Dobra, kilka osób pytało mnie o timeline, a raczej o to jak mam zamiar podejść do tego, który zaproponował Kubosz. Zatem powiadam Wam, co następuje.
Mianowicie, mam zamiar przedłużyć czas między końcem Soul Society Arc, a drugą walką Ichiego i Grimma (oryginalnie było to od 1 września do 8 października). U mnie wojna zimowa będzie toczyć się w zimę, czyli 8 stycznia. No, bo serio, 38 dni i już byli gotowi na całą wielką batalię? Można, więc powiedzieć, że dam sobie jeden semestr luzu… Fakt, należałoby tu nieco wyjaśnić.
Japoński rok szkolny dzieli się aż na 3 semestry. Pierwszy rozpoczyna się 1 kwietnia i kończy pod koniec lipca. Wakacje w Japonii na ogół zaczynają się pod koniec lipca, a kończą... to już zależy od okręgu. Dzieci mieszkające w Hokkaidō mają najkrótsze wakacje (wysokie temperatury utrzymują się tam krócej).W innych miejscach wakacje trwają około 6 tygodni. Drugi semestr rozpoczyna się z początkiem września i kończy 2 tygodniową przerwą świąteczną w grudniu. Trzeci semestr rozpoczyna się w styczniu, a kończy pod koniec marca.
Dzieci mają tygodniową przerwę wiosenną i 1 kwietna rozpoczynają kolejny rok szkolny.
Zatem tak to będzie. No, to wszystko, co chciałam powiedzieć, chyba…
Ostatnim razem, gdy sprawdzał z jego słuchem było wszystko w porządku, czemu, więc usłyszał właśnie coś, o czym nie miał prawa słyszeć?
- Jak to porwana? - zapytał jeszcze raz, chcąc się upewnić, że właśnie to usłyszał.
- Mam ci to przeliterować, palancie? - Hiyori ostatnimi resztkami samokontroli powstrzymywała się, by nie rzucić się na swego zdezorientowanego ex-kapitana. - Była, a teraz jej nie ma, bo jakiś pieprzony Arrancar zabrał ją ze sobą. A wszystko przez to, że nie raczyłeś nas łaskawie poinformować, że Aizen obrał ją sobie za cel!
Kisuke skrzywił się, kiedy dosłownie wyryczała ostatnie słowa.
- Hiyori-san, nie było żadnych przesłanek…
- „Nie było" pocałuj mnie w dupę! Ktoś grzebał w jej rzeczach, co to jest jak nie przesłanka?
- Co się stało to się nie odstanie - wymamrotał niepokojąco cichy do tej pory Shinji.
Urahara chcąc, nie chcąc musiał się z nim zgodzić. Ari zniknęła, a to nie wróżyło nic dobrego. Głównie dlatego, iż Yamamto jasno dał mu do zrozumienia, że Kisuke, oskarżony o zdradę i wygnany na banicję zdrajca jest odpowiedzialny za głowę jednego z Czterech Domów, czyli jedną z ważniejszych osób w Seireitei. Nie należy nawet wspominać o Sui-Feng, która obiecała mu, że jeśli Lady Ariel spadnie, choćby jeden karmelowy włosek z głowy, to kapitan drugiej dywizji zrobi z jego jelita druty telegraficzne z Karakury do Tokio i z powrotem. Żeby spełnić swoją groźbę musiałaby się jednak pośpieszyć, by nie ubiegł jej Byakuya, który pilnował księżniczki Shihoin równie mocno co Ruki. Co wieczór Renji dzwonił do swego kapitana, by zdać raport o obecności pustych, który dziwnie skupiał się na poczynieniach obu kobiet. Tak, to, że Ari znikła nie wróżyło nic dobrego.
- Shinji-san ma rację. To, że Ari została porwana…
- Albo nas zdradziła - wtrącił blondyn, któremu ta myśl wciąż nie dawała spokoju. To on zdecydował o wtajemniczeniu jasnowłosej dziewczyny w ich sprawy, zatem, jeśli zwróci się teraz przeciwko nim będzie to wyłącznie jego wina. Musiał ostrzec resztę o potencjalnym niebezpieczeństwie. - Taka możliwość jest bardzo prawdopodobna w końcu…
Hiyori miała tego dość. Zdjęła klapek i trzasnęła nim wprost w czoło Vizarda mocniej niż zwykle.
