Przebijając się przez niewielki tłum kłębiący się w korytarzu areny, brunetka zaciskała mocno zęby, starając się stłumić w sobie głośny szloch. Wbijając spojrzenie w ziemię, unikała kontaktu wzrokowego z ludźmi, których mijała. Nie chciała, by ktokolwiek ją zatrzymał, bowiem wtedy musiałaby stawić czoła biegnącemu za nią mężczyźnie,

- Allison! Zatrzymaj się i daj sobie wytłumaczyć!

Nie zważając na przyglądających się mu ludzi, Phil podążał za dziewczyną, w pośpiechu dopinając suwak w swoich spodniach. Nie przejmował się szumem za swoimi plecami; musiał dogonić Allison i postarać się wszystko jej wyjaśnić.

Ignorując go, dziewczyna skręciła w prawo, znikając za rogiem korytarza. Tu, gdzie nie było już żadnych gapiów, miała mniejsze szanse na ucieczkę. Zupełnie niespodziewanie sama pogorszyła swoją i tak już złą sytuację.

- Allie! - dotarł do niej głos mężczyzny. On sam wydawał się być coraz bliżej niej, doganiając ją. - Stój – zażądał, pokonując szybko dzielącą ich odległość. Łapiąc jej łokieć, zatrzymał ją i odwrócił twarzą do siebie.

- Zostaw – warknęła dziewczyna, natychmiast wyrywając się z jego uścisku. - Nie zbliżaj się do mnie – kipiąc ze złości, cofnęła się.

- Kochanie, posłuchaj mnie... - odezwał się łagodnie, starając się ją uspokoić.

- Nie chcę Cię słuchać – odparła kobieta, krzyżując ręce na piersiach. Robiąc kolejny krok do tyłu, przełknęła głośno ślinę, powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.

- Wyjaśnię Ci to. To była pomyłka, zupełnie niepotrzebny epizod, kochanie... Do niczego nie doszło...

- Przestań. Kłamać.

Przerywając mu, Allison zmierzyła go groźnym spojrzeniem. W tamtym momencie Phil wiedział, że nie ma z nią żartów.

- Cały czas kłamałeś – mówiła dalej, opuszczając ręce. Patrząc na mężczyznę, który wciąż siłował się z zacinającym się suwakiem, rozłożyła bezradnie dłonie. - Na boga, nawet teraz to robisz! - krzyknęła, śmiejąc się z goryczą. - Jesteś obrzydliwy... - dodała po chwili. Wściekłość, jaką czuła, kompletnie ją zdominowała. - Nie mam najmniejszej ochoty Ciebie oglądać.

Tym razem to Phil roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. Mierząc wzrokiem stojącą przed nim Allison, zacmokał z dezaprobatą.

- Nie stałoby się to, gdyby nie Ty, skarbie...

Otwierając szeroko oczy, brunetka wbiła w niego spojrzenie.

- Tak, dobrze mnie słyszałaś – powiedział mężczyzna, widząc jej zdziwienie. - Gdybyś nie poświęcała tyle czasu innym ludziom, może nie zwróciłbym uwagi na Amy? Może wystarczyłabyś mi tylko Ty?

Słuchając z niedowierzaniem, młoda kobieta nie spuszczała z niego wzroku. Nie poznawała mężczyzny, z którym rozmawiała. Nie był tym samym człowiekiem, którego znała i kochała. Patrząc, jak robi krok w jej kierunku, stała w miejscu jak sparaliżowana.

- To TY pchnęłaś mnie w ramiona innej... - wyznał, uśmiechając się okrutnie.

Słowa, które padły, przelały czarę goryczy. Pozwalając swoim oczom wypełnić się łzami, Allison podniosła rękę i wymierzyła mu siarczysty policzek. W następnej sekundzie odwróciła się na pięcie i biegiem ruszyła w stronę najbliższego wyjścia.


Głośny dźwięk aparatury rozstawionej wokół łóżka z każdą sekundą stawał się coraz bardziej nieznośny.

