Steve spławił Kono, która planowała wybrać się z nim na plażę i pewnie pracować nad tym, aby oboje wyciągnęli Danny'ego, odkąd wszyscy znali dokładnie rozkład weekendów Rachel. McGarrett jednak powiedział, że nie ma ich nawet w domu i wyszedł, aby schować jeden z samochodów, co Danny uznałby za zabawne, gdyby nie doszło do niego, że obaj byliby martwi, zanim wyjaśniliby Kono, dlaczego chcieli zostać sami. I to nie tak, że mogli powiedzieć prawdę. Kono raczej nie zrozumiałaby, że angażowanie się w jego sytuacji byłoby idiotyzmem. Przeszedł już jedno piekło z Rachel.

- Jesteś cichy – stwierdził Steve i to takim tonem, jakby to było coś dziwnego.

Jakby nie miał za sobą cholernego maratonu seksu. McGarrett obejmował go ramieniem, kiedy leżeli na boku. Ten jeden raz pomyśleli wcześniej i nie byli zmuszeni teraz do niechcianego kontaktu wzrokowego. W świetle dnia dopiero mogło zrobić się niezręcznie. I tak nie czuł się, aż tak swobodnie, kiedy Steve dotykał jego blizn. Oczywiście McGarrett już je widział, ale to nie zmieniało faktu, że Danny teraz cały czas o nich myślał.

- Może łapię oddech – zakpił.

- Nie, raczej nie. Ja odwaliłem całą robotę. Znowu – wypomniał mu Steve.

Danny jednak był pewien, że alfa nie miał nic przeciwko. Jego tyłek bolał tak, jakby dostał niezłe lanie. Jeśli mieli dalej to ciągnąć w tym tempie, do poniedziałku zacznie mieć problemy z chodzeniem. A wtedy powie Kono, że Steve groził zostawieniem go w dżungli i dlatego wygląda tak, jakby stado małp rzucało w niego kokosami przez weekend.

- Ostatni raz, kiedy byłem u góry, nie doczekałem się kolejnej randki – odparł.

- Chyba żartujesz – prychnął Steve.

- To był jego pierwszy raz. Związał nas, chociaż nie planował, spanikował i próbował wyjść, więc przewróciłem go na plecy i kazałem mu tak zostać – zaśmiał się Danny. – Wydający rozkazy omega to nie jest coś, co pociąga każdego.

- Jesteś dość układny w łóżku – poinformował go Steve. – Może po prostu nie wiedział co zrobić, żebyś przestał gadać. Zresztą bardziej celuje, że było mu wstyd. Pewnie nie sądził, że będziesz go chciał jeszcze widzieć na oczy.

- Ach, i sądzisz, że ty wiesz, co zrobić, żebym przestał gadać? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.

- Mam jeden pomysł czy dwa – przyznał Steve jak gdyby nigdy nic i jeśli nie flirtowali w tej chwili, to Danny nie był blondynem.

Nie wątpił też, że plany alfy pokładały się z jego własnymi. Jak do tej pory w jednym byli zgodni – seks był doskonały.

Dłoń Steve'a zsunęła się w dół na jego brzuch, po zaschniętej plamie nasienia, które pozlepiało jego włoski. Mimowolnie się spiął, kiedy McGarrett dotknął jego blizny.

- Myślisz, że mi przeszkadza? – zdziwił się alfa, jak najbardziej prawidłowo oceniając jego reakcję.

- Nie wygląda dobrze – odparł po prostu.

- Przynajmniej masz blizny, które niosą z sobą dobre wspomnienia – prychnął Steve.

Danny nie widział niczego podejrzanego na ciele alfy, ale może właśnie przez to McGarrett miał tyle tatuaży. Nierówności pod swoimi dłońmi uznał za normalne ukształtowanie skóry. Mógł się jednak mylić.

- Nie nazwałbym porodu dobrym wspomnieniem – odparł.

- Więc jest złym? – zdziwił się Steve.

- Też nie. Po prostu twoje ciało wytwarza wtedy hormony, które mają pomóc mózgowi zapomnieć o całym bólu. Jesteś go świadom przez cały czas, ale on nie jest najważniejszy. W innym wypadku nikt nie byłby tak głupi, żeby sobie robić to drugi raz albo nawet trzeci – wyjaśnił.

