, Severusie? – spytałam.
– Potrzebuję cię teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Kiedy na mnie spoglądał, w oczach lśniły mu łzy. Dopiero wówczas też zorientowałam się, że sama płaczę, chociaż nie pamiętałam, bym sobie na to pozwalała.
– Nikt nie powiedział, że to musi się skończyć źle – wyszeptałam i ujęłam jego twarz w dłonie. Snape westchnął i pogładził mnie kciukiem po jej wierzchu. – To... to musiało się stać prędzej czy później. A ja byłabym u twego boku niezależnie od wszystkiego.
Zamknął oczy i oparł swoje czoło o moje. Pomimo sytuacji poczułam w sercu jakiś dziwny spokój. Jakby jego obecność i akceptacja mogła przezwyciężyć wszystko.
– A jeżeli przyjdzie najgorsze? – zapytał cicho.
– Wtedy zginiemy razem.
