Wszystkie pretensje należy kierować do właścicielki tej serii - czyli nie do mnie.


36. Kiedy się ocknęłam, było wciąż jeszcze ciemno. Obróciłam się niespokojnie na posłaniu i zdałam sobie sprawę, że tym, co mnie obudziło, była nieobecność Erica, który właśnie wyślizgiwał się z łóżka.

- Dokąd idziesz? - zapytałam odrobinę gwałtowniej, niż bym sobie tego życzyła.

- Noc się kończy – odparł. - Muszę wracać do Shreveport.

To była absolutnie logiczna odpowiedź – Eric był wampirem, a ja nie miałam światłoszczelnego pomieszczenia w moim obecnym lokum. Mimo to nie mogłam się pozbyć uczucia rozczarowania, do którego nie miałam prawa. Patrzyłam jak szybko i cicho wciąga na siebie ubrania.

- Powinnaś jeszcze zasnąć – powiedział, po czym schylił się, żeby pocałować mnie na pożegnanie.

Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć: dzięki za nockę? Na razie?

- Skoro tak twierdzisz – wymamrotałam zamiast tego w ramach uniku.

Uśmiechnął się do mnie.

- Do zobaczenia – powiedział i musiałam się powstrzymywać przed nadinterpretowaniem tego zdania.

Kiedy wyszedł odwróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy. Byłam tak wymęczona wydarzeniami ostatnich dni, że pomimo kotłujących się we mnie emocji niemal natychmiast zapadłam na powrót w sen.


Kiedy obudziłam się ponownie, byłam rzecz jasna sama w domu. Patrzyłam dobre pięć minut w sufit. Byłam odrobinę oszołomiona wszystkim, co stało się w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Obróciłam się na bok i mój wzrok padł na szafkę nocną. Z zaskoczeniem zobaczyłam na niej krwistoczerwoną różę. Zmarszczyłam brwi i uniosłam się na łokciu. Pamiętałam dobrze, jak Eric wychodził i nie wydawało mi się (a w każdym razie miałam nadzieję), żeby ktokolwiek po nim wchodził do pokoju. Podniosłam leżącą koło kwiatu kartkę. Prychnęłam, kiedy ją przeczytałam:

Nie wstawaj. Zaraz wracam.

E

I po raz drugi, kiedy zdałam sobie sprawę, że róża pochodzi z krzaka w sąsiedzkim ogródku. Eric musiał ją znaleźć i zerwać po tym jak wyszedł i wrócić, żeby ją zostawić. Zapewne w tym czasie już spałam. Albo odwrotnie – mógł wymknąć się na chwilę wcześniej, niekoniecznie bym to zauważyła. Powinnam być oburzona, ale z jakiegoś powodu myśl o tym, że Eric ukradł dla mnie różę, poprawiła mi humor.

To była nowość (po pierwsze – o ile kolor doskonale wstrzelał się w to, co wiedziałam o gustach Erica, o tyle rodzaj kwiatu już nie do końca, po drugie – zwykle po prostu łapał za telefon i kupował co tylko sobie zażyczył), ale w sumie nie powinnam się dziwić. W końcu wiedziałam nie od dziś, że kiedy Eric zobaczył coś, co mu się spodobało, postanawiał to sobie wziąć.

Potrząsnęłam nad nim głową.

Lekceważąc jego zalecenia postanowiłam wstać. Stęknęłam. Natychmiast kiedy przystąpiłam do realizacji mojego szczytnego planu odkryłam, że jestem cała obolała – w niektórych miejscach z mniej, a w innych z bardziej przyjemnych powodów. Wyprostowałam się ostrożnie. Miałam nadzieję, że w ciągu dnia trochę się rozruszam. Nie było mowy, żebym przemieszczała się tak powoli i ostrożnie jako kelnerka.

Wstawiłam różę do wody. Zdążyła stracić już trochę ze swojej świeżości, ale miałam nadzieję, że się podniesie. Przy okazji skaleczyłam się w palec.

Kolce. Oczywiście. Może jednak róże o wiele bardziej pasowały do Erica, niż mi się na początku zdawało.

Nie pozwalając moim myślom spełznąć za daleko na manowce, jakie zwiastowało snucie tej analogii (i fakt, że chciałam zatrzymać różę pomimo jej kolczastości) zabrałam się za zwykłe poranne czynności. Starałam się odłożyć rozmyślanie o Ericu na później.

Reszta dnia zleciała mi szybko. Kiedy wstawiałam pranie, naszła mnie refleksja, że jeśli doznam jeszcze kilku obrażeń w moich roboczych ubraniach, to wkrótce zabraknie mi bluzek od uniformu. Musiałam zapamiętać, żeby poprosić Sama o kilka nowych. Później, gdy wychodziłam do pracy, stanęłam przed kolejnym odzieżowym problemem: dopiero w drzwiach przypomniałam sobie, że mój płaszcz zupełnie nie nadaje się do użytku. W dodatku nie mogłam go znaleźć.

- Och, Eric – westchnęłam sama do siebie, kiedy domyśliłam się, że musiał go ze sobą zabrać.

