Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.

Link do oryginału znajduje się na moim profilu.


~ XXXVIII ~

Jak leci?

Zgadnij.

Odchrząknąwszy, spróbowałam po raz kolejny:

— Um... Niespodzianka?

Jako pierwsza ocknęła się Elena, w której uścisku po chwili się znalazłam.

— O mój Boże... — szepnęła. — Amy... Naprawdę tu jesteś...

— Na to wygląda... Elena... Nie mogę... oddychać — wykrztusiłam, więc natychmiast się odsunęła. Na jej twarzy widniał promienny uśmiech.

— Wróciłaś na dobre?

— Tak — potwierdziłam i nieśmiało zrobiłam krok w kierunku pozostałych. — Um... Cześć?

Caroline, odepchnąwszy Elenę na bok, przytuliła mnie tak mocno, że się zachwiałam.

— Zamorduję cię! — zagroziła, szlochając. — Ciebie i tego twojego brata! Jak...? Kiedy...?

— Wszystko wyjaśnię, obiecuję — zapewniłam, gdy mnie puściła.

Następny w kolejce był Stefan.

— Witaj z powrotem — przywitał się z uśmiechem.

Stanąwszy na czubkach palców, jego również objęłam. — Dzięki.

— Damon? — mruknął mi znacząco do ucha.

Skinęłam potwierdzająco głową. — Mhm.

Kiedy odsunęłam się od Stefana, uścisnęła mnie Bonnie.

— Cholera, Amy...

— Wiem. Przepraszam — wyszeptałam, uwalniając się z jej ramion, po czym obróciłam się ku Luke'owi.

— Cześć, Luke... — odezwałam się niepewnie, przyglądając się jego kamiennej twarzy. Ogień, który zalśnił znienacka w jego oczach, znikł tak szybko, jak się pojawił, kiedy parę razy zamrugał.

— Wróciłaś — stwierdził pozbawionym emocji głosem. Przełknęłam ślinę, starając się ignorować ludzi, którzy zaczęli nas obserwować. Nie wiedząc, co innego mogłabym zrobić, pokiwałam głową.

— Tak — mruknęłam. Wykonawszy szybki krok w moją stronę, zamarł i zacisnął szczękę, a następnie odwrócił się i opuścił korytarz, nim zdążyłam powiedzieć coś więcej.

Westchnęłam. Powinnam była się tego spodziewać. Miał pełne prawo się na mnie wściec. To znaczy, ja też wciąż się na niego gniewałam, lecz tak bardzo przejęłam się tym, co ja zrobię, kiedy się spotkamy, że zapomniałam pomyśleć, jak on może się zachować.

To niesprawiedliwe!, zbulwersował się cichy głosik w moim umyśle, ale pokręciłam głową i pobiegłam za Lucasem. Pokonawszy schody, gwałtownie pchnęłam drzwi i wypadłam na zewnątrz.

— Luke!

Zatrzymał się, zwrócony do mnie plecami. Odgarnęłam z twarzy kosmyk włosów i powoli do niego podeszłam. Nadal się nie poruszył. Łagodnym ruchem wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego ramienia, ale raptownie je odsunął. Przygryzając wargę, stanęłam z nim twarzą w twarz.

— Ponad miesiąc... — powiedział, wyraźnie zdenerwowany. — Nie zadzwoniłaś, nie napisałaś, nie zrobiłaś niczego! A teraz tak nagle postanowiłaś się pojawić?

Panuj nad gniewem, bacz na słowa...

— Jestem pewna, że rozumiesz, czemu tak postąpiłam — odparłam spokojnie. Prychnął z irytacją.

— Och, daruj sobie tę starą śpiewkę: „Wszyscy mnie okłamywali", Amy!

— Wszyscy mnie okłamywali! — syknęłam. — Łącznie z tobą, o ile dobrze pamiętam.

— Więc powinienem to przewidzieć? Zasłużyłem sobie na to?