- I co? – spytał Steve. – Chcesz to zrobić drugi raz czy trzeci? – uściślił.

Odpowiedź byłaby oczywista jeszcze nie tak dawno.

- Sądziłem, że Rachel donosi przynajmniej jedno nasze dziecko – przyznał.

I zdał sobie nagle sprawę, że rozmawiają o bądź co bądź porodach, co na pewno nie było seksownym tematem. Jednocześnie na tyle intymnym, że Danny czuł się dziwnie rozmawiając o tym ze Stevem. Rachel nigdy nie pytała jak się czuł w trakcie. Nie poruszali tego tematu, bo nie miało to znaczenia wtedy. Miała za kilka lat urodzić jego dziecko.

- Powinniśmy… - zaczął.

- Byłem trochę zdziwiony, że zdecydowałeś się rodzić – wszedł mu w słowo Steve.

- Właśnie miałem wspomnieć, że to nie jest dobry temat do rozmów, kiedy na pewno żaden z nas się stąd nie ruszy – prychnął.

- Krępuję cię? – spytał alfa wprost.

- Tymi ciężkimi łapami? Przez cały czas – zakpił, bo faktycznie nie bardzo miał się gdzie ruszyć. – Temat nie. Po prostu chciałem dziecka. Rachel powiedziała, że to nie jest dobry moment w jej karierze. Zatem pozostawała jedna opcja. To nie trwało nawet tak długo. Pobrali od niej materiał i dwadzieścia minut później leżałem tak jak z tobą teraz – przyznał, chociaż nie dodał, że ten dziwny przyrząd, który miał w tyłku nie był nawet w połowie tak przyjemny jak penis McGarretta. – Zdajesz sobie sprawę, że jeśli będziesz chciał dziecka to zapłodnienie kogokolwiek zajmie ci o wiele mniej czasu? – zakpił.

- Na razie nie planuję – odparł Steve, co dość go zaskoczyło, bo nie odrywał się od Grace.

I był naprawdę dobry w opiece nad nią, kiedy już zdał sobie sprawę, że jego słowa do niego wracają, aby go ugryźć w tyłek.

- Kiedy mówisz o tym, brzmi to zimno – podjął Steve.

- Bo było zimno, zapewniam cię – zaśmiał się, przypominając sobie, że leżał nago na łóżku nieprzykryty, bo lekarz musiał kontrolować cały zabieg. – Ale było warto.

- Było warto – przyznał Steve.

ooo

McGarrett próbował nakarmić go ananasem, co wcale nie było odpowiednim podziękowaniem za seks. Danny odmawiał sprowadzania go do poziomu standardowego Hawajczyka. Nie mieszkał tutaj aż tak długo, a turyści naprawdę irytowali wszystkich.

Mógł ugotować im normalny obiad, ale nie wyszli z łóżka. Nie żartował o maratonie seksu. Kiedy jednak nie doprowadzali się na szczyt, leżeli, odpoczywając w ciszy. Milczenie w towarzystwie McGarretta było zaskakująco łatwe.

- To była dobra sobota – przyznał Steve.

- O nie. Naprawdę nie potrzebujesz spalać milionów kalorii w ciągu morderczego biegu, żeby zacząć dobrze dzień? Uważaj, bo przestanę uważać cię za wariata – prychnął Danny.

McGarrett ugryzł go ostrzegawczo w ramię. Jego skóra była zaczerwieniona od pocałunków, ale to miało szybko zniknąć. Danny upewnił się, że nie miał podejrzanych śladów, których w pracy nie miałby jak zakryć. Poinformował nawet Steve'a, że jeśli alfa chce, może go pocałować w tyłek, bo tylko spodenki mogły zasłonić cokolwiek, kiedy stali z Kono na wieżyczkach ratowniczych, co skończyło się tym, że w chwilę później wylądował twarzą w poduszce i może to lepiej, bo zawył, kiedy Steve wbił w niego swój język. Był tak rozluźniony po tym jak pieprzyli się wcześniej, że alfa mógł się w niego wsunąć naprawdę głęboko. I tak łaskocząca inwazja, była jednocześnie idealna i niewystarczająca.

