No cóż, ten rozdział wyszedł mi zupełnie inaczej niż zakładałam. Mam tylko nadzieję, że zmiana wyszła mu na dobre.

Rozdział dwudziesty siódmy: Zyskiwanie świadomości

Następnego dnia Harry opuścił sypialnię tak wczesnym rankiem, że nikt jeszcze nie zdążył się obudzić, a Draco nie miał okazji do rozpoczęcia długiego wywodu o różnych torturach, którym miał zamiar poddać Margaret, czego Harry nie miał ochoty słuchać.

Musiał pomyśleć, a najlepiej nadawało się do tego niebo. Harry wzniósł się statecznie, trzymając Błyskawicę dłonią i podkulonymi nogami. Jego magia unosiła się wokół niego. Jeśli się poślizgnie przez brak lewej dłoni, to mu pomoże odzyskać równowagę, ale nie sądził, żeby do tego doszło. Ostatecznie nie ścigał teraz znicza, więc nie miał powodu do sięgania przed siebie.

Wznosił się, póki nie zaczął się dusić, a rozrzedzone, lodowate powietrze piekło go w policzki. Wówczas odwrócił się i spojrzał w dół na bryłę zamku, Zakazany Las – który teraz wyglądał jak rozległa plama – i boisko quidditcha. Wszystko to kilkaset stóp pode mną, pomyślał Harry w lekkim oszołomieniu. Problemy w Hogwarcie wciąż istniały, oczywiście, ale ich obecność zdawała się przytłumiona w jego umyśle, zupełnie jakby rozległe niebo je pochłaniało, tak jak odległość pochłonęła rozmiar budynku, który na co dzień otaczał Harry'ego.

Musiał pomyśleć. Tutaj był sam, niebo śpiewało wokół niego, a przytłumiona radość, którą zawsze czuł podczas latania, ogarniała go powoli. Tu będzie najlepiej.

Harry zamknął oczy, odchylił się na miotle i zaczął krążyć. Wymamrotał zaklęcia ogrzewające, żeby ochronić się przed zimnym powietrzem, kiedy zaczęło go to zanadto rozpraszać, zmuszając jego myśli do poświęcenia uwagi zewnętrznemu dyskomfortowi.

Co teraz powinien zrobić?

No, jedno było oczywiste. Musiał coś zrobić z Margaret. Remus odjął Ravenclawowi sto pięćdziesiąt punktów za atak, dręczenie zwierzątka innego ucznia, obrazę profesora i nieodpowiednie zachowanie w pomieszczeniu, w którym były używane mroczne zaklęcia. Harry miał wrażenie, że to powinno na chwilę przystopować Margaret, ale ostatecznie nie wystarczy – zwłaszcza że strach przed magią Harry'ego jej do tej pory nie powstrzymał. A jej domownicy śmiali się z nią wczoraj, nie próbowali jej powstrzymać, co oznaczało, że raczej mu w tym nie pomogą.

Acies mówiła, że najlepszy byłby krótki, ostry szok.

Harry westchnął. Wiedział, że szok pewnie będzie musiał być magiczny – zarówno przez wzgląd na jego przywilej używania magii w samoobronie, o którego ogłoszenie Acies poprosi dzisiaj rano McGonagall, jak i dlatego, że osobiście wątpił, żeby Draco i pozostali Ślizgoni byli usatysfakcjonowani czymkolwiek poza magiczną zemstą. Słyszał jak Milicenta i Blaise rozmawiali o tym wczoraj wieczorem, kiedy wreszcie wrócił do pokoju wspólnego, chociaż oczywiście ucichli na jego widok. Będą go chronić, o ile nie pokaże im, że jest w stanie sam się tym zająć.

Jaki rodzaj zaklęcia sprawi, że naprawdę się ode mnie odczepi, zamiast po prostu znaleźć jakiś inny sposób, żeby zaleźć mi za skórę? Nie jestem w stanie ochronić wszystkich. Jak nie będzie mogła zaatakować Argutusa i Draco, to po prostu rzuci się na kolejnego z moich przyjaciół, a przecież nie mam jak przewidzieć, kogo weźmie na cel jako następnego.

Harry wreszcie uznał, że najlepsze będzie zaklęcie progresywne, takie, którego efekt będzie się nasilał za każdym razem, kiedy Margaret nie będzie w stanie sama się powstrzymać. Jeśli skrzywdzi go raz, to stanie się jedna rzecz; za drugim razem stanie się to samo i coś więcej, i tak dalej. W dodatku będzie musiało to być coś, co ją koszmarnie zawstydzi, zamiast ją fizycznie krzywdzić. Sama myśl o rzuceniu na nią klątw bólu, albo transmutowaniu jej w kamienny posąg, sprawiała, że Harry'ego zaczynało skręcać w środku, bo w ten sposób z takim problemem poradziłby sobie Voldemort.

W takim razie co mi pozostaje?

Po chwili to do niego dotarło, a Harry zamrugał i uśmiechnął się lekko. No cóż, tak, nie byłaby w stanie się z tym ukryć, czy udawać, że to zupełnie coś innego. W dodatku użyję tego tylko wtedy, kiedy znowu mnie zaatakuje. Jeśli już dostała nauczkę, albo jej domownicy po prostu wystąpią przeciw niej i powstrzymają przed dalszymi wygłupami, to zaklęcie po prostu będzie mogło pozostać w mojej głowie.

Mając tę decyzję z głowy, Harry niechętnie skierował swoją uwagę na kolejny temat, z którym uważał, że powinien się wreszcie rozprawić – Snape'a.

Po kilku minutach mozolnej walki z własnymi instynktami, Harry musiał przyznać, że chyba jednak facet miał rację. Czy Harry będzie w stanie dowiedzieć się czegokolwiek wartościowego z połączenia za pośrednictwem blizny? Nie wiedział. Od czasów walki nie widział nic poza wizjami zbyt krótkimi i rozmazanymi, żeby przydały mu się w jakikolwiek sposób, a poza nimi miał tylko zwykłe sny – zazwyczaj powtórki Hogwartu, w którym był szczęśliwy. Voldemort niemal na pewno nie chciał, żeby Harry był w stanie go znaleźć i zaatakować go, kiedy był tak koszmarnie ranny jak teraz. Harry być może i byłby w stanie ponownie spróbować zaatakować jego umysł, ale nie wiedział jak to zrobić bez zaciągnięcia tam ze sobą Dracona.

Jednostronna bariera byłaby w takim razie najlepszym rozwiązaniem, taka, którą będę w stanie sam zdjąć w razie potrzeby, ale przez którą on nie będzie w stanie się przedostać.