— Nie, nie to miałam na my-... — Przymknęłam powieki, biorąc głęboki wdech. — Popatrz, usiłowałam przetrwać, okej? — kontynuowałam. — I wiem, że należał ci się choć jeden telefon, ale... byłam taka wściekła, Luke. Wściekła na ciebie, na moją rodzinę, na siebie... Prawdę mówiąc, ciągle jestem.

— No cóż, to jest nas już dwoje — oznajmił chłodno. — Nie powinnaś wyjeżdżać!

— A ty nie powinieneś zatajać przede mną prawdy! — warknęłam.

Przeczesał palcami włosy. — Próbowałem cię chronić.

Westchnęłam przeciągle. — Tak, tak się jakoś składa, że wszyscy próbują mnie chronić. Musisz ustawić się w kolejce.

Ta rozmowa potoczyła się zupełnie nie takim torem, jakim powinnam była ją poprowadzić. Nawet ja miałam tego świadomość. Chwyciwszy pasek torby, spróbowałam ponownie:

— Luke...

— Nie — przerwał mi, kręcąc głową i cofając się o krok. — Po prostu... Po prostu... odpuść.

— Ale...

— Odpuść, Amy — powtórzył stanowczo i ruszył przed siebie, mijając mnie. Przestąpiłam z nogi na nogę, obserwując go aż do czasu, gdy opuścił teren szkoły. Tupnąwszy nogą, z powrotem skierowałam się ku budynkowi szkoły.

~o~

Reszta dnia minęła... w dość dziwnej atmosferze. Czułam się tak, jakbym znowu była tu po raz pierwszy. Jedyną zmianę stanowiły żądne mordu spojrzenia, którymi od czasu do czasu obrzucała mnie Caroline

— Zabiję Willa! — mruknęła pod nosem, kurczowo ściskając moje ramię. — Ten idiota nie raczył mnie nawet poinformować, że wróciłaś!

— Wiem. Poprosiłam go o to — wyjaśniłam. — Caroline, może mnie już puścisz, co? Nigdzie się nie wybieram.

— Kto cię tam wie — odparła. — Skoro przez cały miesiąc nie dzwoniłaś, nie wysłałaś ani jednego maila...

— Zostawiłam liścik — spróbowałam się usprawiedliwić.

— Tak, Will coś wspomniał. Że posprzeczałaś się z Danem. No poważnie, wszyscy mamy problemy z naszymi bliskimi, ale nikt z tego powodu nie ucieka! — zdenerwowała się. Pokręciłam lekko głową. A więc taką wersję przedstawili moim przyjaciołom. — I nikt nie wiedział, gdzie jesteś, dopóki... — Nagle zamilkła. Poderwałam głowę, podczas gdy ona, niczym winne psoty dziecko, swoją zwiesiła i głęboko westchnęła.

— Dopóki co? — zapytałam z niedowierzaniem. — Caroline?

— Nic. Po prostu... o tym zapomnij.

Uniosłam brew, patrząc na nią. — Gadaj. Dopóki co?

Wzięła głęboki oddech.

— Przysięgnij, że Will się nie dowie, że ci o tym powiedziałam — poprosiła. Pokiwałam głową, marszcząc brwi. — Kiedy wyjechałaś, Dan tak jakby... postradał rozum. Żeby zrozumieć, co mam na myśli, musiałabyś go zobaczyć. Will i Mike zresztą też. No i... — Odkaszlnęła. — Najpierw skontaktowali się ze wszystkim znajomymi, którzy przyszli im do głowy, a potem, po upływie około tygodnia, do Dana zadzwonił twój wujek.

Zamknęłam oczy, odchylając głowę. — Chyba sobie żartujesz... — wymamrotałam.

— Nie masz pojęcia, co oni przeżywali, Amy — kontynuowała łagodnie. — Dan bez przerwy kłócił się z tą swoją dziewczyną, Mike przypominał żywego trupa, a Will sprawiał takie wrażenie, jakby żył w koszmarze lub coś.

