Czarnowłosa kobieta spacerowała po obszernym salonie, nucąc pod nosem kołysankę swemu synowi, który tego wieczora był nad wyraz płaczliwy. Bellatrix z troską w oczach tuliła do siebie Toda, który opatulony był ciemnym, miękkim kocem. Piękna, zwiewna stalowoszara koszula nocna szeleściła przy każdym kroku czarodziejki. W palenisku buchał płomień. Na parapecie oraz kominku pomiędzy fotografiami bliskich paliły się świecie dodając iście magicznego nastroju ponuremu domu. Za oknem, z nieba leniwie na zmarzniętą ziemię sypał się śnieg, ozdabiając ciemną noc bielą.
– Implora la lune, Jusqu'au lever du jou, Pleurant elle demandait, Une gitan qui voudrait, L'épouser par amour (Błagała księżyc, aż do wschodu dnia. Płacząc prosiła o cygana, który chciałby ożenić się z nią z miłości) – śpiewała cicho Bellatrix w ciepłe i delikatne uszko malca, który nie wyglądał jak zwyczajne dziecko. Jego oczy były przenikliwe, złocisto brązowe, a skóra była blada.– Dis-moi Lune d'argent. Toi qui n'a pas de bras comment bercer l'enfant (Powiedz mi, Srebrny Księżycu. Ty, który nie masz ramion jak ukołysać dziecko) – Ciepły matczyny głos roznosił się kojącą nutą po domostwie.
Do śpiewu Bellatrix wtórował fortepian, który zaczarowany odgrywał melodię. Mały Tod powoli zaczął się uspokajać. To dzisiaj była ta kluczowa noc, tak bardzo ważna dla Voldemorta, a tak bardzo niepewna dla Bellatrix, która drżała o życie pierworodnego syna. Do salonu po cichu wkroczył Czarny Pan z lekkim uśmiechem przyglądał się lubej, trzymającej ich syna w objęciach.
– Nie może zasnąć? – spytał mężczyzna ochrypłym głosem, podchodząc do kobiety z niemowlakiem na rękach.
Delikatnie, jakby bał się wyrządzić malcowi krzywdę pogładził główkę, która zaczynała się stroszyć kruczoczarnymi włosami. Śmierciożerczyni spojrzała przenikliwym spojrzeniem na małżonka.
– Jest niespokojny. Tak samo jak ja – dodała.
– Nie masz się czego obawiać – odrzekł wężowaty ze stoickim spokojem. – Co to była za piosenka? – spytał, siadając w sofie.
Kobieta przystanęła przy kominku, patrząc na zdjęcie siostry, która jak ona teraz, trzymała w ramionach syna.
– Narcyza śpiewała ją zawsze Draconowi, gdy ten miewał koszmary – powiedziała smutno Bellatrix. – Nauczyła ją tej piosenki nasza babka.
– Piękna – przyznał Voldemort, przyglądając się dziecku. – Zastanawiam się czy mądrze jest narażać mojego syna.
– Już na ten temat rozmawialiśmy, prawda? – spytała kobieta odchodząc leniwie od kominka i przysiadając się obok Czarnego Pana. – Zrobisz jak uważasz. Ty tu rozdajesz karty. Moje zdanie znasz, a co ty uczynisz?
Voldemort spojrzał przenikliwymi oczami na umiłowaną przez niego kobietę. W jej twarzy wyczytał strach o życie syna, niepokój i nadzieję. Obrócił wzrok, patrząc za okno, w ciemność.
– Kluczem do zwycięstwa i władzy jest siła i moc – odezwał się mężczyzna. – Dziecko niewidomo jak potężne, nadal pozostaje bezbronnym dzieckiem. Czarnowłosa patrzyła jak jej małżonek wstaje i oddala się w stronę drzwi wyjściowych. Zerknął na kobietę i dodał z uśmiechem: – Podjąłem decyzję. Spijcie spokojnie.
Z tymi słowami wyszedł w mrok nocy, dołączając przy bramie do swych ludzi, po czym unieśli się wysoko w niebo znikając w czarnych smugach dymu.