- Co do diabła, Hiyori?! To bolało!
- Zamknij się łysolu - powiedziała z powagą zakładając but. - Przestań się obwiniać, bo nie ma czym. Ta miernota nas nie zdradziła. Nie wierzę, że o mówię, ale jest niegłupia i gdyby chciała nas zdradzić nie zachowywałaby się, jak ostatnia suka przez cały czas. Zdrajcy są zazwyczaj bardzo mili, by nikt się niczego po nich nie spodziewał. A wróci na pewno, bo to cholerny tchórz i gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości, że nie będzie mogła tego zrobić, nie wlazłaby do tej dziury na pierwszymi miejscu. Przestań, więc sobie wmawiać, że nas zdradziła tylko dlatego, że to łatwiejsze niż martwienie się o nią. I nie rób miny zbitego psa, bo wyglądasz jeszcze debilniej niż zwykle.
Na koniec zrobiła wyraziste „Phi" jasno świadczące o jej wyższości na dwójką kretynów i oburzeniu, iż musiała tracić czas na powiedzenie rzeczy oczywistych. Wstała od stołu i wyszła zostawiając zszokowanych mężczyzn siedzących w salonie Urahary z opadniętymi szczękami. Konsternację Shinjiego przerwał dopiero niespodziewany dźwięk otwieranego wachlarza znad, którego uważnie przyglądał mu się Kapelusznik.
- Nie sądziłem, że Ari i Hiyori się zaprzyjaźniły…
- To jest nas dwóch.
-… Ale wiesz, że ona ma rację?
- Nie masz nic lepszego do roboty, Kisuke? Na przykład modlenia się, aby Ariel zdążyła wrócić, zanim Gotei zorientuje się, że jej nie ma? - zapytał kąśliwie, wstając od stołu.
- Może… - przyznał Urahara, leniwie wachlując się, aby ukryć uśmiech. - Ale widzisz, już ci jest lepiej.
- Lepiej? - Shinji odwrócił się w progu nie rozumiejąc co naukowiec ma na myśli.
- Powiedziałeś „zanim wróci", a nie „jeśli wróci".
Shinji zatrzasnął za sobą panel shoji. Może insynuacje Hiyori i Kisuke były słuszne, ale to i tak nie zmieniało faktu, że jego serce przeżywało agonię na każdą myśl o złotookiej dziewczynie będącej w tym samym pomieszczeniu co Aizen.
Ktoś ją dźgał. W głowę w gwoli ścisłości i to nie było wcale nic przyjemnego. Nie to, że, gdyby dźgano ją gdzie indziej byłoby to bardziej przyjemne. Ogólnie dźganie o tej porze nie było mile widziane, zwłaszcza kiedy organizm próbował dać jej znać, że nie przepada za alkoholem. Aby zapobiec dalszemu dźganiu zdobyła się na heroiczny wyczyn i z jękiem przypominającym ostatnie stęknięcie zarzynanej ruskiej maszyny do szycia przekręciła się na drugi bok.
- Wszystko w porządku? - zapytał męski głos, którego wcześniej nigdy nie słyszała.
W normalnych okolicznościach, gdyby w świecie pustych obudziła się w pokoju z jednym z tych potworów ze strachu wlazłaby na żyrandol, ale to nie były normalne okoliczności. No i nie miała żyrandola.
- Zaraz będzie. Daj mi chwilę. Zabiję się i wtedy wszystko będzie już dobrze.
Szayel popatrzył niemal ze współczuciem na mizerną istotę dogorywającą pod kołdrą, jednak i tak przeważała w nim odraza do słabości tego stworzenia, co było dużo bardziej do niego podobne. Szalony Espada rzadko kiedy czuł coś na kształt litości, ale owy gość Aizena, którym Ichimaru polecił mu się zająć był tak wynędzniały, że wołało to aż o pomstę do nieba.
- Zabicie się nie będzie konieczne. Wystarczy, że pójdziesz ze mną, księżniczko.
