Wszystko...

Niełatwo jest znaleźć mężczyznę idealnego, a choćby i po prostu dobrego. A tak bardzo chciałoby się mieć takiego, szczególnie gdy ma się obok taką idealną parę. A jeszcze szczególniej w Święta, gdy cała "kochana" rodzina się zbiera i komentuje twoje życie uczuciowe...

Rozdział 36. Ho, ho, ho...

Kolacja przedświąteczna może nie poszła całkiem jak Draco by sobie życzył, ale za to nawet lepiej niż się spodziewał. Rodzice nie do końca zaakceptowali jego wybór i w stosunku do Michaela zachowywali się uprzejmie, lecz oschle.

Jednak lepiej być nie mogło: Harry już zgarnął jedynego dostępnego Czarnego Pana (nie żeby Draco się na niego skusił, nawet gdyby był ostatnim facetem na planecie), a tylko taki kandydat mógłby faktycznie wzbudzić zachwyt u Lorda i Lady Malfoy.

Przyprowadził im zamiast tego kogoś całkiem przeciwnego: Jasnego Gryfona, bez majątku i bez koneksji. Dlatego było jak było i wziąwszy wszystko pod uwagę nie miał powodów do narzekań.

Po kolacji jego samozadowolenie zostało jednak wystawione na próbę.

Gdy tylko ojciec dał znak, że można odejść od stołu Harry natychmiast wysunął się spod ramienia swojego ukochanego i obdarzywszy go szybkim całusem w policzek poprosił Snape'a na bok, Voldemort - to znaczy: Tom - z kolei zaczął rozmowę z jego ojcem, a matka i Bella zajęły się Syriuszem.

Co pozostawiało jedną osobę: ciotkę Rose, która jak było do przewidzenia przywołała go do siebie.
- Draco, mój drogi, a więc jednak znalazłeś nowego chłopaka? - Zlustrowała owego chłopaka uważnie, jakby nie obejrzała go już wystarczająco dokładnie podczas powitania i kolacji i nie miała już na jego temat wyrobionego zdania.

Draco sam dobrze wiedział, że w porównaniu z Harrym Michael wypadał blado, ale doprawdy, nie było nikogo porównywalnego z Harrym Potterem, czy też Lordem Voldemortem.

Zresztą on sam wcale nie miał takich wymagań, zwyczajny chłopak całkiem mu pasował. Nie zakochał się w Harrym dla jego mocy i legendy, ale dla niego samego, za jego charakter... i serce.

Tymczasem czarownica westchnęła.
- No tak, może to i lepiej, kochanie. - I pogłaskała go po dłoni pochylając się do przodu i z nieobecną miną kiwając głową.

Ciotka Rose była kochana i bardzo się o niego troszczyła, ale zupełnie nie znała się ani na dyskrecji, ani na delikatności wyciągając na światło dzienne wszystkie jego sekretne myśli i uczucia.

I przy okazji ściągając na niego kłopoty swoimi uwagami. Tak jak teraz - Michael na pewno będzie się dopytywał o to jej stwierdzenie, chcąc wiedzieć o co, a raczej o kogo jej chodziło...

Spojrzał na swojego brata, który właśnie skończył rozmowę ze Snapem i w tym samym momencie od razu obok niego pojawił się Voldemort, obejmując Harry'ego ramieniem i ciągnąc go w stronę tarasu, po drodze rzucając na nich obu zaklęcie ogrzewające.

Draco usłyszał, jak mówi coś o zauważonym przez niego przy poprzedniej wizycie we dworze rzadkim kwiecie, jaki Narcyzie udało się wyhodować w zimowym ogrodzie i że chłopak koniecznie musi go zobaczyć.

On sam osobiście za czarnoksiężnikiem nie przepadał bardziej niż wcześniej, ale widział, że jego uczucie do Harry'ego jest szczere i głębokie i że jest gotowy zrobić wszystko, żeby uczynić jego brata szczęśliwym.

I to dla Draco wystarczało. Cieszył się ich szczęściem, było tylko jedno małe ale...

Czasami, kiedy pozwalał sobie o tym myśleć, czuł się jakby było dwóch Harrych: ten z teraz, którego kochał jak brata i ten wcześniejszy, którego kochał zupełnie inaczej. Mimo, że nie czuł już tego dzisiaj do tego Harry'ego, który teraz krążył po ogrodach ze swoim ukochanym, jednak pamiętał, że kiedyś było inaczej...

Pamiętał dokładnie, co czuł wtedy... I niestety nawet najbardziej namiętne chwile z Michaelem nie wywoływały u niego takich uczuć jak najdelikatniejszy uśmiech, dotyk tamtego Harry'ego.