Blondyn wszedł do przedziału, zamykając za sobą drzwi. Wyraz jego twarzy wskazywał, że ten głęboko się nad czymś namyślał. Dwoje czujnych spojrzeń, zielonych oraz szarych tęczówek wpatrywało się w postać Śmierciożercy. Draco fuknął sam do siebie pod nosem i usiadł na miejscu bez słowa, wpatrując się w szybę.
Harry zerknął stanowczym spojrzeniem na Notta, który siedział oparty wygodnie z założoną nogą na nogę. Stary przyjaciel Dracona pokręcił przecząco głową, dając tym samym znak byłemu Gryfonowi, że nie miał zamiaru wdawać się w jakiekolwiek dyskusje z blondynem. Harry westchnął wyraźnie rozczarowany postawą kolegi. W końcu nie wytrzymał.
– Czego chciała Hermiona? – spytał.
Draco jak gdyby od niechcenia spojrzał na chłopaka, który natarczywe wpatrywał się w jego arystokratyczną twarz.
– Prosiła mnie, a wręcz zażądałam, bym jej nie niańczył – odparł spokojnie jakby to była najoczywistsza sprawa na świecie.
– Masz zamiar się zastosować do jej prośby? – spytał Nott z zawadiackim uśmieszkiem.
– A czemu bym nie miał? – Draco spojrzał po dwójce przyjaciół. – Ja to nie wy, że wtykam nos w nie swoje sprawy, i że się pcham tak gdzie mnie nie chcą. To jej wola, mam tylko nadzieje, że nie przyleci później do mnie z płaczem. Jak często miała to w zwyczaju – dodał już ciszej, przypominając sobie zapłakaną Hermionę wtuloną w jego ramiona.
Zabawne, że z tamtego wieczora, gdy na prośbę Freda postanowił porozmawiać z Gryfonką, zapamiętał zapach jej włosów.
Harry patrzył uważnie na Dracona. Nie potrafił pojąć jak w ciągu zaledwie dwóch minut można tak diametralnie zmienić nastawnie. Wpierw się śmiał, a teraz? Powaga i chłód biły aż po oczach. Do tego dochodził ten zamyślony wyraz twarzy.
– Zrobisz jak uważasz – powiedział były Gryfon. – ja osobiście będę miał na nią oko. Dyskretnie.
– Już to widzę – prychnął Nott. – Nie patrz tak na mnie, Harry, ale ty i dyskrecja? – Teodor patrzył szarymi oczyma z politowaniem w stronę chłopaka, siedzącego pod oknem. – Nie chcę się wtrącać w wasze pożycie, ale z was dwóch – syn Śmierciożercy wskazał palcem wpierw na Dracona, później na Harry'ego – gdy jesteście sami w pokoju prefekta, to wybacz, ale to ty jesteś najmniej dyskretny.
– Nie o taką dyskrecje mu chodziło, Nott – warknął Draco, posyłając niewidzialne błyskawice z oczu wprost na przyjaciela.
– Wiem, starałem się rozluźnić atmosferę. Jak widać bezskutecznie. – Chłopak wydał z siebie długie westchnięcie i przewrócił oczami. – Ogarnij się, Malfoy – powiedział, wstając. Bezdenne szare tęczówki wpatrywały się w twarz przyjaciela. – Mówię teraz ogólnie. Ogarnij się we wszystkim i z wszystkimi. Nie jesteś silnikiem napędowym tego posranego świata. – Z tymi słowami opuścił przedział.
Draco patrzył jeszcze przez chwilę w miejsce, gdzie stał Teodor, którego mógłby porównać do brata, którego nigdy nie miał. W końcu po chwili błękitne tęczówki zerknęły w stronę tych zielonych, tak bardzo przenikliwych.
– Nie – powiedział stanowczo Potter.
– Co „nie"? – spytał Draco, patrząc na niego jak na wariata.
– Nie będę ciągnął tego tematu.
