Rozdział nie jest betowany i ponownie bardzo za to przepraszam - jeżeli tylko uda mi się skontaktować z moją betą, to dam wam znać. A do tej pory tylko bardzo proszę, byście wybaczyli wszelkie błędy i uczynnie dawali mi o nich znać, bym mogła je poprawić. :)

Cookies. Alice, dziękuję, już poprawiłam ten błąd :). I chodził mi o to, że, owszem, wspominałaś, że kłótnie Harry'ego i Toma są niezwykłe, ale nie mówiłaś o tym, jak to najpierw skaczą sobie do gardła, a w następnej chwili spokojnie rozmawiają ;). Mahakao, oczywiście, po prostu go przedawkował ;). Koma, wiesz, miałaś do tego prawo, bo wstawiłam go bardzo późno - gdzieś około 23 :). Tom psychologiem, masz rację, to dziwny obraz, ale... myślę, że później pojawi się jeszcze dziwniejszy, także związany z psychologią. Ale go nie zdradzę :). Co do Riddle'a, który zamiast sam leczyć, to ciągnie do Skrzydła Szpitalnego, to... myślę, że chodzi o to, że Tom tak naprawdę nie jest genialny we wszystkim. Nie może, to po prostu nie jest możliwe. Magia lecznicza musi być trudna. Porównałabym to do naszej medycyny. Każdy potrafi zabandażować sobie rękę albo uleczyć drobne zranienie, ale bez względu na to, jak wiele o tym wszystkim czytał czy jak wiele kursów przeszedł, to ze złamaniem leci do lekarza. Podejrzewam, że zdiagnozowanie problemu byłoby dla Toma zbyt trudne - chociaż oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał - dlatego bierze Pottera do Skrzydła Szpitalnego. Później, w znacznie późniejszych rozdziałach, zostanie to lepiej ukazane i myślę, że przedstawione względem różnych wydarzeń w bardziej jasny sposób. Veniti, nie masz pojęcia, jak miło ponownie cię "słyszeć"! I, cóż powiedzieć, oczywiście, że wklejam rozdziały codziennie - w końcu wam to obiecałam, co nie :)? Co do zakończenia, to powiem tylko tyle, że gdybyś chciała je przeczytać, to musisz najpierw przeczytać wszystkie rozdziały, bo inaczej po prostu nie będzie ono dla ciebie zrozumiałe. Wiele istotnych rzeczy nie zostało jak do tej pory nawet choćby wspomnianych. Cieszę się, że tak bardzo podobają ci się rozmowy Toma i Harry'ego. Ja też je uwielbiam :).

Dziękuję, bardzo, bardzo dziękuję za komentarze. Jestem ciekawa, co będziecie sądzić o dzisiejszym rozdziale :).

Smacznego!


Ulubieniec Losu

Rozdział trzydziesty ósmy

- Cóż, zaczynam się zastanawiać… - odciął się Tom, spoglądając na niego ze złośliwym uśmieszkiem. Harry skrzywił się.

- Jak zawsze, z dnia na dzień stajesz się coraz bystrzejszy – odparł sarkastycznie, gwałtownie wykręcając się z uścisku Toma, starając się ignorować rozdzierające pulsowanie głowy. Riddle, widząc to, podniósł brwi.

- Nie mów mi, że się dąsasz – stwierdził. – To coś, czego oczekiwałbym po Lestrange'u, nie tobie. Daj spokój. – Zrobił zniecierpliwiony gest ręką.

- Nie pójdę do Skrzydła Szpitalnego – oznajmił stanowczo Harry. Tom przyglądał mu się przez chwilę.

- Tak, pójdziesz – odpowiedział spokojnie. – Wyglądasz jak śmierć.

- Biorąc pod uwagę twoją miłość do trupów, uznam to za komplement – poinformował, mrużąc szyderczo oczy, po czym zatrzymał się, kiedy świat zatrząsł się wokół niego w zdecydowanie nienaturalny sposób.

- Nie jestem nekrofilem – pękł Tom, przez moment wyglądając na zirytowanego.

- Zawsze wiedziałem, że istnieje powód, dla którego stałeś się Mrocznym Lordem…

Tom wysłał mu raczej okrutne spojrzenie. Harry uśmiechnął się, zamierając, kiedy Tom zrobił krok w jego kierunku. Cofnął się.

- Nie pójdę do Skrzydła Szpitalnego – powtórzył. – Nie ma mowy. Absolutnie nie. Nie potrzebuję tego i nie zmusisz mnie.