- Spaliłem dzisiaj dostatecznie wiele kalorii – odparł Steve, przyciągając go do siebie bliżej.

Danny nie powiedziałby tego nikomu, ale zaczynał zauważać, że z bycia małą łyżeczką wypływały pewne bonusy. Przede wszystkim nie wiało mu po tyłku, czego nie znosił, niezależnie od temperatury, która panowała wokół.

Dłoń Steve'a na jego piersi spoczywała przyjemnym ciężarem.

- Myślę: sen – rzucił alfa i Danny ziewał już od kilku dobrych minut, więc nie widział w tym żadnego problemu.

Odpływał całkiem powoli, świadom ciepła, które go otaczało i miał nadzieję, że Steve przeturla się na drugą stronę łóżka później w nocy. Obaj generowali tak wiele ciepła, że dzisiejszego ranka obudził się zlany potem. Alfa jednak obejmował go coraz ciaśniej dłonią i to chyba miało się prędko nie zmienić.

ooo***

Grace wróciła tak późnym popołudniem, że w zasadzie usiedli razem do kolacji. Rachel nie wydawała się za grosz winna temu, że spóźniła się dobre dwie godziny. Ustalony czas widzeń był czymś o co zajadle walczył, bo dawało mu to możliwość późniejszej negocjacji, ale ona i tak nie przestrzegała reguł.

Jak zwykle Grace nie powiedziała ani słowa o Stanie, opowiadając im jednak o tym, że w hotelu, w którym się zatrzymali była czekoladowa fontanna. Nie zjadła jednak wszystkiego, co znalazło się w jej zasięgu, ponieważ była już dorosła. A przynajmniej tak twierdziła. Danny nie planował jej wierzyć w tej kwestii nigdy.

- A co wy robiliście, Danno? – spytała, spoglądając na niego tak niewinnie, że prawie czuł się winny, że jeszcze pięć godzin temu brał najdłuższy prysznic życia.

- Byliśmy na wyprawie – odparł Steve, wyprzedzając go w wymyślaniu kłamstwa, które trzymałoby się kupy. – Powiedzieliśmy o tym Kono – dodał, spoglądając na niego wymownie.

I faktycznie to miało sens. Gdyby mała wygadała się przed Kono, byliby martwi.

ooo

Nie sądził, że Steve będzie zachowywał się inaczej, ale miło było mieć tego potwierdzenie. McGarrett odwiózł Grace do szkoły, a potem ni słowem nie napomknął o tym jak spędzili wieczór, kiedy kierowali się do pracy. Dogryzali sobie może odrobinę bardziej zajadle, bardzo otwarcie, ale nikt nie zwróciłby na to uwagi. Większość osób w hotelu zaakceptowała ich wzajemne zachowanie, które Kono zresztą napędzała, podsuwając im co rusz nowe powody do kłótni. Danny nie lubił łódek i na pewno nie planował spędzać kolejnego weekendu z Kono i jej narzeczonym na małej przestrzeni. Nie chciał, aby Grace poznała co oznacza słowo 'seks'. A Kono i Adam nie należeli do ludzi, którzy trzymali swoje ręce przy sobie.

- Jesteś mniej gburliwy – stwierdziła Kalakaua, spoglądając na niego podejrzliwie.

- Pewnie przez to, że jestem zbyt zmęczony, żeby gadać – odparł, nie próbując się nawet kłócić w kwestii swoich humorów.

Doskonale wszystkie znał. Był Włochem. Miał prawo do głośnego wyrażania swoich uczuć, czy to się komuś podobało czy nie. Dziwiło go jedynie, że McGarrett nie uciekał. Facet nawet jak na alfę był dość zamknięty w sobie.

- Steve przeciągnął cię przez dżunglę? – zakpiła. – Czekaj. Gdzie w ogóle byliście? – spytała ciekawie.

Wzruszył ramionami.

- Nawet nie wiesz? – jęknęła. – Myślałam, że to już przerabialiśmy. Hawaje to teraz część ciebie.

- Myślałem, że już to przerabialiśmy. Nienawidzę ananasów. Poza tym kiedykolwiek próbowałaś nadążyć za tym facetem? – spytał, unosząc sugestywnie brwi.