– Nawet nie chciałem go zaczynać, czy konturować.
– Tak, jasne. Co jak co, ale mnie nie oszukasz. Znam cię lepiej, niż ty sam siebie – powiedział Harry, wstając z miejsca.
– A ty gdzie? – spytał z goryczą w głosie czystokrwisty czarodziej. Hary tylko skierował kciuk na okno.
– Pociąg zwalnia. Dojechaliśmy.
Hermiona stała oparta o drzwi pociągu. Czujnym okiem pilnowała porządku jak na prefekta przystało. Bujne brązowe włosy delikatnie opadały jej na ramiona, a orzechowe oczy wpatrzone były w tłum. Dziewczyna zastanawiała się czemu właściwie odrzuciła pomoc Ślizgona. Przecież on chciał dla niej dobrze, troszczył się o nią. A może właśnie tej troski się bała? Bała się, że uczucia powrócą? Dziewczyna pokręciła głową, a zwiewne loki drgnęły nieznacznie. Uśmiechnęła się do siebie pod nosem. Nie był to uśmiech wyrażający zadowolenie czy radość. Wręcz przeciwnie. Była przygnębiona. Nie potrafiła się cieszyć. Czuła się jakby znajdowała się w innym wymiarze, po tym jak zasmakowała życia po tej drugiej stronie. Tej złej. Czuła się jak kłamca i zdrajczyni. Należała do Zakonu Feniksa. Harry należał do Zakonu Feniksa. Draco należał do Zakonu Feniksa. A oboje byli Śmierciożercami, którzy nie wiadomo w co tak naprawdę pogrywali. Zastanawiała się po czyjej byli stronie. A ona? Właściwie kim była? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedziała jak powinna się określić. Czuła się zdrajczynią wobec Dumbledore'a i reszty, z drugiej strony musiała oddać krew dobrowolnie, inaczej by zginęła.
Przypomniała sobie pogróżki Dracona. Czy byłby w stanie ją zabić? Przypomniała sobie jego oczy. Te zimne błękitne oczy, które miały cząstkę ciepła tylko, gdy patrzyły na Harry'ego. Wiedziała, że byłby w stanie to zrobić. Nie zawahałby się. Zabiłby ją. Wewnętrze i tak chciała wierzyć, że to nie prawda. A czy ona była gotowa na śmierć? Stchórzyła. Wybrała prostsze, nie koniecznie lepsze wyjście. Ale czyż nie poprzysięgała sobie umrzeć za dobrą sprawę? Za Harry'ego, który miał zgładzić tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Tylko, że Harry Potter, Wybraniec, któremu ufał cały czarodziejski świat był skalany Mrocznym Znakiem. Zabił. Zabił trzy niewinne osoby. Tak powiedział jej Snape, a ona nie miała prawa by mu nie wierzyć. Widziała krew. Tam było tak wiele krwi. Cała posadzka była w niej skąpana.
Poczuła jak jej żołądek podnosił się do gardła. Przed oczyma zobaczyła mroczki. Poczuła ten zapach lochów. Wszechogarniającą woń rozkładu i wilgoci, i strachu. Nie wytrzymała. Pobiegła wzdłuż peronu, w stronę pierwszych lepszych zarośli i schyliła się w pół i zwymiotowała poprzez łzy cisnące się jej do oczu.
– Hermiono wszystko w porządku? – Ku dziewczynie biegł wystraszony Fred.
Gryfonka opierała się o najdalej wysuniętą ławkę, drugą dłonią trzymała się za pulsujący żołądek. Wzięła parę głębokich wdechów i spojrzała na rudowłosego chłopaka, który w tej chwili był już przy niej. Fred przyglądała się uważnie dziewczynie. Nie wyglądała dobrze. Od samego początku wydawała mu się jakaś przygaszona, jeszcze bardziej niż przed feriami.
– Hermiono. – Delikatnie położył dłoń na ramieniu szatynki, które okrywała czarna szata uczniowska. Dziewczyna wzdrygnęła się czując dotyk. Widząc reakcję Hermiony Fred postanowił cofnąć rękę. – Co ci jest? Nie wyglądasz najlepiej.
