XXXVII
Party noworoczne Ellen było małe liczebnością, lecz wielkie duchem i radością. Oprócz obecnych na kolacji u Sue gości, do towarzystwa dołączył jeszcze Charlie, który wrócił od przyjaciół. Lucy i Myles Leland'owie również wpadli do Hudsonów popołudniu, choć ci nie zabawili długo, gdyż wieczorem byli gospodarzami przyjęcia noworocznego organizowanego przez ich fundację, połączonego ze zbiórką funduszy. Każda okazja przecież dobra, żeby pozyskać nowych darczyńców na tak ważny cel!
Jack miał duży dom, więc ustalono, że nie ma sensu rozchodzić się do swoich mieszkań po północy, zwłaszcza że dzieci najpewniej już dawno będą spały. Rozlokował więc swoich gości po wszystkich wolnych pokojach (a miał ich jeszcze trzy), Bobby'emu oferując swoją wygodną, rozkładaną kanapę w salonie. Dzięki temu nikt nie musiał unikać szampana, wiedząc, że nie musi po przyjęciu siadać za kierownicą. Zbyt wielu ludzi w tych czasach zdawało się zapominać, że po alkoholu nie powinno się prowadzić samochodu.
Nie, żeby dorośli planowali się upić! To nie było w ich stylu. Poza tym, mieli dzieci pod opieką. Tylko ktoś nieodpowiedzialny zalałby się, sprawując pieczę nad nieletnimi.
W każdym razie, impreza się udała. Była muzyka, świetne jedzenie, gry i zabawy, oglądnie odliczania nadawane z Nowego Jorku, no i oczywiście sztuczne ognie, kiedy wybiła dwunasta, i wszyscy złożyli sobie noworoczne życzenia.
Jeśli jednak zapytać, którą część wieczoru zapamiętano najbardziej, dzieci z pewnością odpowiedziałyby, że zimne ognie i fajerwerki, a większość dorosłych… no cóż, pewna czwórka nie zaprzeczy, że najlepszy był sylwestrowy całus!
Następnego dnia rano, odbyło się wielkie śniadanie i dopiero potem Tara zabrała Holly oraz Bobby'ego do siebie, a Sue odwiozła Charlie'ego do jego domu, zanim z Noah wrócili do swojego.
- Zajrzę później.- obiecał Jack, gdy żegnali się na jego pojeździe.
- OK.- uśmiechnęła się i zamigała Sue i cmoknęła go lekko w usta.- Jeszcze raz, szczęśliwego Nowego Roku, Jack.- dodała.
- Wzajemnie, Sue.- odparł rozpromieniony i pocałowawszy ją raz jeszcze przez okno samochodu, patrzył, jak jego dziewczyna odjeżdża.
- Cieszę się za ciebie, synku.- powiedziała Ellie, kiedy wrócił do domu.- To wspaniała dziewczyna.
- Dzięki, mamo. Też tak myślę.- uśmiechnął się brunet.- Ona i Noah wiele dla mnie znaczą.- przyznał.
- Wiem, kochanie. To widać.- skinęła głową pani Hudson.- Niesamowite, że ten chłopczyk tak szybko dochodzi do siebie. Mówiłeś, że przez pół roku był w śpiączce.- powiedziała jeszcze.
- To prawda. Lekarze nie dawali mu szans, ale Sue nie przestała walczyć.- potwierdził Jack.- Sprzedała wszystko, co jej zostało, rzuciła intratną pracę w Nowym Jorku, byle tylko przy nim być. Wszystko dla niego poświęciła.- dodał miękko.
- Jest cudowną matką.- przytaknęła Ellie.- Na dodatek dziewczynki są do niej bardzo przywiązane.
- Sue poświęca im wiele uwagi.- odparł jej syn.- Odkąd poznały się w szkole, słyszałem tylko: „Panna Sue to, panna Sue tamto…".- stwierdził z uśmiechem.- Początkowo myślałem, że to tymczasowa fascynacja kimś, kto się nimi zainteresował, ale czas mijał, a Noni i Eden idolizowały ją coraz mocniej, więc zacząłem być ciekaw tej osoby. Za każdym jednak razem, gdy próbowałem poznać ją osobiście, coś stawało nam na drodze. Wiesz, że spotkałem ją kiedyś w parku podczas joggingu, mamo? Nie miałem pojęcia, że to osławiona panna Sue!- roześmiał się lekko.
- Ale musiała zrobić na tobie wrażenie, skoro ją zapamiętałeś!- mrugnęła psotnie Ellen, a on się zarumienił.
- Nie zaprzeczę. Nie jestem ślepy, mamo, ale sama wiesz, jak było. Zresztą, to było przelotne spotkanie…- odpowiedział.