Poczucie winy ukłuło mnie w serce.

— W takim razie czemu tam nie przyjechali? — spytałam cicho. — To zupełnie nie w stylu Dana. Dlaczego nie spróbowali sprowadzić mnie do domu?

— No cóż, taki był pierwszy pomysł Dana. — Przesunęła się nieznacznie na ławce. — To znaczy... chyba. Tamtego dnia przyszłam do waszego domu, żeby wyciągnąć dokądś Willa, bo Bóg jeden wie, jak bardzo tego potrzebował. I kiedy stanęłam na werandzie pod drzwiami, usłyszałam czyjeś krzyki. I... wiem, że nie powinno się podsłuchiwać, ale byłam pewna, że Will znajduje się w środku i chciałam wiedzieć, czy...

— Postąpiłabym dokładnie tak samo — przerwałam jej pospiesznie. Krew zaczęła szumieć mi w uszach. — Co usłyszałaś?

— No cóż... Mike mówił Danowi, żeby nigdzie nie jechał, bo to najwyraźniej on jest głównym powodem twojej ucieczki. Dan z kolei wrzeszczał na niego, by się nie wtrącał. A potem ich krzyki stały się głośniejsze i... posypało się parę oskarżeń. — Urwała, przygryzając wargę. — Amy, poważnie, co się dokładnie stało?

— Wdałam się w poważną kłótnię z Danem — odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Zabawne, jak szybko przywykłam do kłamania. — O co się oskarżali?

Przełknęła ślinę. — Mike stwierdził, że potrzebujesz czasu i że Dan nie może ci tego zabrać, jak zrobił to z innymi rzeczami, nie tym razem.

Poczułam w klatce piersiowej ogień. Palący, raniący mnie od środka...

— A Dan na to, że wszyscy trzej maczali w tym palce, żeby Mike przestał grać „tego dobrego" i... No cóż... — Odchrząknęła. — Powiedział też, że każdego z nich znienawidziłaś w równym stopniu.

Łzy wypełniły mi oczy. Odgarnęłam włosy z twarzy. — O Boże...

— Naprawdę ich znienawidziłaś? — zapytała naiwnie, patrząc mi w oczy. — Dlatego wyjechałaś?

Odetchnęłam głęboko i pokręciłam głową. — Nie... nienawidzę ich — zaprzeczyłam powoli. — Próbowałam, ale... po prostu nie potrafię. Wyjechałam, bo przez jakiś czas musiałam pobyć sama. I tyle. — Jeszcze bardziej zmarszczyłam czoło. — A co powiedział Mike, gdy Dan mu to wszystko wypomniał?

Zdawało się, że Caroline poczuła się niezręcznie. — Nie powiedział niczego, ale... usłyszałam, że coś się rozbiło.

Zakryłam usta obiema dłońmi, szerzej otwierając oczy.

— Więc... tak jakby wtargnęłam do środka i zobaczyłam, że Will usiłował rozdzielić Dana i Mike'a, którzy okładali się dziko pięściami. Po jakimś czasie się uspokoili, więc ja... no wiesz, zostawiłam ich samych, żeby mogli pogadać. Will opowiedział mi o wszystkim następnego dnia. Udało im się przekonać Dana, żeby poczekał.

Zacisnęłam zęby, starając się mruganiem powstrzymać łzy.

— Och... — mruknęłam ledwie słyszalnym głosem.

Caroline zmusiła się do uśmiechu. — Ale teraz, jak już wróciłaś, wszystko się ułoży — uznała pogodnie. — Jestem pewna, że wyjaśnicie sobie wszelkie nieporozumienia. W końcu jesteście rodziną, tak? A gdy chodzi o rodzinę, trzeba wybaczać i zapominać.

— Jasne — zgodziłam się powoli, słysząc jad w swoim głosie. — To nasze rodzinne motto. Wszystko sobie wybaczamy. I zapominamy.

~o~

No poważnie. Można by pomyśleć, że złość na mnie powstrzyma Caroline przed świętowaniem mojego powrotu do domu, ale nie. Nic z tych rzeczy.

