DoD ma już ponad 100 000 wyrazów, a tu końca na razie nie widać. Teraz te rozdziały są bardzo długie. Mam nadzieję, że czyta się w miarę dobrze. Miłego czytania i może jakiś komentarz? ;)

Pozdrawiam

Klaudia

###

ROZDZIAŁ 34

[Lady Gaga – Born this way ]

Dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Podróż minęła o dziwo bardzo szybko. Bella tym razem mi nie usnęła, ale i tak towarzyszyła nam przyjemna cisza podczas której od czasu do czasu ukradkowo na siebie spoglądaliśmy. Dzisiaj wieczorem miało do nas jeszcze wpaść moje rodzeństwo wraz z Rosalie. Nad Jasperem trochę się zastanawialiśmy, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że nie chcemy, by czuli się nieswojo w swoim towarzystwie: mam oczywiście na myśli swoją siostrę i tego kretyna. Mam nadzieję tylko, że zrozumie i się na nas nie obrazi. Nie chcę wybierać między siostrą, a przyjacielem, ale nie chcę też się wtrącać w ich związek. Sami powinni sobie poradzić z tym i rozwiązać wszelkie problemy, jakie zaistniały między nimi, bo mam wrażenie, że jeśli ktoś będzie się w to wtrącać, może nie wyjść najlepiej.

Gdy już wtargałem do mieszkania te trzy walizki, to nawet sobie nie usiadłem, bo została mi wręczona lista z zakupami i musiałem niestety na nie jechać, bo lodówka świeciła pustkami. Chcąc nie chcąc, musimy coś jeść, a tym bardziej jak wpadnie dzisiaj Emmett, to w lodówce trzeba coś mieć. Uporałem się nawet z tym wszystkim szybko, bo nawet na tej liście nie było wiele, a i tak dorzuciłem parę rzeczy od siebie. Wróciłem do domu, i o dziwo wszystkie trzy walizki były już rozpakowane, więc walnąłem się na kanapę w salonie, chcąc choć chwilkę sobie odpocząć. Byłem zmęczony i w sumie nawet nie wiem czemu.

– Zrobiłam ci kawy – powiedziała Bella, stawiając duży kubek z aromatyczną kawą na stoliku.

– Dzięki. Chyba tego mi było trzeba – powiedziałem, od razu biorąc parę łyków zbawiennej kofeiny, a potem poczułem dłonie Belli na swoich ramionach i zaczęła je masować.

– Jesteś zmęczony. Niepotrzebnie cię wysyłałam na te zakupy.

– Nic mi nie będzie – zapewniłem ją, a gdy już przestała mnie masować, położyłem się z powrotem na kanapie, lecz tym razem ułożyłem głowę na jej kolanach. – O której mają przyjść?

– Mają być koło szóstej. Jest jeszcze trochę czasu, więc może się prześpisz, co?

– Nie, nie... jest okej. Poleżę tak sobie chwilkę, a potem i tak muszę wymyślić choreografię na jutro. A tak poza tym, to cholernie się rozleniwiłem przez ostatni tydzień – przyznałem się, usadawiając się wygodnie z głową na jej kolanach, a ona tylko się zaśmiała. – Powiemy im dzisiaj? – Zmieniłem temat i spojrzałem jej w oczy.

– Chyba nie mamy innego wyjścia. Co prawda, moglibyśmy im jeszcze wciskać kit, że wpychasz we mnie tyle jedzenia, ale obawiam się, że to nie przejdzie.

– No chyba nie. – Przymknąłem oczy i odpłynąłem sobie tak na chwilkę, a Bella bawiła się delikatnie moimi włosami, od czasu do czasu przejeżdżając palcami po moim policzku. – Bells... a kiedy zacznie kopać? – zapytałem, patrząc na jej brzuch.

– Kopać? Najpierw wypadałoby poczuć, że ono tam w ogóle jest. Na kopanie trzeba jeszcze chyba troszkę zaczekać.

– No dobra – powiedziałem, znowu przymykając powieki.

– Mam tylko nadzieję, że jak już zacznie, to nie będzie mi tam tańczyć break'a – dodała Bella, lekko się śmiejąc, a na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Moja Mała Wiewióra...

O dziwo cała trójka przybyła w miarę punktualnie, biorąc pod uwagę ich tendencję do spóźnień. Rozsiedliśmy się wszyscy w salonie, a ja nadal ciut przysypiałem.

– To jak tam wasza podróż poślubna? – zapytała Alice, która siedziała na wprost mnie, za to na mojej twarzy pojawił się bezwarunkowy uśmiech.

– Gdyby nie to, że musiałem tutaj wrócić, zostałbym tam do końca świata – powiedziałem, spoglądając na Bellę.

– Oj, Wiewióra, Wiewióra... – Westchnęła Bella, a reszta się zaśmiała.

– A ja mam wasze zdjęcia ze ślubu – powiedziała Rosalie, kładąc pendriv'a na stolik. – Wyszły cudowne, a w szczególności te na huśtawce.

– Dzięki, Rose. – Uśmiechnęła się do niej Bella, za to Emmett jakoś uważniej jej się przyglądał.

– Pani Wiewiórowo, nie obraź się na mnie, że to powiem, ale przybyło cię tak trochę tu i ówdzie – powiedział mój kochany braciszek, ale aż się zdziwiłem, że coś dostrzegł, bo Pani Wiewiórowa miała na sobie dużą bluzę.

– W wersję, że Edward wpychał we mnie jedzenie nie uwierzycie, co? – zapytała głupkowato.

– Nie, bo wtedy w cycki nie idzie – powiedział, a ja tylko wywróciłem oczami.

– Nie zwalaj na mnie, bo sama jadłaś za pięć osób – wytknąłem jej ze śmiechem i tym razem to ona wywróciła oczami.

– Czekaj! – krzyknęła nagle Alice i chyba ją olśniło. Napadła na Bellę i podciągnęła jej ubranie w górę. – Nie! – wydarła się, gdy do niej dotarło, a szok był wymalowany na jej twarzy. Bella zagryzła nerwowo wargę, Rose siedziała z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a na twarzy Emmetta czaił się uśmieszek.

– No tak! – potwierdziła Bells, a szok z twarzy Kocurka nie zniknął, tylko jeszcze trochę się powiększył.

– Ale jak?

– Siostra, tylko mi nie mów, że nie wiesz skąd się biorą dzieci, bo to to nawet ja wiem. A wy nie mogliście się lepiej zabezpieczać? – powiedział Misiek i nagle Rose wybuchnęła niepohamowanym śmiechem i wszyscy spojrzeliśmy na nią jak na wariatkę.

– Przepraszam, ale właśnie wyobraziłam sobie Edwarda z takim małym brzdącem na rękach.

– Dzięki, Rosalie. Cieszę się, że we mnie wierzysz, tak jak mój własny ojciec. Chciał mnie zabić siekierą, bo stwierdził, że jest za młody na dziadka.

– Który tydzień? – zapytała nadal zszokowana Alice.

– Początek drugiego trymestru – wyjawiła Bella i teraz zarówno Al, jak i Rose siedziały z otwartą buzią.

– Wcześniej się nie dało powiedzieć? – spytała Rose.

– Sami dowiedzieliśmy się niedawno – wyjaśniła Bella, a potem to już dziewczyny zarzuciły ją masa pytań. Z kolei ja z Emmettem wyszliśmy na balkon z puszkami piwa w ręku.

– To jak tam, tylko serio? – zapytał w pewnym momencie mój brat i zaczął mi się uważnie przyglądać.

– Masz na myśli to, że będę ojcem? – dopytałem, a on kiwną twierdząco głową. – Jest okej i się cieszę. Prędzej, czy później pewnie i tak by to nastąpiło, a z Bellą mi dobrze i wiem, że chcą z nią być. Może to i wyzwanie być rodzicem będąc tak młodym, ale to się dopiero okaże. Będę miał swoją Małą Wiewiórę... – Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech, a Emmett dalej mi się przyglądał.

