Rozdział 36: Brzemię


Uwaga: brzydkie słowa!

#


Odpowiedź na pytanie Harry'ego – dlaczego został tak niespodziewanie wezwany przez Dumbledore'a, nadeszła szybciej niż się tego spodziewał:

- To chyba jakieś nieporozumienie… – mówił.

- Nie, Harry, to nie pomyłka – rzekł Dumbledore – Uważam, że wyraziłem się dostatecznie jasno. I byłbym rad gdyby moje słowa traktowano poważnie, a nie brano je za jakiś mało zabawny, niewybredny dowcip. Mam opinię ekscentrycznego dziwaka, ale nawet moje nietuzinkowe poczucie humoru, nie pozwoliłoby mi na tego typu żarty.

Przed niespełna dziesięcioma minutami Harry Potter znalazł się we wnętrzu chatki Hagrida.

Zanim przekroczył próg, zastanawiał się wielokrotnie w jakim celu został tu zaproszony. Przy samym wejściu nie zwracał żadnej uwagi na wiszące nad grządkami skóry z fretek, miedziane kociołki piętrzące się przy schodach i oparte o nie inne śmieci. Cały ten czas próbował dociec co może z tego wyniknąć, ale czegoś takiego się w ogóle nie spodziewał.

Teraz, Harry tylko otwierał i zamykał usta ze zdumienia.

- Potrzebujemy nowego zaklęcia Fideliusa – mówił Dumbledore – Nie wiem jak długo będę w formie, aby właściwie gwarantować bezpieczeństwo Zakonowi Feniksa. Nie wiem też przez jaki okres czasu może potrwać jeszcze ta wojna. Więc dopóki terminy i siły pozwalają nam wprowadzić dodatkowe zabezpieczenia uznałem, że to ty będziesz najlepszym, nowym Strażnikiem Tajemnicy Zakonu, Harry.

Lupin i pan Weasley, którzy także byli przy tym obecni, musieli o tym wiedzieć już trochę wcześniej, bo nie wydawali się aż tak zaskoczeni tą wiadomością jak Harry.

- Ale panie dyrektorze… – zaczął uprzejmie Harry, który zdawał sobie sprawę, że Dumbledore nie zmieni już swojego zdania – Nie rozumiem, dlaczego ja? Dlaczego tak nagle miałbym wziąć na siebie tę całą odpowiedzialność? Sądzę, że skoro jest pan… Uważam, że jest pan do tego najodpowiedniejszą osobą i nie należy tego zmieniać!

- Ja jestem już bardzo stary, mój chłopcze, a nie ma nic bardziej niepewnego niż los takiego starego pryka jak ja – powiedział dyrektor – A tym bardziej nie ma nic równie szalonego, jak pozostawienie mu niemal całej odpowiedzialności za bezpieczeństwo organizacji, której działania mogą rozciągnąć się w czasie jeszcze na długie lata.

- Myślę, że energią i siłą ducha bije pan na głowę niejednego, nawet znacznie młodszego człowieka! – rzekł szybko Harry.

Dumbledore roześmiał się.

- Jak zawsze jesteś niezwykle uprzejmy, Harry, ale z prawem natury nie da się wygrać – rzekł dyrektor i poprawił na nosie swoje okulary-połówki.

„Wybraniec" zauważył, że prawa ręka Dumbledore'a, jak dotąd skrywana w długich rękawach szaty, była jak gdyby uschnięta i poparzona. Ale zanim zdążył o nią zapytać, dyrektor sam go uprzedził.

- Ach, nie zwracaj na to uwagi – rzekł beztrosko – Gdy byłem młody, bardzo podobnie kończyło się wiele moich eksperymentów z zaklęciami.

Harry uważał, że Dumbledore nie powiedział mu, a być może nawet nie chciał wyjawić całej prawdy.

- Ale ja nadal nie rozumiem, dlaczego to ja miałbym być Strażnikiem Tajemnicy – mówił zlękniony – Przecież jestem tylko nastolatkiem, niczego nie osiągnąłem, nie mam żadnych specjalnych umiejętności, nie potrafiłbym. Do tego powinna nadawać się lepiej inna osoba, silniejsza ode mnie. Ktoś kto na to zasługuje, ktoś z Zakonu!

Dumbledore ponownie uśmiechnął się serdecznie.

- Nie ma nikogo bardziej zasłużonego niż ty Harry, nikogo o takich samych umiejętnościach i kogokolwiek innego, kto osiągnął tak wiele jak ty – rzekł dyrektor, a pan Weasley przytaknął w milczeniu – Gdy po raz pierwszy założyłem Zakon Feniksa, a było to jeszcze zanim się narodziłeś, byłem tak zwanym jego filarem, ponieważ byłem głównym przeciwnikiem lorda Voldemorta. Teraz taką osobą jesteś TY. I w sensie ideowym (bo to dzięki tobie i wokół twojej osoby powstała nowa opozycja, nowe źródło walki przeciw Voldemortowi) i w sensie fizycznym – mówił – Twoja siła jest równa jego sile, nawet on sam zdaje się to dostrzegać. Na pewno odegrasz w tym konflikcie decydującą rolę, o czym doskonale zdajesz sobie sprawę. Dlatego postanowiłem, że to ty powinieneś zostać Strażnikiem Tajemnicy. Jesteś bardzo utalentowanym czarodziejem i jestem pewien, że możemy się po tobie spodziewać wielkich rzeczy.

Harry wciąż nie był przekonany do tego pomysłu. Najmniejszy błąd z jego strony, przez nieuwagę by się komuś wygadał, a naraziłby nie tylko siebie na niebezpieczeństwo, ale też wielu ludzi których nawet nie zna.

- A czy to oznacza, że zostanę też jednym z członków Zakonu? – spytał podejrzliwie.

Od dawna chciał należeć do Zakonu Feniksa, a jeśli teraz miał zostać jego Strażnikiem Tajemnicy, to ta funkcja jak najbardziej mu się należała.

Lupin chrząknął. Chyba nie do końca zgadzał się z decyzją Dumbledore'a i nie popierał też postulatu Harry'ego.

- Sądzę, że kto jak kto, ale ty Harry nie potrzebujesz specjalnego pozwolenia na członkostwo – rzekł Dumbledore – Ale dopóki nie osiągniesz pełnoletniości i nie skończysz szkoły, nie powinniśmy ci zaprzątać głowy drobiazgami, które nie wprowadzają żadnych większych zmian w naszej sytuacji. Inaczej sprawy będą się miały, gdyby chodziło o coś ważniejszego. Zakon zgadza się z moim stanowiskiem – te ostatnie słowa wypowiedział z większym naciskiem – A ty co o tym sądzisz, Arret? – dodał.

On do tej pory nie odzywał się ani słowem. Uważnie obserwował wszystkich obecnych, zwłaszcza Dumbledore'a, jakby próbował dostrzec w jego zachowaniu jakieś niepokojące go sygnały. Harry pomyślał, że to dziwne zachowanie Tonks, która nagle postanowiła tu nie przychodzić, jednak mogłoby mieć tu coś na rzeczy. Arret chyba podejrzewał, że również i jego nie zwołano tu bez powodu i raczej nie byłoby to nic miłego.