Ariel słysząc to przypomniała sobie, o Arrancarze, o którym mówił wczoraj Gin. Czyżby ten zmodernizowany Pusty rzeczywiście wymyślił coś, co bezapelacyjnie zagwarantowałoby mu Nobla z medycyny i boskie uwielbienie lwiej części społeczeństwa? Zmusiła się do wnurzenia głowy spod zwałów materiału. Najpierw myślała, że nękały ją omamy. Stał, bowiem przed nią przystojny facet w wąskich okularach, który mógłby uchodzić za wzór yuppie. Mógłby, gdyby nie miał różowych włosów. Przestała się już dziwić, że większość potężniejszych Shinigami, czy to innych nadprzyrodzonych świrów była zabójczo przystojna. To musiała być jakaś zmowa genetyczna lub coś w tym stylu, mające na celu pozbawienie normalnego rodzaju ludzkiego przejawów ciachowatości.
Jak się tak nad tym dłużej zastanowić, to od przyjazdu do Karakury nie widziała ani jednego przystojnego człowieka. Tomas się nie liczył, bo po pierwsze był tam tylko przejazdem, po drugie, to jej brat, a po trzecie, to ma tą samą pulę genową co ona, zatem nie jest stuprocentowym człowiekiem. Niemal to samo można, by powiedzieć o Ichigo. W duchu musiała przyznać, że z czystym sumieniem dawało się na nim oko zawiesić, ale Kurosakiego na bank nie należy podciągać pod kategorię normalności… Niestety, jeśli chciała popatrzeć na niezły towar, to będą musieli jej wystarczyć Shinigami, Arrancarzy bądź ich mieszanki.
- Mam coś na twarzy? - zapytał mężczyzna, który miał już dość tego jak osobisty gość Lorda Aizena wgapia się w niego znacznie dłużej niż to konieczne.
Dziewczyna skrzywiła się, znów prawie wpełzając pod kołdrę.
- Błagam cię, ciszej.
- Jeśli chcesz, by ci się poprawiło, to powinnaś pójść za mną, Ariel-sama.
Ze stadem bawołów tańczących paso doble w jej głowie wstanie z łóżka wcale nie było łatwe, ale po kilku próbach postawienia się w pozycję pionową udało jej się. Niestety, czekała ją kolejna przeszkoda.
- Można tu dostać buty? - zapytała, łypiąc niechętnie na zimną podłogę.
- Powiem, by dostarczono je do mojego laboratorium, a teraz chodź. Masz się potem spotkać z Lordem Aizenem.
- Jak na stare lata dostanę reumatyzmu, to przyślę rachunek temu cholernemu megalomańskiemu dewiantowi.
Naukowiec przygryzł wargę, by nie uśmiechnąć się słysząc złorzeczenia dziewczyny.
- Jeśli mogę zapytać, Ariel hime, to, co łączy cię z Lordem Aizenem? - zagadnął, gdy przez dłuższą chwilę szli w milczeniu. - Wśród Espady krążą już nawet zakłady.
- Zakłady o moje stosunki z Sousuke? - niedowierzała. - Rozumiem, że Espada to jacyś super Arrancarzy, tak? Dziesięć mieczy, jeśli dobrze tłumaczę?
- Loly i Menoly będą zrozpaczone, gdy dowiedzą się, że Aizen-sama preferuje inteligentne samice.
Ari jęknęła tym razem nie z powodu bolącej głowy.
- Czy wszyscy sądzicie, że wzbudzam w nim romantyczne zainteresowania? Czy mówimy o tym samym złym do szpiku kości geniuszu z kompleksem wyższości i skłonnością do dramatyzowania? Zapewniam cię, że jedyne romantyczne uniesienia jakich on doznaje mają miejsce przed lustrem z powodu samouwielbienia.
- Na twoim miejscu pani, uważałbym co mówię. Ściany w Las Noches mają uszy.
- Sousuke doskonale wie, co o nim myślę.
- Może i tak, ale niektórym Arrancarom może się nie spodobać, jak wyrażasz się o naszym przywódcy, moja pani.
Dziewczyna pomasowała skroń próbując, z resztą daremnie, powstrzymać dudnienie w głowie.
- Dzięki za ostrzeżenie, Szayel, zgadza się? Nie zapytałam cię nawet o imię.
- Szayelaporro Granz, ósmy Espada, pani - skinął jej głową.
- Mógłbyś przestać z tą pani, Lady i sama? To całkowicie zbędne.
Słysząc irytację w jej głosie uśmiechnął się pod nosem.