– Zmieniłeś się... Ślub, dziecko, rodzina... dojrzałeś, a ja będę wujkiem.

– A ja kiedy będę? – zapytałem głupkowato i spojrzałem na niego uważnie.

– Na razie niech ci starczy Mała Wiewióra – usłyszałem i się zaśmiałem.

– A co z Alice i Jasperem?

– Al mieszka u rodziców i jakoś na chwilę obecną są dla siebie neutralni, jeśli można to tak nazwać. Ale, kurwa, noo... Ja na nich już patrzeć nie mogę. Są... byli... zresztą, nie ważne, taką fajną parę i ja naprawdę nie wiem, czemu się tak między nimi popieprzyło.

– Ja też nie ma pojęcia, ale oni muszą sami między sobą to wszystko wyjaśnić.

– No wiem, wiem... A ten, no... jak się czujesz w małżeństwie? Nie sądziłem, że się hajtniesz w najbliższym czasie, a tu proszę? A na dodatek jesteś, kurwa, młodszy ode mnie.

– Szczerze? Ja nie widzę różnicy. Nie wydaje mi się, by coś się zmieniło. Jest tak jak dawniej. No może poza nastrojami Belli, które zmieniają się co pięć minut, ale to kwestia ciąży i hormonów, a nie małżeństwa.

– Oj stary, co się z tobą stało?

– Ze mną? Nic. Za to ty chyba musisz przestać być dzieckiem. – Zaśmiałem się, biorąc kolejny łyk gorzkawego, złocistego napoju.

– Oj tam, oj tam... ale mi tak dobrze.

– Ja to wiem.

– Daj mi już spokój, tatuśku, co? – powiedział i sam zaczął się śmiać. No rzeczywiście, sformułowanie tata, skierowane do mnie dziwnie brzmi i jakoś dziwnie się wtedy czuję, ale no będę tatą, więc chyba należy się oswoić z tym sformułowaniem... Boże! Ja naprawdę będę tatą.

W poniedziałek w studiu pojawiłem się znacznie wcześniej niż powinienem, ale to tylko dlatego, że musiałem załatwić parę spraw i przede wszystkim pogadać z mamą, jak i z tatą odnośnie konkursu dzieciaków. Naprawdę chcę podjąć to wyzwanie. Mama nie widziała w tym przeszkód, tylko kazała mi uzyskać zgody od rodziców, a tata się zgodził na udostępnienie mi trzy razy w tygodniu sali w teatrze i nawet nie pytał na co, ale to może i lepiej. Teraz siedziałem w gabinecie mamy i odwalałem pieprzoną papierkową robotę; a mianowicie drukowałem trzydzieści formułek, które muszą mi podpisać rodzice dzieciaków. Po co? Nie wiem, ale niech będzie. Na dodatek dowiedziałem się, że Tom przenosi się do LA i moja własna matka postanowiła go zatrudnić. Nie wiem, czy oszalała, czy nie, ale z nim na pewno będzie ciekawiej. Przynajmniej mi już Pani Wiewiórowej nie poderwie. Mam przynajmniej taką nadzieję, bo przecież jest moją żoną.

Wszedłem na salę, a tam czekał już na mnie tłum uradowanych dzieciaków. Ten zapał do pracy widziałem w ich oczach i to było niesamowite, że mieli w sobie tyle energii. Usiadłem na środku pod lustrem, uśmiechając się do nich, a trzydzieści par ślepi było intensywnie we mnie w wpatrzone.

– Okej, to może na początek ogłoszenia parafialne. Bierzemy udział w konkursie, znaczy wy bierzecie, ja tylko nad tym czuwam, ale wcześniej muszę uzyskać zgody od waszych rodziców, więc po zajęciach zgłosicie się po makulaturę. Treningi mielibyśmy wtedy trzy razy w tygodniu w teatrze, a więc czekać was będzie odrobina pracy i pierwszy trening byłby już pod koniec tygodnia. Wtedy wszystko byśmy dokładnie ustalili. A dzisiaj, ponieważ chciałbym zobaczyć co naprawdę potraficie, będzie nieco ambitniej. Zrobimy tyle, ile się da, ale nic na siłę. No i oczywiście pytajcie o cokolwiek. A teraz do roboty.

Zacząłem jak zwykle, czyli od rozgrzewki. Dzieciaki miały naprawdę zapał do pracy. Tydzień zajęć nie mieli i nagromadzili tyle energii, że teraz musieli gdzieś ją rozładować, ale dobrze. Nie gadali tak jak dorośli i sami siebie potrafili zdyscyplinować, co nadal jest dla mnie zaskoczeniem, bo to w końcu dzieci, ale jak widać, jeśli na czymś im zależy, to potrafią.

– Okej, to zaczynamy od tego, że lewa noga wychodzi nam tak nieco dziwnie w bok, a potem taką lekką falą schodzimy do takich pół kucek. Następnie, prawa ręka wychodzi nam od łokcie i ciągniemy slajdem. Stajemy prosto, a dłonie kładziemy na uszach i ręce mamy przyklejone przy twarzy, a potem je otwieramy. Może powtórzmy jeszcze raz. Lewa noga i w dół... – Pokazałem, ale dziewczynka, która stała tuż za mną, nie wykonała poprawnie, więc spojrzałem na nią w lustrze. – Zobacz, ciało idzie nam tutaj bezwładnie. Wyobraźcie sobie, że jesteśmy balonem i nagle ktoś spuszcza z nas powietrze. Pierwszy ruch jest gwałtowny. Jesteśmy sztywni, a następnie bezwładni i osuwamy się. Potem jest dynamicznie, a potem poruszają się nam tylko ręce. Macie to? – spytałem i popatrzyłem po ich twarzach.

– A możemy jeszcze raz? – odezwał się jakiś nieśmiały głos.

– Pewnie. – Dzisiaj poprzeczkę postawiłem im nawet wysoko, ale potrzebowałem zobaczyć, czy poradzą sobie z taką choreografią i może nie było świetnie, ale dobrze. Powtarzałem im tyle razy, ile mnie poprosili. Nie gnałem z niczym, tylko by skończyć chorełkę. O dziwo miałem do nich cierpliwość, bo to nie dorośli, którzy mają cię gdzieś i przychodzą sobie na zajęcia, bo fajnie powiedzieć znajomym przy piwie, że się tańczy. To jest lans, a nie pasja, a mi chodzi o to drugie. Zajęcia dobiegły końca i wszystkim dałem po kartce z formułką, że rodzice wyrażają zgodę i tak dalej, lecz żadne z dzieciaków nie opuściło sali, tylko podejrzanie dziwnie się na mnie patrzyli. – Czy ja o czymś zapomniałem? – spytałem, gdyż nie miałem zielonego pojęcia, o co chodzi, a potem zobaczyłem dwóch chłopaków taszczących ogromne pudło i postawili je przede mną. – Czy ja o czymś nie wiem? – spytałem i przed szereg wyszła delegacja składająca się z Emily, Joe i bliźniaków.

– Więc... – zaczęła nieśmiało Emily. – Słyszeliśmy, że wziąłeś ślub z Panią Wiewiórową i... i to jest prezent od nas wszystkich – usłyszałem i szczęka opadła mi do ziemi.

– Ymm... dziękuję bardzo... to największy prezent jaki dostaliśmy – powiedziałem, przyglądając się pudełku.

– Ale otwórz z Bellą – wtrącił się jeden z bliźniaków.

– Okej, a powiecie mi co to takiego?

– Nic wielkiego, taka drobnostka – tłumaczył Joe.

– Drobnostka, która jest waszego wzrostu, okej – powiedziałem i wszyscy się zaczęli śmiać. – Dobra, a teraz niech no wam wszystkim podziękuję – powiedziałem, otwierając swoje ramiona, a potem trzydzieści dzieciaków poleciało wprost na mnie i nawet nie wiem, czy przeżyłem.

Zbierałem się już powoli, by wyjść ze studia, ale istniał taki jeden tyci problem. Znaczy tyci jak tyci. Nie wiedziałem, jak miałbym dotransportować to ogromne pudło do domu. Przydałby się jakiś transport.