- Nie wiem po co pytasz kogokolwiek o opinię, skoro już podjąłeś decyzję – odpowiedział oschle, nie chcąc wchodzić w żadne dyskusje.

W tej kwestii również i Harry doszedł do podobnych wniosków.

Sytuacja w świecie czarodziei lub w Zakonie Feniksa musiała się diametralnie zmienić, skoro tak niespodziewanie Dumbledore postanowił wprowadzić takie rozwiązanie. Harry nie widział jeszcze żadnego powodu, aby dyrektor przestał być Strażnikiem Tajemnicy. Kto jak kto, ale nikt inny nie nadawał się do tej roli lepiej od niego. Dumbledore był już stary to fakt, ale nadal był niesamowicie błyskotliwy i obdarzony potężną czarodziejską mocą. Harry, któremu ten pomysł niespecjalnie się spodobał, mógł mieć jedynie nadzieję, że nie działo się to bez powodu, a dyrektor pozwoli mu to wykorzystać w odpowiednim momencie.

Za drzwiami rozległ się hałas, a po chwili do chatki wszedł Moody i trochę słaniający się na nogach Hagrid, od którego kroków zatrzęsła się cała podłoga. Najwyraźniej za dużo dziś wypił.

- Witam psorze – rzekł Hagrid i podszedł do zlewu, aby ochlapać twarz zimną wodą.

- Nie można go było tak zostawić – mruknął poirytowany Moody i rozejrzał się po wnętrzu – A gdzie jest Tonks? – spytał.

Zainteresował się tym również Dumbledore. Spodziewał się wcześniej, że Nimfadora zjawi się tu wraz z Alastorem.

- Wróciła do Hogsmeade – odrzekł szybko Harry, który nie chciał niczego więcej opowiadać, ani tłumaczyć się za kogokolwiek, nawet za Tonks. To była jej prywatna sprawa.

- Ach tak – rzekł Moody już innym tonem – Ale nawet nie wiemy czy sprawdziła, czy nikt się pod Pottera nie podszywa dzięki Eliksirowi Wielosokowemu lub innym sztuczkom.

- Mnie jakoś nie sprawdziłeś – powiedział Hagrid, który doprowadził się już do porządku.

- Bo ten eliksir działa tylko na ludzi – mówił Moody – Chociaż dwóch z was nie trzeba za każdym razem sprawdzać.

Hagrid oprzytomniał i dopiero teraz rozejrzał się po swoim domu. Zauważając innych przybyszów, łypnął złowrogo na Yu.

- Nie chcem w swoim domu żadnego… – zaczął ostro półolbrzym.

- To jest prawdziwy Harry – przerwał mu Dumbledore, jakby nie dosłyszał – Jestem o tym przekonany. A poza tym, Arret na pewno by wyczuł jeżeli mielibyśmy do czynienia z jakąś zamianą.

- Pod warunkiem, że sam by za nią nie odpowiadał – warknął gajowy.

- Wystarczy już tych uprzejmości – mówił Dumbledore – Przejdźmy do sedna sprawy. Fidelius to złożone zaklęcie.

Harry zastanowił się nad czymś przez chwilę.

- Panie profesorze – rzekł – Przepraszam, ale sądziłem, że o tym kto jest Strażnikiem Tajemnicy, no i chyba w sam proces rzucania tego zaklęcia, powinno być zaangażowanych jak najmniej osób.

- Tak, zgadza się. Im mniej osób wie, tym większe bezpieczeństwo. Ale o tym, że to ja pilnowałem jak dotąd tej tajemnicy wiedział nawet lord Voldemort, więc w naszym gronie tym bardziej nie ma to większego znaczenia – powiedział dyrektor i zaczął przechadzać się po wnętrzu – Wszyscy którzy się tu teraz znajdują, mają moje pełne zaufanie.

Hagrid parsknął.

- Ekhem, przepraszam panie psorze – burknął i usiadł na krześle.

- Bez większego problemu poradziłbym sobie z samym rzuceniem Fideliusa – kontynuował dyrektor – Ale wystąpiły pewne dodatkowe okoliczności, przez które niektórzy z Zakonu Feniksa domagali się aby w tym uczestniczyć.

Siedzący za stołem Hagrid poruszył się niespokojnie.

- Gdy już będzie po wszystkim, przekażesz nam Harry informację o miejscu w którym znajduje się Kwatera Główna i napiszesz to samo na pergaminie, który następnie ja podam kolejnym członkom Zakonu – mówił Dumbledore – Myślę że taka podwójna ochrona, ponieważ wcześniejszy Fidelius nie został w żaden sposób anulowany, przyniesie nam wiele korzyści.

- W takim razie, dlaczego są tutaj i inni z Zakonu? – spytał Harry.

Niekiedy ta tajemniczość dyrektora go irytowała, jakby nie mógł się choć częściej wyrażać wprost.

- Bo ja tu jestem – dopowiedział Arret, który już bez ciemnych okularów na twarzy, stał w kącie oparty o ścianę i wpatrywał się czujnie w dyrektora. Dumbledore uśmiechnął się porozumiewawczo – Więc po jaką cholerę tu jestem, skoro moglibyście się obejść beze mnie i darować sobie te gierki – mówił dość spokojnie, ale groźnie – Co takiego chcesz przez to udowodnić, Dumbledore? Jaki to jesteś wspaniały bo pozwalasz mi tutaj być, chociaż twoi ludzie od dawna chcą się mnie pozbyć?

- Chcę żebyś tu był, ponieważ do zaklęcia Fideliusa potrzebny jest świadek i chciałbym abyś to ty nim został – rzekł pogodnie Dumbledore, nie przejmując się żadnymi uwagami na ten temat – Syriusz również był świadkiem przy tym zaklęciu, gdy Strażnikiem Tajemnicy Potterów został Peter Pettigrew – Arret wpatrywał się w niego uważnie, ale nic nie odpowiedział – Właśnie ty, a nie nikt inny – kontynuował dyrektor Hogwartu – Już teraz wykonujesz bardzo ważną pracę, nie tylko dla Zakonu Feniksa, co wystarczająco dowodzi, że jesteś najbardziej odpowiednią do tego osobą i zależy mi na tym, abyś się zgodził.

Harry zbladł. Jeśli Dumbledore mówił serio, to jeszcze tylko tego brakowało! Musiał to powstrzymać póki nie było za późno. Przecież dyrektor wciąż niczego nie wie, nie wie tego co on! Teraz albo nigdy, miał obowiązek mu powiedzieć to czego się ostatnio dowiedział. Nieważne że chciał to zrobić w cztery oczy, nie posiadał już innego wyboru.

- Panie profesorze, ja muszę coś powiedzieć…! – Harry zerwał się z miejsca aby zaprotestować i opowiedzieć o wszystkim, nie miał wyjścia. Spodziewał się, że z Dumbledorem nie zgodzą się także i inni tu obecni członkowie Zakonu; ale protest przyszedł ze strony od której tego najmniej oczekiwał.