Harry skrzywił się i otworzył oczy, żeby pooglądać mewę, przelatującą daleko pod nim. Największa zdolnością jego oklumencji było chowanie własnych emocji, uspokajanie siebie i pozwalanie, żeby jego racjonalne myślenie przejęło pałeczkę – co było prawdopodobnie dziedzictwem pudełka. Nigdy nie spróbował zrobić czegoś takiego jak wąż Voldemorta, pułapki, która zablokowałaby wrogi umysł przed wejściem, nawet jeśli ten ma stałe powiązanie z jego umysłem. Jeśli chce się zabrać za coś takiego, to będzie potrzebował do tego pomocy Snape'a.

Czy chcę tej pomocy?

To nie miało znaczenia. I tak będzie musiał ją zdobyć. Harry z irytacją zarzucił głową. To oznaczało, że będzie musiał dojść ze Snape'em do jakiegoś rodzaju porozumienia.

Może naprawdę źle go zrozumiałem. Kto wie? Wydawało mi się, że powiedział, że byłem więcej wart od Connora jako człowiek, co jest po prostu tak niedorzeczne, że nawet nie zasługuje na dyskusję. Ale może po prostu chodziło mu o to, że jestem więcej wart dla niego i wysiłku wojennego. To byłbym w stanie zrozumieć. To pasowałoby też do tego, co mi powiedział wtedy, jak robiłem przy nim wywar tojadowy. A jeśli Connor okaże się tym, któremu będzie dane pokonać Voldemorta – no, ja wciąż biorę to pod uwagę, ale Snape pewnie nie. Wie więcej o moich zdolnościach i tym, jak bardzo jestem gotów walczyć z Mrocznym Panem, ale prawie niczego nie wie o Connorze.

Może powinienem poprosić go o udzielenie Connorowi lekcji?

Harry prychnął, ale zachował tę myśl. Snape wciąż był profesorem w szkole, który najlepiej znał się na mrocznych sztukach – no, może Acies wiedziała od niego więcej, ale jak do tej pory bardziej interesowała się ukrytą za nimi filozofią, wewnętrzną obroną przed drzemiącą w nich pokusą, a nie konkretną obroną przed zaklęciami. W dodatku pewnie po prostu powiedziałaby, że nie chce prywatnie szkolić Connora, bo Acies już po prostu tak miała.

Nie spodoba mu się to. Będę musiał go jakoś przekonać, może zaoferować mu coś w zamian. Ale wydaje mi się, że powinienem chociaż zapytać. Connor czuł się tam tak strasznie bezużyteczny. Harry skrzywił się na wspomnienie miny swojego brata, kiedy po raz pierwszy spotkał się z nim tego weekendu. Connor uśmiechnął się do niego drętwo i podziękował mu za osłonięcie go przed klątwą, ale Harry widział głębokie poczucie bezsilności w jego oczach i był w stanie je zrozumieć. Zapytam Snape'a.

Cóż, i tak miał zamiar prosić o wiele rzeczy w ten weekend, między innymi swoich sojuszników, o informacje które mogli posiadać na temat możliwych kryjówek śmierciożerców, tak żeby mogli zacząć planować rozpoczęcie ofensywy przeciw Voldemortowi. To może po prostu zostać częścią tej parady próśb.

A to pozostawiło go z przyprawiającym o ciarki problemem, o którym starał się nie myśleć, z czymś, co nie powinno być problemem, a nim było. Chodziło o ciążące mu poczucie złości i oburzenia, spowodowane wczorajszym artykułem "Proroka Codziennego", jak i wyzwiskami Margaret, szeptami w korytarzach i wszystkimi innymi nieważnymi sprawami, które nie powinny mu przeszkadzać, ale i tak to robiły.

Wiedział, co Snape by na to powiedział, był w stanie usłyszeć jego suchą sugestię odbijającą się echem w jego głowie. Porozmawiaj z kimś.

Harry pokręcił ze zniecierpliwieniem głową. Z kim niby miałby porozmawiać? Remus, Snape i McGonagall o wszystkim wiedzieli; to nie tak, że Harry byłby w stanie powiedzieć im coś nowego, w dodatku McGonagall prawdopodobnie ograniczał jeszcze fakt, że teraz była dyrektorką szkoły, więc nie powinna w ten sposób faworyzować uczniów. Nie chciał też ich zmuszać do przypomnienia sobie o wszystkim tym, co zrobili mu rodzice, ani poddawać Remusa serii obrzydliwych wspomnień dotyczących dwójki jego najlepszych przyjaciół.

W takim razie do tego też użyję oklumencji. Mam wrażenie, że reaguję na to w ten sposób głównie z powodu obrażeń, które odniosłem po oberwaniu jadem Voldemorta. Wyleczę się, wezmę się w garść, a tymczasem baseny powinny pochłonąć moje emocje. Przeżyję przecież. Radziłem sobie z gorszymi sytuacjami. No i mam już serdecznie dość tego ciągłego załamywania nade mną rąk. Poprawi mi się, jak tylko skupię się na planowaniu ataku i przekonywaniu Snape'a do trenowania Connora.

Zamknął oczy i delikatnie poszerzył swoje baseny oklumencyjne, zalewając chłodną falą bulgoczący chaos w swoim umyśle. Musiał się z nim zmagać może dwadzieścia minut, ponieważ różne emocje co chwila wyskakiwały ponad powierzchnię, ale wreszcie udało mu się i kiedy otworzył oczy był tak spokojny i zrelaksowany jak to było dla niego możliwe.

Naszła go myśl. Harry ją rozważył.

Czemu nie? Przecież nikt mnie nie zobaczy.

Wycelował Błyskawicą w ziemię i wystrzelił prosto w dół.

Mijający go wiatr zmienił się z szumu w ryk w miarę jak Harry nabierał prędkości, a im niżej się znajdował, tym coraz cieplej robiło się wokół niego. Czuł się, jakby wleciał w powietrze pogłaskane promieniami wschodzącego słońca. Niebo zawirowało wokół niego błękitem i szarością, wypolerowane na błysk deszczem, który spadł poprzedniego dnia. Harry usłyszał własny śmiech. Radość wezbrała w nim, reprezentując się w jego umyśle jako unosząca się nad basenami oklumencyjnymi lekka mgiełka, bo nie była jedną z emocji, które potrzebował w sobie ograniczyć.

Dopiero kiedy wyhamował po wyjściu z nurkowania i zaczął leniwie krążyć kilka stóp nad ziemią, zorientował się, że jednak ktoś go widział. Hawthorn Parkinson stała niedaleko wrót wejściowych do szkoły, miała na sobie nisko nasunięty kaptur i wbijała w niego wzrok. Harry poczuł, że się spina, ale ten niepokój też wrzucił pod powierzchnię basenu oklumencyjnego. Kiwnął do niej, jakby bez przerwy wykonywał manewry, które mniej wprawnego latającego na miotle by zabiły, po czym wylądował obok niej i zeskoczył z Błyskawicy.

