Greg i Forge

Dwa pierwsze były więcej niż wystarczające zdolne do obrony samych siebie, gdyby przyszło co do czego.


Czarny Pan siedział przy biurku w bibliotece swojej żony. W ciągu tygodnia odbierał przebłyski dziwnych uczuć od Harry'ego i postanowił sprawdzić co się z nim dzieje. Jego młoda żona obecnie spała, a skrzatka pod groźbą kastracji zabroniła go budzić gdyż, jak to dobitnie stwierdziła:

— Ostatnio panicz źle się czuje i potrzebuje odpoczynku.

Mężczyzna próbował wyciągnąć od upartego stworzenia, co jest nie tak z Harrym, by być gotowym wezwać w razie czego uzdrowiciela, ale stwór tylko spojrzał na niego z pogardą i odmaszerował do kuchni. Czarnoksiężnik nie pragnął niczego więcej niż zabić cholerstwo tam i wtedy, ale wiedział, że czyn nie był wart późniejszej kłótni. Harry za bardzo przywiązał się do Mrużki, i z niechęcią musiał przyznać, że skrzatka dobrze sobie radziła dbając o jego maleństwo. I właśnie dlatego siedział i cierpliwie czekał aż Harry się obudzi ze swojej popołudniowej drzemki.

Sięgnął po pierwszą z brzegu książkę, która leżała przed nim. Ku jego zaskoczeniu były to Baśnie Barda Beedle'a. Było to intrygujące, zwłaszcza że Harry otaczał się głównie wszystkim, co wiązało się z tematem smoków oraz dawnej magii. Zaczął niedbale przerzucać strony książki, ale ta uparcie, ciągle otwierała się na Opowieści o trzech braciach. Historia była ostatnią ze zbioru i musiała być często czytana przez jego maleństwo, by książka się sama na niej otwierała.

Voldemort wstał i przeszedł przez pokój, by następnie rozsiąść się w fotelu przed kominkiem. Nie zaszkodzi mu przypomnieć sobie bajkę, która tak zainteresowała Harry'ego. Wyprostował się jak struna, gdy doszedł do fragmentu, w którym Śmierć przekazuje średniemu z braci kamień wskrzeszający ludzi. Spojrzał na rękę, na której nosił pierścień rodzinny Gauntów. Czy było to możliwe, że ten niepozorny czarny kamień z dziwnym rytem, był faktycznie czymś więcej niż mu się pierwotnie wydawało. I tak, Harry był tego świadomy. Oczy Voldemorta rozszerzyły się, gdy zdał sobie sprawę, że chłopak wiedział dokładnie czym był kamień od chwili, gdy go pierwszy raz zobaczył.

Jest na nim skrócony podpis Peverellów — przypomniał sobie słowa chłopaka i prychnął. — Jak Ślizgońsko z twojej strony.

Wrócił do biurka, musiał przeprowadzić głębsze badania na ten temat. Ale teraz chciał po prostu spisać wszystko, co się mu z nim kojarzyło. Później będzie mógł wyjść od tych punktów i rozgałęzić swoje poszukiwania. Jeśli się nie mylił, a wierzył że tak nie jest, to był w posiadaniu bardzo potężnego magicznego artefaktu, stworzonego przez jednego najlepiej znanych nekromantów na świecie. Dziecięca bajka mówiła, że kamień miał moc wzywania umarłych spoza grobu. A dokładnie ich duchy. Jeśli to było prawdą i mógłby wezwać ducha kogokolwiek, to nic nie powstrzymywało go od rozmowy z Merlinem, Slytherinem i innymi wielkimi ich świata. Mógłby czerpać z ich wiedzy… do czego jeszcze kamień był zdolny, kto wie. Badania, badania i jeszcze raz badania. To go czekało za nim będzie mógł użyć tak potężnej mocy. Gdyby był młodszy i bardziej popędliwy, to od razu spróbowałby go wykorzystać. Tak jak zrobił to z horkruksami. Tak jak popędził za przepowiednią. Ale nikt nie powie, że Lord Voldemort nie uczy się na swoich błędach. Mógł teraz podziwiać Harry'ego. Chłopak, mimo że wiedział dokładnie z czym ma do czynienia, tylko raz pokazał, że kamień jest czymś ważnym dla niego. Czarnoksiężnik mógł się założyć, że chciał wykorzystać artefakt, by porozmawiać ze swoimi rodzicami. Cóż, jeśli się okaże, że rzecz sprowadza na ziemię tylko dusze bliskich osób, może rozważyć podarowanie pierścienia Harry'emu. Teraz, gdy nie jest już horkruksem… A co do horkruksów, to musi też pamiętać, by porozmawiać z Lucjuszem. Ostatnio pojawia się tyle pilnych rzeczy…

Voldemort zaczął przeczesywać blat w poszukiwaniu jakiegoś niezapisanego kawałka pergaminu, gdy jego uwagę przykuł list. Nie byłoby w nim nic dziwnego, wszak Harry regularnie pisał zarówno do niego, jak i do swoich przyjaciół, jednak nagłówek był intrygujący.