- Nie mogę. Aizen-sama ogłosił, że mamy cię traktować z takim samym szacunkiem jak generała Tosena i Ichimaru.
- No to, kurwa, świetnie - wymamrotała głosem kogoś, kto ma wszystkiego i wszystkich dosyć i właśnie wybiera się siać pietruszkę.
Szła cholerne pół godziny odmrażając sobie stopy, by wejść do laboratorium, które spokojnie mogło konkurować z tym Kurotsuchiego. Była po wrażeniem, dopóki nie dano jej małej fiolki z dwoma pigułkami. Starała się uspokoić oddech i nie wykrzyczeć na cały głos, że przecież mógł zabrać je ze sobą i dać jej to od razu. Z drugiej strony i tak musiałaby z nim przyjść do laboratorium. Nie po, to by ją przebadał, ale, żeby mogła zrobić spektrometrię. Jeśli ktoś myślał, że połknie nie wiadomo, co to się grubo pomylił. Po poznaniu składu chemicznego i upewnieniu się, że dobrze go zapamiętała, uznała Szayela za swego nowego mistrza i poprzysięgła mu dozgonny szacunek i wdzięczność. Przynajmniej do czasu, kiedy będzie musiała wymyślić coś, co przyczyni się do niechybnej eksterminacji Espady.
Ari westchnęła zrezygnowana, kiedy została sama, by w końcu móc się ubrać. To wszystko było trudniejsze niż przypuszczała. Właściwie sama nie wiedziała czego się spodziewała, ale na pewno nie tego. Całokształt zaistniałej sytuacji sprawił, że jej mózg się poddał, trzasnął drzwiami i wyszedł na piwo. Dlatego nie lubiła emocji. Nawet najmniejsze zawsze wszystko komplikowały, a widok Gina uzmysłowił jej, ale tak naprawdę, aż do szpiku kości, że równie dobrze może go już więcej nie zobaczyć, a to wywołało w niej istne emocjonalne tsunami. I nawet teraz, wpatrując się w dziwne białe ubranie i upragnione buty, nie wiedziała co ma zrobić, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Cholera, to wszystko było bardziej skomplikowane niż różniczki parametryczne!
Dziewczyna zauważyła, że właśnie skończyła się ubierać, choć nie dyskutowała o tym ze swym ciałem. Wygładziła ręką fałdy białego materiału. Garderoba mieszkańców Las Noches była specyficzna. Wąska talia, podkreślone ramiona i spiczaste buty. Wyglądała jak elegancko ubrany gwóźdź. Potargała włosy. Nie była pewna co teraz będzie. Tylko to broniło ją przed wariactwem, niepewność. Nadzieja, że jakimś cudem wszystko się ułoży.
Szayel kazał jednemu ze swoich sługusów, których nie zamierzała nawet komentować, zaprowadzić ją do pomieszczenia, oczywiście całego białego, w którym miała czekać. Nie wiedziała, na co, ale nie zamierzała narzekać. Było jej ciepło w nogi, chwilowo nikt nie chciał jej zabić, a pod ścianą leżała masa wielgaśnych poduch, które zdawały się wręcz wołać „wskocz na nas". Było tam też coś nowego. Balkon. Czyli możliwość zorientowania się co jest poza białymi murami Aizenowskiej fortecy.
Ari zatrzymała się na progu i wyjrzała na zewnątrz. Stawanie na gzymsach wiszących kilkadziesiąt metrów nad ziemią nigdy za specjalnie do niej nie przemawiało, a po pewnym czasie unikanie ich przerodziło się w przyzwyczajenie. Jej reakcja wynikała zapewne ze znajomości z kilkoma inżynierami, którzy takie gzymsy projektowali. Byli to ludzie z gatunku tych niepotrafiących dwoma rękoma znaleźć własnego zadka.
Jednak nie poprawne wyliczanie wytrzymałości balkonu zajmowało jej myśli. Było to niebo. Wedle informacji z Głównej Biblioteki Gotei w Hueco Mundo zawsze panowała noc, ale teraz wydawało jej się, że stoi w samym centrum lazurowego nieboskłonu. Cóż, Aizen powiedział, że zasiądzie w niebiosach, więc miało to poniekąd sens. Pompatyczny dupek.
- Boisz się, że wypadniesz?