Orzechowe oczy spojrzały przelotnie na twarz rudowłosego młodzieńca. Były przekrwione i szkliste od łez.
– Nic mi nie jest – wyjąkała mało wiarygodnie. – W pociągu musiałam zjeść coś, co mi zaszkodziło – powiedziała, prostując się.
Za ramieniem wysokiego młodzieńca spostrzegła szczupłą sylwetkę odzianą w idealnie dopasowany garnitur, na którym powiewała szata z zieloną podszewką. Błękitne oczy, zmrużone, patrzyły na niepokojącą scenę. Za wzrokiem Gryfonki podążył Fred.
– Malfoy ma coś z tym wspólnego? – spytał oschle.
– Nie. Skądże – zaprzeczyła, odgarniając włosy za ucho.
Nie patrzyła już na blondwłosą postać, która zaczęła się oddalać w stronę powozów kierujących się do zamku. Nie patrzyła jak w bladą dłoń wsunęły się palce Pottera.
– Chodźmy już – powiedziała, proszącym tonem, łapiąc się starszego od niej chłopaka pod rękę. – Jak minęły wam ferie? – spytała, starając się naprowadzić rozmowę z Fredem na neutralny tor.
Ten patrzył przed siebie, zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem dziewczyny.
– Spokojnie. O ile gwar panujący na Grimmuald Place można nazwać spokojem – uśmiechnął się lekko, patrząc z ukosa na ponurą twarz Hermiony.
Dalszą drogę rozmawiali o szkole, przyjaciołach, skrupulatnie omijając temat Draco i Harry'ego.
W powozie, w którym siedzieli Ślizgoni panowała luźna atmosfera. Pansy opowiadała Teodorowi o przyjęciu świątecznym jakie miało miejsce w jej domu. Blaise siedział zamyślony, co rusz odwracając głowę w tył, w stronę powozu, w którym siedziała rudowłosa Gryfonka, z uśmiechem patrząca na czarnoskórego młodzieńca. Draco korzystając z okazji, że każdy z przyjaciół jest zajęty sobą nachylił się do ucha Harry'ego.
– Z Hermioną jest chyba gorzej niż myśleliśmy – powiedział ledwo dosłyszalnym szeptem.
Czarnowłosy chłopak z blizną na czole spojrzał surowo na bladą twarz.
– Jak kto? – spytał szeptem.
– Na peronie, gdy stała przy drzwiach pociągu zbladła i pobiegła w stronę zarośli. Wymiotowała. – Harry skrzywił się nieznacznie, wzdychając.
– Może zjadła coś w pociągu co jej zaszkodziło – zaoponował.
Draco pokręcił głową.
– Tak i z tego powodu płakała – prychnął. – Zresztą miałem się nią nie przejmować.
– To się nie przejmuj – odpowiedział Harry oschlej niżby chciał.
Draco spojrzała jak ten najwyraźniej czymś obrażony obrócił głowę w przeciwną stronę. Nie chcąc drążyć tematu, oparł brodę o dłoń i patrzył w mrok drzew mijających po drodze. Śnieg skrzypiał pod kołami powozu, wtórując wesołym chichotom dobiegającym z różnych stron.
Slytherin. Miejsce gdzie srebro przeplatało się z zielenią. Miejsce gdzie przytulne meble i ciepłe dywany kontrastowały z chłodem i surowością lochów. W Pokoju Wspólnym panował tłok. Każdy witał się z każdym. Zapowiadała się huczna noc. Ślizgoni ze starszych klas zaczęli już popijać alkohol, śmiejąc się wesoło. Z dala od tego zgiełku i rozgardiaszu spędzał czas Harry, który wpatrzony w szary sufit zielonymi oczami rozmyślał o wszystkim i o niczym. Czerpał przyjemność z chwili spokoju. Najwidoczniej jego pragnienie nie były tak oczywiste dla jego przyjaciół. Blaise Zabini pojawił się w drzwiach, obłapując rękoma pewną dziewczynę, której w pierwszej chwili Harry nie poznał. Wsparł się na łokciach na łóżku i zdziwiony, że jeszcze nie został zauważony przyglądał się żenującej scenie. Czarnoskóry chłopak pchnął wybrankę na łóżko i w pośpiechu zrzucił z siebie sweter z mundurku.