Czarny Pan podniósł arkusz i zaczął czytać:

Nasz drogi partnerze w zbrodni,

Nie dalej jak wczoraj, w nasze niewinne ręce trafiły zaskakujące wieści. Pewien znany wokalista muzyczny – Stubby Boardman twierdzi, że ukrywasz przed nami wszystkimi swoją zacną osobę. I tak na prawdę, żadne siły nieczyste nie miały nic wspólnego z Twoim zniknięciem. My, Twoi wierni fani i lojalni współpracownicy, padamy Ci do nóg za ten wyśmienity numer, który wyciąłeś wszystkim tym maluczkim, podążającym za płonącym kurczakiem. (Wiesz, musimy pisać szyfrem, gdyż inaczej pewien tak spokojny i opanowany jegomość odgryzie nam głowy – F. Jestem pewien, że sam się tego domyśliłeś – G.)

Ale my nie o tym. Przede wszystkim, chcieliśmy Ci przekazać, że biznes świetnie się kręci i zanim zaczniesz protestować, to wiedz, że będziemy twardo obstawiać przy swoim. Ty, jako nasz udziałowiec, będziesz miał procent od zysków. Bez Ciebie nie udałoby się nam osiągnąć takiego sukcesu. Drzwi do naszego lokalu praktycznie się nie zamykają. Przyjdź i sam sprawdź. Uroczyście przysięgamy nie wydać Cię na pastwę naszej matki, w sekundzie, gdy Twoja stopa przekroczy nasz próg. Jeśli możesz, to odezwij się do niej jakoś, gdyż zamartwia się o Ciebie strasznie.

W razie gdybyś zdecydował się nas nawiedzić, to polecamy Ci się nie przebierać za blondyna o brązowych oczach. I naprawdę nie mamy pojęcia, czemu wszyscy z płonącego kurczaka wierzą, że te przebranie jest tym, które byś wybrał. Osobiście stawialibyśmy na połączenie Snape'a i ciotki Muriel, ale nikt nas nie chciał słuchać – G. Ciekawe dlaczego – F.

Chociaż Ginny ma ciekawą teorię, co do tych blond włosów. Podobno chcesz w ten sposób wpasować się do Twojej przyszłej rodziny. W końcu nie było jeszcze ciemnowłosej, skocznej fretki. Nie uwierzysz, możemy przysiąc, że gdy stary nietoperz z lochów to usłyszał, to kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze. Ten facet potrafi się uśmiechać! Oczekujemy zbliżającego się końca świata. Każdego dnia.

Stubby świetnie się bawi i gorąco Ci kibicuje. Kazał przekazać, że ma nadzieję wygrać zakład. Jeśli zastanawiasz się czego on dotyczy, to już pędzimy z wyjaśnieniami. Otóż, czy uda Ci się unikać członków płonącego kurczaka aż do końca wakacji. Stubby, my i Ginny stawiamy na Ciebie, nie zawiedź nas. Większość uważa, że przybędziesz skruszony pod sam-wiesz-jakie drzwi, padniesz u ich stóp i będziesz błagać o przebaczenie za swoje haniebne zachowanie.

A gdy już jesteśmy przy wielkich słowach, to mamy jedno, maleńkie pytanie. Jak Ty, na gacie Merlina, jesteś w stanie znieść pannę-wiem-to-wszystko? Ta dziewczyna jest przerażająca! Gdybyśmy teraz napotkali bogina, to z całą pewnością on by się przemienił w NIĄ i dał nam wykład. Przyjaźń z nią przeniosła gryfońską odwagę na nowy poziom. Patrzymy teraz na naszego, małego braciszka w zupełnie nowym świetle.

Jeśli możesz, daj nam znać czy ten list do Ciebie doszedł. I tak wszyscy wiedzą, że porwanie jest lipne. Podziękuj za to Stubby'emu, ten stary kundel (cytujemy Lunatyka – F. Czemu nam nie powiedziałeś, że to ONI stworzyli mapę? – G.) zaczął się śmiać tak mocno, że aż spadł z krzesła, a później wyjaśnił jaki to numer wyciąłeś. Więc napisz.

Twoi na zawsze,

Greg i Forge.

Może ten właśnie list wyjaśniał zamieszanie, jakie odczuwał Harry. Czyżby bał się, że zostanie odkryty przez ludzi Dumbledore'a? Został już tylko ostatni tydzień wakacji, więc nawet jeśli, to niewiele miałby do stracenia. Chyba, że jego młoda żona coś zaplanował sobie na te ostatnie kilka dni wolności. Albo też Harry obawiał się, jak on zareaguje na wieść, że ktoś dowiedział się o ich małym oszustwie.

Czarnoksiężnik przeanalizował ponownie treść listu. Jedyną nową firmą, otwartą w ostatnim czasie na Pokątnej, były Magiczne Dowcipy Weasley'ów. Kto by się spodziewał, że to Harry sponsoruje to przedsięwzięcie.

— I tu wychodzi zmysł biznesowy Potterów — Czarny Pan się uśmiechnął. — Zawsze spadniesz na cztery łapy, co kociaku? — mruknął sam do siebie.