– Emmett! – zawołałem swojego brata, gdy zauważyłem, że również zbiera się do wyjścia. – Jesteś samochodem?

– Jestem, a co, podrzucić cię?

– Jakbyś mógł, bo muszę jakoś z tym dotrzeć do domu – powiedziałem i wskazałem mu pudełko.

– A co to? – spytał, uważniej się przyglądając temu ogromnemu pakunkowi, i o dziwo, był on bardzo lekki i, kurwa, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem ciekaw, co jest w środku.

– Prezent ślubny od dzieciaków. I nie pytaj, co jest w środku, bo nie wiem. Po prostu pomóż mi to dowieźć do domu.

– No to chodź. – Zaśmiał się. – A słyszałeś, że Tom przenosi się do LA?

– Słyszałem i tak swoją drogą, to ciekaw jestem co z tego będzie. Ja osobiście już po dwóch dniach przebywania w jego towarzystwie popadam w szał, a co dopiero będzie, gdy tak dzień w dzień. O Boże!

– Haha, wiem. Mam to samo, ale liczę na to, że będzie dobrze. Może się wreszcie opamięta.

– Na to liczę.

– A powiesz mi wreszcie, jak tam twoja podróż poślubna, czy raczej nie?

– A dlaczego miałbym cię informować o tym, co robię z moją własną, prywatną żoną? – Zaśmiałem się widząc jego minę. – To co chcesz wiedzieć? To, że Bella zrobiła mi zajebisty striptiz, czy może to, że uprawialiśmy seks w jeziorze, na pomoście, na trawie, przed kominkiem... – wymieniałem, lecz przerwało mi jego wycie.

– Boże! Czy twoja własna, prywatna żona w takim razie mogłaby porozmawiać z Rosalie i na przykład namówić ją na parę rzeczy?

– A to nie do mnie to pytanie.

– Powinieneś pomagać bratu, wiesz?

– Ale ty jesteś starszy.

– Wiesz co? Wiesz co? – Kocham go wkurzać. – Spadaj mi stąd! – powiedział, gdy zatrzymał się przed budynkiem, w którym mieszkałem.

– Tak, tak... też cię kocham braciszku – powiedziałem ze śmiechem i wytargałem z samochodu to wielkie pudło, a Emmett pokazał mi jeszcze środkowy palec na do widzenia.

Doszedłem do mieszkania, ledwo przechodząc przez drzwi. Czy to, do cholery, musi być takie duże? I co to w ogóle jest?

– A to co? – zapytała Bella, stojąc przede mną, zanim jeszcze udało mi się przejść z tym czymś w drzwiach.

– Prezent... ślubny – powiedziałem i postawiłem to pudło na stoliku w salonie.

– Od kogo?

– Od dzieciaków. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli o ślubie, ale postanowili dać nam prezent, i jak usłyszałem, jest to drobnostka.

– Drobnostka? – Zaśmiała się, uważnie przyglądając się na zmianę mi i pakunkowi.

–Może otwórzmy, to się przekonamy.

– W sumie racja – zgodziła się i ostrożnie zaczęła ściągać papier, a potem zajrzała do środka. – Edward, to jest duże, rude i włochate – powiedziała i spojrzała na mnie z głupkowatym uśmiechem.

– Włochate?

–Yhym. – Wsadziła ręce do pudełka, a potem wyciągnęła dwie ogromne maskotki, a gdy ja im się przyjrzałem uważnie, dostałem napadu niepohamowanego śmiechu, a Bella po chwili do mnie dołączyła. To były dwie ogromne maskotki w kształcie wiewiórek. Trzeba przyznać, że pomysłowi są. – One są cudowne. Będę miała się teraz do kogo przytulać. Te wiewióry są zajebiste.

– Masz rację, czyli co, to jestem ja, a to ty? – spytałem, wskazując kolejno na maskotki.

– Tak, i Pani Wiewiórowa jest twoja, proszę. – Podała mi pluszaka, a ja uważnie przyjrzałem się maskotce i Belli.

– Ale ja wole ciebie – powiedziałem, podchodząc do niej i ją do siebie przytuliłem.

– Haha... a ja chyba ciebie. Ale jak cię nie będzie, będzie mi przynajmniej towarzyszyć twoja kopia.

– No tak, zawsze to jakieś pocieszenie – powiedziałem, tuląc ją do siebie.

– Jesteś bardzo zmęczony? – spytała.

– Nie, a co?

– Miałbyś może ochotę na spacer. Korci mnie od jakiegoś czasu, by wyjść, ale samej to nie ma sensu.

– Jasne. Tylko się przebiorę i możemy iść.

– Okej.

Zapadł już zmierzch, ale przyjemnie się tak chodziło za rękę po ulicach, dodajmy z własną żoną. Dobra, może dziwnie to brzmi, biorąc pod uwagę nasz wiek, ale mi się podoba tak jak jest. A o dziwo, dzisiaj Pani Wiewiórowa zdecydowała się na obcisłą koszulkę, więc można było podziwiać jej zaokrąglony brzuszek. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem dumny. No bo prawdą przecież jest, że facet musi wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić potomka. Domem można zastąpić mieszkanie, spłodziłem potomka, mam nadzieję, że tańczącego, jedynie pozostaje jeszcze drzewo, ale z nim się kiedyś tam uporam. Na chwilę obecną jest jak jest. Nie mówię, że jestem idealny. Nikt taki nie jest. Ale z pełną odpowiedzialnością biorę na klatę to, co mnie czeka. Postaram się być dobrym mężem i ojcem, co z pewnością łatwe nie będzie, ale starać się będę. Jutro idziemy rano do lekarza i po raz kolejny zobaczymy naszą Małą Wiewiórę. To znaczy zobaczymy, jak zobaczymy. Ja tam nic nie zobaczę, bo najwidoczniej jestem ślepy, ale to nie moja wina przecież. Ja lekarzem nie jestem. Mam tylko nadzieję, że jest wszystko w porządku. Znaczy się musi być w porządku i innej opcji nie przyjmuję do wiadomości.

Nadszedł wtorek. Teraz siedzieliśmy w poczekalni u lekarza i czekaliśmy na swoją kolej. Bella siedziała nieco podekscytowana, zresztą ja również. To drugi trymestr już jest. Prawie połowa za nami. Może i ominęliśmy prawie całe pierwsze trzy miesiące, ale może to i lepiej. Tak mi się wydaje. Choć z drugiej strony w dalszym ciągu nie mogę zrozumieć tego, że Bella tyle czasu zwlekała z tym, by zrobić test. Owszem, starała mi się to wytłumaczyć. Mówiła, że bała się tego, że ją zostawię, ale przecież ja bym nie mógł. To cząstka mnie czy tego chcę, czy nie. I nawet gdyby zażądała, żebym ją zostawił, to bym tego nie zrobił. A wytłumaczenie jest bardzo proste.

– Pani Isabella – powiedziała urocza blondynka w kitlu i dostałem z łokcia od Pani Wiewiórowej, ale w sumie to nie wiem, o co chodziło, bo się śmiała.

– Dzień dobry. Jak się czujesz? – spytała pani doktor, gdy weszliśmy do środka.

– A dziękuję, bardzo dobrze.

Bella po chwili już leżała na kozetce z podwiniętą koszulką, a lekarka zaczęła przygotowywać się do badania, z kolei ja usiadłem sobie obok, tuż przy Belli. Pani doktor zaczęła włączać te wszystkie urządzenia i tak dalej, a już po chwili usłyszeliśmy bicie serca naszej Małej Wiewióry. To było niesamowite, ale jak dla mnie, trochę dziwnie brzmiało. Uderzenie, a tuż po chwili jakby jego echo, jakoś mi to nie grało, ale chyba nie tylko ja to zauważyłem.

– Czy wszystko jest w porządku, bo mam wrażenie, że coś jest nie tak – powiedziała zdenerwowana Bella, a lekarka... cóż, jej zachowanie było nieco dziwne.