– Dzień dobry, pani Parkinson – powiedział cicho. – Czy mogę coś dla pani zrobić?

Hawthorn otworzyła usta, po czym wyraźnie zmieniła to, co właśnie miała powiedzieć.

– Tak, Harry. Dowiedziałam się czegoś, co może cię zainteresować – gdzie Mroczny Pan prawdopodobnie przechowuje schwytanych mugoli. Przyprowadziłam też ze sobą kilku ludzi, których myślę, że powinieneś spotkać. – Zerknęła nerwowo przez ramię. Harry przechylił głowę na bok. Chyba nie wyglądam jakoś szczególnie strasznie, z policzkami zaróżowionymi od pikowania i rozwianym włosem?

Bardzo jestem tym zainteresowany, owszem – uznał, że będzie najbezpieczniej to powiedzieć. – I tak miałem skontaktować się z panią i pozostałymi, żeby poinformować was, że wydaje mi się, że już czas najwyższy przenieść tę wojnę do ofensywy, zamiast tak siedzieć w defensywie. Tego rodzaju rajd będzie idealny. – Rozejrzał się, ale nie sądził, żeby ludzie, o których wspomniała Hawthorn, stali wokół nich pod zaklęciami kameleona, inaczej już by ich zauważył. – Gdzie są ci ludzie, z którymi pani chce, żebym się spotkał?

Hawthorn podniosła głowę i wydała dziwny dźwięk, pół–szczek, pół–skowyt. Chwilę później cienie poruszyły się na skraju Zakazanego Lasu i wyszło z niego sześciu ludzi.

Harry zorientował się szybko, że trzech z nich zna: Tybalta Starrise'a, jego partnera Johna i Laurę Gloryflower. Pozostała trójka, dwie kobiety i mężczyzna, byli mu obcy.

Cała trójka była jednak, co Harry zauważył, kiedy tylko podeszli bliżej, wilkołakami. Pokazywały to ich oczy, przyciemnione niemal do koloru bursztynu, tak samo jak ich nerwowe nozdrza. Kiedy to już ustalił, szybko domyślił się, kim musieli być: trójką dzieci ze świetlistych rodzin, które ugryzł Fenrir Greyback, trójką wilkołaków, dla których robił wywar tojadowy.

Harry pokłonił się lekko w kierunku obcego mężczyzny.

– Fergus Opalline? – zapytał.

Mężczyzna kiwnął głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Miał w sobie dziką nieśmiałość, która przypominała Harry'emu o Remusie, a przynajmniej o tym, jaki Remus był przed pobytem w Sanktuarium. Miał wyjątkowo jasne włosy, platynowo blond, który przypominał Harry'emu o Malfoyach. Harry uznał, że zachowa oba te porównania dla siebie i spojrzał na dwie kobiety.

Jedna wyglądała zbyt podobnie do Laury, żeby nie być z nią spokrewniona. Jej włosy były chmurą złotych loków, przeplecionych dzwoneczkami, które obwieszczały ją światu jako w pełni wyszkoloną czarownicę wojenną. Harry zagapił się w szczerym zainteresowaniu, pewien, że musiała się za tym kryć jakaś historia; wyglądała jakby miała około dwudziestu lat, a taki trening zazwyczaj trwał przynajmniej dekadę.

– Delila Gloryflower? – zapytał.

Obnażyła na niego zęby, obwąchując go uważnie, a Harry zastanowił się przez moment, kto właściwie jest przewodnikiem ich pośpiesznie zebranego stada, ona czy Hawthorn. Pewnie Hawthorn, ponieważ dłużej od nich była wilkołaczycą, ale Harry'emu wydawało się, że Delila niebawem wyzwie ją do walki o przywództwo – o ile hierarchia wśród wilkołaków działała w podobny sposób jak u wilków, a Harry nie był tego taki pewien.

– Owszem – powiedziała. – Miło pana wreszcie poznać, panie Potter. – Przechyliła nagle głowę na bok i odprężyła się, jakby zapach jego magii w jakiś sposób ją uspokoił.

Harry odwrócił się i kiwnął głową do ostatniej kobiety. Miała nisko pochyloną głowę, ale podniosła ją gwałtownie. Harry skrzywił się, widząc, że ślady po ugryzieniu znajdowały się na całej prawej stronie głowy. Brakowało jej prawego ucha, widać było, że kły Greybacka zatrzymały się zaledwie o kilka cali od jej oka. Była na kilka sposobów podobna do Tybalta, ale jej potężna blizna i ciemne włosy kompletnie ją od niego odróżniały.

– Jestem Claudia Gryffinsnest – powiedziała. – Gap się, jeśli chcesz. Jestem ci winna dług, którego nigdy nie będę w stanie spłacić i straciłam rzeczy, których już nigdy nie odzyskam.

– Przykro mi – zaoferował jej cicho Harry. Zawahał się, po czym uznał, że jednak powinien zaryzykować, więc podwinął rękaw i pokazał jej kikut swojego lewego nadgarstka.

Claudia niemal momentalnie się odprężyła.

– Dziękuję – powiedziała. – Zawsze dobrze sobie przypomnieć, że inni też coś poświęcili, inaczej już dawno pogrążyłabym się w rozpaczy.

– To to jeszcze nie nastąpiło? – mruknął Tybalt. – Żebyś ty jej czasem posłuchał, Harry. Jest absolutnie nie do zniesienia, serio.

Claudia kłapnęła zębami na Tybalta. Harry nie był w stanie określić, czy zrobiła to poważnie, czy w żartach. Szrama, a może po prostu jej własna kontrola nad emocjami, sprawiła, że wyjątkowo ciężko było odczytać jej twarz. Delila położyła jednak dłoń na ramieniu Claudii, a Fergus rzucił Tybaltowi ostre spojrzenie, przysuwając się nieco do kobiet.

– Dobrze cię znowu widzieć, dziecko – powiedziała Laura Gloryflower i uwaga wszystkich momentalnie przeniosła się na nią. Harry zebrał się w sobie. Nie miał zamiaru tak po prostu przekazywać jej kontroli nad rozmową, jak to było kiedy spotkali się po raz pierwszy w ministerstwie. Odchylił głowę do tyłu, przyglądając się jej z opanowaną twarzą.

– Dziękuję, pani Gloryflower – powiedział. – Czy chciała się pani ze mną zobaczyć w jakiejś konkretnej sprawie?