Z jękiem uchylając ciężkie powieki, rudowłosa kobieta zamrugała nimi kilkakrotnie, chcąc pozbyć się niemiłego uczucia. Suchość w gardle i ogólny dyskomfort wcale nie ułatwiały jej zadania.

- M... Matt? - szepnęła, rozpaczliwie szukając pomocy.

- Spokojnie, Joanne. Jesteś w szpitalu.

Kierując wzrok w stronę źródła dźwięku, kobieta zmrużyła oczy, czekając aż zamazany obraz wyostrzy się i będzie mogła bez przeszkód ujrzeć twarz rozmówcy.

- Gdzie jest Matt? - zapytała szeptem, wciąż nie potrafiąc rozpoznać stojącej obok niej kobiety.

- Nie ma go tutaj, ale obiecał, że zjawi się najszybciej, jak tylko będzie mógł. Ucieszy się, kiedy się dowie, że się obudziłaś – odparła, uśmiechając się do niej przyjaźnie. - Jak się czujesz?

- Wszystko mnie boli... - mruknęła Joanne, próbując się poruszyć. Delikatna dłoń kobiety powstrzymała ją natychmiast.

- Daj sobie jeszcze trochę czasu – powiedziała łagodnym tonem. - Twój organizm sporo przeszedł podczas porodu i zabiegu.

- P-porodu... - powtórzyła rudowłosa, momentalnie przypominając sobie minione wydarzenia. - Co z moim dzieckiem? - zapytała ze strachem, podnosząc głowę z poduszki.

Uśmiech kobiety powiedział jej, że nie powinna się niczego obawiać.

- Wszystko z nim w porządku... - odpowiedziała. - Masz piękną, zdrową córkę.

Opadając z powrotem na łóżko, Joanne uniosła w górę kąciki ust, przymykając oczy.

- Córkę... - rzekła dumnie, z radością przyjmując nowinę. Mogła być spokojna. Wszystko było tak, jak miało być.


Wynosząc mężczyznę ponad swoją głowę, Phil rozejrzał się szybko po wypełnionej po brzegi arenie. Szum publiczności pobudzał go do działania; dawał mu siłę. Zastygając na chwilę w bezruchu, zacisnął usta, układając je w cienką linię. Z zaciętego wyrazu twarzy wyczytać można było coś jeszcze – wściekłość.

Tajemniczy błysk w jego oczach dowodził także odrobiny szaleństwa, które rodziło się w jego duszy. Ludzie w pierwszych rzędach mogli bez problemu zauważyć, że CM Punk świetnie odnajduje się w swojej roli czarnego charakteru. Prawda była zupełnie inna. Zupełnie, jakby coś złego działo się z osobowością mężczyzny.

Zrzucając Ortona ze swoich ramion, mężczyzna podniósł kolano z zamiarem wykonania akcji kończącej. Tłum przyjął to głośnym pomrukiem zadowolenia. Żądni mocnych wrażeń, oczekiwali spektakularnego zakończenia pojedynku. Stojący pośrodku ringu Phillip Brooks miał zamiar dać im to, czego chcieli.

Uśmiechając się złowieszczo, w ułamku sekundy zbliżył kolano do twarzy swojego przeciwnika. Niesiony gwarem publiki nie zwrócił uwagi na głośny chrzęst jaki powstał przy kontakcie z nosem Randy'ego. Jedyne, co w tamtej chwili miał w głowie to chęć zaspokojenia żądzy krwi ludzi. Pragnęli tego. On także.

Sekundę po tym, jak bezwładne ciało Ortona wylądowało na macie, on sam upadł na kolana, nie mogąc już dłużej utrzymać się na nogach. Ostatkiem sił doczołgując się do mężczyzny, upewnił się, że żadna z jego łopatek nie podniesie się przez trzy kolejne klepnięcia sędziego. Gdy było już po wszystkim, przeturlał się na bok, zakrywając twarz dłońmi. Dokonał tego. Po raz kolejny stał się bohaterem. Przynajmniej w tym miejscu.


- Szukam Cię po całej arenie; gdzie Ty się podziewasz?