Przypuszczałam, że to oznaczało, że mogę się niebawem spodziewać nowego. Póki co jednak go nie miałam, więc musiałam zawinąć się w najcieplejszy sweter i przelecieć jakoś do samochodu. Wbrew sugestii Erica nie zamierzałam spędzić całego dnia w łóżku.

- Cześć Sookie! - pozdrowiła mnie Heileigh, kiedy zamykałam drzwi. – Słyszałam o Sweetie! To straszne.

Doznałam dziwnego uczucia. Heileigh nie pamiętała nic z własnego udziału w wydarzeniach poprzedniego wieczora. Tak samo jak, najprawdopodobniej, reszta miasta. W pewnym sensie było tak, jakby nic się nie zdarzyło. Prawie sama mogłam w to uwierzyć. Gdyby nie ślady po dwóch różnych zestawach kłów na moim ciele. Te mniej widoczne, mimo że świeższe, należały do Erica. Pomyślałam jakie to szczęście, że Mickey nie zdążył mnie ugryźć. To byłaby już przesada.

Przynajmniej przy okazji dowiedziałam się, że Heileigh była przekonana, że wszystko przespała i dowiedziała się o strzelaninie dopiero z porannych wiadomości. Widocznie taką wersję wydarzeń zainstalowała jej Pam. A może naprawdę kazała jej dosłownie iść spać? Cóż, to oznaczało przynajmniej, że nie muszę się martwić o to, czy słyszała mnie w nocy przez ścianę – pomyślałam rumieniąc się po same uszy.

Sam rzucił mi już w progu osobliwe spojrzenie. Musiał skądś wiedzieć, że wczoraj w miasteczku wydarzyło się więcej.

- Co ci się znowu, do diabła, przytrafiło? - syknął mi do ucha gdy udało mu się mnie złapać między zamówieniami.

Patrzył podejrzliwie na moją lewą rękę, którą starałam się dziś oszczędzać bardziej niż zwykle. Uuuuups. Miałam na rękawie małą, czerwoną kropkę. Wiedziałam, że powinnam była założyć rano po prysznicu nowy opatrunek. Niezabliźniona rana musiała się podrażnić od ubrania i wysiłku. Sam oczywiście mógł wyczuć, że plama nie miała niewinnego pochodzenia.

- Zaufaj mi, wolisz nie wiedzieć – odpowiedziałam z pełnym przekonaniem.

Sam patrzył na mnie twardo.

- Daję słowo, Sookie, jeśli znowu dałaś się wciągnąć w jakieś wampirze gówno...

- To co? - zapytałam odrobinę zbyt głośno. - Co takiego zrobisz?

Wzięłam głęboki wdech i wydech. Puściły mi nerwy. Nie powinnam była krzyczeć na niego w barze, ale prawda była taka, że Sam nie mógł zbyt wiele zrobić, więc tylko denerwowało mnie takie gadanie. Zwłaszcza, że akurat poprzedniej nocy dostałam mniej więcej taką samą dawkę „zmiennokształtnego gówna" jak i wampirzego, a Sam zdawał się o tym zapominać. To nie tak, że szukałam okazji, żeby „dać się w coś wciągnąć". Myślał, że nie wiedziałam, jakie to niebezpieczne?

Odstawiłam tacę z brudnymi naczyniami wkładając heroiczny wysiłek w to, by zrobić to cicho i delikatnie, zamiast trzasnąć i zadzwonić, jak miałam na to ochotę. Nawet wyrównałam tacę, by jej krawędź była dokładnie równoległa do krawędzi blatu.

- Przepraszam – powiedziałam. - To było niegrzeczne. Doceniam, że się o mnie martwisz, ale samej ani trochę nie podoba mi się, że ciągle obrywam, więc takie – hm – (przełknęłam w myślach wyrażenie, które nasunęło mi się jako pierwsze) – uwagi nie bardzo mi pomagają. Uwierz mi, wolałabym nie mieć nic wspólnego z zamachowcami do końca życia. Nie musisz mi przypominać, żeby trzymać się od nich z daleka.

Sam wyglądał na lekko obrażonego, mimo że w sumie nic takiego mu nie powiedziałam.

- Dobrze się czujesz? - zapytał w końcu, rozsądnie ignorując mój wybuch. - Jesteś pewna, że nie chcesz pójść do domu?

Uśmiechnęłam się słabo.

- Nie, dzięki. Dam radę.

Już miałam odejść, kiedy przyszło mi coś do głowy. Zawahałam się. Wiedziałam, że to będzie jak dolewanie oliwy do ognia, ale nie mogłam się powstrzymać. Zżerała mnie ciekawość.

- Hej, Sam? - zawołałam za nim.

- Tak?

Podeszłam szybko bliżej.

- Nie gniewaj się, że jak to się stało, że nie rozpoznałeś wcześniej Sweetie? - zapytałam szeptem.

Natychmiast pożałowałam, że zadałam to pytanie, bo Sam wyraźnie był bardzo niezadowolony, że to zrobiłam. Uderzyła mnie od niego fala złości pomieszanej z zawstydzeniem.