– Zaraz wszystko dokładnie sprawdzimy – powiedziała i znowu wzięła do ręki jakieś urządzenie i uważnie wpatrywała się w ekran, a ja pomału wariowałem. Wziąłem rękę Panie Wiewiorowej i złączyłem nasze dłonie. Chcę, by wiedziała, że nie jest sama. – Myślałam, że ostatnio tylko mi się zdawało, ale jednak nie. Płód był tak ułożony, że nie dało się go zauważyć, ale teraz proszę spojrzeć – powiedziała i zakreśliła palcem dwa kółka.

– Nie bardzo rozumiem.

– Gratuluję. To bliźniaki.

Bliźniaki.

Bliźniaki.

Bliźniaki.

Bliźniaki.

Byłem jak w transie. Nic do mnie nie docierało, poza tym jednym słowem. Wyrwało mnie z tego uderzenie czymś w plecy, a gdy odwróciłem się, torebka Belli po raz kolejny mnie uderzyła.

– Ej! Co jest? – Spojrzałem na nią zdezorientowany. Na szczęście byliśmy już przy samochodzie.

– Co jest? Co jest? A co, to moje plemniki są tak utalentowane? Moje? Wydaje mi się, że nie – powiedziała bardziej zła, niż przerażona tym wszystkim, ale czy to, do cholery, moja wina? Czy ja to zrobiłem specjalnie? Oczywiście, że nie!

Wsiadła do samochodu na miejsce kierowcy, a ja usiadłem na miejscu pasażera i pojechaliśmy bez słowa do MDC. Podwiozła mnie, a ja pożegnałem się z nią jedynie szybkim całusem w policzek. Byłem w takim szoku, że nawet nie chcę sobie wyobrażać jak wyglądałem. Moje myśli krążyły tylko i wyłącznie wokół słowa: bliźniaki. Nie docierało do mnie zupełnie nic. Roiłem wszystko odruchowo. I chyba również odruchowo pierwsze, co zrobiłem, to poszedłem do mamy. Był tam również tata, ale ja po prostu usiadłem sobie na krześle nic nie mówiąc, a oni spojrzeli na mnie uważnie.

– Edward, stało się coś? – spytała moja mama. – Coś z Bellą? Wy mieliście iść dzisiaj do lekarza... Boże! Coś z dzieckiem? – Moja mama zaczęła panikować.

– To bliźniaki – powiedziałem głosem wypranym z wszelkich emocji, a moi rodzice, aż z wrażenia usiedli.

– Bli... bli... bliźniaki? – zapytał mój ojciec.

– Tak.

– No to powinieneś być z siebie dumny.

– Dumny? Dumny? Dumny to będę jak wychowam te dzieci – powiedziałem i się załamałem.

– Nie o to mi chodziło.

– Wiem.

– Edward, a co z Bellą? – spytała moja mama, a ja na nią spojrzałem.

– Nie wiem... nawet nie wiem, co powiedziała lekarka. Gdy usłyszałem, że to bliźniaki przestało do mnie wszystko docierać. Dostałem od niej torebką, powiedziała, że to moja wina, przywiozła mnie tutaj i sama pojechała do domu.

– To jedź do niej.

– I co? Mam jej powiedzieć znowu: Kochanie, nie martw się. Damy sobie radę. Wszystko będzie dobrze... Sam pomału przestaję w to wierzyć – mówiłem i zacząłem krążyć po pokoju.

– Edward...

– Wiem, wiem... muszę się ogarnąć i myśleć racjonalnie. Damy sobie radę, bo nie mamy innego wyjścia. Co jednak nie zmienia faktu, że się boję. Mamo, ile my mamy lat? A za niecałe sześć miesięcy przyjdą na świat moje dzieci... dzieci, a nie dziecko! Okej, jestem z siebie dumny, bo chyba byłbym głupi gdybym nie był. Cieszę się jak cholera, gdzieś tam w środku, bo to jednak cząstka mnie i Belli. Podwójne szczęście, ale... ale się boję i chyba mam do tego prawo – powiedziałem, a mama podeszła do mnie i mnie przytuliła.

– Edward, wiesz dobrze, że nie jesteście w tym sami. Macie nas i zawsze będziecie mogli na nas liczyć. Nie zostawimy cię z tym samego, bo jesteśmy twoimi rodzicami. Owszem, spadło na was to wszystko. Może to nawet za wiele, ale dacie sobie z tym radę. Jesteście oboje dorosłymi, dojrzałymi ludźmi, którzy jeśli podejmą wyzwanie, robią wszystko, by było jak najlepiej. Edward, ze wszystkich tutaj pracujących ludzi jesteś najbardziej odpowiedzialny. I nie mówię tego teraz jak twój ojciec. Wiesz, że tak jest. Nie mówię, że będzie łatwo. Będzie ciężko, a zdarzy się pewnie i tak, że będziesz miał w pewnym momencie tego wszystkiego dość, ale nie poddawaj się.

– Edward, synku... Wróć teraz do domu i porozmawiajcie o tym, okej? W tym stanie i tak tutaj na nic się przydasz – powiedziała moja mama i spojrzała mi w oczy.

– Dobra, ale jak coś spieprzę, to będzie wasza wina.

– Chłopie, ogarnij się! – Zaczął mój kochany tatuś. – Nic nie spieprzysz.

– Dobra, dobra...

– Będziesz miał bliźniaki, a nie każdemu się to udaje.

– Chcesz mnie dobić, czy pocieszyć? – spytałem i popatrzyłem na swojego ojca.

– To drugie, tak, raczej tak.

– Dobra, to może ja już pójdę. Tak będzie lepiej. Pogadam z Bellą, ogarniemy jakoś to razem i będzie dobrze. Cześć.

– Pa i będzie dobrze, nie martw się – powiedziała jeszcze moja mama, a ja sobie poszedłem.

Wracając tak do domu, zastanawiałem się nad tym wszystkim. Będziemy mieć bliźniaki i tak odsuwając na bok wszystkie moje lęki, to... to nawet zajebiście. Będę miał takie dwie Małe Wiewióry. Dwóch chłopców, dwie dziewczynki, a może i jedno i drugie. W każdym, bądź razie szok mi powoli mija i zastępuje go duma, co jednak nie zmienia faktu, że mam parę wątpliwości i takich tam. Wracając do domu, zahaczyłem o jeden sklep i potem poszedłem już prosto do mieszkania. Zastałem Bellę w salonie na kanapie i wpatrywała się w ekran laptopa, na którym wyświetlał się zapis USG. Usiadłem obok niej bez słowa i starałem się zlokalizować moje dzieci, a potem wyciągnąłem na stolik to, co kupiłem w sklepie, a mianowicie jeszcze jednego tyci full cap'a i śpioszki, lecz z napisem I Mummy.

– Do kompletu – powiedziałem nieśmiało, a Bella spojrzała na rzeczy leżące na stoliku, potem na mnie, a w następnej kolejności rzuciła się na mnie i mocno się przytuliła.

– Będzie dobrze. Wychowamy jakoś nasze małe dwie Wiewióry. Będziemy je na zmianę karmić, przewijać i takie tam. Będziemy zajebistymi rodzicami, będziemy mieć swoje własne Wiewióry Crew... Damy sobie rade, prawda? – mówiła, choć miałem dziwne wrażenie, że w to nie wierzyła.

– Tak, będziemy zajebistymi rodzicami – powiedziałem, a ona spojrzała na mnie i dotknęła dłonią mojego policzka. – Ale, kochanie...

– Boję się.

– Ja... ja też się boję. Boję się tego, że nie sprostam temu wszystkiemu, co mnie czeka, lecz gdy odrzucę na bok wszystkie swoje lęki, to... jestem niesamowicie dumny i szczęśliwy.

– Naprawdę? Ale zdajesz sobie sprawę, że jeśli choć w połowie odziedziczą twoje geny, to my ich nie poskromimy.