— Żarty sobie stroisz? — zawyłam. — Poważnie? Dopiero co wróciłam! Nie możesz tak prostu... urządzić balangi!

— To się jeszcze okaże — odparła z samozadowoleniem.

Przewróciłam oczami. — Więc tak to działa? Ty postanawiasz się bawić i od razu dołącza do ciebie rzesza innych ludzi?

— Po pierwsze: czy ty mnie jeszcze nie poznałaś? — powiedziała z kocim uśmiechem. — Po drugie: halo, to Mystic Falls! A Mystic Falls uwielbia imprezować!

Z westchnieniem wykonałam krok w kierunku szkolnego parkingu, gdzie stali Elena i Stefan. Pomachawszy do nich, z powrotem obróciłam się ku Caroline. — Idziesz?

— Nie, mam imprezę do zaplanowania — oznajmiła i pocałowała mnie w policzek. — Do zobaczenia wieczorem. I przyprowadź brata!

Przewróciwszy oczami, podeszłam do Eleny i Stefana.

— Cześć wam.

— Hej. — Elena się uśmiechnęła. — A co z Caroline?

— Najwyraźniej zdecydowała się wyprawić dziś jakąś imprezę, więc... — wyjaśniłam nonszalanckim tonem. Elena się zaśmiała.

— Czemu mnie to nie dziwi?

— Ponowny wyjazd wydaje mi się teraz idealnym pomysłem — wymamrotałam, podczas gdy ona zerknęła na zegarek.

— Lepiej już pójdę — uznała, biorąc swoje książki. — Muszę pogadać z Jeremym — dodała, po czym, stanąwszy na czubkach palców, pocałowała Stefana na pożegnanie. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Sprawiali wrażenie tak... idealnie dobranych.

A skoro już o tym mowa...

Westchnęłam i rozejrzałam się dookoła. Nic z tego. W pobliżu nie znajdowały się żadne wysokie, ciemnowłose i już nie tak obce wampiry. Ludzie, przesuńcie się...

— Musiał... um... się posilić, więc tym razem potowarzyszy ci ten drugi brat Salvatore — usłyszałam głos Stefana i poderwałam głowę.

— Chwileczkę. Jak...? — zdziwiłam się. Uśmiechnął się do mnie ciepło.

— Powiedzmy, że znam mojego brata, Amy — odparł, po czym zaprowadził mnie do swojego samochodu. Wgramoliłam się do środka, wciąż lekko oniemiała.

— Więc... wiedziałeś? — zapytałam, gdy uruchomił silnik. — Że wróciłam i... o innych sprawach?

Miałam nadzieję, że zrozumiał, co kryło się pod określeniem „inne sprawy".

— Wiedziałem, że Damon nie wróciłby do Mystic Falls, nie ciągnąc cię tu ze sobą — odpowiedział ze wzrokiem utkwionym w drodze. — Ma zbyt dużą obsesję, by na coś takiego pozwolić.

— Elena też wiedziała? Bo jeśli tak, to... rany, jest naprawdę wyśmienitą aktorką... — Zamilkłam, gdy pokręcił głową.

— Uznałem, że zasłużyłaś sobie na to, aby się przed nią wytłumaczyć. I przed innymi.

— Raczej mi się to nie udało... — mruknęłam. Zerknął na mnie kątem oka, ale o nic nie spytał. Jego milczenie nie powstrzymało mnie jednak przed dalszym mówieniem.

— Rozumiem. Luke jest wściekły, bo wyjechałam bez słowa, ale on też nie jest bez winy. Przecież ukrywał przede mną te wszystkie rzeczy i... zdecydowanie przesadza! — Założyłam ramiona na piersi. — Nie mogę uwierzyć, że odwraca kota ogonem i to ze mnie robi tego złego... Albo tą złą. Co za różnica.