- Miałem katar sienny – wyznał z zażenowaniem.

Miałam ochotę walnąć głową w ścianę.

Wieczór mijał mi wolniej, niż bym sobie życzyła. Mieliśmy dziś spory ruch. Miasteczko wrzało z ekscytacji. Wszyscy chcieli omówić sensacyjną nowinę, jaką było schwytanie strzelca i ujawnienie jego tożsamości jako Sweetie i ukoić nerwy przy drinku. Miałam pełne ręce roboty i coraz mniej siły, żeby się nią zająć. Zaczynałam żałować, że jednak nie wzięłam dziś wolnego. W czasie przerwy musiałam łyknąć tabletkę przeciwbólową, żeby stłumić tępe, narastające kłucie w zranionym ramieniu, które coraz bardziej nadwerężałam noszeniem naczyń.

Pod koniec mojej zmiany weszła Pam, w cywilnym ubraniu. Zobaczyłam ją przy barze rozmawiającą o czymś z Samem i zdałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie pojawi się tu już więcej w charakterze pomocy, jako że jej główne zadanie zostało zakończone wraz z przywróceniem bezpieczeństwa. Było mi trochę żal, że nie będę jej już codziennie widywać.

Nie wiem, co sobie powiedzieli z Samem, ale kiedy skończyli, Pam podeszła do mnie. Akurat nareszcie złapałam moment oddechu, bo żaden ze stolików chwilowo nie potrzebował mojej uwagi.

- Wiedziałam, że pójdziesz dziś do pracy – powiedziała potrząsając nade mną głową.

Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam, żeby kontynuowała ten wątek, bo sama plułam sobie w brodę. Potrzebowałam pieniędzy, ale może jednak nie aż tak.

- Mam dla ciebie coś od Erica – oznajmiła przechodząc do rzeczy i wręczyła mi duży, dość płaski pakunek.

- Och? - to było wszystko, co byłam w stanie powiedzieć w odpowiedzi.

- Mówiłam mu, że powinien kupić ci nowy, ale się uparł – skomentowała przewracając oczami, kiedy ostrożnie wzięłam z jej rąk paczkę i zaczęłam się domyślać, co też może być zawartością.

Otworzyłam pudełko i zajrzałam do środka. W pierwszej chwili myślałam, że patrzę na identyczną replikę mojego czerwonego płaszczyka. Wyglądał jak spod igły i pamiętając, w jakim stanie widziałam go po ostatni, wydawało się niemożliwe, żeby najlepsza nawet pralnia i naprawa przywróciła mu świetność, dlatego pomyślałam, że Eric postarał się po prostu o drugą sztukę w tym samym fasonie. Ale kiedy przyjrzałam się uważniej, zobaczyłam dwa rubinowe cekiny przyszyte na rękawie dokładnie w tym miejscu, w którym przeszły kły Charlesa, kiedy mnie ugryzł i zdałam sobie sprawę, że to jednak mój płaszcz, tylko pieczołowicie nareperowany. Eric w jakiś sposób odgadł, że bardziej ucieszę się z niego, niż z jakiegokolwiek innego płaszcza, nawet w nowym wzorze.

Pogładziłam gruby materiał.

- Jest doskonały – powiedziałam.

Czasem na nasze wybory i postawy wpływają najdziwniejsze rzeczy. Nie muszą to być wielkie zapewnienia. Bywa, że silniej działają pozornie mało istotne drobiazgi. Kiedy położyłam palce na okrągłych grudkach cekinów poczułam nagle jak napełnia mnie spokój do którego na próżno próbowałam się nakłonić, odkąd Eric wyszedł dziś nad ranem z mojego pokoju. Zaświtała mi nadzieja, że może, kto wie, wszystko będzie dobrze.

- Przekaż mu ode mnie... - urwałam i potrząsnęłam głową ze śmiechem zdając sobie sprawę, że w rozmowie z Pam ostrożności w formułowaniu poleceń nigdy za dość. - Powiedz mu, że ma ode mnie ucałowania.

Oczy Pam zabłysły. Uśmiechnęła się do mnie pokazując kły. Wyglądała na tak uradowaną polem do popisu, jakie otwierała przed nią ta nowa sytuacja, że była nawet gotowa nie skomentować mojego uniku przed słowną pułapką.

- Ucałowania? - upewniła się, a na jej twarzy odbijał się już cień wszystkich potencjalnych psot i złośliwości, jakie jawiły jej się w przyszłej perspektywie.

- Tak – powtórzyłam czując, jak wypełza mi na twarz uśmiech, którego nie jestem w stanie powstrzymać. - Ucałowania.


I to jest, w zasadzie KONIEC tej historii.

W zasadzie, bo tu opowiadanie się zamyka - ale tak trudno było mi się z nimi rozstać, że w międzyczasie dopisałam 2 fragmenty dodatkowe, które można traktować jako post scriptum do tej historii. Wrzucę je za jakiś czas, więc do zobaczenia!