- Jestem w hotelu. Źle się szuję, wolałam wrócić. Coś się stało?

- Al, potrzebuję Twojej pomocy..."

Słysząc delikatne pukanie do drzwi pokoju, Allison wstała z łóżka, dokładnie wycierając mokre od łez policzki. Nie powiedział Megan co się stało; nie chciała też, by jej przyjaciółka cokolwiek zauważyła. Było jej wstyd. Wstyd, że zaufała mężczyźnie, który okazał się bydlakiem.

Podchodząc do drzwi, otworzyła je powoli, biorąc przy okazji głęboki wdech. Widząc stojącą po drugiej stronie blondynkę, wykrzywiła niezdarnie twarz w lekkim uśmiechu, który natychmiast zmienił się w pełen obaw grymas, gdy tylko dostrzegła, w jakim stanie znajduje się Megan.

- Wszystko w porządku, Meg? - zapytała z troską, pozwalając jej wejść do środka.

- Muszę coś zrobić, Al, ale nie chcę być wtedy sama...


Wpatrując się w niewielkie okienko w teście ciążowym, Allison z niecierpliwością wyczekiwała jego wyniku. Spoglądając kątem oka na stojącą przy umywalce Megan, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco.

- Czuję, że będzie pozytywny... - mruknęła blondynka, przestępując z nogi na nogę. - Al, ja nie mogę teraz mieć dziecka...

- Przecież to nic złego, Meg – odparła Allison, podnosząc głowę by na nią popatrzeć. - Ty i Bryan będziecie wspaniałymi rodzicami.

- Nie teraz! - jęknęła płaczliwie dziewczyna. - Boże, spraw, żeby to był fałszywy alarm... - dodała, wznosząc oczy ku niebu.

- Sprawdzam – ostrzegła ją brunetka, przenosząc wzrok z powrotem na trzymany w dłoni test. Milcząc, odczytywała wynik.

- ...I? - ponagliła ją Megan, pochylając się do przodu. - Albo nie. Nie chcę wiedzieć.

Uśmiechając się pod nosem, Allison spojrzała na przyjaciółkę.

- Gratulacje, mamusiu – powiedziała, pokazując jej pozytywny wynik. - Chodź, niech się uściskam.

Czując oplatające ją ramiona, Megan wyzbyła się swoich wszystkich obaw. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie wątpliwości, jakie miała, przestały się dla niej liczyć.

- O mój boże! - pisnęła, tuląc się do ściskającej ją Allison. - O mój boże! - powtórzyła, odwzajemniając uścisk.

Odsuwając się od niej, wyciągnęła dłoń, chcąc na własne oczy przekonać się o tym, że wkrótce zostanie matką. Z radością patrząc na test, poszerzyła swój uśmiech.

- Ty i Phil będziecie rodzicami chrzestnymi – obiecała radosnym tonem.

Na dźwięk imienia mężczyzny, Allison poczuła, jakby ściany wokół niej zaczęły się zbliżać, miażdżąc ją. Czując, że za chwilę może mieć problem z oddychaniem, otworzyła usta, nabierając głośno powietrza.

- Allison? - dotarł do niej cichy, pełen obaw głos Megan. - Al, dobrze się czujesz?

Wiedząc, że nie utrzyma dłużej kipiących w niej emocji, brunetka zakryła dłonią usta i z głośnym szlochem wybiegła z łazienki.

- Chryste, Allison! - odkładając wynik testu na umywalkę, blondynka pobiegła w ślad za nią. - Co się dzieje? - zapytała, siadając przy siedzącej na łóżku dziewczynie. Przygarniając ją do siebie, pozwoliła się jej wypłakać, spokojnie głaszcząc ją po plecach.

Długo trwało, zanim Allison się uspokoiła, a głośny płacz przekształcił się w delikatnie łkanie.

- Powiesz mi? - Megan ponowiła swoją próbę wydobycia z niej informacji.

- Widziałam ich dzisiaj... - szepnęła brunetka ledwie słyszalnym głosem. - Jego i ją...