- Dobra… – powiedział Arret i skrzyżował ręce na piersi – O co tak naprawdę idzie?

- Słucham? – spytał Dumbledore.

- Masz mnie za idiotę? Czego tak naprawdę chcesz?

- Omówimy to później – rzekł wyraźnie Dumbledore, który wiedział już, że jego plan został częściowo rozgryziony.

- Nie, zrobisz to teraz – rozkazał tonem, który nie lubił sprzeciwu – Wy ludzie potraficie tylko oszukiwać i robić bezużyteczne rzeczy. Dość mam tego twojego *********** – zaklął – Masz coś do mnie, to gadaj – skoncentrowany i czujny, nie spuszczał wzroku z Dumbledore'a, jakby nie wiadomo czego najgorszego się spodziewał.

- Jeżeli aż tak nalegasz… – odrzekł dyrektor – Ale wolałbym to odłożyć na później.

- Fu*k – wycedził niecierpliwie – Wiem że wcześniej to zaplanowałeś, po to ściągnąłeś tu tych swoich półgłówków i wybrałeś dzień żeby nie było wielu świadków. Tylko po co to miejsce? W zamku łatwiej by ci było mnie zatrzymać.

- Zatem uważasz, że masz coś na sumieniu, skoro jak twierdzisz: miałbym cię „zatrzymać"? – dociekał Dumbledore, nadal nie tracąc nic z opanowania.

Ale Arret też nie dał się wyprowadzić w pole, wiedział że dyrektor to specjalnie ukartował, czekał więc w skupieniu.

- W takim razie, skoro mamy najwyraźniej coś sobie wyjaśnić… – mówił ze spokojem Dumbledore, przechadzając się wzdłuż ścian – Odpowiedz nam zgodnie z prawdą: czy zanim ostatecznie się porozumieliśmy, współpracowałeś z lordem Voldemortem, lub wykonywałeś dla niego jakąś pracę?

Arret milczał. Było jasne co to oznacza.

- Mówiłem, że… – zaczął Hagrid, ale Dumbledore uciszył go skinieniem ręki.

- Nie zmienia to o wiele mojego stanowiska. Voldemort potrafi wykorzystać wiele słabości, a jak obaj wiemy, ty także kilka ich posiadasz – mówił – Jednak do opinii publicznej przeciekła pewna informacja, którą Zakon Feniksa (znając pewne jej szczegóły) potrafił dobrze zanalizować, i część z nas ma pewne wątpliwości co do ciebie…

- Jakby wcześniej ich nie było – mruknął Hagrid.

- Informacja ta dotarła do nas w takim czasie, który mógłby wskazywać na to, że to głównie lord Voldemort chciał aby Zakon Feniksa się o tym dowiedział, możliwe też że tylko sam Zakon – mówił dyrektor – Być może chodziło mu o to, aby ci zaszkodzić; nie wiem. Dlatego uważam, że jeśli chcemy grać w tej samej drużynie to jesteś nam winny pewne wyjaśnienie: czy masz coś wspólnego ze śmiercią Amelii Bones? – spytał.

Harry wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Nie miał o tym bladego pojęcia. Ale gdyby to była prawda i jeśli potwierdziłyby się jego własne informacje, to Dumbledore byłby szaleńcem jeśli nadal upierałby się przy tym swoim pomyśle trzymania go przy Zakonie Feniksa, a nie oddania w ręce aurorów.

Arret drgnął, ale Harry miał dziwne wrażenie, że spodziewał się on czegoś zupełnie innego.

- Od jak dawna wiesz? – odezwał się niedbale.

- Jakiś czas temu dostałem szczegółowy raport z prowadzonego w tej sprawie śledztwa. I pewne ślady, które nie powstały przy użyciu standardowych zaklęć, wskazywałyby na twój w tym udział – profesor przechadzał się blisko paleniska – Lord Voldemort chyba chce ci teraz wyjątkowo zaszkodzić skoro go odtajnił, a jak wiemy, przy tym śledztwie pracowało kilku jego zaufanych śmierciożerców.

- Niech dyrektor nawet tera nie mówi, że on jest tu najbardziej poszkodowany! – krzyknął Hagrid, próbując się zerwać od stołu, ale tylko na niego wpadł, zrzucając to co na nim było na podłogę i rozbijając naczynia w drobne kawałki.

- Wcale tak nie twierdzę – odrzekł Dumbledore – Nawet to, że jak podejrzewam nie byłeś w tym okresie czasu specjalnie przytomny i świadomy wszystkiego co robisz, cię nie usprawiedliwia. Ale nie chcę w tej chwili roztrząsać o winie czy karze. Odpowiedz tylko: jaki był tego cel?

Lecz Arret nie zamierzał niczego tłumaczyć. Nawet się nie poruszył i nic nie wskazywało na to, że odpowie na to pytanie.

- Voldemort wiedział gdzie Bones się ukrywała – odrzekł za niego Dumbledore – Ale dlaczego zgodziłeś się w tym pomóc? Ezra ci rozkazał; chciałeś zmylić Voldemorta; a może jeszcze wtedy nie chcieliście stanąć po naszej stronie?

- Mówiłem ci Dumbledore, że to już za wiele – rzekł Lupin – Cel nie uświęca środków. Chciałeś żeby mydlił śmierciożercom oczy, ale jak tak dalej pójdzie, to w tym celu wszystkich nas pozabija. Nie chcę być w Zakonie Feniksa, jeśli tak to ma wyglądać – wyrzucił z siebie i zacisnął w kieszeni rękę na różdżce – Chciałeś jeszcze żeby był świadkiem przy zaklęciu Fideliusa, a powinniśmy już dawno przekazać go Ministerstwu i aurorom.

- Wiesz przecież Remusie, że na to jest za późno – mruknął Moody, który wyglądał na rozczarowanego – Wie już o nas za dużo. Gdyby go oddalić, to byłoby przyśpieszone samobójstwo dla całego Zakonu – rzekł – Potrzebujemy kogoś lojalnego i poczciwego, Albusie, a nie potencjalnych śmierciożerców.

- Na tym właśnie polega wasz problem – Arret zmrużył oczy – Tacy dobrzy i szlachetni zakonnicy jak wy, nie pójdą przecież w miejsca gdzie mogą ci „źli", jak ja. Nie macie nikogo innego kto pobrudziłby za was ręce.

- Jeżeli jest powód dla którego… – zaczął Dumbledore.

- Nie. Nie będę o tym mówił. Nie wtrącaj się – rzekł stanowczo Arret – Znajdź sobie innego świadka. Skończę to co zacząłem i co do mnie należy, ale nie pakuj mnie już w nic innego skoro jest tyle problemów. Wtedy szybciej stąd zniknę i po sprawie.

- Czymkolwiek się on zajmuje, to powinien z tym zaraz skończyć, Dumbledore. Dopóki nie wdepniemy w to jeszcze głębiej – rzekł Moody.