Słyszał, że młodzi Weasley'owie dobrze prosperują, a ich sklep przynosi miesięcznie spore zyski. Tu, czarno na białym, miał tego potwierdzenie. Do tego, oni nie tylko chcieli spłacić wkład, jaki włożył Harry, ale ofiarowywali mu procent od dochodów. Może powinien zaangażować swoją młodą żonę do analizy rynku i dać mu jakąś pulę galeonów do obrotu. Myśl warta rozważenia.

Voldemort też był ciekawy, o jakiej to mapie Weasley'owie pisali oraz co Black i Lupin mieli z nią wspólnego. Odłożył list i chwycił czysty pergamin. Naprawdę, Harry był strasznym bałaganiarzem, jeśli mu na to pozwolić. Na blacie piętrzyły się stosy esejów, pracy domowej oraz wypisy z różnych książek, które zainteresowały chłopaka. Czarnoksiężnik wątpił, by mógł zrozumieć cokolwiek z tego, gdyby nie wiedział o jego obecnych zainteresowaniach. Sięgnął po pióro i zaczął spisywać całą dostępną wiedzę o pierścieniu, którą posiadał. Przelotnie zastanowił się, ile wie ta stara wiedźma z sąsiedztwa, ale oddalił to jako nieistotne. Chłopiec lubił Bagshot i wiele zyskał z przebywania w jej towarzystwie. Na krótko, umysł mężczyzny przekroczyła myśl, czemu czarownicy nigdy nie zaproponowano posady w Hogwarcie. Byłaby doskonałym zastępstwem za Binnsa na historii magii. Nawet za życia, stary profesor nie był wybitnym wykładowcą i potrafił zanudzić swoich uczniów na śmierć. W sumie, jeszcze za czasów dyrektora Dippeta, rada nadzorcza otrzymała kilka petycji, by przenieść Binnsa na emeryturę, jednak ten nadal trwał na stanowisku.

Kończąc swoje zapiski, Voldemort nie pominął ironii losu, która miała miejsce. Prawdopodobnie, za młodu przemienił on pierścień wskrzeszania w horkruksa. To by też wyjaśniało, czemu Dumbledore wpadł tak łatwo w pułapkę fałszywego pierścienia. Pomysł dał mu Regulus Black, pozostawiając replikę medalionu w jaskini.

Horkruksy były kotwicami w królestwie żywych, które miały dawać możliwość powrotu do domu duszy przechodzącej w zaświaty. Pierwotnie ich wykonanie łączyło się z rytuałem pogrzebowym. Do dziś, w grobowcach egipskich znajdowane są kanopy będące właśnie tymi kotwicami. Czarodzieje ze starożytnego Rzymu zniekształcili nieco rytuał tak, by nadał się on również dla żywych i pozwalał wydłużyć ich życie do pewnego momentu. Posiadacz horkruksów nie stawał się nieśmiertelny, gdyż nic nie mogło trwać wiecznie bez zaburzenia praw natury. A za to czekała kara gorsza niż śmierć. To właśnie podczas rozkwitu Imperium Romanum ostatecznie potwierdzono, że cztery kotwice są idealną ilością. Czwórka odnosiła się do porządku w odniesieniu do spraw ziemskich, a jakby nie patrzeć, życie było jak najbardziej sprawą ziemską, nie mówiąc już o żywiołach, czy przesileniach. Tak, cyfra ta posiadała potężne znamiona magiczne i w idealnej równowadze zakotwiczała duszę na ziemi.

Mając to na uwadze, zredukował teraz ilość posiadanych horkruksów do czterech – Nagini, Harry'ego, czarki Hufflepuff i diademu Ravenclaw. Dwa pierwsze były więcej niż wystarczające zdolne, do obrony samych siebie, gdyby przyszło co do czego. Kielich był dobrze ukryty, a jeśli chodzi o diadem, to większość ludzi nie wierzyła, że jeszcze istnieje. Chociaż będzie musiał przenieść go niebawem, tak dla całkowitej pewności.

Pozostałe części jego duszy wchłoną z powrotem do swojego ciała. Rytuał, który wykorzystał w tym celu był… uciążliwy. Było to jedyne słowo opisujące go idealnie. Na obrządek trafił przeglądając starożytne zwoje, które Lucjusza zakupił od starego złodzieja. Mężczyzna nie miał pojęcia, co posiadał, ale chętnie pozbył się zwojów, gdy zobaczył kilka złotych monet dyndających mu przed nosem.

Voldemort musiał przyznać, że i sam Lucjusz nie wiedział, do czego odnoszą się rytuały zapisane na tych papirusach. Miał tylko mgliste pojęcie, że mówią o magii dusz i właśnie z tego powodu sprezentował je czarnoksiężnikowi. Gdy Czarny Pan je przejrzał, od razu wiedział, że mówią one o horkruksach i obrzędach z nimi związanymi. To, co uderzyło mężczyznę najbardziej był fakt, jak bardzo zniekształcona była wiedza obecnie dostępna.