Shihoin prawie dostała zawału słysząc dziecinny głos koło ucha. Stała za nią niska, jasnowłosa dziewczynka ubrana jak ofiara motocyklisty pedofila. Jednak to nie strój małolaty ją zaniepokoił. Obecność kogoś z dziurą wylotową w brzuchu potrafi być raczej rozpraszająca.
- To o ciebie jest cały ten hałas? - zapytała, obchodząc Ari i oglądając niczym nowy eksponat muzealny. - Nie widzę w tobie nic specjalnego. Co sądzisz Starrk?
Ariel dopiero, wtedy zauważyła idealnie skrywane reiatsu zakopane wśród poduszek. Ledwo mogła je wyczuć, ale miała wrażenie, że nie przez to, że było słabe.
- Hej, rusz dupę leniu patentowy! Mówię do ciebie!
Z góry pościeli wysunęła się ręka, która odgarnęła kilka poduszek ukazując zaspaną twarz. Złote oczy zmrużyły się z niedowierzania. Gość wyglądał prawie jak Shunsui. Nawet aura wyluzowania wokół niego była identyczna jak wokół kapitana ósmej dywizji.
- Wy także jesteście częścią Espady?
- Oczywiście, przecież widać, nie? Lilynette Gingerbuck i Coyote Starrk, najpotężniejsi spośród Espady!
Jeśli Ari zastanawiałaby się kiedykolwiek jak wyglądałoby stadium rozwoju między Yachiru i Hiyori, to właśnie znalazłaby odpowiedź. Zamrugała i pochyliła się nad dziewczynką niemal stykając się nosami.
- Macie takie same reiryoku. Jak to możliwe? - zapytała leżącego mężczyznę, który jakby dopiero teraz ją zauważył.
-To… skomplikowane - odparł po chwili, tonem mówiącym, że nie udzieli lepszej odpowiedzi. - Co tu robisz?
Wzruszyła ramionami.
- Najwyraźniej na coś czekam. Pewnie na Aizena, który w tej chwili zapewne jest zajęty bardzo niegodziwymi rzeczami.
- Lord Aizen tłumaczy bardziej… opornym członkom Espady, wagę słowa „nietykalna" odnoszącego się do twojej osoby, Ariel-sama.
Dziewczyna miała dość tego, że tylu osobom udawało się do niej zbliżyć niezauważonym. Była zbyt rozkojarzona, aby wyszło jej to na zdrowie. Tym razem przegapiła pojawienie się czterech kobiet. Przełknęła ślinę. Stała otoczona szóstką Arrancarów. Tak, dzień zapowiadał się bajecznie, a nie zjadła nawet jeszcze śniadania. Nie dała jednak niczego po sobie poznać. Jej samokontrola była w pełni nastawiona na nieokazywanie strachu. Okazanie strachu wiązałoby się z przegraniem, a Ariel Black nie przegrywała. Przegrana była czymś co przytrafiało się innym. Pozostało jej jedno. Uśmiechnęła się. Na okazje takie jak ta miała specjalny uśmiech: pogodny, serdeczny, wykuty z kamienia. Uśmiech ów idealnie krył stan tłumionego przerażenia, gdy podeszła do opalonej blondynki z zakrytą twarzą, która zdawała się przewodzić grupie kobiet.
- Nazywam się Shihoin Ariel, miło mi - wyciągnęła rękę, na którą kobieta popatrzyła się, jak na coś, czego dotąd nie było dane jej zobaczyć.
Zanim blondynka zdążyła odpowiedzieć ściana w wyjątkowo zmyślny sposób złożyła się ukazując drugie pomieszczenie, w którego progu stał Aizen, Gin i trzech nieznanych Ari Arrancarów. Pierwszy wyglądał jak zmutowany patyczak. Był wysoki, chudy i sprawiał wrażenie segmentowości. Miał twarz, której nawet nekrofil nie mógłby pokochać. Drugi, jeśli miałaby już go do kogoś porównać wyglądał jak zupgradeowana wersja czarnoskórego gościa z drużyny A, którego imię akurat wyleciało jej z głowy. Była, jednak pewna, że tamten koleś był kiedyś małym, potwornym szkrabikiem. Ten Arrancar nie wyglądał jakby kiedykolwiek był mniejszy niż nosorożec. Wyglądał jakby zbudowano go w stoczni. Trzeci mężczyzna, to zupełnie inna historia.