- Tyż tak sądzę. Nie wim jak Syriusz mógł się zainteresować jakąś bestią, nieważne jakby wyglądała, skoro wiedział że mogło wyjść z tego takie ścierwo!

- Hagridzie! – syknął pan Weasley.

- To mój dom i powinna wyjść z niego ta zygota! – wrzasnął – Zastanawiam się czy Syriusz był wtedy pijany w trupa, że nie myślał wtedy co robi, i na co potem przywlókł do naszego kraju tego kundla!

- A wiesz co mnie zastanawia? – wycedził spokojnie Arret i zmierzył Hagrida wzrokiem jakby prześwietlał go na wylot – Jesteś półolbrzymem, nie? Ciekawe jak nawalony musiał być twój stary żeby przelecieć olbrzymkę i jak to w ogóle było fizycznie możliwe. One są trochę wielkie – dodał wymownie – Chyba, że człowiekiem była twoja stara i musiała mieć wielką…

Hagrid ryknął. Wywrócił błyskawicznie stół na bok i ruszył przed siebie z wyciągniętymi rękami. Ta scena mignęła Harry'emu prędko przed oczami, nim zdążył nawet mrugnąć. Hagrid nie zdołał nic zrobić, Arret złapał go za przegub ręki pierwszy i co było niewiarygodne przy jego posturze, przerzucił półolbrzyma przez ramię na podłogę, aż cała chatka się zatrzęsła i część półek pospadało ze ścian. Harry musiał przytrzymać się czegoś aby nie stracić równowagi.

Dumbledore szybko rzucił czar spowalniający, by choć trochę zamortyzować upadek. Do pomocy rzucili się Moody, Lupin i pan Weasley. Hagrid szybko stanął na nogi i udało mu się wykręcić błyskawicznie Yu obie ręce na plecy.

- Dość! – grzmiał Dumbledore.

- Jasne! – Arret się roześmiał, usiłując się uwolnić – Wiemy że tak to miało wyglądać od samego początku. To kłamstwo z tym nagłym zebraniem. Cały Zakon Feniksa na mieście, pewnie zaraz tu będą, nie? Świadek zaklęcia Fideliusa… Masz mnie za durnia? Stary cwaniak!

- Hagridzie, puść go w tej chwili – rozkazał Dumbledore.

- Nie będzie obrażał mojego ojca! – ryknął.

Arret próbował się wyrwać i prawie mu się to udało, ale Hagrid ścisnął mu lewe ramię jeszcze mocniej, aż chrupnęły kości. Wtedy jakby całkowicie osłabł i bezwładnie osunął się na nogach na ziemię. Zrobił się niemal cały zielony. Hagrid odznaczał się olbrzymią siłą, więc mógł coś takiego zrobić nawet przez przypadek, ale w tej chwili był wyjątkowo wściekły i całkowicie świadomy tego co robi. Chciał zadać ból.

Blizna na czole Harry'ego znów się odezwała.

- On ma mroczny znak! – wypalił nagle, walcząc z piekącym go czołem – Na lewym przedramieniu! – Harry'emu wydawało się, że znalazł już odpowiedź na pytanie: dlaczego blizna ponownie zaczęła go boleć. I nie miało to wcale nic wspólnego z tymi nowymi lekcjami oklumencji. Już raz mu dokuczała gdy Arret był w pobliżu, dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Szczególnie mocno zabolała go wtedy, gdy po ucieczce w Londynie od grupy śmierciozerców szarpnął go za lewe ramię, aby uchronić się przed powrotem na Grimmauld Place.

- Co takiego? – spytał poruszony Dumbledore.

- Ma mroczny znak! – powtórzył – Moja blizna już raz się przy nim odezwała, teraz też. Raz szczególnie mocno gdy szarpnąłem go właśnie za to ramię. Ukrywa ten znak, to dlatego ma całą rękę zabandażowaną, bo nie chciał żeby to się wydało. On szpieguje dla Voldemorta od samego początku, Amelia Bones wcale nie była przypadkową ofiarą.

Arret zaczął się śmiać, mimo bólu jaki zadawał mu Hagrid. Ale nie mógł się nawet ruszyć z podłogi, bo półolbrzym wciąż go obezwładniał.

- Skąd to wiesz? – zapytał Lupin.

- Gdy odnalazł mnie i Hermionę… – mówił – Wtedy jak chciałem uciec z siedziby Zakonu, to ciągnął nas na Grimmauld Place z powrotem. Ale ja chciałem sprawdzić co z Tonks i Moodym, bo jeden ze śmierciżerców powiedział że ich zaatakowano. Ale on prowadził nas dalej, więc próbowałem się wyrwać i gdy chwyciłem za jego lewą rękę, to ból blizny aż mnie oślepił. Już nieraz tak bywało, gdy któryś ze śmierciożerców posiadających mroczny znak mnie choćby dotknął – wyjaśniał – A poza tym, jak się niedawno dowiedziałem, on wcale nie wyznaje tego całego nauthiz – Harry czekał wystarczająco długo żeby to powiedzieć. Czuł się jakby wygrał los na loterii – Sygnet który ma na palcu należał do kogoś innego: do córki profesora Farela, która już nie żyje. Wiem, że się koło niego kręciła, to dlatego wyjechała z Anglii. Pewnie i ją też zabił. Nic go więc nie trzyma aby być po naszej stronie, mimo że wmawiał nam że jest inaczej. Ta ideologia nauthiz miała być dowodem na to, że jest przeciwko Voldemortowi, ale prawda jest taka, że on w to nie wierzy, sam podobno mówił że to zwykła utopia. Siedzi w tym chyba tylko dlatego, bo Sabo go nie wypuszcza. Wiem o wszystkim! Więc dlaczego miałby nam pomagać? Bycie po stronie Voldemorta daje mu większe korzyści.

Arret nie miał już nawet sił żeby się szarpać. Oddychając ciężko i będąc na granicy omdlenia, zerkał na Harry'ego swymi przenikliwymi oczami.

- Nie wiem jak to zrobił, ale uratował Syriusza tylko dlatego żeby wmówić nam że ma dobre intencje, itepe – kontynuował Harry – Bo czymś takim można łatwo omamić. No i jeszcze powołując się na więzi rodzinne… Jeżeli ma mroczny znak, to znaczy że jest stuprocentowym śmierciożercą. Nikomu nie uda mu się wtedy wmówić, że dał to sobie wytatuować tylko dla zmylenia Voldemorta! – Harry triumfował. Lepszych okoliczności wypowiedzenia tego, nie mógł sobie nawet wyobrazić.

- Młody… – rzekł stanowczo Moody, pochylając się nad nim – Czy pomogłeś zabić lub schwytać Amelię Bones? Dlaczego?

- …Puść mnie – odpowiedział słabo.

Dumbledore przyglądał się temu z boku, bez określonego wyrazu twarzy. Ale to najbardziej na jego reakcję liczył Harry.

- Już wiemy że to ty – drążył auror – Dlaczego? …Pytam się!

- Musiałem – wydyszał.