Rytuał ponownego połączenia duszy w całość, wymagał od Voldemorta kilku wyczerpujących sesji uwalniania odpowiedniej ilości magii, w równych odstępach czasu tak, by macki duszy oderwały się od swoich kotwic. Medytacji wśród duszących kadzideł i oczyszczających kąpieli, naprzemiennie. Uciążliwe. Jednak był to o wiele lepszy sposób, niż ten znajdujący się w księdze, którą czytał za młodu. Tajemnice najczarniejszej magii mówiły, że zespolenie kawałków znajdujących się w naczyniach z powrotem w jedną całość jest możliwe tylko dzięki skrusze. Do tego, wyrzuty sumienia i żal za popełniony czyn miał sprawiać taki ból, że mógł nawet zabić czarodzieja, który podzielił swoją duszę. Jak się jednak okazało, nie był to jedyny sposób, ani tym bardziej najlepszy. Owle Bullock albo sam o tym nie wiedział, albo nie chciał się podzielić tą wiedzą z innymi w swojej książce.

Teraz miał cztery horkruksy, idealną liczbę, o czym nie miał pojęcia gdy był nastolatkiem. Będąc jeszcze uczniem, wydawało mu się, że stworzeniu aż siedmiu kotwic było takim dobrym pomysłem. Oczywiście, po przeczytaniu teorii Bridget Wenlock o magicznych właściwościach cyfry siedem i dodaniu wierzeń mugolskich na temat siódemki, nie było w tym nic dziwnego. Kiedy on uczęszczał na numerologię, profesor nie tłumaczył zawiłości połączeń liczbowych z różnymi rodzajami magii. Tym bardziej, jak pewne połączenia mają moc na rytuały. Niestety, większość tych nieudaczników bawiących się najmroczniejszą magią dowiadywało się o tym, kiedy było już dla nich za późno. Ale nie tylko magia duszy potrzebowała uziemienia, praktycznie każda gałąź magii, w mniejszym lub większym stopniu tego wymagała. Im bardziej potężne i skomplikowane zaklęcie, tym bardziej potrzebuje odpowiednich wyliczeń numerologicznych do stworzenia odpowiedniej kotwicy. Większość czarodziejów po prostu kierowało się intuicją, ci których zawiodła, kończyli w szpitalu świętego Munga, na oddziale urazów pozaklęciowych lub martwi. Chyba tylko łamacze przekleństw oraz stawiacze barier mieli pojęcie o użyteczności i wadze liczb. Numerologia powinna być przedmiotem obowiązkowym w Hogwarcie, do tego nauczana od pierwszego roku, by dać młodym ludziom zrozumienie działania magii. Czarny Pan potarł skronie, małe kroczki, nie wszystko na raz.


Harry potknął się lekko, gdy wstał zaspany z łóżka. Przez stres ostatnich dni nie spał dobrze w nocy, wobec czego kład się w ciągu dnia, co pozostawiało go otumanionego po przebudzeniu. Przekonał się też, że nic poza ciepłą herbatą z dzikiej róży, nie będzie wstanie postawić go na nogi. Nawet zimny prysznic, który normalnie działał w takich przypadkach. Ale teraz tylko doprowadzi go do szczękania zębami, a mgła otulająca jego mózg pozostanie tam gdzie była. Słysząc jak Mrużka już krząta się w kuchni, uśmiechnął się delikatnie. Czuł jakby w reszcie miał prawdziwą rodzinę.

Przeciągając się wyszedł na korytarz, by tylko zatrzymać się na widok Voldemorta będącego w jego domu.

— Co ty tu robisz? — Harry spojrzał na mężczyznę opierającego się o framugę drzwi do biblioteki.

— Czekam aż się obudzisz, musimy porozmawiać — odparł czarnoksiężnik.

— O czym?

— Nie graj idioty przede mną. Czuję, że coś się dzieje — Voldemort odepchnął się od drzwi i podszedł do Harry'ego.

Harry patrzył mu w oczy. Nagle Voldemort poczuł łaskotanie na swoich tarczach, maleństwo używało na nim leglimencji. Normalnie, czarnoksiężnik ukarałby każdego, kto chociaż pomyślał, by coś takiego na nim spróbować, ale czuł desperację sączącą się przez ich połączenie. Zamierzał więc zignorować to ten jeden raz. W końcu, chłopak musiał znaleźć to, czego szukał, bo Voldemort poczuł, jak wycofuje się szybko z jego umysłu.

— Czy mogę wiedzieć, czego szukałeś? — warknął.

Harry zmrużył oczy, nadal przyglądał się Czarnemu Panu oceniającym spojrzeniem i nie odpowiadał. Kiedy czarnoksiężnik już tracił cierpliwość, chłopak westchnął i spuścił wzrok.

— Muszę usiąść — powiedział nagle i ruszył do biblioteki, przechodząc obok Voldemorta.

To już zaczęło martwić mężczyznę. Naprawdę rozważał sprowadzenie uzdrowiciela teraz. Harry z reguły nie był tak cichy, a co ważniejsze, tak szybko osuszony magicznie. Na Salazara, on ledwo co wstał z łóżka, ta odrobina magii nie powinna na niego aż tak bardzo wpłynąć.