– Po części jestem tu dlatego, że Delila jest moją siostrzenicą – powiedziała rześko Laura. – Chcę też jednak przyłączyć się do ataku. Powinnam już była się pojawić, kiedy ruszyłeś na Voldemorta w równonoc. Niestety, kilku członków mojej rodziny wciąż miało obiekcje przed przyłączeniem się do twojego sojuszu. Teraz już się ich pozbyli. – Jej spokojna twarz nie miała na sobie żadnych śladów wskazujących na to jak agresywne musiały być te kłótnie, ale Harry i tak nie był w stanie powstrzymać się przed wypatrywaniem ich. – Dostali porządny ochrzan – wyjaśniła Laura. – Rozmawiałam również z kilkoma członkami rodziny Fergusa. Przyłączą się jak tylko Paton Opalline przestanie dąsać się o to, że staram się go włączyć do sojuszu z kimś, kogo uważa za mrocznego czarodzieja. – Kiwnęła do Harry'ego. – Powiedziałam mu, że jesteś mrocznym czarodziejem, oczywiście, ale jesteś też świetlistym czarodziejem. Teraz zastanawia się nad tym.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie.

– Czy myśli pani, że przyłączą się do nas przed tym planowanym atakiem? – zapytał.

– Nie, nie sądzę – powiedziała Laura. – O ile jakimś cudem nie zdołają wziąć się w garść przed następnym tygodniem, ale Patonowi zawsze długo zajmowało podejmowanie jakichkolwiek decyzji.

Harry zamrugał, ale jego umysł już skojarzył o co chodziło.

– W następnym tygodniu będzie pełnia – szepnął niemal bezgłośnie do Hawthorn.

Hawthorn wyszczerzyła zęby w wesołym warknięciu.

– Właśnie tak – powiedziała. – Dlatego do ciebie przyszyliśmy, Harry. Chcemy walczyć po twojej stronie w wilkołaczych formach. Narcyza podczas tortur wyciągnęła nazwę Leśnej Twierdzy od swojej siostry. – Harry zauważył, że świetliste wilkołaki zmarszczyły brwi na wspomnienie tortur, a Laura zacisnęła usta. Hawthorn to zignorowała. – Wiem, gdzie jest Leśna Twierdza i jak wygląda. Mroczny Pan używał go jako bazy podczas pierwszej wojny. Mam nadzieję, że to pokaże ministerstwu, że nie wszystkie wilkołaki są złe. – Hawthorn zamknęła szczęki aż jej zęby kliknęły. – Starają się przepchnąć jeszcze bardziej restrykcyjne prawa, Harry.

Harry zmarszczył brwi. Zastanowił się, czemu nie słyszał niczego na ten temat od Scrimgeoura. Podejrzewał, że mogło mieć to jakiś związek z tym, że minister nie mógł okazać osobistego zainteresowania rozprawą o znęcanie się nad dzieckiem, bo to mogłoby w jakiś sposób zaważyć na opinii publicznej. No nic, po prostu później do niego o tym napiszę.

– Powinniśmy w takim razie wezwać pozostałych – powiedział Harry. – Jest sobota, więc mam dla was cały dzień. Chcę stworzyć plan, który zmaksymalizuje siły wszystkich tych, którzy będą w stanie zaatakować razem z nami tej nocy.

Hawthorn uśmiechnęła się.

– Miałam nadzieję, że to powiesz.


Było już południe, zanim wszystkim udało zebrać się w pokoju życzeń. Ku lekkiemu rozbawieniu Harry'ego McGonagall nie tylko zgodziła się na wpuszczenie tak wielu mrocznych czarodziejów na teren szkoły, ale też nalegała na wzięcie udziału w tym spotkaniu. Jasne, wzięła udział w poprzednim, ale wtedy nie miała innego wyjścia, ponieważ odbyło się ono w jej gabinecie. Harry zastanawiał się, czy czasem nie ma zamiaru wziąć udziału w ataku.

Pewnie nie. Zna swoje obowiązki, a jej śmierć byłaby katastrofalna dla Hogwartu. Prawdopodobnie chce się tylko upewnić, że nie rzucamy jakichś niebezpiecznych zaklęć na terenie szkoły.

Pokój postanowił przedstawić się im jako ogromne pomieszczenie z kręgiem foteli, tapczanów i dywanów, co było podobne do tego, kiedy Harry spotkał się tu ze swoimi mrocznymi sojusznikami w ostatnie Halloween. Spodobała mu się wiadomość, zachęcająca do zjednoczenia się...

Ale ta została gwałtownie stłumiona w chwili pojawienia się jego mrocznych sojuszników. Zerknęli tylko na Laurę Gloryflower, Tybalta, Johna i świetliste wilkołaki, po czym usiedli po przeciwnej stronie kręgu. Harry zgrzytnął zębami, zwłaszcza kiedy zobaczył sposób, w jaki Arabella Zabini trzyma różdżkę w dłoni, z oczami pełnymi cieni i obaw, a Adalrico otwarcie gapi się na Laurę, jakby nie był w stanie pojąć, co tu może robić ktoś taki jak ona. Laura po prostu kiwnęła do wszystkich głową, bezwzględnie uprzejma, po czym wróciła do rozmowy ze swoją siostrzenicą. Mortimer zaraz po wejściu uśmiechnął się krzywo z wyższością. Burke wydał z siebie przyduszony dźwięk. Laura zachowywała się, jakby ci dwaj dla niej nie istnieli.

Harry jednak zauważył warkot, który skrzywił usta Claudii, sposób, w jaki oczy zaiskrzyły się Henrietcie na widok jej blizny i bez problemu był w stanie wyobrazić sobie to, co zaraz nastąpi.

A potem Honoria weszła i uratowała sytuację.

Tybalt! – zapiszczała z radością, jakby umierała z tęsknoty za nim, po czym przebiegła przez pokój i rzuciła mu się w objęcia. Tybalt wstał i z głośnym mlaśnięciem pocałował ją w oba policzki. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że większość obecnych ludzi gapi się na nich. Nie dziwiło go to. Sam się gapił.

Honoria, ukryta bezpiecznie w ramionach Tybalta, rozejrzała się po pokoju niewinnymi i szeroko otwartymi oczami, a iluzje skrzatów domowych tańczyły wokół niej.

– Czas najwyższy, żebyśmy się wreszcie zdradzili z naszym romansem – powiedziała. – Widzicie, tak się składa, że tak naprawdę jestem mężczyzną, a Tybalt jest kobietą, i byliśmy w sobie zakochani odkąd mieliśmy dziewięć lat. Przykro mi, jeśli was tym rozczarowaliśmy. – Kiwnęła do Johna głową. – Zwłaszcza ciebie, John, choć doprawdy, powinieneś był coś zacząć podejrzewać w chwili, w której Tybalt zaczął nosić spódnice.

John podniósł dłoń i trzepnął swojego partnera w ramię.