- Dlaczego? – pytał Szalonooki, a Hagrid przycisnął go za lewą rękę do ziemi jeszcze mocniej – Hagridzie, nie przesadzaj – skarcił go – Arret mów, nie pogrążaj się jeszcze bardziej. Tak będzie dla ciebie lepiej.

Lecz półolbrzym nie przestawał. Harry teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo Hagrid może być groźny kiedy jest wściekły.

- Nie zrozumiesz, tak musiało być… Puść mnie – Arret próbował się wyrwać, ale znów bez powodzenia. Wyszedł z tego tylko jeszcze bardziej osłabiony.

- W jakim celu? – pytał wciąż Moody, ale nie usłyszał odpowiedzi – Zabiłeś Ksenię Farel?

- Nie – powiedział już bez sił.

- Wiesz kto to zrobił?

- Nie. Przestań.

- Jeśli ma mroczy znak, to go zara zobaczmy – rzekł Hagrid i zaczął podwijać mu rękaw.

- Nie – wydyszał i próbował się bronić przed tym resztkami sił.

- Hagridze, zostaw go – rzekł Dumbledore z drugiego końca chatki – Idź po Severusa, niech weźmie coś ze swoich zapasów na wzmocnienie. Arret nie wyjdzie stąd w takim stanie.

Hagrid odpuścił, ale wciąż stał na tyle blisko, żeby w razie konieczności znów zainterweniować. Walczył ze sobą czy wypełnić polecenie Dumbledore'a, czy też zostać. Zatrzymał się więc w połowie drogi do drzwi.

- Mroczny znak, tak Potter? – spytał wykończony Arret, który zebrał się już z podłogi i stanął na własnych nogach. Nadal się trząsł z bólu i próbował oddychać równomiernie – Okej, zobaczymy więc, skoro wszyscy tak tego chcą – powiedział, wycierając mokre czoło.

Ściągnął kurtkę i podciągnął lewe rękawy kilku warstw ubrań które miał na sobie, aż do obandażowanego przedramienia. Zawzięcie zaczął odwijać materiał, z którego wypadło też kilka małych kart zapełnionych jakimiś inskrypcjami. Aż w końcu na kościstej ręce, Harry zobaczył coś ciemnego, ale nie był to wcale mroczny znak.

- Od jak dawna to trwa? – spytał poważnie Dumbledore.

Nie wyglądało to zbyt dobrze. Jakby przedramię było popękane, ale nie w taki sam sposób jak prawa dłoń dyrektora. Było pomalowane ciemnymi znakami wokół miejsca, które wyglądało jakby zostało trafione jakąś paskudną klątwą. Dzięki tym symbolom, obecny stan miał się chyba dalej nie rozprzestrzeniać. Było w tym coś złowieszczego.

Ale skoro nie był to mroczny znak, to dlaczego blizna Harry'ego znów zaczęła go piec, a do tego jeszcze mocniej?

- Dlaczego nic nie mówiłeś? – pytał wciąż Dumbledore – To czym się teraz zajmujesz, może to jeszcze bardziej pogarszać.

Arret milczał, gdy ponownie zaczął zakrywać lewą rękę.

- Więc po to chciałeś tak wielkie sumy galeonów, żeby opłacać sprowadzanie składników wszystkich tych leków? Po to był wam potrzebny Farel? – dyrektor na te pytania raczej nie oczekiwał już odpowiedzi – Voldemort zapewne też coś do tego dołożył… Wycofuję cię ze wszystkich zadań – ton jego głosu zmienił się, mówił jak najbardziej poważnie.

- Nie zrobisz tego! – zagroził Arret, którego na chwilę słowa Dumbledore'a niemal sparaliżowały.

- Nalegam żebyś…

- Nic się nie zmienia – powiedział rozdrażniony – To też moja sprawa.

- Nie odpowiadasz już za to. Do odwołania.

- Nie rozumiesz. Muszę. A to nie jest żadna przeszkoda – mówił, odzyskując już władzę w ręce – Trzymamy się wcześniejszych terminów. I nawet nie próbuj wchodzić mi w drogę! Jak dowiem się że coś kręcisz, będziesz miał przerąbane – rzekł, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.

Dumbledore przyglądał się mu przez chwilę niewzruszony, zastanawiając się nad czymś głęboko.

- Niechaj tak będzie – odparł – Niech zostanie tak, jak ustaliliśmy ostatnio… Hagridzie – zwrócił się do gajowego – Miałeś iść po Severusa.

- Daruj to sobie – rzekł chłodno Arret, zbierając się do wyjścia.

- Masz tu zostać – drogę zagrodził mu Szalonooki.

– Zjeżdżaj – odepchnął na bok Moody'ego, który wpadł na blat – Nic nie widzieliście – rzekł od progu i trzasnął drzwiami, aż kurz wzleciał w powietrze.

- Głupi gnojek – warknął auror – Teraz nie popuści, aż się nie zamęczy.

Poruszony Harry wpatrywał się jeszcze bez słowa w okno, ale na zewnątrz było tak ciemno jak w nocy, więc nie widział nawet otaczających chatkę drzew.

- Co to było? – wyszeptał „Wybraniec". Blizna przestała już go piec.

Dumbledore nadal spoglądał bacznie w stronę zamkniętych drzwi, a po chwili zerknął kątem oka na swoją uschniętą, zniszczoną dłoń.

- Moody – rzekł dyrektor – Wciąż potrzebujemy świadka, pozwól tu.


- No i wtedy mnie znalazła – mówił Ron – Zabrakło mi już tylko kilku metrów. Naprawdę musiałem. Zagrodziła mi drogę tuż pod samymi drzwiami od WC, no i nie mogłem się z nią kłócić z pełnym pęcherzem więc wmówiłem jej, że popsułem przez przypadek dla niej prezent i próbowałem go jakoś naprawić, ale mi się nie udawało. Łyknęła, ale od razu zapowiedziała, że jutro cały dzień mamy spędzić razem, żeby niby nadrobić zaległości.

- Ron, naprawdę, jesteś straszny!

Harry, Hermiona i Ron, już po kolacji siedzieli razem w pustym dormitorium. Zamyślony Harry tknął tylko jedną grzankę, ale nie myślał nawet o głodzie. Dziwnie się czuł po tym co widział i słyszał, a już zwłaszcza po wypowiedzeniu zaklęcia Fideliusa.

- No, Hazel też mi to mówi – przypomniał sobie Ron – Coś muszę z tym zrobić, bo ta wariatka Lavender mnie całkowicie zamęczy. Przynajmniej ją przekonałem, że nie ma po co już iść do Hogsmeade, bo i tak za chwilę trzeba by było wracać z powrotem. Musiałem za to tutaj na miejscu wysłuchiwać jej kilkugodzinnej opowieści o horoskopach i jednorożcach. Beznadzieja! – jęknął – Ale chociaż oszczędziła mi długiej przeprawy do Hogsmeade i w drugą stronę… A wam jak minął dzień?