- Kogo? - dopytywała druga dziewczyna, błagając w myślach, by nie okazało się, że Allison mówi o Philu. Jej obawy potwierdziły się, gdy jej przyjaciółka zaczęła ponownie cicho szlochać.

- Zdradził mnie, Meg... - jęknęła, chowając twarz. - Phil mnie zdradził.


Kiedy mężczyzna wrócił do hotelowego pokoju, zastał Allison wrzucającą wściekle wszystkie swoje rzeczy do niewielkiej walizki leżącej na łóżku. Stając pośrodku pomieszczenia, z uwagą przyglądał się jej poczynaniom.

- Co robisz? - zapytał zdziwiony, schylając się i podnosząc leżącą na ziemi bluzkę.

- To, co widzisz. Pakuję się – wyjaśniła oschle, wrzucając do walizki kolejne ubrania. - Przenocuję u Meg i Bryana, a jutro wracam do domu.

- Allison... - odezwał się mężczyzna, starając się zwrócić na siebie jej uwagę. Podchodząc bliżej, odłożył na łóżko trzymaną w ręce garderobę, po czym zastąpił jej drogę, ściągając na siebie jej wzrok. - Porozmawiaj ze mną.

- Nie chcę Cię słuchać, Phillip – warknęła, patrząc mu prosto w oczy. - Zejdź mi z drogi – dodała, wymijając go, uderzając przy okazji o jego ramię. - Powiedziałeś i zrobiłeś dziś wystarczająco dużo.

Wrzucając do torby kilka bluzek, spojrzała na leżące w rogu baletki. Doskonale pamiętała, jak pakowała je w Oklahomie tuż przed wyjazdem do Phila. Teraz wracała do domu, a one wciąż przypominały jej o tym, co za sobą zostawiła.

- Poświęciłam dla Ciebie wszystko, Phil – powiedziała cicho, stojąc tyłem do mężczyzny. - Wszystko – powtórzyła głośniej. - A Ty?

Odwracając się w jego stronę, po raz kolejny tego wieczoru odważyła się spojrzeć mu w twarz. Ból, który czuła za każdym razem, gdy to robiła, rósł coraz bardziej.

- Jak mogłeś? - zapytała, kręcąc z niedowierzaniem głową. Nie czekając na jego odpowiedź, wróciła do pakowania się. - Wszyscy mnie ostrzegali... - mruknęła pod nosem, wierzchem dłoni wycierając łzy, które w końcu pojawiły się w jej oczach. - Bryan, Joanne, mój ojciec... Byłeś dla mnie jedyną pewną rzeczą na tym świecie! - jęknęła z rozpaczą, oglądając się na niego.

Stał ze spuszczoną głową, wpatrując się w podłogę. Każde słowo, które wypłynęło z jej ust, uświadamiało mu, jaką krzywdę jej wyrządził. Czuł, że jest skończony.

- Co ja Ci zrobiłam, Phil? - usłyszał jej pytanie. Podnosząc wzrok, otworzył usta, chcąc po raz kolejny powiedzieć jej o tym, jak bardzo jest mu przykro, jednak brunetka uniosła w górę dłoń, powstrzymując go. - Wiesz co? Nie chcę wiedzieć.

Z rosnącą paniką patrzył jak dziewczyna z hukiem zamyka wieko walizki i ściąga ją na ziemię, po czym bez słowa kieruje się w stronę wyjścia.

- Allie, nie wychodź, proszę – ruszył za nią, próbując ją zatrzymać, jednak jego prośby nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Przyspieszając, otworzyła drzwi i przekroczyła próg pokoju, zatrzaskując je za sobą. Kiedy został sam, cisza panująca wokół uderzyła w niego z podwójną siłą.


Przemierzając szybkim krokiem szpitalny korytarz, Matt błagał w myślach, by brak jakichkolwiek wiadomości o Joanne był dla niego dobrym znakiem. Przyjechał tu zaraz po swojej walce. Chciał jak najszybciej sprawdzić, czy z kobietą wszystko w porządku.