— No cóż, faktycznie wyjechałaś bez słowa — przypomniał mi powoli Stefan. — A on musiał czekać, nie wiedząc, czy wrócisz, czy nie...

— Po której jesteś stronie? — Zabrzmiałam jak nadąsane dziecko. Uniósł jedną rękę w obronnym geście.

— Po prostu rozpatruję sprawę z dystansem. — Zastanawiał się nad czymś przez moment, po czym odchrząknął. — Amy?

— Hm?

— Zrób mu przysługę i trzymaj Damona jak najdalej od niego. — Dostrzegłszy mój zdezorientowany wyraz twarzy, dodał: — W trosce o dobro nas wszystkich. A prawdopodobnie w trosce o życie Luke'a najbardziej.

Znaczenie tych słów uderzyło mnie dopiero po chwili, ale za to z mocą sterty cegieł. Zamrugałam, kompletnie oszołomiona.

— To, o czym teraz myślisz, jest totalnie, melodramatycznie nieprawdopodobne.

Nie zareagował. Spróbowałam wyrzucić ten pomysł z mojej głowy.

— Więc... jak ci minął pobyt w Michigan?

Obróciłam głowę. — Hę? W porządku. Rozwinęłam swoje zdolności pesymistycznych rozmyślań i odkryłam, jak spędzić miesiąc na użalaniu się nad sobą, więc chyba mogę uznać, że bez wątpienia była to jakaś odmiana.

Zachichotał i zatrzymał auto, kiedy dotarliśmy na miejsce.

Przygryzłam wargę. — Dzięki, tak na marginesie.

— Nie ma za co — zapewnił uprzejmie. Uśmiechnąwszy się do niego, otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Gdy znalazłam się na werandzie, już sięgnęłam do kieszeni po klucze, ale nim zdążyłam je wyjąć, drzwi gwałtownie się otworzyły.

O nie...

Nie, nie, nie...

Boże, jeśli mnie słyszysz, spraw, bym się teraz obudziła albo...

— Cześć , Monica... — mruknęłam, usiłując się uśmiechnąć. Najpierw niemalże wciągnęła mnie do środka, a następnie naprawdę mocno objęła.

— O mój Boże, Amy, tak bardzo się za tobą stęskniłam... — załkała. Pospiesznie się od niej odsunęłam. — Ale należą mi się też pewne wyjaśnienia, pannico — dodała rozkazująco.

— Um... Też się cieszę, że cię widzę?

Położyła ręce na biodrach, marszcząc brwi. — Masz pojęcie, jak bardzo się o ciebie martwiliśmy? Pomyślałaś choć przez sekundę, co tak właściwie robisz?

Och. Świetnie.

— Tak, no cóż... Możemy omówić to później? — spytałam, kierując się ku schodom, ale zablokowała mi drogę.

— Zostaniesz tam, gdzie stoisz, Amy.

Idealne spotkanie po miesięcznej rozłące.

— Monica, w porządku, martwiłaś się o mnie i bardzo ci za to dziękuję, ale ja naprawdę...

— Zniknęłaś na cały miesiąc! Wiesz, co przeżywali twoi bracia? Albo ktokolwiek z nas? Co to za rodzaj nieodpowiedzialności? Nie możesz ot tak sobie wyjeżdżać, kiedy ci się żywnie po-...

— Monica — odezwał się ktoś w głębi pomieszczenia. Uniósłszy głowę, zobaczyłam Mike'a, który opierał się o drzwi salonu.

— No co, Mike? Powinna wie-... — Znowu urwała, gdy pokręcił głową. Rzuciłam mu pełne wdzięczności spojrzenie.

— Okej... — mruknęłam do siebie i popatrzyłam na niego. — Gdzie Dan?

— Wyszedł do sklepu po piwo — odparł. — Potrzebujesz czegoś?

Pokręciłam głową i wyminąwszy ich oboje, udałam się na górę. Kiedy znalazłam się w swoim pokoju, przetarłam twarz dłońmi i z ciężkim westchnieniem rzuciłam się na łóżko.