Tom machnął różdżką w stronę sufitu i Harry syknął mimowolnie, kiedy światła nagle się włączyły. Ciężki topór zaatakował jego głowę, próbując go sparaliżować. Jego dłonie zasłoniły oczy, kiedy zaklął pod nosem. Czuł, że zaraz zwymiotuje.

- Chcesz się wycofać z tego oświadczenia? – mruknął jedwabiście Tom.

- Nie – warknął Harry, ślepo kierując różdżkę w stronę świateł.

W jednej chwili Tom przemierzył przestrzeń między nimi, chwytając jego rękę z różdżką, zatrzymując jej ruch. Młody Czarny Pan miał gorzką, nieuczciwą przewagę, biorąc pod uwagę, że nie zwijał się w agonii z bólu i mógł otworzyć oczy bez uczucia, jakby te miały mu zaraz wybuchnąć. Nie powstrzymało go to jednak od wysłania uderzenia, którego drugi chłopak ledwie uniknął.

- Jesteś pewien? – kontynuował Tom. – Bo wyglądasz, jakbyś tego potrzebował.

- Pieprz się – szepnął chrypliwie Harry. – Nic mi nie jest.

Światła rozjaśniły się do pełni swojej mocy, tak jasno, że czuł jak przedostają się przez jego palce, bez litości paląc jego skroń. To była jedna z tych chwil, w której Tom przypominał mu, jak bardzo może być sadystyczny. Świat zakołysał się wokół niego groźnie i Potter zachwiał się, trzymając się ramienia kanapy, kiedy kolana się pod nim ugięły.

Jeśli spojrzałby w górę ze swojej mimowolnej pozycji klęczącej, Harry był pewny, że zobaczyłby raczej zadowoloną z siebie twarz dziedzica Slytherina. Usłyszał szelest szat i poczuł, jak długie palce chwytają jego włosy, przechylając nieznacznie jego głowę.

- Salazarze, naprawdę jesteś niezwykle uparty.

Światło wyłączyło się, pogrążając ich w ciemności i po raz kolejny Potter wstał na nogi. Jego oczy otworzyły się. Na ustach Toma nie było już uśmiechu – był teraz całkowicie poważny.

- Chodźmy.

- Nie – splunął. Nie pójdzie do Skrzydła Szpitalnego. To był ból głowy. Tylko ból głowy.

- Och, musiałeś to pomylić z propozycją – powiedział Tom tym miękkim, niebezpiecznym tonem, uśmiechając się do niego jak rekin, w sposób, jaki Harry już jakiś czas nie widział. – Pozwól mi, że cię poprawię. Idziemy do Skrzydła Szpitalnego. Teraz. Możesz pójść z własnej woli albo cię tam zaciągnę. Może się okazać, że ten ostatni sposób będzie bardziej niekomfortowy.

- Ten stanowczy ton sprawia, że kolana się pode mną uginają, naprawdę – Harry wycedził sarkastycznie, po czym kontynuował zapieranie się. – Nie ma powodu, bym poszedł do Skrzydła Szpitalnego. Nie jestem ranny. Możesz iść do niego na własną rękę, jeśli jesteś tak zdesperowany, aby je odwiedzić.

Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał obrzydliwy trzask, po czym ból eksplodował w jego kostce. Harry wydał zaskoczony skowyt.

- Teraz masz powód – Tom uśmiechnął się.

- To się absolutnie nie liczy – mruknął ponuro. – Dupek.


Pani Pomfrey była wściekła, kiedy przybyli do Skrzydła Szpitalnego.

- Dziecko, Merlinie, co ty tym razem zrobiłeś? – oburzyła się z niepokojem, natychmiast zaczynając krzątać się wokół niego.

- Ja niczego nie zrobiłem – wymamrotał obronnie, a jego ręka podniosła się, aby uchronić oczy przed światłem. Tom machnął różdżką, wyłączając oświetlenie. Pielęgniarka zmarszczyła brwi, spoglądając na dziedzica Slytherina, po czym ponownie zaczęła badać Pottera.

- To był raczej rezultat niechęci odwiedzenia pani – poinformował Tom w irytująco uroczy sposób.

Oczy pani Pomfrey rozszerzyły się, po czym zabłyszczały z przerażenia.

- Ty… - wydyszała, wydawałoby się chaotycznie, badając zajadliwie fioletową opuchliznę na jego kostce. – Nie masz sumienia? – zapytała.

- Nie – odpowiedział jej prosto Tom, brutalnie. – Jeśli nie liczy pani Pottera.