Skręcając w korytarz prowadzący do sali, w której leżała, niemalże wstrzymał oddech ze zdenerwowania. Zwalniając odrobinę przed samymi drzwiami, wziął kilka głębokich wdechów i zajrzał ostrożnie do pomieszczenia.

Widząc przytomną i trzymającą w rękach maleńką Khloe Joanne, zaniemówił z radości. Dwoma susami pokonując odległość dzielącą go od kobiety, uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił.

- Jo... - szepnął, ściągając na siebie jej uwagę.

Odrywając wzrok od twarzy dziecka, popatrzyła na niego, po czym odwzajemniła jego uśmiech. Po raz pierwszy w życiu ogarnęły ją tak wielkie emocje, których nie potrafiła za nic powstrzymać. Patrząc na niego przez łzy szczęścia, wskazała na dziewczynkę.

- Mamy córkę... - odparła równie cicho.

Matt był pod wrażeniem poprawy jej stanu. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej lekarze dawali jej nikłe szanse na przeżycie. Teraz siedziała przed nim, zachwycając się ich dzieckiem. To było wprost niesamowite.

Siadając na krześle obok łóżka, nie odrywał wzroku od dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Mógł z dumą powiedzieć, że miał już wszystko, czego pragnął. Teraz mogło być już tylko lepiej.


Snując się po pokoju, Phil zastanawiał się nad tym, co stało się kilkadziesiąt minut wcześniej. Allison odeszła; nie powinno go to dziwić. Na jej miejscu postąpiłby pewnie tak samo.

Wchodząc do łazienki, pokręcił głową. Był idiotą; dał się skusić Amy, niszcząc tym samym to wszystko, co było między nim a Allison. Jakby tego było mało, zrzucił na nią całą winę. Stchórzył; zamiast być dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem, zachował się jak niedojrzały szczeniak. To, że został teraz sam będzie dla niego dobrą karą.

Podchodząc do umywalki, odkręcił wodę i zmoczył dłonie, a następnie przesunął nimi po twarzy. Opierając się o chłodną ceramikę, spuścił głowę i zacisnął zęby, pogrążając się w myślach.

Kiedy się z nich otrząsnął, jego wzrok przykuł niewielki przedmiot leżący na brzegu. Chwytając go ostrożnie, podniósł go do góry i przyjrzał mu się uważnie. Kilka metrów dalej, na szafce leżało podobnej wielkości pudełko. Sięgając po nie, porównał je z trzymaną w drugiej dłoni rzeczą, po czym ściągnął brwi. Dotarło do niego, że miał w ręce test ciążowy. Co więcej, jego wynik był pozytywny. Puls mężczyzny gwałtownie przyspieszył.

Kilka minut zajęło mu dotarcie do pokoju Megan i Bryana. Łomocząc w drzwi, miał nadzieję, że uda mu się porozmawiać z dziewczyną.

- Allison, wiem, że tam jesteś – powiedział głośno, nie przestając stukać. - Wyjdź, chcę porozmawiać.

W środku, siedząc na łóżku, przestraszona brunetka spojrzała na znajdującą się obok niej Megan.

- Niepotrzebnie powiedziałam mu, że tu będę... - szepnęła, przenosząc wzrok na stojącego przy oknie Bryana. - Przepraszam was.

- Allison! - cała trójka usłyszała jego ponowny krzyk. - To ważne!

- Otworzę – zdecydował Bryan, rzucając okiem na dziewczynę. - Powiem mu, żeby dał sobie spokój.

Kuląc się, Allison pociągnęła nosem. Coś zdenerwowało Phila, słyszała to wyraźnie w tonie jego głosu. Nie chciała jednak wiedzieć, co to było. Nie interesowało ją to.

Naciskając klamkę, Bryan uchylił drzwi i spojrzał na stojącego w korytarzu Phillipa.

- Stary, zostaw ją w spokoju – powiedział cicho, zastępując mu drogę, kiedy ten chciał wejść do środka. - Nie chce Cię widzieć, zrozum.