– To będzie mieszanka wybuchowa moich i twoich genów, ale może jakoś damy radę – powiedziałem i posłałem jej szeroki uśmiech zadowolenia. – Bella... bo ja, gdy lekarka powiedziała, że to bliźniaki, trochę się wyłączyłem i ocknąłem się dopiero wtedy, gdy przywaliłaś mi torebką... Ale, czy wszystko jest w porządku? Co mówiła lekarka? – spytałem, no i trochę głupio mi było, ale szok to szok.

– Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dzieci rozwijają się prawidłowo. Mam przyjść na kontrolę za dwa tygodnie i tak co dwa tygodnie, a potem co tydzień, bo to bliźniaki. Mam oczywiście na siebie uważać, no i co do seksu, to... mamy postępować ostrożnie, a gdyby coś się działo, to w tempie natychmiastowym na kontrolę.

– To dobrze, a co do seksu, to... chyba mogę się poświęcić i ograniczyć – powiedziałem, choć było mi ciężko.

– Ale ja poświęcić się nie mogę, nie przy tobie. Owszem, musimy uważać, ale ja czuję się świetnie, mam dobre wyniki, poza tym za dobrze cię znam i wiem, że sześciu miesięcy bez seksu raczej nie wytrzymasz. – Zaśmiała się. – Ale to nie jest teraz ważne – powiedziała tuląc się do mnie. – I przepraszam, że tak na ciebie nakrzyczałam i pobiłam torebką, ale musiałam się jakoś wylądować.

– Nic się nie stało – powiedziałem, a potem zapadła cisza. Bella siedziała na moich kolanach i było mi teraz tak dobrze. Czułem się szczęśliwy, dumny i zajebiście z siebie zadowolony.

– Edward... wyobrażasz sobie, że za jakiś czas będą tu biegać takie dwa małe stworki.

– Jakie stworki? Nie stworki, tylko dwie Małe Wiewióry – poprawiłem ją, uśmiechając się szeroko.

– No tak. Za jakiś czas może już będzie wiadomo jakiej płci są i tak się zastanawiam, czy chcielibyśmy wiedzieć.

– Ja bym chciał. Chciałbym wiedzieć, czy to dwaj chłopcy, czy dwie dziewczynki, a może i jedno i drugie. I tak w sumie to tak najbardziej odpowiadała by mi ta ostatnia opcja.

– Juliet i Xavier. Wiewióreczka i Wiewiór. Tak? – zapytała z ogromnym uśmiechem na ustach, za to mój jeszcze bardziej się powiększył.

– Tak! – zgodziłem się z nią, a potem delikatnie ją pocałowałem.

To popołudnie spędziliśmy tylko we dwoje, wyobrażając sobie, jak to teraz będzie i snując plany na przyszłość. Cóż, nadal byłem w lekkim szoku, że będę miał bliźniaki, ale panika mi przeszła. Kto inny jak nie ja? Trochę czasu spędziliśmy buszując po internecie w poszukiwaniu jakiś informacji na temat bliźniaków. Bella zaczęła mi powoli marudzić, że będzie trzeba kupić całą wyprawkę. Urządzić pokoik i takie tam, aczkolwiek powiedziała, że nie trzeba się z tym spieszyć. Najpierw mamy odwiedzić milion sklepów i wszystko przemyśleć. I tu się z nią zgadzam w pełni. Sporo czasu jeszcze zostało. No dobra, może nie sporo, ale trochę. To był ciężki dzień, wiele się wydarzyło i zmęczenie na twarzy Belli było widoczne. Poszła wcześniej się umyć, a potem przytulona do mnie siedziała ze mną w salonie i oglądaliśmy jakiś denny film, na którym oboje przysypialiśmy, ale gdy tak sobie drzemałem, obudził mnie dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć i zobaczyłem Alice. Cmoknęła mnie w policzek i spojrzała na mnie smutnymi oczami.

– Przepraszam, że tak późno, ale dopiero wracam z MDC.

– Spoko, nie ma problemu – powiedziałem i poszliśmy razem do salonu. – Ale coś się stało, prawda? – spytałem, a ona z głośnym westchnieniem usiadła na fotelu.

– Gadałam z Jasperem i postanowił wyjechać. Dać nam obojgu czas, byśmy to wszystko przemyśleli, odpoczęli od siebie. Powiedział, że przeprasza, że wie, że zachował się jak dupek, że mnie kocha i mu na mnie zależy, ale tak będzie lepiej, że odpoczniemy od siebie. Może i dobrze, ale nawet mi nie powiedział gdzie jedzie i na ile. Ale nie przyszłam tu po to, by się nad sobą użalać – powiedziała i na jej twarzy pojawił się lekki uśmieszek. – Byliście dzisiaj u lekarza i jak tam nasza Mała Wiewióra? – spytała podekscytowana.

– Moja Mała Wiewióra – powiedziałem.

– Nasza – poprawiła mnie Bella.

– Dobra, już mniejsza z tym czyja. Powiecie mi wreszcie? Ukrywaliście przez trzy miesiące to, że będę ciocia, a ty – wskazała na mnie. – Nie powiedziałeś nawet swojemu najlepszemu kumplowi i dowiedział się tego ode mnie.

– Ehh... no dobra, przyznaję się, trochę nawaliłem, ale nie było kiedy mu powiedzieć.

– No dobra, siedzisz? – spytała Bella, a potem wzięła laptopa i położyła go przed nią.

– Co knujecie? – spytała podejrzliwie moja siostra.

– My? Nic. Siedzisz?

– No przecież widzisz, że siedzę – powiedziała Alice, a potem Bella włączyła jej nagranie z USG. Wpatrywała się w nie dobrą chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Okej, fajnie by było, gdybym tu jeszcze coś widziała.

– Tu i tu. – Pokazałem jej palcem.

– Jak tu i tu? – spytała, coraz bardziej zdezorientowana, a ja pomału nie byłem w stanie powstrzymać rozbawienia.

– No jak to, nie widzisz? Tu jest jedno i tu jest drugie – powiedziała Bella, uśmiechając się do niej już nieco sennie.

– A od kiedy to na jednym USG widać to samo dziecko podwójnie? – zapytała już nieco wściekła, a potem zaczęła się niemiłosiernie drzeć i rzuciła się najpierw na Belle, a potem na mnie. – Nie chcecie mi chyba powiedzieć, że to bliźniaki? – zapytała z bananem na twarzy.

– A czy ja coś takiego powiedziałem? – spytałem głupkowato. – Ja się tylko starałem.

– Tak, tak, tak... ty się zawsze starasz – dodała Bella. – I powoli zaczynasz pękać z dumy, wiesz?

– Przesadzasz – powiedziałem i cmoknąłem ją w policzek.

– Jasne.

– No i co teraz będzie? – zapytała Alice, uważnie nam się przyglądając.

– Będzie co będzie. Ale z pewnością będzie ciekawie.

– I pewnie też ciężko, ale jakoś damy sobie rade – dodała Bella.

– No pewnie, że dacie. Ja, Rose, Emmett i rodzice przecież wam pomożemy...

– O nie... Emmett nie będzie zajmował się moimi dziećmi. To może się źle skończyć.

– No dobra, może i racja, bo on sam jest dzieckiem, tylko takim trochę przerośniętym – powiedziała moja siostra, a potem zaczęliśmy się wszyscy śmiać.

Alice kazała iść Belli spać, bo oczy same jej się zamykała i po dłuższych namowach wreszcie poszła do łóżka. Niezadowolona, ale poszła, a gdy po pięciu minutach zajrzałem do sypialni, to już spała, przytulona do mojej pluszowej kopii.

– Chcesz herbaty? – spytałem swojej siostry.

– Chętnie – powiedziała i poszliśmy razem do kuchni. – Edward, a powiedz mi, jak ty się tak naprawdę trzymasz z tym wszystkim, co?