Steve zresztą zmaterializował się obok niego z drinkiem w ręku. Wydawał się znudzony, ale z drugiej strony Grace miała się pojawić dopiero za kilka minut, a on zawsze planował swój dzień tak, żeby mieć dla niej czas. Gips miał zostać na jej ręce jeszcze przez ponad tydzień, a kończyły im się rozrywki, którymi mogli odwracać jej uwagę. Chciał ją nawet wysłać na poszukiwanie sukni ślubnej z Kono, ale z rodziną Kalakauy, to nie wydało mu się ,aż tak bezpieczne.

- Na pewno nie jest aż tak źle – prychnęła Kono.

- Co jest źle? – spytał McGarrett, patrząc na nich podejrzliwie, jakby planowali podbój świata.

Kono może tak, ale on wyrósł już z podobnych marzeń.

- Danny narzeka, że trudno cię dogonić – poinformowała alfę.

- Poważnie? – zdziwił się Steve.

Perfekcyjnie udawał głupiego. Danny byłby pod wrażeniem, gdyby nie fakt, że Kono jak zawsze nie odpuszczała, kiedy znalazła sobie temat. Tym razem miał zapewne zostać przekonany do pieszych wycieczek.

- W Afryce żyją murzyni plemienia Bantu, którzy osiągają twój wzrost. Wiesz co robią Pigmeje, kiedy jednego dorwą? – spytał niewinnie. – Obcinają mu nogi w kolanach, żeby wszyscy byli równi – oznajmił McGarrettowi.

Steve prychnął, uśmiechając się krzywo.

- Albo mógłbyś popracować nad kondycją – rzucił alfa.

- Moja kondycja ma się świetnie – odparł. – Po prostu nie przywykłem do biegania po dżungli.

- Steve, nie możesz go tak przeganiać – wtrąciła Kono. – A co jeśli przez ciebie znienawidzi Hawaje? Może zatrzymajcie się chociaż raz czy dwa, żeby zobaczyć widok? – rzuciła z nadzieją.

- Danny nie chce podziwiać widoków. Kiedy tylko weszliśmy, chciał wracać – poinformował ją Steve.

I taka była prawda. Grace była przeszczęśliwa słysząc jego marudzenie. Ją jednak McGarrett niósł. Zawsze mogli się zamienić następnym razem.

Kono wydawała się rozczarowana i w pełni ją rozumiał. Ona jednak też dostawałaby kociokwiku, gdyby ktoś wyciągnął ją z jej przestrzeni i wrzucił w środek obetonowanego New Jersey, gdzie niebo przysłaniały wieżowce, a smog skutecznie zmieniał kolor chmur. Kochał każdy aspekt tego miasta. Nawet korki.

Steve spojrzał ponad nim i Danny widział po jego minie, że Grace nadciąga. Został mocno przytulony na powitanie, zanim jego córka złapała Steve'a za rękę pozwalając się poprowadzić w głąb budynku.

- Nie zdążyłem mu powiedzieć, żeby przestał ją karmić babeczkami przed obiadem – przypomniał sobie.

- Sądzisz, że posłuchałby cię? – zakpiła Kono.

I pewnie miała rację.

ooo

Telefon od Rachel był na tyle zaskakującym zjawiskiem, że prawie uderzył głową w szybę samochodu Steve'a. Alfa spojrzał na niego z zaniepokojeniem. On jednak tylko zerknął na Grace, która zapewne rozpoznawała dźwięk dzwoniącego, bo między jej brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka.

Ostatni raz, kiedy rozmawiał z Rachel przez telefon, skończyli krzycząc. I McGarrett wszystko słyszał. Chciał tego uniknąć teraz, ale był pewien, że to mu się nie uda.

- Witaj – rzucił krótko i na tyle pokojowo, że nie usłyszał odpowiedzi przez długą sekundę.

- Danny – powiedziała Rachel niepewnie, ale szybko się pozbierała. – Skoro już Grace zatrzymuje się tak blisko naszego domu, pomyślałam, że mogłaby dzisiaj wpaść na kolacje. Stan wpadnie po nią wieczorem – poinformowała go jego ex alfa i ten ton jasno świadczył o tym, że decyzję w zasadzie już podjęła.