- Co poczułeś, gdy poznaliście się oficjalnie i zrozumiałeś, że już ją kiedyś widziałeś?- spytała zaciekawiona matka bruneta.
- Oprócz ulgi, że moje dziecko jest zdrowe i całe?- rzucił lekko.- Zaskoczenie, wdzięczność, na pewno pewną dozę oczarowania, chociaż nie byłem gotów tego przyznać nawet sam przed sobą.- powiedział szczerze.- Potem poznałem ją lepiej i zrozumiałem, że dziewczynki miały rację. Naprawdę była miłą, ciepłą, wyrozumiałą osobą, która przyciąga do siebie ludzi, bo zwyczajnie ma dobre serce. Potem poznałem Noah i ich historię, i poczułem jeszcze większy dla niej podziw, i szacunek. Odrzucona przez własną rodzinę, oszukana przez człowieka, dla którego poświęciła wszystko, co było jej drogie, cierpiąca męki niepewności i strachu przez ponad pół roku śpiączki jedynej bliskiej osoby, jaka jej pozostała, a mimo to nie stała się zgorzkniała i nieufna, nie zamknęła się przed światem i ludźmi, lecz dawała innym tyle z siebie, ile tylko mogła w tych okolicznościach.- mówił.
- Dlatego zdecydowałeś się jej pomóc, prawda?- usłyszał i skinął głową.
- Zasługiwała na to. Oboje zasłużyli.- odparł.- Poza tym, zaprzyjaźniliśmy się. Tak naprawdę, mamo.- dorzucił.- Rozmawiając z nią miałem odczucie, że znamy się od lat, że rozumiemy się jak nikt.- wyznał.- Nawet z Bobby nie byłem nigdy tak otwarty, a to mój najlepszy kumpel, prawie brat. Nie sądziłem, że…
- … się zakochasz?- dokończyła za niego Ellie. Rumieniec odpowiedział za niego.- Nie ma w tym nic złego, synku. Masz prawo od nowa ułożyć sobie życie i odkąd poznałam twoją Sue, WASZĄ Sue…- poprawiła się z uśmiechem.-… rozumiem, dlaczego tak się do niej przywiązaliście. Smutne jest tylko to, że tak dobra dziewczyna nie ma wsparcia własnej, biologicznej rodziny. Jak można odwrócić się od własnego dziecka i wnuka, tego nie zrozumiem nigdy.- westchnęła.
- Zbłądzili, mamo.- odrzekł Jack.- Dali się omamić źle pojętej wierze, ale Sue nie ma im tego za złe. Ona do nikogo nie odwróciłaby się plecami. Być może kiedyś nadejdzie czas, że zrozumieją swój błąd i zechcą się z nią skontaktować, znów być rodziną. Wiem, że otworzy dla nich ramiona. Jeśli nie, trudno. Wciąż ma nas, mnie… Już nigdy nie będzie sama.- dokończył miękko, ale stanowczo.
- Jeśli zechcecie się pobrać, wiedz, że z całego serca powitamy ją i Noah w klanie.- zapewniła pani Hudson.- Bóg dał mi tylko jedno dziecko, ale chętnie ujrzę w Sue córkę, jak niegdyś uczyniłam to z Allie. Pokochałeś dwie wspaniałe kobiety, Jack. Straciłeś jedną, to prawda, ale Stwórca przyprowadził do ciebie godną następczynię. Nie strać jej, kochanie.
- Nie zamierzam, mamo.- powiedział.- Zrobię wszystko, by nam się udało.
- Wiem, Jack. Wiem.- dorzuciła i oboje się uśmiechnęli.
Wracając w połowie stycznia do Wisconsin, Ellen była spokojna o syna i wnuczki. Zdążyła jeszcze lepiej poznać Sue Thomas i wiedziała, że ta blondynka zaopiekuje się całą trójką niezgorzej od niej. Jack był wreszcie szczęśliwy, bliźniaczki też, a nowa firma prosperowała. Miała nadzieję, że nie będzie czekać długo na inne dobre wieści, choć zdawała sobie sprawę, że życie nie zawsze bywa proste. Życzyła jednak synowi i jego wybrance, aby ich wspólna droga była prosta i lekka. Zbyt wiele już wycierpieli…
Pięć miesięcy później…
- Nie sądziłem, że skończymy budowę tej hali przed terminem, ale się udało!- powiedział zadowolony Jack, biorąc od Sue kieliszek i unosząc w niemym toaście.
- To tylko dowodzi, jak intratny jest nasz interes, wspólniku.- stwierdził uśmiechnięty szeroko Bobby, robiąc to samo.- Już kiedy dałeś mi konspekt spółki, wiedziałem, że firma ozłoci nas obu. Jesteśmy więksi, silniejsi i skuteczniejsi, czego dowodem jest ten piękny przelew na naszym koncie i nowe kontrakty!- dorzucił z satysfakcją.