- W zasadzie też był przegadany – rzekła Hermiona – No, ale co też można innego robić z przyjaciółmi jak nie rozmawiać? Zwłaszcza, że dawno nie widziałam się z Wiktorem, miał mi dużo do powiedzenia.

- Z Wiktorem? Z Krumem? Byłaś na randce z Krumem!? – wykrzyczał jej Ron niemal wprost do ucha.

- Nie tak głośno, bo ogłuchnę! I nie, nie byłam z nim na żadnej randce! Tylko na piwie. Z nim, no i z Harrym.

- Z Harrym!? – rudzielec spojrzał zaskoczony na „Wybrańca", jakby widział zamiast niego zupełnie inną postać – Byłeś z nimi na randce?! I dopiero teraz mi to mówicie?

- CO!? Nie no, Ron! – zawołała Hermiona.

- Tylko w „Świńskim Łbie", na piwie, pogadać. Zresztą, szybko się stamtąd zmyłem. A Krum i Hermiona to tylko znajomi – wyjaśnił krótko, strapiony Harry – Ale on chyba nie potrzebuje twojej pisemnej zgody żeby mógł się z nami zobaczyć?

Ron zrobił skwaszoną minę.

- Ej, a co on tu właściwie robi? – spytał.

- Byłeś chyba zbyt zajęty Lavender żeby zauważyć, że Wiktor jest w Anglii od początku tego roku i próbuje wstąpić do Zakonu Feniksa – wyszeptała oburzona dziewczyna.

- Ciekawe jak miałem to zauważyć, skoro siedzimy wszyscy w Hogwarcie? – spytał złośliwie – No i haha, ciekawe jak Krum planuje pozostawać niezauważonym gdy już będzie w Zakonie, skoro na każdym kroku wszyscy, nawet śmierciożercy, będą gotowi paść mu do stóp żeby tylko dostać jego autograf. Myślicie, że na Sami-Wiecie-Kogo też to zadziała? Chyba, że to właśnie jest część zasadzki Zakonu?

- Bardzo śmieszne, Ron. Ciekawe kto sam niedawno marzył o autografie i trzymał jego figurkę pod łóżkiem?

Między Hermioną a Ronem zbierało się na kolejną kłótnię.

- Słuchajcie – powiedział Harry, z jednej strony nie chcąc do tego dopuścić, a z drugiej chciał opowiedzieć im co go gryzło – Muszę wam coś powiedzieć – zerknął w stronę drzwi, aby upewnić się czy aby na pewno są zamknięte, by nie okazało się że ktoś ich podsłuchuje – Zostałem przyjęty do Zakonu Feniksa.

- CO?! SERIO?! – krzyknął Ron, a Hermiona jedynie zmarszczyła czoło – Dlaczego nic nie mówiłeś? Od kiedy? JAK?

- Ron, sorry, ale nie krzycz tak. Jestem w nim od dzisiaj, praktycznie od kilku chwil, i nie wiedziałem że to w ogóle nastąpi.

- Jak to nie wiedziałeś? – zdumiał się Ron – Przecież chyba nie wciągają w to na siłę, co nie?

- Przestań, dobra? Nie o to chodzi. Zresztą to nie wszystko. Chodzi o to, że… Dumbledore uczynił mnie… Strażnikiem Tajemnicy.

- O w mordę!

- Ciii! – syknęła Hermiona, która wyglądała na lekko wstrząśniętą, ale szybko się opanowała – Ale Harry, więc chyba nie powinieneś… poczekajcie – podeszła do drzwi dormitorium i wyciągnęła przed siebie różdżkę. Mamrocząc cicho, wykonała nią parę dziwnych ruchów i wróciła na swoje miejsce – Teraz drzwi są nieprzenikalne, nikt nas nie podsłucha – wyjaśniła – Ale Harry, w takim wypadku, jeśli to prawda, to już raczej nie powinieneś mówić nam niczego więcej. Na tym polega bycie Strażnikiem Tajemnicy.

- Ale ja… to znaczy, nie różni się to niczym od tego kim był Dumbledore – tłumaczył Harry – Po prostu, to jest coś bardzo dziwnego. Dostałem dziś w Hogsmeade poufną informację, że ktoś mnie zabierze po południu do Hagrida i że to ma coś wspólnego z Zakonem. No i tam na miejscu był już Dumbledore i inni. Ale coś działo się z nim nie tak, z dyrektorem, jego ręka… no nie wiem. Jakby dostał jakąś klątwą, była jakby martwa. I nagle zaczął mi wmawiać, że jest już stary i tak dalej i że najlepiej będzie aby rzucić na Zakon nowe zaklęcie Fideliusa, a Strażnikiem uczynić mnie!

Ron i Hermiona milczeli jak zaklęci.

- Ale dlaczego akurat ciebie? – spytała w końcu jego przyjaciółka.

- Nie wiem – odparł – To znaczy coś podejrzewam, ale… To chyba miała być jakaś zagrywka. Nie wiem co zaplanował Dumbledore, znaczy się wiem że on jest genialny itepe, ale chyba tylko on wierzy w swoje szalone pomysły. Bo nie zgadniecie, kto miał byś świadkiem przy tym zaklęciu.

- Świadkiem? Nie wiedziałem, że to zaklęcie tak działa.

- Najlepiej jak są co najmniej trzy osoby, wtedy zaklęcie będzie wystarczająco silne. Jedna rzucająca czar i świadek wraz z osobą w której pieczętowana jest tajemnica, i potem… Oj, przepraszam – Hermiona zakryła sobie usta dłonią – Mów dalej, Harry.

- Dumbledore chciał… – kontynuował „Wybraniec" – …aby świadkiem był Arret, który nie zgadniecie co zrobił. Pamiętacie może zniknięcie Amelii Bones sprzed kilku miesięcy? A wiecie kto za tym stoi? – spytał znacząco i uśmiechnął się ponuro.

Ron chyba nie miał pojęcia kto, bo cały się skrzywił gdy się nad tym zastanawiał.

- O mój… – wyszeptała Hermiona, która doszła do dobrych wniosków.

- A Dumbledore o tym wiedział! – rzekł Harry – I mimo to chciał, żeby był obecny przy zaklęciu Fideliusa!

- Niemożliwe…

- A najlepsze jest to, że byli tam też: Hagrid, Moody, Lupin i twój ojciec, Ron; którzy też o tym wiedzieli – rudzielec poruszył się niespokojnie słysząc o swoim ojcu – Udało im się jedynie zmusić Dumbledore'a, żeby byli przy tym obecni i mieli na niego oko. Ale mimo to, Dumbledore nadal nie widział nic złego w swoim pomyśle, nie przyjmował ich argumentów i udawał, że tak naprawdę nic złego się nie stało! – wołał oburzony Harry – Nie wiem jaki mają ze sobą czy z Syriuszem układ i co to jest za gra, ale żeby nawet po czymś takim twierdzić, że udowodniona współpraca z Voldemortem niczego nie zmienia, to jest to wariactwo!

- Ale… – zaczął Ron – To został tym świadkiem, tak?