Potter zajął miejsce na kanapie, podwijając nogi pod siebie. Patrzył się na tlący ogień w kominku. Gdy Voldemor podszedł do niego, chłopak wskazał ręką fotel i powiedział:

— Ty też powinieneś usiąść.

Mężczyzna spojrzał na Harry'ego następnie na fotel i zajął wskazane miejsce. Z uniesioną brwią czekał, aż chłopak zacznie mówić.

— Ja… — Harry się zaczerwienił i zamilkł. — Jestem… — znów przerwa i jeszcze większy rumieniec.

— Harry… — Voldemort nie wiedział co ma myśleć. — Martwisz mnie.

— Och, dobrze. Nie miałem w tym miesiącu krwawienia — Harry praktycznie wyszeptał, z pełni czerwoną twarzą, którą od razu ukrył w dłoniach.

Czarny Pan siedział oniemiały. Nie spodziewał się tego. To nie było planowane, ale… Merlinie…

— Uwarzenie odpowiedniej mikstury, która potwierdzi lub zaprzeczy twojemu stanowi — chrząknął — trwa tydzień.

Chłopak kiwnął głową, nadal ukrytą w dłoniach.

— To nie musi być ciąża, Harry.

Chłopak poderwał głowę.

— Co? — jego źrenice były rozszerzone z zaskoczenia.

— Stres, upały, gwałtowne zmiany, częste podróże, choroby — przy tym ostatnim Voldemort się skrzywił — mogą również doprowadzić do zatrzymania krwawienia.

— Och, nie wiedziałem o tym… — głos Harry'ego drżał lekko, jakby nie śmiał nawet myśleć o innych możliwościach.

— To zrozumiałe, nie uczą o tym w Hogwarcie, a twoja niemagiczna edukacja skończyła się nim materiał objął swym zakresem fizjologię człowieka.

— Więc eliksir…

— Tak, jest pewniejszy niż jakiekolwiek mugolskie środki.

Harry'emu ulżyło. Voldemort zareagował racjonalnie. Nie zemdlał, nie krzyczał, nie obwiniał Harry'ego, że to jego wina. Chciał najpierw sprawdzić, czy jego podejrzenia są słuszne. Po tym, jak zbadał umysł człowieka, nie wyglądało, jakby to specjalnie planował. Ale nadal pozostawało pytanie:

— Co jeśli…

— Dokładne plany zrobimy, kiedy już przekroczymy tę rzekę — Voldemort go uciszył. — Najpierw eliksir, najwcześniej będę miał go gotowy pierwszego września.

Harry nie był przekonany. Czarnoksiężnik westchnął.

— Jeśli nie jesteś w ciąży, to po prostu aportuję cię do Hogsmeade wieczorem, w momencie gdy pociąg będzie zajeżdżał na stację. Wmieszasz się w tłum i razem z resztą uczniów wrócisz do szkoły na swój szósty rok.

— A jeśli będę? — Harry przypiął mężczyznę ostrym spojrzeniem.

— Wtedy zostaniesz tutaj lub w innym…

— Co…! Nie… Przecież obiecałeś… Nie możliwe…

Voldemort widząc, że chłopak popadł w coś w rodzaju histerii i nie przestanie, póki się nie uspokoi, zrobił jedyną rzeczy, jaka mu została.

Silencio.

Harry poruszał bezgłośnie ustami, aż dotarło do niego, że został uciszony. Czarny Pan wzdrygnął się wewnętrznie, gdy poczuł rosnącą wokół niego magię. Później usłyszał ciszy, głuchy dźwięk przypominający odgłos pękającego lodu w mroźny dzień pod powierzchnią Czarnego jeziora. Jego zaklęcie zostało złamane. Czarnoksiężnik był pod wrażeniem tej surowej mocy, którą właśnie zaprezentowało jego maleństwo.

— Szkoła nie jest najbezpieczniejszym miejscem dla ciężarnego nastolatka — zaczął nim Harry zdał sobie sprawę, że znów mógł mówić. — W Hogwarcie znajdziesz bardzo dużo schodów, w tym ruchomych. Część eliksirów, które warzy się na zajęciach wydzielają szkodliwe dla płodu opary, zawsze istnieje ryzyko, że można oberwać jakimś bezpańskim zaklęciem. Czy to na lekcji, czy to na korytarzu. Do tego, chodząc na zajęcia, nie mógłbyś odpoczywać tyle, ile potrzebuje twój organizm. Jest przyczyna, dla której nigdy nie widziałeś ciężarnej uczennicy w Hogwarcie.

Gdy Harry o tym pomyślał, przyznał w duchu, że Voldemort może mieć rację.

— I...

— Tak, och… Nie odmawiam ci edukacji — mężczyzna wstał i usiadł obok chłopca, chwytając go za brodę i zmuszający, by ten spojrzał mu w oczy. — Nie próbuję cię ograniczać. Dbam tylko o twoje bezpieczeństwo — spojrzał krótko na brzuch Harry'ego — lub wasze.