Witaj z powrotem, moje życie.

~o~

Nadszedł wieczór, a Damon wciąż nie dawał najmniejszego znaku życia: ani nie zadzwonił, ani nie przyszedł do mojego pokoju, ani nic w tym stylu.

I zaczynałam się niepokoić... Dobra, może to za dużo powiedziane. Raczej...

Zresztą, nieważne.

Tylko że... nie to, żebym wiedziała, jak to wszystko działa, ale czy nie powinniśmy od czasu do czasu się ze sobą skontaktować albo coś?

Przygryzłam wargę i po raz kolejny zerknęłam na wyświetlacz komórki. Nie. Ciągle nic.

W porządku. Zachowywałam się coraz śmieszniej. Nie zamierzałam stać się jedną z tych dziewczyn z obsesją na punkcie jednego faceta i pozwolić na to, by mój świat kręcił się wyłącznie wokół niego. Absolutnie nie. Będę spokojna i fajna, i pójdę teraz na imprezę, mimo że na dole czeka na mnie Mary Sue z pouczającym wykładem, bracia wymazali mi pamięć, najlepszy przyjaciel już nigdy nie zamieni ze mną słowa, a na moje życie czyhają szalone wampiry. Nie, zdecydowanie nie miałam czasu na zamartwianie się, czy Damon do mnie zadzwoni.

Albo nie zadzwoni. żeby być bardziej dokładnym.

— Amy? Jesteś gotowa? — Will zapukał do drzwi. Otworzyłam je i wepchnęłam telefon do kieszeni.

— Tak. — Zarzuciłam torbę na ramię. — Chodźmy.

Kiedy znaleźliśmy się na dole, okazało się, że Dan i Monica nie kręcili się nigdzie w pobliżu. Odetchnęłam z ulgą. Naprawdę nie chciałam się z nimi w tym momencie spotkać.

W ciszy opuściliśmy dom. Wgramoliwszy się do auta, zapięłam pasy, obserwując odpalającego silnik Willa. Drogę pokonaliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie odezwało się nawet jednym słowem, co, szczerze mówiąc, było zaskakująco odprężające. Nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać lub w ogóle jak. Przynajmniej na razie.

Dotarłszy na miejsce, wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy w stronę „Grilla". Kiedy doszliśmy do drzwi, sięgnęłam do kieszeni i momentalnie zamarłam.

— Um... Will?

Obrócił się. — Tak?

— Telefon musiał wyślizgnąć mi się z kieszeni w samochodzie — mruknęłam. — Dasz mi kluczyki?

— Chcesz, żebym poszedł z tobą?

— Nie, poradzę sobie — zapewniłam spokojnie, biorąc kluczyki z jego otwartej dłoni, po czym odwróciłam się i z powrotem pomaszerowałam na parking. Dostawszy się do wnętrza auta, uklęknęłam na siedzeniu i pochyliłam się, wyciągając rękę na oślep. Wkrótce natrafiłam na swoją komórkę, więc schowałam ją do kieszeni i opuściłam samochód. Zamknąwszy drzwi, ponownie skierowałam się ku „Grillowi".

Zanim jednak udało mi się tam dotrzeć, usłyszałam odgłos łamania gałęzi. Natychmiast sie zatrzymałam.

Bardzo się zdenerwuję, jeżeli ktoś mnie teraz zaatakuje.

Obróciłam głowę, żeby zbadać sytuację za moimi plecami. Choć nikogo nie dostrzegłam, tak na wszelki wypadek odszukałam w torbie małą butelkę z werbeną. Posunąwszy się o krok na przód, znienacka na kogoś wpadłam. Powstrzymałam się od krzyknięcia, gdy zobaczyłam, kto znajdował się naprzeciwko mnie.

— Damon! — zawołałam z wyrzutem, kładąc dłoń na sercu. — No poważnie...

Uśmiechnął się z zadowoleniem. — Cześć.