– Jest okej, naprawdę, choć jak usłyszałem, że to bliźniaki, to zacząłem panikować, że nie dam rady i tak dalej, ale już jest spoko. Dać radę sobie muszę, nie mam innego wyjścia. Będę miał dwójkę dzieci i skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie cieszę. Będzie dobrze, musi być – powiedziałem i podałem jej kubek z herbatą.

– A Bella jak?

– Jest dobrze. Myślałem, że się załamie, czy coś w tym rodzaju. Już raz to się stało, ale teraz nie, co mnie zaskoczyło i... i naprawdę się cieszy – powiedziałem z uśmiechem.

– Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym znalazła się w takiej sytuacji. Raz podejrzewałam nawet, że jestem w ciąży i tak cholernie panikowałam...

– Słucham?! – spytałem zszokowany.

– Oj, no... to było dawno i nieprawda. Tylko podejrzewałam. Nikt nawet o tym nie wiedział. – Przytuliła mnie. – Nie martw się braciszku o mnie, wszystko będzie dobrze. Jakoś przez to przebrnę, co się teraz dzieje.

– Mam nadzieję.

– Dobra, ja już spadam, a ty idź się przytulić do Pani Wiewiórowej. Pa. – Cmoknęła mnie w policzek, a potem opuściła moje mieszkanie. Zostałem sam i naprawdę miałem trochę dość wrażeń na dziś. Wziąłem szybki prysznic i poszedłem do łóżka, a Bella automatycznie z mojej kopii przerzuciła się na mnie. Wymamrotała moje imię przez sen i przytuliła się do mnie. Jej koszulka nieco się podwinęła i mogłem podziwiać jej zaokrąglony brzuszek i odruchowo położyłem na nim swoją dłoń, a potem po prostu zasnąłem z uśmiechem na twarzy. Moje dwie Małe Wiewióry.

– Edward! Edward! Obudź się, słyszysz! To tylko zły sen. – Otworzyłem oczy i oddychałem ciężko, a po chwili przypomniałem sobie, co mi się śniło. – Wszystko w porządku, to tylko koszmar.

– Boże, Bella, powiedz mi, że to będzie tylko dwójka – wyszeptałem, a przed oczami miałem to, co mi się śniło.

– Edward, co się dzieje?

– Nic, po prostu śniło mi się, że w każdym kącie tego mieszkania znajdowało się łóżeczko z płaczącym dzieckiem, a ja byłem zupełnie sam i nie miałem pojęcia, co zrobić. Wszystkie naraz płakały... tych dzieci było mnóstwo, a ja sobie nie radziłem.

– Cii... to tylko sen – szeptała, tuląc mnie do siebie.

– To było tragiczne – westchnąłem, nadal nie mogąc się pozbierać.

–Wszystko w porządku. Nie martw się. – Uśmiechnęła się do mnie ciepło. – Chodźmy spać. Jest środek nocy.

– Nie wiem, czy dam radę.

– Ale ja ci pomogę – powiedziała i złożyła delikatny pocałunek na moich ustach, a potem mnie do siebie przytuliła. – To będzie tylko dwójka, no, może aż dwójka wspaniałych dzieciaków, które razem wychowamy i niczym się nie przejmuj, bo będziesz cudownym tatusiem.

– To się okaże.

– Dobranoc. – Pocałowała mnie jeszcze w policzek, a po dłuższej chwili już usnąłem, choć się bałem, że ten koszmar, bo koszmarem ten sen chyba można nazwać, powróci. To... to było naprawdę straszne.

– Edward, kochanie, obudź się! – Czuły głos szeptał mi nad uchem. – Kochanie, musisz wstać. – Usłyszałem, a potem poczułem usta Belli na moich. Otworzyłem leniwie oczy i zobaczyłem Panią Wiewiórową z cudownym uśmiechem na ustach. Otoczyłem ją rękoma i starałem się do niej jako tako przytulić, ale w końcowym efekcie tylko położyłem głowę na jej kolanach.

– Ja nigdzie nie wstaje, nie chce mi się. Zostaje z wami – powiedziałem, a Bella zaczęła się śmiać.

– Rozleniwiłeś się strasznie.

– Trudno, mi to nie przeszkadza – wymamrotałem, a Bella zaczęła bawić się moimi włosami, lecz potem sobie coś przypomniałem. – Która godzina? – spytałem, ale i tak sam spojrzałem na zegarek. – Kurwa! – Wyleciałem z łóżka, ubierając w locie na siebie to, co było pod ręką. – Mama chciała się ze mną spotkać rano.

– Gdybym wiedziała, obudziłabym cię wcześniej – powiedziała, wręczając mi kubek z kawą.

– Spoko, nic się nie stało. – Po pięciu minutach, byłem już gotowy i już wychodziłem.

– Edward! – zawołała Bella, stojąc w drzwiach wejściowych do mieszkania i trzymała mój telefon. Podszedłem szybko, biorąc go od niej i już miałem zbiegać po schodach, gdy coś sobie jeszcze przypomniałem. Znowu do niej podszedłem i naparłem na nią swoimi ustami, lecz, że nie miałem już zbytnio czasu, oderwałem się od niej, ale niechętnie.

– Zadzwonię! – krzyknąłem jeszcze, gdy zbiegałem po schodach i już mnie nie było. Boże kochany! Co się ze mną dzieje? Dobra, pół nocy nie przespałem, przez jakieś pieprzone chore sny, w których mam setkę dzieci i sobie z nimi nie radze. No może trochę przesadziłem, ale naprawdę, co to miało być? Będę miał bliźniaki i z nimi sobie jakoś radę dam. Wierzę w to. Nie ma innej opcji. Stanę nawet na rzęsach, by mi się udało. Nie poddam się, bo gdybym się poddał, nie byłbym Wiewiórą.

Spotkanie z mamą, cóż... Wysłała mi wczoraj wieczorem sms'a, że chce pogadać, no to spóźniłem się tylko pięć minut. Od spraw organizacyjnych związanych z pracą i konkurs, którego się podjąłem, przez moje życie prywatne i bliźniaki. Rzadko kiedy gadałem z mamą tak dłużej, jedynie ostatnio się to znacznie poprawiło. Nie byliśmy zżyci i nawet nie wiem z czego to wynikało. Może dlatego, że będąc nastolatkiem wyjechałem i straciłem z nimi bliższy kontakt, a może dlatego, że zawsze wszystko chciałem osiągnąć sam, bez niczyjej pomocy. Nie wiem. Czasami mi naprawdę tego brakowało, mimo że już jestem dorosły. Erika jedynie była dla mnie taką osobą, na którą zawsze mogłem liczyć, lecz ostatnio i to zaczęło nawalać. Chociaż może nie tyle nawalać, co po prostu... w moim życiu pojawiła się Bella i od tego czasu wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłem. Znalazłem w życiu inne priorytety, a teraz jeszcze będę ojcem. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy czuję się z tym źle, odpowiedź brzmi: nie. Czuje się wspaniale, pomimo kilku wahań i wątpliwości, ale to chyba normalne. Owszem, czasami dostaję napadów paniki związanych z tym, że będę tatusiem, ale to szybko mija. A teraz to naprawdę pękam z dumy. Będę miał bliźniaki.

Po spotkaniu z mamą zaszyłem się w studiu, chcąc przygotować choreografię na dzisiaj, której nie miałem. Naprawdę się rozleniwiłem i nie miałem pojęcia czemu, ale tak na dobrą sprawę, to mi to nie przeszkadzało. Dobra, no może powinienem się nieco ogarnąć, ale to się jeszcze zobaczy. Na chwilę obecną po prostu mi się nie chce. Wszedłem do recepcji z telefonem przy uchu domawiając z Sethem, a tam zastałem Bellę rozmawiającą z Tomem. Co oni tu robią? Ale nie teraz. Szukałem jakiejś kartki na miejscu pracy Jessiki, której oczywiście nie było, a burdel tu był taki, że ręce mi opadają.

– Wiesz co, weź mi wyślij to sms'em, albo na maila, czy coś.

Okej – usłyszałem w słuchawce.