W progu stał przystojniak z boskimi proporcjami ciała, które przyprawiłyby do zgonu ze szczęścia każdego starożytnego rzeźbiarza. Sześciopak Apolla właśnie spadł z Olimpu i przyczepił się do tego obrazu męskiej perfekcji czyniąc go jeszcze bardziej perfekcyjnym połączeniem dzikiej, wręcz kociej gracji, osiąganej nawet w statycznym stanie, z intensywnością maniakalnego zabójcy. Był idealny, dopóki nie otworzył ust.
- To ma być ta cizia?
Ta chwila udowodniła, że, gdyby istniał zdolny do tego termometr, wskazywałby teraz temperaturę plus ośmiuset i minus trzystu stopni Celsjusza naraz. Ariel mogła znieść niemal wszystko, prócz protekcjonalnego traktowania bazowanego na tym co miała między nogami.
- Grimmjow - zaczął Aizen, którego ton niósł delikatne ostrzeżenie przed rychłym końcem świata. - Skoro tak bardzo pragnąłeś poznać naszego gościa, to z pewnością ucieszysz się z przyjemności oprowadzenia księżniczki Shihoin po Las Noches i doprowadzenia jej do mej komnaty za godzinę na śniadanie.
Była, to bardzo uprzejma sugestia w pełni sugerująca, że nieuprzejmość pozostaje kwestią otwartą.
- Yammy, Nnoitra, nie będziecie już dużej potrzebni. Możecie odejść - Arrancarzy bez szemrania wykonli polecenie króla Hueco Mundo.
Szatyn uśmiechnął się do niej przepraszająco, zrobił krok wstecz, a ściana bezgłośnie wróciła na swoje miejsce. Cisza, jaka nastała była głośna niczym owacja na stojąco.
Błękitne oczy zwęziły się lądując na jasnowłosej kobiecie. Wyraz mordy Grimmjowa świadczył wyraźnie, że ze wszystkich ludzi na świecie, których nie chciałby widzieć dziewczyna trafiła na szczyt listy. Co prawda, sexta patrzył się tak na każdego. Miał bardzo egalitarny stosunek do ludzkiej rasy i Shinigamich. Nienawidził ich wszystkich niezależnie od pozycji społecznej, wyznania, czy każdej innej trywialnej rzeczy.
- Widzisz co zrobiłaś, kobieto? - wysyczał.
- Że niby …?
- Nie odzywaj się nieproszona!
- Przecież zapytałeś! - poziom jej irytacji poszybował w górę, przebił sufit i w tym momencie orbitował gdzieś w przestrzeni kosmicznej.
- Powiedziałem zamknij twarz!
- Pieprz się!
- Ty ludzka kurwo, nie waż się tak do mnie odzywać! Mógłbym złamać tą twoją kurewską szyję gołymi rękoma w każdym pieprzonym momencie.
- Och, już się boję. Spójrz, aż się trzęsę.
- Nie waż się trząść na mnie dupą!
- Zmuś mnie.
- Sama się o to prosisz, kobieto!
- Jesteś jak psiak, co szczeka, a nie gryzie.
Pozostali Arrancarzy przyglądali się przedstawieniu w milczeniu zastanawiając się, kiedy ostatnio tak dobrze się bawili. O dziwo nic nie przychodziło im na myśl. Starrk z uniesionymi brwiami patrzył jak jedna z jego poduch przelatuje koło głowy Grimmjowa, który dostałby nią prosto w nos, gdyby nie zrobił uniku.
- Co, do kurwy nędzy? Mogłaś mnie trafić!
- Nie powinieneś się uchylać.
Lilynette usadowiła się koło pierwszego Espady, podparła brodę na ręku i z rozmarzonym wyrazem twarzy przypatrywała się obrazowi destrukcji mającemu miejsce na jej oczach. Kłótnia wskoczyła na wyższy poziom w momencie, w którym dziewczyna rzuciła poduszką. Głównie była to bitwa na słowa, z miękkim przedmiotem lecącego co jakiś czas w Espadę. Groźba tu i groźba tam, a żadna z nich nie mogła zostać spełniona. Z jednej strony Grimmjow ani nikt inny nie mógł w żaden sposób skrzywdzić Ariel. Z drugiej dziewczyna nie miała siły ani umiejętności, by poważnie zranić Arrancara. Oboje zdawali sobie z tego sprawę, ale to nie powstrzymało żadnej ze stron przed rzucaniem się sobie do gardeł.