– To dlatego nie dałeś mi się zaciągnąć do łóżka odkąd się związaliśmy – powiedział. – Obrzydliwa wysypka na całym ciele, akurat.

Honoria i Tybalt zanieśli się głośnym chichotem i wreszcie odsunęli od siebie. Honoria usiadła w fotelu tuż obok nich i zaczęła o czymś energicznie szeptać. Cisza, która oprócz tego zapadła w pokoju, była spowodowana tym, że wszystkich zatkało, ale atmosfera z pewnością zrobiła się mniej napięta. Harry podejrzewał, że przez jakiś czas nikt niczego nie zrobi, obawiając się, że się po prostu ośmieszy. Co można było zrobić po takim przedstawieniu?

Zaczekać na pojawienie się kolejnych sojuszników, jak się okazało. Ignifer obrzuciła świetlistą grupę zgorzkniałym spojrzeniem, po czym usiadła jak najdalej od nich, ale Harry przynajmniej nie musiał się obawiać, że zrobi coś niebezpiecznego; po tym pierwszym skrzywieniu się, sprawiała wrażenie zdeterminowanej, aby udawać, że tamci w ogóle nie istnieją. Snape i Regulus jak do tej pory zdawali się być usatysfakcjonowani rzuceniem Harry'emu kilku surowych spojrzeń i podejrzliwym przyglądaniem się dosłownie wszystkim innym. Thomas zaraz po wejściu podszedł do Harry'ego z książką i usiłował porozmawiać z nim o czymś, co nazywał Wielką Zjednoczoną Teorią Każdego Rodzaju Magii, ale na szczęście jego żona weszła zaraz po nim i zdołała go uprzejmie odciągnąć na bok. Kiedy Malfoyowie weszli do środka, Lucjusz kiwnął do Harry'ego, a Narcyza pocałowała go w policzek. Narcyza rozejrzała się po pokoju, szybko pojmując sytuację, po czym usiadła obok Laury Gloryflower, celowo i wyraźnie podając jej dłoń na powitanie.

Prawdziwym zaskoczeniem okazały się dwie ostatnie osoby. Remus wszedł, jakby ktoś go zaprosił, po czym momentalnie usiadł obok Claudii. Harry podniósł brew, ale odprężył się, kiedy zobaczył jak inne wilkołaki, nawet Hawthorn, uśmiechają się na widok i zapach Remusa. Remus tymczasem rozmawiał z ożywieniem z Fergusem, który zaczął mu powoli i nieśmiało odpowiadać.

A potem pojawił się Charles. Poderwał wzrok na dźwięk śmiechu Laury i zapatrzył się na nią. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, którego Harry jeszcze nigdy u niego nie widział, głęboki i tęskny.

– Madam – powiedział. Laura obejrzała się na dźwięk jego głosu. Harry zobaczył jak jej twarz pojaśniała z radości.

– Charles Rosier–Henlin – powiedziała, wstając. Przeszła przez pokój, żeby pocałować go w policzek, a kiedy głowa świetlistej rodziny witała w ten sposób głowę mrocznej rodziny, to nie było żadnych wątpliwości, że musieli być dobrymi przyjaciółmi. Odsunęła się od niego i dygnęła. – Wciąż uśmiechasz się jak kiedyś. Nie masz pojęcia jak bardzo mnie to cieszy.

– Mroczne sztuki nie korumpują, Lauro, bez względu na to, co innego mogą odbierać. – Charles chwycił ją za rękę i przysunął do niej bliżej. Harry zobaczył jak autentyczne uwielbienie łagodzi rysy jego twarzy i wiedział, zupełnie jakby właśnie to ogłosili, że Charles prawdopodobnie w pewnym momencie zupełnie poważnie rozważał oświadczenie się stojącej przed nim czarownicy. – Wygląda też na to, że Światło nie odebrało ci twojej gracji i piękna.

Laura uśmiechnęła się.

– Naprawdę ci się wydawało, że będzie w stanie to zrobić?

– Nie – przyznał Charles. – Jesteś zbyt silna na to, żeby dowolna deklaracja była w stanie cię zmiażdżyć.

Laura musnęła jego policzek w kolejnym pocałunku, po czym poklepała go po ramieniu i wróciła na swoje miejsce. Charles ruszył za nią i zajął ostatnie wolne miejsce, które zostało pozostawione jako swego rodzaju granica między Światłem i Mrokiem – wiążąc ich tym samym w prawdziwym kręgu. Harry uśmiechnął się do niego i otrzymał lekki uśmiech w odpowiedzi.

Harry wszedł wtedy do środka kręgu, czując jak oczy wszystkich śledzą go i próbują pożreć żywcem. Draco, siedzący w kręgu obok Lucjusza, przyglądał mu się wyjątkowo bystro. Harry sięgnął w głąb siebie, chwytając wściekle tę siłę, która pozwoliła mu iść dalej po wizycie jego matki w ostatnie święta, żeby teraz nie załamać się pod naporem spojrzeń. Przerzucał wzrok z jednej twarzy na drugą, chwytając ich miny, złapane w połowie szepty czy marszczenia brwi.

– Wiem, jak wygląda Leśna Twierdza – powiedział cicho. – Pani Parkinson przekazała mi jego obraz. Powiedziała, że Voldemort często używał go jako bazy w czasie pierwszej wojny. Jest bardzo prawdopodobne, że używa go teraz jako miejsca do ukrywania porwanych mugoli. Nawet jeśli nie, to będzie ono pełne śmierciożerców. Chcę się ich stamtąd pozbyć i przejąć ten dom podczas październikowej pełni księżyca.

– Chcesz zabrać z nami wilkołaki? – Mortimer podniósł głos z niedowierzaniem. – Skąd mamy mieć pewność, że się nie zwrócą przeciw nam i nie pożrą nas żywcem?

– Będą pod wpływem wywaru tojadowego, oczywiście – powiedział Harry. Gdyby nie oficjalna obietnica, którą mu złożyłem, to już bym go wyrzucił z tego sojuszu. Narcyza twierdziła, że jego obecność przyciągnie do nas resztę jego rodziny, ale jak do tej pory żadne z nich nawet nie spróbowało się ze mną skontaktować. Mam wrażenie, że Mortimer może się okazać się dla nas po prostu zbędnym ciężarem. Będę musiał przyjrzeć się rytuałom odwracającym zobowiązania formalnego sojuszu. – To pozwala im pozostawać ludźmi na umyśle, nawet jeśli nie na ciele. Możemy liczyć na... – Zerknął na Remusa. – Pięć wilkołaków?