Harry milcząc, pokręcił przecząco głową. Od dłuższego czasu rozmyślał nad pewną swoją decyzją:

- W przyszłym roku chyba nie wracam do Hogwartu – powiedział.

- Co? – spytała pusto Hermiona.

- Najwyższy czas, żeby wam o czymś powiedzieć – rzekł Harry, patrząc im raz po raz w oczy – Teraz sądzę, że Dumbledore już od jakiegoś czasu mógł tracić swoje wcześniejsze siły. Dlatego uczynił mnie Strażnikiem Tajemnicy i chyba dlatego zlecił szukanie horkruksów komuś innemu bo wiedział, że na dłuższą metę sam nie dałby rady. To właśnie Arret miał ich szukać. Do tej pory jakoś to szło, ale chyba od dzisiaj nic z tego nie będzie.

- Co masz na myśli? – spytał Ron.

Harry nieświadomie złapał się za przegub swojej lewej ręki.

- Pokłócili się. A ja myślałem, że Arret ma na ramieniu mroczny znak. Sądziłem, że to dlatego moja blizna znów zaczęła mnie boleć – usprawiedliwiał się – Ale wcale go nie miał. Zamiast tego było tam, no nie wiem jak to nazwać. Też jakby jakaś klątwa, ale było w tym coś… złego. Zupełnie gdyby coś go zżerało. I Dumbledore jak to zobaczył, zakazał mu dalej pracować bo myślał, że dalsze szukanie horkruksów może to jeszcze bardziej pogorszyć. Ostatecznie poszli na kompromis, ale ja uważam, że nie skończy się to dobrze.

- Ale pogorszyć co? – spytał Ron, który już się pogubił.

- Ron… – jęknęła Hermiona – To jest mieszaniec. Nie wszyscy są przystosowani do tego, żeby być w pełni zdrowym i żyć tak długo jak gatunki z których pochodzą.

- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? – zainteresował się Weasley.

- Trochę o tym czytałam – rzekła krótko Hermiona.

- To nie jest teraz ważne! – powiedział Harry – Chodzi o to, że Arret zabronił aby ktokolwiek mu wchodził w drogę i po prostu wyszedł. Raczej będzie szukał horkruksów na własną rękę, bez przyzwolenia Dumbledore'a i wydaje mi się, że to był od samego początku jego cel. Powstał teraz jakiś dziwny wyścig, gdzie każdy chce osiągnąć jak najwięcej dla siebie. A jeżeli to nie ma za zadania wyłącznie pokonania Voldemorta, to ja muszę być pierwszy i mu w tym przeszkodzić.

- Ale Harry…

- Poczekam chwilę jak się rozwinie sytuacja. Jeśli tak jak podejrzewam, to sam spróbuję odnaleźć pozostałe horkruksy, póki jeszcze nie jest za późno.

- No to super, to wtedy będę ci towarzyszył! – zawołał entuzjastycznie Ron.

- Przestańcie oboje. To nie jest żadna gra – oburzyła się Hermiona – Czy to nie Dumbledore wie o nich najwięcej? Jak Harry chcesz się za to zabrać, skoro nie masz nawet pojęcia od czego zacząć?

- Dobry pomysł – rzekł – Zaraz go spytam.

- Nie, Harry! Nie można chodzić po zamku o tej godzinie.

- Zaraz wracam – zawołał i wybiegł szybko z dormitorium, zanim komukolwiek udało się go powstrzymać.

Harry wiedział, że Dumbledore nie powiedziałby mu teraz od czego należy zacząć poszukiwanie horkruksów i wcale też nie chciał o to zapytać. Dopóki dyrektor był w Hogwarcie, bardziej zależało mu na wyjaśnieniu kilku wątków które męczyły go najbardziej. Czy Dumbledore rzeczywiście mógłby przeczuwać, że niedługo przestałby być wystarczająco pomocny dla Zakonu, że założył nowe zaklęcie Fideliusa, czy rozmyślał nad tym już od kilku miesięcy? I dlaczego, mimo śmierci Amelii Bones, upierał się przy tym aby Arret trzymał się nadal blisko Zakonu Feniksa? Dlaczego tak mu na tym zależało? Te i wiele innych pytań gromadziło się w jego głowie gdy przemierzał opustoszałe szkolne korytarze. Liczył na to, że Dumbledore jeszcze nie wyjechał z Hogwartu i że uda mu się z nim porozmawiać, choćby przez krótką chwilę.

Ale na jego drodze ponownie pojawiła się przeszkoda.

- Dobry wieczór, panie Potter – wpadł na Farela – To chyba nie jest odpowiednia pora na spacery?

- No bo ja…

Harry pomyślał, że profesor patrolował korytarze, ale najwyraźniej zakradał się z powrotem do swojego gabinetu wprost z kuchni, bo obładowany był różnego rodzaju smakołykami.

- Nie tłumacz się – powiedział profesor, który również nie chciał aby ktoś wypytywał go o to, co takiego tutaj robił – Oboje mamy swoje własne sprawy. Ale cokolwiek, na pewno niezwykle ważnego masz do załatwienia, poczeka do jutra. Pozwól, że zaprowadzę cię pod dom Gryfonów żebyś nie dostał szlabanu, tylko najpierw odniosę to do siebie. Może kawałek ciasta? – spytał, bo choć był słusznej postury, to uginał się pod ciężarem słodyczy które zabrał.

- Nie, dziękuję – odpowiedział Harry – Ale panie profesorze, ja naprawdę nie mogę teraz wrócić, to zajmie mi tylko jedną chwilę!

- Nic z tych rzeczy chłopcze. Wszyscy trzymają się tego samego regulaminu. Bez wyjątków. Ale nie martw się, nie powiem nic o twojej późnej przechadzce – rzekł, i kiwnął na Harry'ego aby szedł za nim.

Harry był wściekły, że po raz kolejny przeszkodzono mu w porozmawianiu z dyrektorem, ale postanowił chociaż skorzystać z możliwości wyciągnięcia czegoś od nauczyciela Obrony przez Czarną Magią. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Farel nie został zatrudniony w tym roku przez przypadek.

- Panie profesorze, dyrektor Dumbledore twierdzi, że był pan najlepszym uzdrowicielem na swoim oddziale.

- Byłem? Uważam, że do tej pory jestem w czołówce – Farel miał taką cechę, że uwielbiał przechwalać się swoimi osiągnięciami.

- Czy… – wydukał – Sądzę że mogę o to pana zapytać, a jeśli nie to przepraszam. Ale wydaje mi się, że pan jako jedyny z nauczycieli potrafi zawsze szczerze odpowiadać na pytania uczniów, a nie zbywać ich jak inni. Więc, czy sądzi pan, że to głównie z tego powodu profesor Dumbledore zaangażował pana w działania Zakonu Feniksa?

- Skąd taki pomysł, panie Potter?

- Zastanawiam się, czy Ar… czy Yu lub dyrektor, nie wymagają przypadkiem takiej opieki.