Ari stała w pozycji gotowej do ataku z różową poduchą trzymaną przed sobą niby tarcza gotowa do rzucenia w głowę przeciwnika. Grimmjow zbliżył się do niej i przesuwał palcami po rękojeści Pantery. Korciło go, by ją dobyć i zmusić tę cholerną babę do zamknięcia jadaczki. Niestety, wiedział, że to niemożliwe.
- Nie zbliżaj się - ostrzegła ściskając mocniej pluszowy pocisk.
- Sorry ciziu, ale nie da rady - zamruczał z sadystycznym grymasem na ustach. Domyślił się, że nazywając ją cizią wkurzy ją jeszcze bardziej. - Przez najbliższą godzinę mam być twoją nianią. Więc zamknij paszczę i pogódź się z tym. Nie pozbędziesz się mnie.
- No, to zobaczymy. I nie nazywaj mnie żadną „cizią" ty… ty…
Grimmjow uśmiechnął się pochylając do przodu i grożąc jej palcem.
- No, no ciziu. Nie mów mi, że wykorzystałaś już wszystkie obelgi. Myślałem, że masz w sobie więcej ikry.
Twarz Ari była uosobieniem furii w stanie czystym.
- Ja ci pokarzę ikrę, ty krnąbrny matkojebie.
Nie mógł przepuścić takiej okazji. Uśmiechnął się ukazując dwa rzędy śnieżnobiałych i ostrych jak brzytwa zębów.
- Cóż, gdyby ci jej zabrakło powiedz tylko słowo. Chętnie zapełnię twoje luki swoją.
Starrk jęknął i zakrył oczy dłonią nie chcąc widzieć nadchodzącej tragedii. Lilinette wpatrywała się w rozgrywającą się przed nią komedię z boskim uwielbieniem, a cztery kobiety stojące pod ścianą zaczerwieniły się nieznacznie również spodziewając się niekontrolowanego wybuchu temperamentu.
Ari otworzyła szerzej oczy z niedowierzania. Czy ta namiastka męskiego ideału właśnie rzuciła w jej stronę wulgarny i typowo szowinistyczny komentarz? Oblizała usta i pochyliła się nieco do przodu krzyżując ręce pod piersiami, by były jeszcze bardziej widoczne w i tak dosyć głębokim dekolcie.
- Błagam, jesteś ostatnią formą życia, którą chciałabym pieprzyć. Poza tym… - wymruczała, przeciągle mierząc go spojrzeniem od szczerzących się zębisk przez rzeźbioną klatę do szczytu spodni, gdzie jej wzrok pozostał nieco dłużej. - Wątpię byś miał wystarczająco duże jaja, by wyprodukować tyle ikry, żeby mnie zaspokoić.
Tego było już za wiele. Starrk zatopił się w kupie poduch przykrywając twarz największą, która zaraz po tym zaczęła się podejrzanie trząść. Jasnowłosa dziewczynka otwarcie tarzała się po podłodze ze śmiechu. Kobieta przypominająca Ari węża zakryła rękawem usta, podczas gdy dwie pozostałe towarzyszki blondynki krzyknęły jednocześnie:
- Możemy ją zatrzymać, Harribel-sama?
- Hej, ja ją pierwsza znalazłam - zaprotestowała Lilinette.
Stark głębiej zakopał się w poduszkach chcąc wyciszyć wszechogarniający chaos.
W pokoju za ścianą dwie pary oczu przyglądały się temu wszystkiemu z zaciekawieniem.
- Aizen taichou, sądzisz, że zostawienie jej z Grimmjowem, to dobry pomysł? - zapytał Gin, któremu nie podobała się ręka Sexty wędrująca coraz bliżej rękojeści zanpakuto. - Jeśli będziemy mieli szczęście, zniszczą jedynie pół Las Noches.
- Gin, gdzie się podziało twoje słynne poczucie humoru? I odkąd to widzisz coś złego w odrobinie destrukcji? Z resztą oglądanie tej dwójki będzie niezwykle interesujące.
Cóż, temu były kapitan trzeciego oddziału nie mógł zaprzeczyć.