— Ale jeśli…

— A czy pomyślałeś chociaż przez chwilę, że szkoła nie jest tak bezpieczna, jak Dumbledore lubi wmawiać ciemnym masom?! — Voldemort krzyknął puszczając brodę chłopaka.

Oczy Harry'ego się rozszerzyły.

— Pomyśl o wszystkich swoich latach w szkole, ile razy prawie otarłeś się o śmierć? Ile razy ty i twoi znajomi mogliście zostać poważnie ranni? Bez mojej własnej ingerencji w jakiejkolwiek formie — dopowiedział.

Harry zastanowił się. Na pierwszym roku natknął się na wiele niebezpiecznych sytuacji, większość była wynikiem bliskiej obecności Voldemorta. Cóż, gdyby nie on, Puszek, Norberta lub troll nigdy nie pojawiliby się na terenie szkoły. Z drugiej strony, Dumbledore wcale nie musiał ukrywać kamienia w miejscu pełnym ciekawskich dzieci. Pełzający wolno bazyliszek podczas jego drugiego roku, też był poniekąd winą Voldemorta. Ale Dumbledore nie był tu bez winy. Od wielu lat wiedział, że Komnata tajemnic nie była jedynie mitem. Po tym jak stał się dyrektorem mógł umiejscowić jej położenie i zabezpieczyć wejście. A skoro uczniom drugiego roku udało się zorientować czym był potwór Slytherina, z pewnością dyrektor potrafił zrobić to jak również. Czemu ryzykował życiem dzieci? Czemu bariery szkolne nie powiadomiły o mrocznym artefakcie wniesionym na teren? W takim wypadku, co jeszcze może zostać przemycone bez wiedzy dyrektora i nauczycieli…

Harry westchnął wewnętrznie. Im więcej myślał, tym bardziej nie podobały mu się wnioski, do których dochodził. Voldemort natomiast siedział cierpliwie przy nim, nie starając się go popędzać.

Trzeci rok, dementorzy i wilkołak w Hogwarcie.

— A, Merlinie... — wyszeptał Harry, zbladł w zzieleniał.

— Co się stało? — czarnoksiężnik poderwał się zaalarmowany.

— Właśnie zdałem sobie sprawę, że Pettigrew spał przez wiele lat w łóżkach młodych chłopców. I chociaż o wiele można oskarżyć tego szczura, to pedofilia nie jest jedną z tych rzeczy, na szczęście. Jednak to nie znaczy, że ktoś inny nie zrobił tego.

Oczy Voldemorta zapłonęły z wściekłości, gdy pomyślał, że jego maleństwo mogło mieć rację.

— A po ujawnieniu tożsamości Parszywka, środki ostrożności nie zostały zaktualizowane… — Harry spojrzał na mężczyznę. — Skeeter podczas turnieju spokojnie przemierzała szkołę w swojej robaczej formie. A ilu jeszcze jest ludzi, którzy nie zarejestrowali się w ministerstwie. Większość animagów, których poznałem, robiło to nielegalnie.

— Przekażę Lucjuszowi to, co powiedziałeś o animagach. On zwróci uwagę na problem radzie nadzorczej — powiedział Voldemort. — Wątpię, by udało im się zmusić Dumbledore'a do wprowadzenia nowej ochrony, ale przynajmniej zwierzątko każdego ucznia powinno zostać przetestowane.

Harry opadł na oparcie kanapy. Czemu on wcześniej o tym nie pomyślał? Jeśli rzeczywiście Hogwart był najbezpieczniejszym miejscem, zaraz po Gringocie, w magicznej Anglii, to nie wróżyło to dobrze. Chłopak nawet nie chciał analizować pozostałych swoich lat w szkole.

— Jakimi zabezpieczeniami dysponuje Hogwart? — zapytał raczej nie licząc na odpowiedź.

— Cóż, najpierw jest system barier wewnętrznych — Voldemort zaczął znudzonym głosem — otaczają one cały zamek. Później jest drugi krąg, który rozciąga się na wszystkie tereny wokół szkoły, błonia, jezioro, cieplarnie, stadion i tak dalej. Ostatni pierścień kończy się gdzieś w Zakazanym lesie oraz obejmuje swym zasięgiem Hogsmeade. Oczywiście, sam las jest również pewnego rodzaju obroną samą w sobie, ze względu na rosnące w nim rośliny i żyjące stworzenia.

Więc Zakazany las był jednym z elementów fortyfikacji, cóż stanowił też zagrożenie dla uczniów. Co prawda sama nazwa wskazywała, że był zakazany, ale jednak uczniowie po nim wędrowali dość często. Podstawowym z wyzwań odwagi, było właśnie pójście do lasu i przyniesienie z niego coś, co umieścili wcześniej starsi uczniowie. Najczęściej przed zbytnim zagłębieniem się dzieciaków do wewnątrz i dotarciem do prawdziwie niebezpiecznych części chroniły centaury. Ale jednak, mu i Ronowi udało się dostać do gniazda Aragoga bez zatrzymania przez kogokolwiek.