— Cześć. — Też się uśmiechnęłam, nerwowym ruchem wkładając kosmyk włosów za ucho. — Gdzie się podziewałeś? Stefan powiedział, że... polowałeś?

Na krótką chwilę z jego twarzy znikły wszelkie emocje. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo wszystko wróciło do normalności tak szybko, że równie dobrze mogła to być gra światłocieni.

— Zgadza się — potwierdził bez wahania. — Polowałem.

Zrobiło mi się lekko niedobrze, kiedy zdałam sobie sprawę, co to oznaczało. Co miałam mu teraz powiedzieć? Chyba nikogo nie zabił... prawda?

— Ja się nie krzywię, gdy rozmawiamy o tym, co ty jesz, Amy. To nieuprzejme — wyrwał mnie z odrętwienia jego głos. Na parę sekund przymknęłam powieki.

— Mogę cię o coś spytać? — Otworzyłam oczy, żeby na niego spojrzeć. — Czy... to znaczy... czy k-kogoś...

— ...zabiłem? — dokończył bez jakiekolwiek speszenia. — Nie, nie dzisiaj.

Włosy zjeżyły mi się na karku. Do tej pory się nad tym nie zastanawiałam, ale...

— W takim razie jak się pożywiłeś? — zapytałam niepewnie. — Zwierzęta?

Zmarszczył nos, jakbym wspomniała o czymś ohydnym. — Wiesz, nie trzeba od razu kogoś zabijać, by napić się jego krwi. Ostatnio jestem grzeczny. Istnieje takie coś jak torebki z krwią. Poza tym: jeśli ma się ochotę na małe polowanie, zawsze można wypić, a potem wymazać z pamięci.

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz. Nie do końca świadomie cofnęłam się o krok. — Zmuszasz ich do zapomnienia?

Usłyszawszy ton mojego głosu, popatrzył mi w oczy. — Nie tak, jak teraz myślisz. No to... przez całą noc będziemy omawiać moje zwyczaje żywieniowe czy może...? — Urwał, przybliżając się do mnie z tym zniewalającym uśmiechem igrającym mu na wargach. Nawet w półmroku byłam w stanie zauważyć błysk pożądania, który zalśnił w jego oczach, przez co jak zwykle odniosłam takie wrażenie, jakbym spadała z wysokiego klifu. Mój żołądek gwałtownie podskoczył, a puls znacznie przyspieszył. Objąwszy mnie ramieniem w talii i przysunąwszy do siebie tak blisko, jak tylko się dało, drugą dłoń położył mi karku, po czym jego usta wylądowały na moich.

Zaczęło się powoli i łagodnie, ale szybko przeszliśmy do czegoś innego. Westchnęłam w jego usta, gdy poczułam, jak ugryzł mnie w dolną wargę, niezmiernie delikatnie, by nie wywołać krwawienia. Dłuższy moment zajęło mi zorientowanie się, że skomlenie, które słyszałam, wydobywało się z moich ust. Momentalnie się zarumieniłam, lecz nie powstrzymało mnie to od przyciśnięcia do niego swojego ciała, by poczuć więcej jego, więcej tego, więcej ognia, który płynął teraz w moich żyłach.

Pocałunek, jak na mój gust, zakończył się o wiele za szybko, więc mimowolnie wydałam z siebie cichy jęk niezadowolenia, nadal znajdując się w jego objęciach. Zaśmiał się, ani na sekundę nie odrywając oczu od moich.

— Nikt ci nigdy nie powiedział, dzieciaku, że bardzo niegrzecznie jest się gapić?

Uniosłam brwi, obrzucając go pytającym spojrzeniem. Nagle mój mózg, mimo stanu oszołomienia, w którym się obecnie znajdowałam, nakazał mi popatrzeć na osobę, która stała parę metrów za Damonem. Od razu wypełniłam polecenie i skupiłam na niej wzrok.

I wtedy zobaczyłam Luke'a, obserwującego nas z mieszaniną obrzydzenia i agonii w oczach.

~o~o~