Remus kiwnął głową, oczy mu lśniły. Harry uśmiechnął się. Remus naprawdę się zmienił. Przed Sanktuarium nawet by mu do głowy nie przyszło zaatakować kogoś w swojej wilczej formie. Teraz nie tylko ufał wywarowi tojadowemu, ale też własnemu temperamentowi w ciele wilkołaka. To był ogromny krok naprzód.

– Pięć wilkołaków – powtórzył Harry z mocą. – Czarownicę wytrenowaną w magii ognia. – Pochylił głowę w kierunku Ignifer, która przytaknęła. Jak do tej pory nawet nie wspomniała o długu życia, jaki miał wobec niej za ratunek podczas równonocy. Harry nie wiedział czemu, ale nie miał zamiaru o tym zagajać na wypadek, gdyby wolała to zostawić jako prywatną sprawę między nimi. – Czterech byłych śmierciożerców w ludzkich formach, z czego jeden z nich jest mistrzem eliksirów. Kilkoro utalentowanych, mrocznych czarodziejów i czarownic. Iluzjonistkę, która, mam nadzieję, wciąż jest w stanie przedostać się szybko z miejsca na miejsce? – Przechylił głowę w kierunku Honorii, która podskakiwała lekko na miejscu, przytakując ochoczo. – Dwójkę świetlistych czarodziejów. I, mam nadzieję, lwicę. – Zerknął na Laurę Gloryflower.

– Uważam większość świata za moje dzieci – powiedziała Laura. – Tak musi do tego podejść czarownica puellaris, która chce przeżyć, obejmując rolę publiczną. Nie będę miała najmniejszych problemów z przemianą tuż przed walką, panie Potter.

Harry kiwnął głową, po czym obrócił się w kierunku Priscilli Burke.

– A co z panią? Czy może pani sobie pozwolić na przyłączenie się do nas?

– Nie bez zgody aurorki Mallory, panie Potter – powiedziała niechętnie Priscilla. – Nie poinformuję ministerstwa o tym ataku, ponieważ upieraliby się przy swojej asyście, co raczej tylko wchodziło by wam w drogę, ponieważ aurorzy spróbowaliby zmusić wszystkich do nie używania mrocznej magii. A niestety, nie będę w stanie walczyć, nie zdradzając przy tym przysiąg, które złożyłam jako aurorka.

– Właśnie dlatego powinnaś się zadeklarować, moja droga – powiedział jej Thomas. – Zadeklaruj się Mrokowi, to aurorka Mallory cię zwolni i będziesz mogła walczyć razem z nami. Widzisz? To naprawdę proste.

Priscilla uśmiechnęła się do swojego męża.

– Kuszące – powiedziała lekkim tonem. – Ale raczej nie. Co jestem w stanie zrobić, panie Potter – ciągnęła, przerzucając wzrok z powrotem na Harry'ego – to poinformować ministerstwo, kiedy już będzie po wszystkim. Jeśli złapiecie jakichś śmierciożerców, którym należy się pobyt w Tullianum, będziemy w stanie pojawić się i ich stamtąd zabrać.

Harry uśmiechnął się.

– Znakomicie. – Zawahał się na moment, ale przypomniał sobie, że nie powinien obawiać się używania magii przy swoich własnych sojusznikach. W dodatku to powinno być dla niej dobrym ćwiczeniem, dokładnie tego rodzaju, który polecała mu Acies. Ponadto pewnie im zaimponuje, czy coś. Pstryknął palcami, a płachta papieru, którą miał przygotowaną zawczasu, uniosła się z kąta pokoju, muskając po drodze Lucjusza po głowie, po czym wylądowała przed nim.

Harry skupił wzrok na płachcie i przymrużył oczy. Hawthorn pozwoliła mu użyć na sobie legilimencji, więc miał w głowie bardzo dobry obraz Leśnej Twierdzy. Sztuczka polegała na przeniesieniu tego obrazu na papier, zrobienie z niego użytecznej mapy.

Pingo Leśna Twierdza – powiedział, koncentrując się intensywnie. Papier zmiął się, przeciągnął, jakby miał lada chwila rozedrzeć się na pół, po czym nagle wyprostował się ponownie płasko. Harry kiwnął głową, kiedy otrzymany od Hawthorn obraz zaczął pojawiać się jako widok z lotu ptaka: potężna kotlina wśród walijskich gór, otoczona z trzech stron wysokimi, kamiennymi ścianami. Czwarta strona schodziła w dół, skręcając lekko po drodze, oferując jedyne wejście do doliny, nawet jeśli było ono zarośnięte drzewami. Harry potrafił zrozumieć, czemu Voldemort upodobał sobie to miejsce. Było gęste od naturalnej magii – musiało być, inaczej mugole już dawno by je znaleźli i zutylizowali – i niesamowicie proste do obrony z ziemi. Jego kształt pozwalał na umieszczenie zaledwie kilku osłon anty–aportacyjnych do ochrony całej doliny. Stojące w niej budynki, wszystkie poza jednym zrobione z kamienia i pokryte, jak mu pokazała Hawthorn, grubymi osłonami, były ustawione w czworobok, dzięki czemu można z nich było zobaczyć atak rozpoczynający się w dowolnym miejscu. Stojący w środku drewniany budynek, sama Leśna Twierdza, był osłonięty kilkoma tuzinami różnych zaklęć przeciwpożarowych. Voldemort mógł przeprowadzać w nim te rytuały, na które kamienne ściany mogły niewłaściwie wpłynąć.

– Rozpoznaję to miejsce – powiedziała Henrietta, zaskoczonym głosem. –Jak właściwie chcesz je zaatakować, Potter?

Harry uśmiechnął się ponuro.

– Mieszanką dywersji i powietrza – powiedział. Obrócił się wokół, patrząc kolejno każdemu w oczy. – Muszę wiedzieć, kto z obecnych tu osób najlepiej radzi sobie na miotle.

– Ja jestem w tym całkiem niezły – powiedział cicho John.

Harry kiwnął do niego głową, po czym krążył dalej. Draco, oczywiście, pochylił się przed siebie, przyglądając mu się uważnie, aż Harry nie wywrócił oczu i kiwnął głową. Wtedy Draco, usatysfakcjonowany, odchylił się z powrotem. Regulus wyszczerzył się do niego. A potem rękę podniosła, jakby sama nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę to robi, Henrietta.

Harry spojrzał Henrietcie w oczy. Nie ufał jej. Z drugiej jednak strony musiałaby być niesłuchanie głupia, gdyby zadeklarowała przed wszystkimi, że umie latać na miotle, a nie była w stanie.

– Jest pani pewna, że chce się przyłączyć do mnie w powietrzu? – zapytał ją.

Henrietta westchnęła szybko.