— Hogwart jest niebezpiecznym miejscem…

— Mówiłem — Voldemort odparł zadowolonym głosem. — Bariery mają za zadanie przede wszystkim powstrzymać najeźdźców z zewnątrz oraz odpychać mugoli. Z pewnością każdy z dyrektorów dodał coś od siebie, ale głównie za bezpieczeństwo wewnątrz zamku odpowiada personel oraz rezydenci obrazów.

— To dlatego nikt nie wykrył dziennika lub bazyliszka?

— Nie wiem Harry — mruknął czarnoksiężnik. — Tylko dyrektor szkoły wie jak działa ochrona Hogwartu. Rada nadzorcza czy nauczyciele wiedzą tyle, by móc efektywnie wykonywać swoje obowiązki. Kilka wskazówek znajdziesz też oczywiście w Historii Hogwartu, więc może Bagshot powie ci coś więcej na ten temat.

— Zapytam ją…

W tym momencie ciche pop rozległo się koło kanapy i oczom obu czarodziejów ukazała Mrużka.

— Paniczu, herbata gotowa. Panicz powinien też coś zjeść — skrzatka powiedziała tonem nie przyjmującym sprzeciwów. — Czy zły czarnoksiężnik, mąż panicza, zostaje na obiedzie?

Harry'emu drgały wargi, gdy próbował powstrzymać śmiech.

— Zostajesz na obiedzie, drogi mężu? — zapytał, przegrywając w końcu sam ze sobą.

— Jeśli nie zostanę otruty — Voldemort wpatrywał się w bezczelne stworzenie.

— No, wiesz! — oburzył się Harry. — Mrużka bardzo dobrze gotuje.

— Dziękuję, paniczu.


Po skończonym posiłku, Harry z Voldemortem wrócili do biblioteki, gdzie chłopak zajął swoje miejsce na kanapie, zaś Czarny Pan usiadł w pierwotnie zajmowanym przez siebie fotelu. Cisza między nimi była gęsta jak masło.

— Dobrze — Harry oczyścił gardło i zaczął jeszcze raz. — Dobrze, co się dzieje w wielkim świecie?

Voldemort posłał mu rozbawione spojrzenie.

— Udało się nam namówić ministra do założenia sierocińca.

— Przepraszam, powiedziałeś sierocińca? — zapytał zaskoczony.

— Twój słuch działa doskonale jak widać — prychnął mężczyzna.

— Ale dlaczego? Czy w magicznym świecie nie ma sierocińców? — zapytał Harry zdezorientowany.

— Nie ma ich w Wielkiej Brytanii. W innych miejscach są — odpowiedział Voldemort.

— Ale dlaczego?

— Widzisz, tu ciągle żywe jest przekonanie, że dziecku będzie lepiej z rodziną krwi, jakakolwiek by ona nie była. Do tego, ludzie w naszym świecie są ze sobą tak połączeni, że nie trudno znaleźć jakiegoś krewnego.

Harry był coraz bardziej zdezorientowany i to odbiło się na jego twarzy.

— Ty, osobiście jesteś ciekawym przypadkiem. Widzisz, to zaskakujące jak Potterowie z naprawdę dużego rodu zostali zredukowani tylko do jednej osoby. Już za czasów twojego dziadka było to widoczne. Fleamont Potter miał tylko jednego brata, który umarł bezpotomnie. On sam doczekał się jednego syna, twojego ojca. Kiedy twoi rodzice umarli, nie miałeś żadnych bliższych kuzynów, którzy dzieliliby z tobą krew. Malfoyowie, Blackowie, Rosierowie i wielu innych próbowało dostać prawo do opieki, gdyż kiedyś tam córki ich rodów wżeniły się w Potterów, ale krew była na tyle rozcieńczona, że siostra twojej matki nawet nie musiała kiwnąć palcem, byś z nią został. A nawet, nie była świadoma toczących się procesów. Chociaż, gdyby ta mugolka cię nie przyjęła lub jej nie było, to byłoby ciekawie. Główny bój o ciebie stoczyliby Lucjusz z Narcyzą przeciwko Walburdze Black. — Harry skrzywił się, na co Voldemort parsknął. — Jak widzisz, jakaś rodzina zawsze się znajdzie, poco więc łożyć na sierocińce? Wbrew pozorom, jest to kosztowne przedsięwzięcie, do tego w oczach naszego społeczeństwa jest to porażka ministerstwa.

— Porażka? — Harry był zmieszany. — Gdzie oni w tym widzą porażkę?

— Tak jak już mówiłem, w ludziach głęboko zakorzenione jest przekonanie – nieważne jaka rodzina, byleby to była rodzina. Jeśli dziecko zostaje wysłane do sierocińca, to znaczy że ministerstwo stwierdziło jakąś dysfunkcję danej rodziny i orzekło o niezdolności do dalszej opieki. Wstyd, jak ktokolwiek z rządu może mieszać się w sprawy rodzinne, czyżby władza upadła tak nisko?

Harry już otwierał usta by coś powiedzieć, na jego policzkach kwitły czerwone plamy z oburzenia.