– Dzięki, no to cześć – pożegnałem się z nim i zakończyłem robotę. – Co za burdel! Gdzie jest Jessika? – mówiłem wściekły, patrząc na to, co widziałem na biurku. – I co wy tu robicie? A w szczególności ty? – spytałem, ostatnie zdanie kierując w stronę Belli i się do niej przytuliłem od tyłu.

– Nudziło mi się w domu.

– A mi się znudził Paryż, dlatego postanowiłem się przenieść do LA – dodał Tom ze śmiechem. – Ale czy mi się zdaje, czy ominęło mnie coś w ostatnim czasie? – spytał i przyjrzał się nam uważnie.

– No tak powiedzmy. Nie ukradniesz mi już mojej żony – powiedziałem w żartach.

– Ależ ja ci nigdy nie chciałem jej ukraść – tłumaczył się.

– Jasne, bo ci uwierzę – powiedziałem, a do studia weszli bliźniacy. – Kur... cze! – powstrzymałem się w ostatniej chwili. – Całkowicie o was zapomniałem – powiedziałem, patrząc na nich i się załamałem. Ze mną jest coraz gorzej.

– Cześć, chłopcy – przywitała się z nimi Bella.

– Cześć, Pani Wiewiórowo – powiedzieli obaj i uśmiechnęli się do niej nieco szczerbatym uśmiechem.

– Co tam u was?

– Świetnie – odezwał się jeden z nich. – Wiewióra... – zaczął, ale widząc mój natarczywy wzrok, chyba zrozumiał, że ma nic nie mówić. – Prowadzi świetne zajęcia. – Na szczęście jakoś wybrnął.

– Czyli mam rozumieć, że ja jak wrócę, nie będę miała do czego wracać.

– Wcale nie! – zaprotestowali obaj.

– Okej, my musimy iść pogadać, więc sobie pójdziemy, a wy się tu bawcie dobrze – powiedziałem i otworzyłem dzieciakom drzwi, by wyszły z MDC.

– Co wy knujecie, co? – zapytała podejrzliwie Pani Wiewiórowa.

– My? Nic! – powiedziałem i cmoknąłem ją jeszcze w policzek.

– Wiesz co stary, nie poznaję cię – powiedział Tom.

– Wiesz, ja siebie też nie poznaję – powiedziałem, a on zaczął się śmiać. – I jeszcze jedno, łapy precz od mojej żony. Wybacz, ale jakoś ci nie ufam.

– A do ciebie mogę? – spytał i wyciągnął ręce jakby chciał mnie zmacać.

– Ode mnie tym bardziej precz! – Wzdrygnąłem się na samą myśl i potem po prostu stamtąd uciekłem, a bliźniaki się ze mnie zaczęły śmiać.

Justin i Jordan poszli ze mną do pobliskiej kawiarni. Miałem wobec nich niecne plany... taneczne. Nie chciałem, by wystąpili na konkursie w grupowej choreografii, tylko w duecie. Gdy to usłyszeli, przyjęli to z tak ogromnym entuzjazmem, że aż ludzie popatrzyli się na nas dziwnie. Powiedziałem im dokładnie jak to widzę i spodobało im się to. Uważam, że to świetny pomysł. Są charakterystyczni, maja talent i wystarczy na nich po prostu spojrzeć. Wymyślić im jeszcze zajebistą choreografię i powstaje nam coś wspaniałego. Ale powiedziałem im jasno, że jeśli chcą to zrealizować, to nie ma opierdalania. To znaczy nie powiedziałem im tak słowo w słowo, bo to przecież dzieci. Zaczęliśmy już nawet nieco wspólnie myśleć na ten temat. Ich niektóre pomysły mnie rozwalały, ale tak, że nie byłem w stanie powstrzymać śmiechu. Gdy wypiłem swoja już trzecią kawę tego dnia, wróciłem z bliźniakami do studia, bo chcieli iść na moje zajęcia. Starałem się to im wyperswadować, bo teraz będę mieć master class, ale się uparli i nie było wyjścia. Bella z Tomem i Emmettem siedzieli w recepcji i zajadali się muffinkami zrobionymi przez moja żonę. Dosiedliśmy się do nich, chwytając od razu po muffince.

– To dowiem się, co wy kombinujecie? – zapytała Pani Wiewiórowa, patrząc na naszą trójkę.

– Mówiłem ci, że nic.

– Kto podziela ten pogląd proszę o atak histerii. Start! – powiedział jeden z bliźniaków i wszyscy spojrzeli na niego dziwnie, poza mną, bo wybuchnąłem śmiechem. Ja z nimi oszaleję. Ale żeby nie było, dokształciłem się ostatnio.

– Jak ja lubię się śmiać. To takie ciekawe doświadczenie – powiedziałem, a potem wpadła jak szalona moja mama.

– Cześć, dzieciaki. O, Bello, dobrze, że cię widzę. Jutro wpadnie tu manager, w sumie nawet nie wiem kogo, i będzie chciał pogadać na temat nowego klipu czy coś i błagam cię, pogadasz z nim, ja nie dam rady. Dowiesz się co i jak, uzgodnisz warunki kontraktu... Dasz sobie radę. Ich – zaczęła wskazując na mnie i Emmeta, o Tomie nie wspominając – przecież o to nie poproszę, bo gdyby się za to zabrali, poszlibyśmy z torbami.

– No dobra.

– Ja lecę do Nowego Jorku – powiedziała, a potem spojrzała na zegarek. – Jezu, już jestem spóźniona. Pa, dzieciaki. – I już jej nie było, ale tak na dobrą sprawę mogłaby zwolnić.

– Nowy Jork. Taka trochę wiocha jakby. Jesteś pewien, że to nie Alabama. – Jezuu! Oni tymi tekstami sypią jak z rękawa.

– Przepraszam ja was bardzo, ale czy to wasz jakiś szyfr, czy jak, bo ja nie ogarniam – przyznał się Emmett, patrząc na naszą trójkę.

– Emmet, jesteś zacofany. Jak tak można? Bliźniaki, pokażcie swój numer popisowy – powiedziałem do nich, a na ich twarzach pojawiły się szerokie uśmiechy. – Jak po tym się nie skapniesz, to posadzę cie przed telewizorem i nie odejdziesz od niego przez najbliższy tydzień – powiedziałem nieźle rozbawiony, a chłopcy przystąpili do akcji, a potem to już płakałem ze śmiechu, gdy odgrywali to, jak postępować z kobietami. Bella od razu kapnęła się o co chodzi i płakała ze mną, za to te dwa tłumoki załapały dopiero pod koniec z czego to.

Gdy już nieco się otrząsnąłem i ogarnąłem, poszliśmy wszyscy na salę. Chłopcy wymusili na mnie I like to move it i było mega śmiesznie, no i oczywiście nie obyło się bez złośliwych komentarzy Toma i Emmetta, za to Bella stwierdziła, że za wysoko stawiam poprzeczkę dzieciakom, ale ja wcale tak nie uważam, bo sobie radzą i to nawet wtedy, kiedy ja uważam, że postawiłem im poprzeczkę wysoko.

Ludzie powoli zaczęli się schodzić na moje zajęcia, a bliźniaki uparły się, że zostają i chcą spróbować na najwyższym poziomie. Ich wybór. Bella usiadła sobie z boku, a Tom, Emmett i bliźniaki zajęli najlepsze miejsca tuż obok mnie. Powoli cała sala zaczęła się zapełniać, a ja planowałem zrobić dzisiaj Lady Gagę, choć biorąc pod uwagę fakt, że duet J&J nawijali non stop tekstami z Madagaskaru, to nie wiem, czy sprostam temu zadaniu.

– Śmiało, podejdź! Podejdź! No podejdź, jak ci mówię, podejdź! Nie, aż tak, to nie podchodź. Cofnij się trochę. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę i kroczek. Bardzo ładnie – mówił jeden do drugiego, tym Julianowym głosem, zwracając przy tym na siebie uwagę ludzi. Ja tu dzisiaj oszaleję.