- Nie wtrącaj się, Danielson – warknął mężczyzna, zaglądając do pokoju. - Nie z Tobą chcę rozmawiać.

Patrząc w stronę wyjścia, dziewczyna wzdrygnęła się. Bardzo nie chciała, by mężczyzna wszedł do pokoju.

- To naprawdę nie jest dobry moment... - dotarł do niej spokojny głos Danielsona. Podciągając kolana do brody, objęła je rękami.

- Muszę ją zobaczyć! - Phil był coraz bardziej natrętny. Wciąż usiłował wedrzeć się do pomieszczenia.

- Ja to załatwię.

Allison nie zdążyła zareagować, kiedy Megan podniosła się szybko z łóżka i szybkim krokiem podeszła do stojących przy drzwiach mężczyzn.

- Posłuchaj mnie, dupku – zaczęła ostro, przeciskając się obok Bryana. - Wynoś się stąd, bo będę musiała zadzwonić po ochronę – zagroziła. Stając przed blondynem, skrzyżowała ręce na piersiach. - Już kiedyś rozmawialiśmy. Powiedziałam, że jeśli dowiem się, że skrzywdziłeś Allison, to powieszę Cię za Twoje klejnoty rodowe – przypomniała. - Może powinnam to zrobić, skoro nie potrafisz ich utrzymać w spodniach?!

Robiąc krok do przodu sprawiła, że Phil cofnął się. Wykorzystując to, że mężczyzna był w szoku, niemal wypchnęła go na zewnątrz.

- Zjeżdżaj – mruknęła, po czym wróciła do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.


Wszedł do pokoju kilka minut po trzeciej. Był pewien, że kobieta już śpi. Po omacku doczłapał do łazienki - tam dopiero wcisnął włącznik. Ochlapał ciało zimną wodą, narzucił na siebie czyste bokserki i powoli wślizgnął się do łóżka. Szerokim ramieniem oplótł krągłe biodra żony.

- Chris... - szepnęła.

- Jestem tu – odparł równie cicho, całując nagie ramię.

- Jest późno... Gdzie byłeś...?

Milczał. Nie wiedział, co mógłby odpowiedzieć.

- Znowu siedzieliście w barze?

- Uhm... Tak – skłamał. Co zresztą miał zrobić? Wyznać, że czuwał przy dziecku? Owocu szczeniackiej zachcianki? Bękarcie? Chcąc nie chcąc, tym właśnie była mała Khloe.

- Nie czuć od Ciebie alkoholu... - zauważyła kobieta, przymykając oczy.

- Prowadziłem. Nie mogłem pić.

- Chris, dlaczego kłamiesz?

Zamurowało go. Czuł, jak jego wątła pewność swego powoli kruszy się i rozpada w posadach. Cały misterny plan, długie miesiące ukrywania prawdziwych uczuć do Joanne, cały ten wysiłek właśnie obracał się w proch.

- Byłeś z nią, prawda?

- Z kim?

- Przecież ja wiem, Chris. Z moimi oczami wszystko w porządku. Może i jestem blondynką, ale...

- Kto Ci powiedział?

- A musiał? Domyśliłam się już kilka tygodni temu. Przedwczoraj, na gali, tylko potwierdziłam swoje obawy.

- Nie wiem, o czym Ty...

- CHRIS! - jęknęła płaczliwie, odwracając się do niego przodem. - Mam tego dosyć, rozumiesz? Dosyć! Upokorzyłeś mnie! Przy wszystkich! Bez słowa wyszedłeś, przepadłeś jak kamień w wodę. Na bankiecie siedziałam sama, co chwilę słysząc tylko: „Gdzie jest Chris?". Co miałam odpowiedzieć? „Bzyka inną?" Pewnie młodszą i ładniejszą?

- To nie tak... Jess, posłuchaj.

- Złożyłam papiery.

- Papiery?

- Chcę rozwodu, Chris.


A teraz chwila prywaty: serdecznie proszę o ruszenie tyłków i zostawienie po sobie chociaż małego śladu pod rozdziałem. Wszyscy wiemy, że nie jest to takie trudne, prawda? :)