— Nie twierdzę, że to myślenie jest słuszne, Harry — Voldemort wychylił się w fotelu i ścisnął jego rękę. — Obaj rozumiemy, iż czasami sierociniec jest lepszy niż życie z własnymi krewnymi. Jednak nasze spojrzenie na ten temat jest zupełnie inne. My jesteśmy skażeni przez mugolski sposób myślenia. Widzisz, dla wielu magicznych skrzywdzenie dziecka jest największą zbrodnią jaka może istnieć. Twój ojciec chrzestny jest pewnym odstępstwem od reguły, jednak nie sądzę, by starzy Blackowie ośmielili się kiedykolwiek podnieść na niego różdżkę. Chociaż nie zaprzeczę, próbowali złamać go psychicznie.

— To potrafi być gorsze niż ciosy fizyczne — zaszemrał Harry.

— Tak, złam ciało człowieka, ale gdy jego duch pozostanie, nadal będzie walczył. Złam ducha, a wygrałeś całkowicie.

Słysząc to, po grzbiecie Harry'ego przebiegły dreszcze. Voldemort mówił mu o torturowaniu ludzi, chłopak nie miał co do tego wątpliwości.

— Więc… te sierocińce?

Czarny Pan uśmiechnął się, wskazując że dokładnie wie, co jego maleństwo robi.

— Jak mówiłem, udało się nam przekonać ministra, że założenie sierocińca jest dobrym pomysłem. Teraz czekają nas żmudne przeprawy z bogaczami udającymi filantropów, by sfinansować całe przedsięwzięcie. Może ty i panowie Weasley'owie chcecie dołączyć?

Harry zamrugał.

Czytałeś moją pocztę — wysyczał gniewnie.

Voldemort zaczął się śmiać.


~ II ~


Nota autora: rozdział poświęcony w całości Harry'emu i Tomowi.

Ufff… udało mi się wszystkie wątki pospinać w jedną całość. Czeka mnie to samo z kolejnymi rozdziałami. Mam rozmowy naszych różnych bohaterów, ich przemyślenia i dialogi wewnętrzne z dziurami narracyjnymi między nimi. Plus ileś rzeczy jeszcze nie napisanych. To jest oficjalne, kolejny rozdział będzie za 2 tygodnie, najwcześniej.

Ostatnio znajoma podesłała mi fragment z opowiadania Weres Harry? DobbyElfLord, gdzie Remus tłumaczy Harry'emu brak logiki w świecie czarodziejów. Lupin mówi o tym, jak to z powodu magii czarodzieje i czarownice zatracili możliwość logicznego myślenia jaki znają mugole. Skoro magią można załatwić prawie wszystko, prawie wszystko też staje się możliwe. Normalne prawa przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. I szczerze powiedziawszy, przemawia do mnie takie stwierdzenie.

Aruaru - Harry i tak ma za co poszaleć. Voldemort dba, by miał pod ręką odpowiednią ilość galeonów i funtów, chociaż sam chłopak nie czuje takiej potrzeby. I tak szczerze powiedziawszy, to Potter ma wreszcie czas, by móc odkrywać to, co go interesuje. W kanonie biedaczek zawsze był czymś zajęty, a u mnie nic nie odciąga jego uwagi.

Anuii - pytanie, czy fetysz do tronów, to tylko widzimisię Dumbledore'a, czy wszystkich dyrektorów. Albus widział potencjał w Tomie w latach 50., i widzi ponownie go również dzisiaj. Nie wie tylko, gdzie to wszystko prowadzi. A Voldemortowi zostało już tylko przenieść diadem. I miał rację zostawiając kopię pierścienia, teraz ma potwierdzenie, że stary kozioł szuka jego horkruksów.

Sianie pustej paniki, nie jest teraz priorytetem Toma. I jak to nie dał Harry'emu środków? Nie dał mu tylko dostępu do skarbca, pieniądze mu nadal dostarcza.

I to jest bardziej niż pewne, że Dursley'owie nie byli jedynymi, którym się nie podobało mieć magiczne dziecko. Już nie mówiąc o sytuacji, gdzie osoby takie były niezdatne do opieki nad jakimkolwiek dzieckiem.

Snape jest dobry w swoim fachu i udało mu się ostatecznie powstrzymać klątwę. Tak w ogóle, to czarodzieje są idiotami. W kanonie, Severus uwięził klątwę na ręku dyrektora, ale ta się powoli rozprzestrzeniała - moje pierwsze skojarzenie to gangrena, a co w tedy robi się z zaatakowaną kończyną? Ucina! Skoro ta ręka i tak była już nieprzydatna, to równie dobrze Dumbel mógł zrobić sobie magiczną protezę. I niestety, akcji na wieży nie będzie, prawdziwe kolory Snape'a zostaną ujawnione i biedaczek będzie miał zupełnie inne problemy na głowie.

W sumie, dobro Harry'ego powinno być od początku priorytetem Syriusza. Funkcja chrzestnego na tym właśnie polega, zastąpić rodziców, gdyby tym coś się stało.