– Ehm – odchrząknął Potter w chwili, gdy ten sięgał dłońmi do paska spodni.
Oczy Zabiniego skierowały się w stronę Harry'ego.
– Potter?! Co tu robisz? – krzyknął piskliwym jak na niego głosem.
– Mieszkam. Wiesz, to ja, ten, co zmienił przydział – powiedział sarkastycznie, wstając.
Kątem oka rzucił na tajemnicza postać w szarej bluzie z kapturem. Stanowczym krokiem podszedł do dziewczyny i ściągnął okrycie z głowy. Na ramiona wysypały się płomiennorude włosy. Harry splótł ręce na piersi, wzdychając. Spojrzał to na Ginny to na Zabiniego.
– Cześć, Harry. – Pomachała mu zarumieniona Gryfonka.
– Cześć, Ginny – powiedział z uśmiechem, kręcąc głową i spojrzał na Zabinieg.o – Następnym razem upewnij się, że dormitorium jest puste – podszedł do drzwi z zamiarem wyjścia. – I lepiej zamknij je zaklęciem. Nott uwielbia wypadać w najmniej odpowiednich momentach – zerknął na rudą. – A ty uważaj na niego.
– Jestem już dużą dziewczynką, Harry – prychnęła krzyżując ręce.
– Może dużą, ale czy dojrzałą? – zaśmiał się, wychodząc.
Gdy tylko puścił klamkę usłyszał charakterystyczne klikniecie zamka. Nie mając ochoty na imprezę skręcił w lewo, w kierunku pokojów prefektów z nadzieją, że zastanie Dracona u siebie. Bez ogródek, gdy tylko dotarł do tak bardzo znajomych mu drzwi, nacisnął klamkę w kształcie węża. Wszedł do środka. W pokoju było pusto, za to z łazienki dochodził odgłos prysznica. Zadowolony zamknął za sobą drzwi na zasuwkę, która kiedyś wspólnie zamontowali, by nikt nie wpadał nie proszony. Z ociąganiem, bez pospiechu ściągnął z siebie niebieską koszulkę i rzucił ją na fotel. Wyczerpany i zmęczony położył się na łóżku zakładając ręce za głowę. Po niespełna pięciu minutach białe drzwi łazienki otworzyły się i stanął w nich Draco z mokrymi włosami. Z blond pasemek ściekły krople wody, kapiąc na podłogę. Ten chłopak nie miał w zwyczaju wycierania się do sucha.
– Tak myślałem, że to ty – powiedział z uśmiechem. – Co, już się na mnie nie boczysz? – spytał, podchodząc w czarnym ręczniku oplecionym wokół pasa do szafy.
Zielone oczy podążały za nim pożądliwym spojrzeniem.
– Nie boczyłem się – żachnął się Potter.
– Tak, na pewno – odpowiedział Draco bardziej do szafy niż do chłopaka na łóżku. – To może mi wytłumaczysz twoje zachowanie w powozie i na uczcie w Wielkiej Sali? – spytał, zakładając na siebie luźne, szare dresowe w sobie, w których zwykł spać. Obrócił się przodem do Harry'ego .
– Nie zaczynaj – jęknął Potter. – To był ciężki tydzień. I nie zaprzeczaj. A teraz chodź tu – wyciągnął błagalnie rękę w stronę Malfoya.
Ten, nie mogąc się dłużej prosić, podszedł do łóżka, i w chwili, gdy złapał dłoń chłopaka, brutalną siłą został wciągnięty na miękką pierzynę, a na wąskich ustach poczuł ciepły i namiętny pocałunek.