– Jestem pewna, że chcę, żeby ten atak się powiódł – powiedziała, a potem wyglądała na zaskoczoną, że naprawdę to powiedziała. Brnęła jednak dalej. – Widziałam na plaży, do czego zdolny jest Mroczny Pan... nie, Voldemort. Jego zwycięstwo nie przyniesie niczego dobrego mojej rodzinie ani moim ambicjom. W dodatku wolę odegrać kluczową rolę w ataku, zamiast być po prostu kolejną mroczną czarownicą gdzieś w tle, Potter.

W to Harry był w stanie uwierzyć. Ponadto był absolutnie przekonany, że na miotle radził sobie lepiej od Henrietty. Kiwnął głowa, po czym wrócił do mapy.

– Pani Parkinson pokazała mi, że nie ma tam żadnych zaklęć, chroniących przed atakiem z mioteł – powiedział. – Miotły są zrobione z drewna, więc wycelowane w nie zaklęcia zakłóciłyby magię samej Leśnej Twierdzy. Z pewnością jednak zobaczy nas straż. Będziemy potrzebowali dywersji, tak żebyśmy mogli przelecieć nad nimi niezauważeni. Do tego właśnie przydadzą nam się wilkołaki i nasza lwica. – Kiwnął głową do Hawthorn, która wyszczerzyła zęby w czymś, co nie było uśmiechem. – Pani Hawthorn zna teren otaczający Leśną Twierdzę i może pokazać pozostałym, gdzie powinni się aportować przed wzejściem księżyca. Wtedy się transmutują i przebiegną przez las, odwracając uwagę straży ode mnie i tych, którzy będą razem ze mną na miotłach. Voldemorta tam nie będzie, więc skupię się na zniszczeniu osłon anty–aportacyjnych. Kiedy te padną chcę, żeby wszyscy się tam natychmiast aportowali.

– Mogę przekazać wiadomość! – zadeklarowała Honoria, niemal wibrując.

Harry uśmiechnął się do niej.

– Dziękuję, ale bardziej przydasz nam się na ziemi z twoimi iluzjami. Jesteśmy w posiadaniu zaklęcia wynalezionego przez Charlesa, które pozwoli mi poinformować wszystkich w chwili, w której osłony opadną; nauczę go was pod koniec spotkania. – Rozejrzał się po pozostałych. – Co myślicie jak na razie o tym planie?

– Myślę, że nie wszyscy znamy Leśną Twierdzę – burknął Burke. – Jak niby mamy znaleźć i uwolnić więźniów?

– Właśnie dlatego mamy ze sobą śmierciożerców – powiedział Harry. – Podzielicie się na trzy grupy – jedną prowadzoną przez pana Malfoya, jedną przez pana Bulstrode'a i jedną przez profesora Snape'a. – Zerknął szybko na Snape'a, który pobladł, ale tylko kiwnął głową, kiedy Harry spojrzał mu w oczy. Chociaż raz postanowił podejść do sprawy praktycznie, pomyślał Harry. Dobrze wie, że nie radzi sobie w powietrzu na tyle dobrze, żeby mnie tam chronić.– Będą w stanie pokazać wam, gdzie prawdopodobnie znajdują się więźniowie i jakich pułapek oczekiwać.

– A co, jeśli Sam–Wiesz–Kto założył nowe pułapki? – zapytał Tybalt zaniepokojonym głosem. Harry zauważył, że co chwila zerka na swojego partnera, jakby nie podobała mu się myśl, że w czasie ataku zostaną od siebie oddzieleni. – Przecież wie, że niektórzy z jego starych popleczników go zdradzili, więc czemu nie miałby tego zrobić?

– Unikalna natura Leśnej Twierdzy ogranicza ilość zaklęć obronnych, których można użyć na tym terenie – powiedział gładko Lucjusz. – Mroczny Pan niewątpliwie zmienił niektóre z pułapek, ale byłem częstym gościem w Leśnej Twierdzy na rok przed jego upadkiem. Istnieje bardzo niewiele pułapek, które mnie tam zaskoczą. – Oczy mu zabłysły kiedy się uśmiechnął, a Harry zobaczył, jak strasznie Lucjusz nie może doczekać się ataku na Voldemorta. Oczywiście, ostatecznie Voldemort nasłał na niego Evana Rosiera, naznaczył go na całe życie i zrobił mu inne rzeczy. – Opowiem wam o nich później.

Harry pstryknął palcami, przypominając sobie coś, o co zapomniał zapytać Hawthorn.

– Pani Parkinson – powiedział, odwracając jej uwagę od cichej kłótni z Delilą. – Czy Madam Apollonis będzie tam w stanie używać ognia, czy też zaklęcia Leśnej Twierdzy w ogóle zabraniają używania jakiejkolwiek magii ognia?

– Nie – powiedziała Hawthorn. – Nie będzie w stanie zniszczyć samej Leśnej Twierdzy – wręcz bym jej to odradzała – dodała, kłaniając się lekko w kierunku Ignifer – ale będzie w stanie użyć swojego ognia na inne sposoby.

– Świetnie. – Harry odwrócił się do Ignifer. – Będę na tobie polegał w kwestii oświetlenia podczas ataku, kiedy już wszystko zacznie się na dobre i nie będziemy musieli się kryć. Księżyc będzie w pełni, owszem, ale nie chcę zaryzykować, że przez przypadek trafimy się nawzajem.

Ignifer wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej najlepszy prezent urodzinowy na świecie.

– Absolutnie żaden problem.

– Skąd ta pewność, że Mrocznego Pana tam nie będzie? – zapytał Burke. Po jego tonie można by się domyślić, że po prostu chciał utrudnić Harry'emu życie, ale Harry był wdzięczny za to pytanie, jak i za to, że to właśnie Burke je zadał. Mężczyzna stawił się do walki, kiedy go wezwano, ale był też niesłychanie irytujący, więc może nieco zaimponuje mu informacja o tym, co się tak naprawdę stało na plaży.

– Zbyt mocno go skrzywdziłem – powiedział Harry. – Wryłem się w jego magiczny rdzeń, nie tylko w moc, którą zdołał zyskać od innych ludzi. Będzie wściekły, tak, ale nie zaryzykuje walki ze mną – a nie ma żadnego powodu, dla którego miałby przebywać właśnie w Leśnej Twierdzy, zamiast w dowolnej innej fortecy. – Zerknął na Lucjusza, który przytaknął. Lucjusz powiedział mu na osobności, że Voldemort najprawdopodobniej wycofał się do jednego ze swoich legowisk, żeby lizać swoje rany, a do których żadni śmierciożercy, choćby nie wiem jak zaufani, nie mieli wstępu. – Przynajmniej miesiąc zajmie mu kompletne dojście do siebie. Jeśli będzie właśnie tam, to może nam sprawić kłopoty, ale nie na taką skalę jak wcześniej, a ja i tak będę w stanie użyć swojej magii do innych celów.