– Okej, ludzie, zaczynamy – zakomunikowałem. – Dzisiaj Lady Gaga i Born this way. Trochę czasu minęło zanim przekonałem się do tej piosenki, ale się przekonałem, więc do roboty. – Przeprowadziłem ekspresową rozgrzewkę, ale ludzie ciągle mi gadali. Co z nimi jest, do cholery, nie tak?

– Czy ja mogę prosić o cisze, czy to niewykonalne? – zwróciłem im uwagę i umilkli, ale jeden z bliźniaków się odezwał.

– Ci! Ani mru mru! Nie naruszać milczenia! Nie naruszam. Ci! Który tam znowu hałasuje? A, to znowu ja... – Dobijcie mnie, błagam.

– Szeregowy! Przestańcie gwizdać. Ja tu przeklinam los!

– Wy to tak wszystko niechcący, prawda? – spytałem, patrząc na nich.

– Może i niechcący, ale z premedytacją – odpowiedział jeden. Oni byli tak identyczni, że ich nie rozróżniałem, ale może kiedyś mi się uda.

– Dobra, to do roboty. Zaczynamy na: 'I'm beautiful in my way 'Cause God makes no mistakes I'm on the right track, baby I was born this way'. Najpierw mamy dwa kroki do przodu i ręka idzie nam po ciele, potem ręce idą nam dookoła głowy i obracamy się tyłem do lustra. Potem lewa stopa idzie nam pieta, palce. Obracamy się przodem, dłonie, z palcami wskazującymi w górze wychodzą nam nieco w górę i w górę idzie nam również lewa noga. Następnie odstawiamy prawą na palce, a potem przeskakujemy, tak, że mamy lewą na palcach i z tym ruchem idą nam również ręce.

– Edward, jak masz te ręce tutaj, masz jakoś konkretnie skierowane dłonie, czy to obojętnie? – zapytał Tom.

– Wiesz co... – zastanowiłem się chwilę. – Wolałbym, aby dłonie były skierowane wierzchem do lustra.

– Okej.

– Czyli po tym, tara, tara, łączymy nogi, przez dostawienie prawej do lewej, a dłoń idzie nam niby po ciele, ale go nie dotykamy. Dłoń mamy płasko, a ciało robi lekką fale. Potem obracamy się za prawym ramieniem, a stając znowu przodem do lustra, wciskamy nieco klatkę do środka.

– A możemy powtórzyć? – zapytał Justin, bądź Jordan.

–Ja wam mówiłem, że prosto nie będzie – zwróciłem im uwagę. – Ale dobra, powtórzmy od początku wolno.

Powtórzyłem i nauczyłem dalej, a bliźniaki trochę przystopowały z Julianowaniem, aczkolwiek, gdy jeszcze w połowie walnęli mi tekstem: „Ach te człowieki. Niezbyt ruchawe, ale zawsze, nie?", to miałem ochotę walić głową w lustro, ale potem i mi samemu odbiło.

– Podnieś ręce Emmett, z podniesionymi rękami jest jeszcze fajniej! – powiedziałem, szczerząc się do niego durnowato i udając Juliana. To był właściwie jeden z niewielu tekstów, które zapamiętałem. Ludzie zaczęli się tarzać ze śmiechu, a Em spojrzał na mnie dziwnie.

– Stary, ja nie wiem, co ty wciągasz, ale od czasu do czasu byś się podzielił.

– Ja nic nie wciągam! – broniłem się. – Ale dalej. Co my mamy dalej? A tak... 'Ooo, there ain't no other way Baby, I was born this way Baby, I was born this way Ooo, there ain't other way Baby I was born– I'm on the right track baby I was born this way' i tutaj właściwie mamy już taki lajcik na sam koniec.

– Wiewióra, wiesz dobrze, że u ciebie nie ma lajciku – wytknął mi Emmett.

– Jak to nie ma? A I like to move it to nie był lajcik?

– To jakaś ściema, szefie – usłyszałem z boku.

– Nie ma takiej ryby szeregowy.

Boże! Nie przypominam sobie, żebym prowadził kiedykolwiek takie zajęcia. Bliźniaki rozwalali mi całkowicie system i się z nimi normalnie nie dało, ale przynajmniej było śmiesznie. Policzki mnie już bolały, a kąciki moich ust chyba pozostaną uniesione przez najbliższy tydzień, bo jak na razie opaść nie chcą. Ale w końcu douczyłem ich jakoś do końca, na dodatek przedłużając trochę zajęcia.

– No to byłby koniec. Dziękuję wam wszystkim. Z tych emocji aż spotniałem pod pachą. I ogłaszam, że zadanie wykonane, teraz niestety zemdleję – powiedziałem i pierdolnąłem się zmęczony na środek parkietu. Wyciągnąłem jedna rękę w górę i pomachałem im na do widzenia.

– Stary, ty na serio coś ćpasz. – No dobra, odwaliło mi dzisiaj.

Odpierdoliło mi dzisiaj pięknie, ale na szczęście mi już trochę przeszło. No poza bananem na twarzy, bo on nadal tam tkwił. Po zajęciach wziąłem zajebiście szybki prysznic i byłem już gotowy do opuszczenia studia razem z Panią Wiewiórową, która uparła się zostać do końca, bo w domu jej się nudziło. W sumie jej się nie dziwię, bo gdybym ja miał siedzieć non stop w domu, to umarłbym z nudów.

– Choć, zabieram cię na kolację – powiedziałem, obejmując ją ramieniem, gdy wyszliśmy z MDC.

– Nie – sprzeciwiała się, przytulając się do mnie. – To ja cię zabieram na kolację. Odkryłam ostatnio z Esme taka fajna, przytulną knajpkę tutaj niedaleko.

– No jak chcesz. Czyli co, randka? – Zaśmiałem się.

– Na to wychodzi, ale biorąc pod uwagę, że jesteśmy po ślubie, to jakoś dziwnie mi to brzmi.

– E tam... jak dla mnie normalnie i mam wrażenie, że nic się nie zmieniło przez to, że wzięliśmy ślub.

– Też mam takie wrażenie. Ale pewnie się dopiero zmieni – powiedziała nieco zamyślona, a ja wziąłem ją za rękę i uważnie jej się przyjrzałem.

– Tęskno ci za tym... za tańcem, co? – spytałem, poważniejąc. Widziałem to dzisiaj w jej oczach, podczas gdy ja prowadziłem zajęcia, a ona siedziała cichutko w kącie.

– Trochę, ale już nie tak jak na początku. Choć może bardziej brakuje mi tego twojego spojrzenia, gdy tańczyłam. Twojego wzroku wlepionego w mój tyłek, gdy robiłam shaki, albo po prostu tej dumy w twoich oczach... – mówiła i dotknęła dłonią mojego policzka. – Owszem, na razie to stracę... taniec i w ogóle to, na czym do tej pory mi zależało, ale... znalazłam teraz inne priorytety i nie jest nim taniec. Wiesz, nawet nie sądziłam, że kiedyś to się stanie, że... że zepchnę taniec na dalszy plan. Teraz nasza czwórka jest najważniejsza, a taniec... taniec, to tylko pasja. Gdy cię tak dzisiaj zobaczyłam z bliźniakami, to wyobraziłam sobie ciebie z naszymi Małymi Wiewiórami i nawet nie wiesz jaka byłam szczęśliwa z tego powodu. Myślałam o tym, co będzie za parę lat... Och, Edward... nie mam nawet wątpliwości, że będziesz wspaniałym ojcem – powiedziała ze szczęściem wymalowanym na twarzy i przytuliła się do mnie, a ja schowałem głowę w jej włosach.

– Wiesz co, Pani Wiewiórowo?

– Co takiego? – spytała, odrywając się ode mnie i na nowo spojrzała mi w oczy.

– Podziwiam cię, szczerze cie podziwiam – powiedziałem i posłałem jej najcudowniejszy uśmiech na jaki było mnie stać, a ona go odwzajemniała.

Wszystkie teksty oczywiście by Król Julian, bądź Pingwiny :).