- Och, a więc widziałeś już co spotkało dyrektora Dumbledore'a? – zdziwił się – Tak, tak się kończy mieszanie zaklęć, ale nie ma powodów do obaw, ja i profesor Snape wszystko kontrolujemy. Co, nie wierzysz? Za chwilę to udowodnię.

Weszli do gabinetu Farela, który jak zwykle był wysprzątany z pedantyczną drobiazgowością. Profesor odłożył swoje kuchenne łupy na wypolerowane biurko i zaczął zdejmować ze ścian oprawione w ramy dyplomy.

- Twoja wzmożona troska o dyrektora jest bezzasadna – mówił – To najpotężniejszy obecnie czarodziej jakiego kiedykolwiek znałeś czy kiedykolwiek jeszcze poznasz… Więc uważasz, że tylko dlatego mnie odnalazł, żebym w razie potrzeby służył jako uzdrowiciel? Po części pewnie masz rację, sam tak sądzę… O! Oto mój certyfikat Najwyższego Uzdrowiciela Zakażeń Medycznych, nie tak łatwo to dostać, wierz mi! A tutaj: moje kwalifikacje potwierdzone przez Em-Zet-U: Międzynarodowe Zrzeszenie Uzdrowicieli – profesor przyniósł mu jeszcze z tuzin innych dyplomów, certyfikatów i zaświadczeń i opowiadał ile to musiał przejść, żeby je uzyskać.

- Czy słyszał pan może, co się stało z Amelią Bones? – zapytał Harry, który chciał wykorzystać to, że profesor był w tak dobrym nastroju.

- Och, tak, dyrektor wspominał co dziś zaszło – rzekł Farel i zaczął odwieszać swoje trofea z powrotem na ścianę – Profesor Dumbledore zawsze był zbyt wielkoduszny dla osób które na to nie zasługują. Ale ten łobuz chyba niespecjalnie pamięta wielu wydarzeń sprzed roku. Domyślam się, bo zmieniłem mu skład eliksirów które spożywał, bo przez te stare był bez przerwy otumaniony. No, ale dość o tym, bo stracę jeszcze ochotę na deser który wyciągnąłem od skrzatów – dodał złośliwie – Jeżeli chodzi o profesora Dumbledore'a, to nie masz czym się martwić. Ręka niedługo będzie sprawna. Dobry uzdrowiciel potrafi dostosować metody leczenia do poszczególnych pacjentów.

- Więc jego czarodziejska moc nic nie ucierpiała?

- Nie, nie wiem skąd bierzesz chłopcze takie niesamowite pomysły. A, tego szukałem. Spójrz – wskazał Harry'emu na jakąś witrynę w której stało kilka otwartych butelek, ale w których nie brakowało ani kropli, oraz cały szereg innych – Chciałbym wiedzieć komu zawdzięczam tyle upominków. Dostałem je odkąd tylko tu jestem, same dobre alkohole, ale mają jedną drobną wadę. Domyślasz się?

Harry wzruszył ramionami.

- Ktoś próbuje mnie nabrać na moją własną działkę – rzekł uradowany i otworzył witrynę aby lepiej przyjrzeć się butelkom – Wszystkie są zatrute – wyjaśnił – A na truciznach i odtrutkach to ja się akurat znam bardzo dobrze. Trzymam je tu sobie, bo być może pewnego dnia na zajęciach wasze zadanie będzie polegało na rozpoznaniu co niektórych z użytych tu trutek. Dla ułatwienia mogę ci powiedzieć, że jedna z nich jest naprawdę dobrze przyrządzona, prawie niewykrywalna; ale błędem było to, że została mi podesłana jako jedna z ostatnich. Pierwsze okazy albo miały zmienioną barwę, albo wydzielały charakterystyczną dla trucizn woń. Dla wprawnego nosa to łatwizna.

- Ale jak to? – poruszył się – Ktoś panu to tutaj przysyła? Kto?

- Na pewno nie jest to przyjaciel, ale te próby są żałosne. Nie wiem czy ktoś próbuje się mnie pozbyć, czy może jakiś mój były kolega ma dość wypaczone poczucie humoru i uważa, że bawi mnie wykrywanie tojadu czy innych słodkości w butelkach dobrego Whisky. Oboje z dyrektorem się nad tym zastanawiamy.

- To na pewno Malfoy – rzekł Harry bez zastanowienia – Podsłuchałem go kiedyś jak mówił, że chce pańskiej… że musi pana zabić.

- To dość poważne oskarżenie – rzekł profesor – Ale jeśli nawet, to nie sądzę by te próby zakończyły się powodzeniem.

- Mogę panu udowodnić, że to Malfoy, tylko proszę dać mi kilka dni. Mam pewien plan – rzekł Harry, który nie chciał przed Farelem powoływać się na swoje własne wspomnienia jako dowód, bo wówczas wydałoby się, że użył nielegalnie Veritaserum.

- A jak chcesz to udowodnić? Mnie chyba możesz powiedzieć?

- No tak, dlaczego nie – stwierdził. Farel był surowym nauczycielem, ale sprawiedliwym. Od samego początku mu pomagał i dobrze doradzał – Znam pewnego skrzata który tu pracuje, myślę że jak poproszę go aby poobserwował dla mnie Malfoya, to przekazałby panu to samo co już panu powiedziałem.

- Sądzi pan, panie Potter, że można oskarżyć o coś zwłaszcza tak poważnego jakiegoś ucznia czy kogokolwiek innego i to po usłyszeniu zeznań zwykłego domowego skrzata? – wadą Farela był jednak okropny tradycjonalizm i przekonanie, że czarodzieje powinni mieć najwyższą w świecie magicznym pozycję.

- Nie rozumiem, dlaczego słowo skrzata ma mniejszą wagę niż słowo czarodzieja.

- Magiczne stworzenia mają często inną mentalność niż ludzie, mogą dowolnie manipulować faktami, a zwłaszcza jeśli kierują się jakąś urazą czy impulsem. Poza tym skrzat pana nie wysłucha, chyba że jest pan jego panem.

- Nie, nie jestem – odparł – Ale to jest tak jakby mój przyjaciel i myślę, że taką przysługę mógłby dla mnie chętnie zrobić.

- Zaczyna pan myśleć jak auror: mieć informatorów w każdym środowisku – nie wiedział jednak czy była to w oczach profesora pochwała czy też nie – No, jest już późno. Chodźmy do wieży Gryffindoru, bo jeszcze trafię na dywanik do dyrekcji za przetrzymywanie uczniów po godzinach – rzekł Farel.

Niedaleko tajnego przejścia do pokoju wspólnego Gryfonów, Harry pożegnał się i ruszył do portretu Grubej Damy. Profesor Farel trochę go uspokoił w sprawie Dumbledore'a, ale o horkruksach na pewno będzie musiał jeszcze zamienić niejedno słowo z dyrektorem. Postanowił spróbować porozmawiać z nim jeszcze raz jutro, ale oprócz tego powinien zejść do kuchni, aby odszukać Zgredka. Być może udałoby się go namówić do zbierania informacji nie tylko o Malfoyu…