- To prawda.- przytaknął brunet.- HMC było najlepszym posunięciem, jakie obaj wykonaliśmy i dziś procentuje z nawiązką.
- Za Hudson-Manning Constructions!- zawołał Crash.- Przybyliśmy, zbudowaliśmy, zarobiliśmy!- sparafrazował żartobliwie Cezara.
- W rzeczy samej.- mrugnął Sparky i cała trójka stuknęła się kieliszkami.
Sue nie mówiła wiele, przygotowując mały poczęstunek, tylko uśmiechała się ciepło.
Początkowo było jej trudno przywyknąć, gdy przyszła do firmy. To było dla niej zupełnie nowe doświadczenie, ale jej poprzedniczka cierpliwie wytłumaczyła co i jak, więc kiedy poszła wreszcie na macierzyński, to z przekonaniem, że panna Thomas sobie poradzi. Rzeczywiście, gdy już pojęła podstawy, Sue gładko przejęła pałeczkę i wkrótce prowadziła biuro Jacka całkiem sprawnie, szczególnie, że radą zawsze służyła jej zawodowa sekretarka drugiego prezesa, pani Johnson, która w chwilach niepewności pomagała blondynce. Obie dzieliły wspólną przestrzeń, łączącą gabinety ich szefów i bardzo się zaprzyjaźniły.
- Zasłużyliście na to.- powiedziała w końcu .- Przez te miesiące pracowaliście ciężko i poświęceniem. Teraz zbieracie plony tej pracy. Gratulacje, moi panowie!- dodała.
- Dzięki, kochanie!- wyszczerzył się Jack i cmoknął ją w usta ku rozbawieniu wspólnika.
Zwykle w pracy unikali publicznego okazywania uczuć. Nie chcieli wzbudzać niepotrzebnych plotek wśród pracowników, czy oskarżeń o faworyzowanie kogokolwiek. Owszem, spekulowano na temat szefa i jego sekretarki, ale po cichu. Zresztą, panna Thomas była powszechnie lubiana wśród załogi firmy. Z każdym sobie porozmawiała, dla każdego miała dobre słowo, czy radę, gdy trzeba. Przekonała też prezesów, by utworzyli doraźny fundusz zapomogowo- pożyczkowy dla tych pracowników, którzy pilnie potrzebowali gotówki, zwłaszcza rodziców samotnie wychowujących dzieci. Wiadomo, że czasem wypada coś nieoczekiwanego, wycieczki szkolne, czy inne takie sprawy, a nie każdy miał wymaganą przez banki historię finansową, pozwalającą ubiegać się o kredyt. Tu, w firmie, mógł wziąć niedużą, nieoprocentowaną pożyczkę i spłacać ją ze swojej pensji w dogodnych ratach. To rozwiązanie pomogło wielu, ale nie stanowiło uszczerbku dla płynności finansowej przedsiębiorstwa, ponieważ wysokość pożyczki była ograniczona, a zatrudnienie biorącego, gwarancją spłaty.
Tak więc ludzie byli bardzo zadowoleni z pracy w HMC, a to, że Sue podobno chodziła z prezesem Hudsonem, nie przeszkadzało nikomu, jak długo na nikogo nie donosiła, ani nie działała na szkodę pracowników. Poza tym, większość uważała ją za „naprawdę fajną babkę".
- Dzięki, Sue.- powiedział Bobby, przegryzając ciasteczko roboty swojej sekretarki, która już poszła do domu.- Z czystym sumieniem mogę teraz zabrać Tarę i Holly na wakacje.- dodał.
On i panna Williams spotykali się już od kilku miesięcy i sprawy robiły się powoli poważne. Spędzali ze sobą dużo czasu, zarówno we dwoje, jak i we trójkę. Dzięki temu Tara przełamała wreszcie swój strach i zaczęła mu w pełni ufać. Bez wahania zgodziła się, by w czerwcu polecieli razem do Australii.
- Kiedy wylatujecie?- spytał zaciekawiony Jack.
- Piętnastego.- odparł jego partner.- Chcę pokazać dziewczynom swoje stare śmieci i jeszcze kawałek Oz. Wrócimy trzydziestego.- dodał.
- Wtedy my pójdziemy na urlop.- przytaknął Hudson.- Obiecaliśmy dzieciakom, że zabierzemy je na Florydę, do parku Disney'a.
- Gdybyście chcieli, możemy wziąć i Holly. To żaden problem.- wtrąciła Sue.
- Pogadam z Tarą luv i dam wam znać.- zgodził się z uśmiechem Australijczyk i dokończył swojego szampana.
Tego dnia wszyscy wracali do domu bardzo zadowoleni. Dlaczegóż jednak nie, skoro powodów było tak wiele!
TBC