- Nie – powiedział krótko, żeby nie otwierać nawet drogi do dyskusji.

- Nie bądź śmieszny – prychnęła Rachel. – To tylko kilka minut drogi. Godzina cię nie zbawi…

- Słuchaj. Nasze mieszkanie zostanie oddane do użytku jutro. Dzisiaj się pakujemy – oznajmił jej, ponieważ niestety, ale takie były fakty.

- Tym bardziej Grace powinna ze mną spędzić trochę czasu – stwierdziła Rachel.

I pewnie miała odrobinę racji, ale był pewien, że Steve i Grace chcieli wspólny wieczór poświęcić na oglądanie telewizji. McGarrett z zaskakującą uwagą słuchał o bajkach, które jego córka uwielbiała. Nie był jednak przekonany, czy mówienie ex alfie o tym, że ich wspólne dziecko woli towarzystwo innego alfy przynajmniej przez ten jeden wieczór, jest dobrym pomysłem. Widział już ten pozew sądowy wiszący w powietrzu.

Możliwe, że Kono miała rację i jego paranoja przekraczała wszelkie granice.

- Rachel, naprawdę musimy się spakować – westchnął, bo to zaczynało go coraz bardziej męczyć.

Steve zresztą spoglądał na niego niepewnie, jakby nie wiedział co zrobić. A ewidentnie chciał zadziałać. Danny doceniał przyjacielskie wsparcie. McGarrett samą swoją obecnością wiele pomagał. Danny przynajmniej uważał na to, aby nie krzyczeć.

- Trzymasz mnie od niej z dala specjalnie – warknęła Rachel.

I widział jak Grace na tylnym siedzeniu zdrętwiała.

- Jestem z nią w samochodzie – poinformował byłą żonę. – Porozmawiamy później, ale jeśli mam być szczery to moja decyzja jest podyktowana jedynie faktem, że jutro musimy wrócić do naszego mieszkania. Gdybyś zadzwoniła z pytaniem o jakikolwiek inny wieczór, nie miałbym z tym problemu – skłamał.

I może Rachel też to wiedziała. Miałby cholerny problem, bo Grace widziała się z nią zaledwie wczoraj po to, aby Rachel i Stan mogli bawić się w idealny dom. A jego córka nie do końca należała do ich rodziny. Ze swojego własnego wyboru. Jeśli chcieli perfekcyjnego wizerunku, powinni urodzić własne dzieci. To jedno było jego.

Był zaskoczony, kiedy nie dostał odpowiedzi, ale po chwili zdał sobie sprawę, że Rachel rozłączyła się bez pożegnania.

Steve starał się na niego nie patrzeć, ale i tak wiedział, że napięta atmosfera nie minie szybko. Grace siedziała spięta nadal z tyłu i przestała machać nogami, co nigdy nie było niczym dobrym.

- Mama jest zła? – spytała w końcu jego córka.

- Na mnie – odparł. – Nie na ciebie – uściślił na wszelki wypadek.

- Mogłam ci powiedzieć, że mama chciała dzisiaj zjeść ze mną kolację. Słyszałam jak rozmawiała z… - urwała Grace i westchnęła przeciągle. – Z nim.

Danny nie planował jej poprawiać, chociaż zaczynał współczuć facetowi. To on w końcu musiał znosić teraz Rachel.

- To niczego by nie zmieniło, Małpko – poinformował ją. – Dalej powiedziałbym nie. Chyba, że chcesz spędzić ten wieczór z mamą? – spytał, odwracając się na tyle, na ile pozwalał mu pas.

Grace potrząsnęła przecząco głową.

- Dzisiaj jest ostatni wieczór ze Stevem. Jutro wracamy do domu – przypomniała mu całkiem niepotrzebnie, bo doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

- A co powiesz na to, że jak wrócicie do domu to następnego dnia z rana obudzimy Danno bardzo wcześnie i zażądamy naleśników? – wtrącił McGarrett.

- Chyba nie planujesz pojawić się u nas tuż po tym morderczym biegu? – spytał zszokowany.

Odpowiedź wyczytał na twarzy alfy bez żadnego problemu.