– Miesiąc? – Głos Henrietty był ożywiony z ciekawości. – Skąd ta pewność?

Harry wzruszył ramionami.

– Po prostu to wiem. Obaj mamy zdolność do pożerania magii. Wyczułem, co mu zabrałem. To jak ocenianie ilości wody w szklance. Wiem jak to zrobić na oko, ale nie byłbym w ten sposób w stanie określić, ile uncji znajduje się w środku.

Henrietta zmarszczyła brwi, po czym jej oczy otworzyły się na moment szerzej, jakby coś jej przyszło do głowy. Nic jednak nie powiedziała, więc Harry skupił się na innych problemach, jakie zostały – pomniejszych problemach, skoro nikt nie zaproponował zmiany głównego planu. Potem już tylko należało upewnić się, że wszyscy nauczą się zaklęcia komunikacyjnego, zapamiętają topografię Leśnej Twierdzy i zrobią wszystko co będą w stanie, żeby upewnić się, że ten atak zakończy się sukcesem.

Harry nie był w stanie uwierzyć w to, o ile lepiej czuł się teraz, kiedy wreszcie robił coś, co powinno zakończyć się poważną stratą ze strony Voldemorta. Zdecydowanie powinien częściej planować ataki ofensywne.

Co było dziwne, naprawdę, jeśli wziąć pod uwagę to, jak dużo czasu spędził na trenowaniu magii defensywnej do obrony Connora.

Wzruszył ramionami, ponieważ rozmyślanie o tym oznaczało znowu myślenie o sobie, czym był już naprawdę zmęczony, po czym wrócił do omawiania konkretnych planów odnośnie tego, jak po wszystkim wyprowadzić mugoli z doliny.


Henrietta czuła się, jakby ktoś wyrwał spod niej miotłę. Przyglądała się Potterowi, tym razem poświęcając specjalną uwagę bliźnie w kształcie błyskawicy pod jego grzywką. To naprawdę miało sens. A ten drugi zbieg okoliczności był o jednym za dużo. Czuła się naprawdę głupio przez to, że wcześniej tego nie zauważyła.

Obaj wężouści. Obaj ze zdolnością do osuszania innych z magii. I tak, to może być przeklęta blizna po przeżyciu Avada Kedavry. To nie tak, że przeżyło ją dość ludzi, żeby istniała jakaś zasada, że te blizny muszą być w kształcie serca.

Potter jest magicznym dziedzicem Voldemorta. I niemal na pewno tym, kto tak naprawdę odbił w niego klątwę zabijającą.

To... nieco zmieniało postać rzeczy.

Henrietta stukała palcami w kolano, wynurzając się ze swoich rozmyślań tylko kiedy musiała się nauczyć zaklęcia, rzucić uwagę, która nikomu nie przyszła do głowy, czy odpowiedzieć na pytanie. W międzyczasie jej myśli wiązały się ze sobą, tkając inny obrazek przyszłości od tego, który miała w głowie jeszcze godzinę wcześniej.

Istniała niewielka, maleńka szansa na to, że Potter jednak może okazać się takim przywódcą, jakimi byli Lordowie i Lady z zamierzchłych czasów, którzy traktowali swoich towarzyszy jak faktycznych towarzyszy, nie mięso armatnie, czy ochroniarzy, których łatwo wymienić na innych. Merlin jeden wiedział, że Voldemort nie traktował w ten sposób swoich śmierciożerców i właśnie dlatego Henrietta nigdy nie zamierzała się do nich przyłączyć. Była za sprytna, zbyt uzdolniona, zbyt cenna na to, żeby być czyimś zwierzątkiem.

Kiedy usłyszała o tym, że Potter nie ma zamiaru zostać lordem, a potem go spotkała, uznała go za zbyt emocjonalnie niestabilnego i słabego na to, żeby okazać się czarodziejem zdolnym do tego, aby stanąć obok swoich sojuszników jako ktoś im równy, a co dopiero zostać ich przywódcą.

Ale jeśli to nie była prawda...

Henrietta strzeliła swoimi myślami jak z bicza, prostując je z powrotem. Wiedziała przecież jaki jest świat. Żyła w nim i dobrze jej się powodziło, przeżyła, kwitła, ponieważ znacznie łatwiej od innych ludzi przychodziło jej akceptowanie swoich rozwianych nadziei i zmiażdżonych oczekiwań. Podczas gdy jej domownicy gapili się tylko i narzekali na to, że Slytherin jest źle postrzegany przez inne domy, Henrietta przyjęła to do wiadomości i zrobiła z tego broń. I choć, gdy była młodsza, słuchała powieści o prawdziwych Lordach i Lady z sercem przepełnionym nadzieją , jeszcze przed ukończeniem siódmego roku życia przekonała się, że nikt tak nie funkcjonuje w czarodziejskim świecie, ani Grindelwald, ani Albus Dumbledore, ani Voldemort.

Głupotą z jej strony byłoby myślenie, że Potter byłby jakimś wyjątkiem od reguły, zwłaszcza kiedy odmówił przyjęcia tytułu. Musiałaby być idiotką, żeby w ogóle wziąć pod uwagę szansę, że tym razem może być inaczej.

Mimo to...

Przecież miała czas, żeby się nad tym zastanowić, prawda? Nikt nie wiedział, że ma włosy Pottera. Zaczęła warzenie eliksiru wielosokowego, ale ten będzie gotowy dopiero za trzy tygodnie. W dodatku jej plan nie wymagał pośpiesznego działania.

Miała czas, żeby poddać Pottera testowi, poleci obok niego w czasie tego ataku i zobaczy, czy jest prawdziwym Lordem.

Wiesz przecież, że nie jest.

Ale chciała zobaczyć.

Henrietta Bulstrode nigdy nie pozostawała ślepa na rzeczywistość. Jeśli rzeczywistość postanowiła zrobić nagły zwrot i stać się czymś niezwykłym i wzniosłym, to równie dobrze Henrietta może polecieć obok Pottera ze szczerym sercem i zobaczyć jak będzie.

Włożyła w podjęcie tej decyzji zdecydowaną siłę, choćby po to, żeby zakończyć spór w jej umyśle, który wciąż chciał, żeby stawiała się Potterowi. Uważała, że to było naprawdę irytujące. Ostatnimi czasy miała wrażenie, jakby niektóre jej myśli nie należały do niej, zupełnie jakby ktoś nimi kierował, prowadził, sterował.

Zakończyła konflikt krótkim i szybkim potrząśnięciem głową – miała zamiar przez jakiś czas stać po stronie Pottera z otwartym sercem – i wróciła do planów bitwy.