Harry zmarszczył brwi, otwierając usta, by przemówić. Prowadząca go do szpitalnego łóżka pani Pomfrey przez moment wyglądała na zdezorientowaną.

- Pottera? Jak… nie, nie liczę – wydukała. – Skąd ci się nasunął taki pomysł?

- Harry. Irytujący, nazbyt moralny głos, wielokrotnie nie dający mi spokoju w sytuacjach dalekich od etycznych – Tom wzruszył ramionami. – Żadna różnica.

Pani Pomfrey wydawała się robić wszystko, co w jej mocy, aby się na niego nie gapić, po czym potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się niechcianych myśli, odwracając się od niego.

- Jaki masz problem, Harry? – zapytała uprzejmie. Rzuciła okiem na przyciemnione światła.

- To naprawdę nic takiego – zaczął, rzucając Tomowi mordercze spojrzenie, kiedy ten prychnął „kłamca". – Tylko ból głowy, no i kostka, oczywiście.

Pani Pomfrey zacisnęła wargi, rzucając na niego zaklęcia skanujące stan jego zdrowia.

- Twoja kostka jest zwichnięta, wyrzucona ze swojego miejsca. Będzie to trochę bolało, ale mogę to wyleczyć w zaledwie kilka chwil. Poczekaj moment. – Pielęgniarka pośpieszyła do sąsiedniego pokoju i usłyszał brzdęk eliksirów. Zmrużył oczy na Toma.

- Zwichnąłeś mi kostkę – oskarżył go. Ślizgon w odpowiedzi podniósł brwi.

- Wiem, byłem tam. Prawdę mówiąc, uważam, że to ty jesteś za to odpowiedzialny.

- Co, tak samo jak uważałeś, że to ja byłem odpowiedzialny za to, iż obaj leżeliśmy przez dwa tygodnie w śpiączce, bo to ty mnie odurzyłeś?

- Dokładnie. – Tom uśmiechnął się, po czym wyraz jego twarzy stał się niewzruszony i kamienny. Pani Pomfrey wróciła, trzymając w dłoniach kilka fiolek. Podała mu jedną z nich, a on spojrzał na nią z powątpieniem.

- Jest pani pewna, że to dla mnie dobre? – zapytał sceptycznie. Parsknęła, wyglądając na rozbawioną.

- Po prostu to wypij, kochaniutki.

- Wygląda jak wymiociny kota – dodał. Warga Pomfrey drgnęła, czy to były początki uśmiechu, czy irytacji, nie był w stanie stwierdzić. Przełknął eliksir, krztusząc się z powodu odrażającego smaku. Przez moment nic się nie stało. – Myślałem, że to miało bo… - W powietrzu rozległ się trzask. Tom i pielęgniarka spojrzeli na niego spode łba. Czuł się, jakby pocisk przeleciał mu przez kostkę.

Kiedy spojrzał w dół, jego kostka nie była już okropnie zniekształcona, opuchlizna opadła i nie było śladu siniaka. Pomfrey badała go klinicznie.

- Kiedy zaczął się ten ból głowy? – zadała pytanie. Nie pytała, jak zły był. Przypuszczał, że jego migrena spowodowana samym widokiem światła niejako ją o tym poinformowała. Jego żołądek ścisnął się niespokojnie.

- Errr… - Potarł głowę, spoglądając na Toma, który uważnie się mu przyglądał. – Wczorajszej nocy…

- I ty dopiero… - urwała. – Wczorajszej nocy? – powtórzyła, a jej twarz zbladła. – Masz na myśli…

- Ten, um, rajd śmierciożerców. Taak… ale wtedy ból był innego rodzaju i mniejszy – wyjaśnił szybko. – Osiągnął najwyższy poziom około pół godziny temu.

- Miał też jeden rano – dodał pomocnie Tom, bezlitośnie. Harry rzucił w niego szpitalną poduszką. Pani Pomfrey natychmiast zaczęła rzucać szereg czarów – tylko niektóre z nich Harry rozpoznał dzięki swojemu szkoleniu i pracom badawczym, które miały zapewnić mu przeżycie.

Pięć minut później zatrzymała się, jakimś cudem jeszcze bladsza niż kilka minut wcześniej.

- Nie mogę znaleźć żadnej realnej przyczyny twojego bólu głowy – wymamrotała ze zmartwieniem. Wyglądała, jakby chciała dodać coś jeszcze, ale nie była zdecydowana.

- Co? – zapytał. – Jest naprawdę aż tak źle?

- Nie, cóż, może trochę, ale… Panie Potter, jest pan świadom, że pana ciało wykazuje ślady pozostałości po Klątwie Cruciatus?