Kiedyś słyszał, czy czytał, że taka prawdziwa głęboka miłość zdarza się tylko raz w życiu i obawiał się, że on chyba miał ją już za sobą.

Oczywiście nie miał zamiaru zamknąć się w domku z ogrodem ze swoją ciotką i wspominać przeszłości.

Żył dalej i starał się, cholernie się starał kochać Michaela, który też się starał i nawet dzisiaj, pomimo że nie został przyjęty z entuzjazmem przez rodzinę Draco, uśmiechał się i był miły dla wszystkich.

Poza wszystkimi brakami, jakie widzieli w nim Malfoyowie, chłopak był idealny: przystojny, inteligentny i nawet interesujący się tymi samymi rzeczami, co Draco.

Naprawdę go lubił, lubił z nim być, niestety ciągle czegoś mu brakowało i chociaż przekonał wszystkich wokół, że jest mu z tym dobrze, to samego siebie przekonać nie mógł.

Poczuł na dłoni lekki dotyk palców i uniósł głowę patrząc prosto w pytające i trochę jakby podejrzliwe oczy Gryfona.

Potrząsnął głową pozbywając się niechcianych myśli i mając już dość na dzisiaj pochylił całując ciotkę w policzek.
- Jest dobrze. Dziękuję, ciociu. – Rose pokiwała głową bez komentarza i Draco wyprostował się, ujmując dłoń swojego chłopaka.

- Chodźmy, pokażę ci mój pokój. – Ostre spojrzenie ojca i szybko sprostował. – Twój pokój. – Zły na siebie za takie uleganie presji, w końcu ojciec chyba naprawdę nie myślał, że o tej porze przegnają się idąc spać, poza tym gdyby chciał faktycznie spędzić wieczór, czy noc z Michaelem, to jaka różnica, w którym będą pokoju?


- O co chodziło twojej ciotce? – Michael nie czekał, pytając Draco o to, gdy tylko pożegnali się z jego rodziną i wyszli z salonu. - Od razu też uściślił pytanie. – Nowy chłopak? Nie pamiętam, żebyś wcześniej miał jakiegoś?

Ślizgon westchnął, wyraźnie nie miał ochoty o tym mówić, ale natarczywe wpatrywanie się w niego w końcu wymusiło odpowiedź.

- Nie wiedziałem, że już wcześniej tak dokładnie mnie obserwowałeś… - Zaczął żartem, ale ponieważ Michael tylko się skrzywił i przekrzywił głowę, z ociąganiem kontynuował. – Ale faktycznie nie miałem. – Kolejne westchnienie.

- Ciotka Rose dobrze mnie zna i często z nią rozmawiałem o sprawach, o których nigdy nie mógłbym powiedzieć rodzicom. Jakiś czas temu byłem faktycznie zakochany w niewłaściwym chłopaku…

- Myślałem, że to ja jestem dla ciebie nieodpowiedni? – Michael nie powstrzymał się od wtrącenia.

- Widać mam talent do znajdywania niewłaściwych facetów. Ale wtedy nie chodziło ani o jasne pochodzenie ani o Dom. Po prostu mnie nie chciał, a potem znalazł sobie kogoś innego…

Chłopak przez chwilę milczał, przyglądając mu się uważnie. Doszli już do pokoju Draco, więc zaczekał, aż wejdą i zamkną drzwi.
- Czy to chodziło o tego faceta Harry'ego? Nie chciałeś z bratem rywalizować?

- Nie! Salazarze broń! – Pokręcił głową z przerażoną miną. – Harry sobie z nim radzi, ale dla mnie jest absolutnie zbyt intensywny.

Przypominając sobie scenę przy kolacji: groźbę w jego oczach i natychmiastową interwencję Pottera Michael musiał przyznać mu rację. Wcześniej zastanawiał się, dlaczego Harry Potter, który zawsze starał się unikać rozgłosu nie rzucił jakiegoś glamour idąc na randkę, aby uniknąć tego artykułu w Proroku.

Teraz był pewien, że to był pomysł tego jego Toma: żeby każdy wiedział, że chłopak jest zajęty i nie próbował go podrywać. Zresztą Harry też pewno tak wolał, bo gdyby ten facet takiego chętnego zaczął odstraszać, Złoty Chłopiec musiałby go bronić.

Ale tu nie chodziło o Pottera. Chciał drążyć faktycznie interesujący go temat, bo naprawdę miał zamiar zdobyć serce Ślizgona i dobrze byłoby wiedzieć, komu się to udało i oczywiście jak, ale zanim znowu otworzył usta Draco uniósł dłoń, powstrzymując go.

- Nie pytaj, kto to był, bo i tak ci nie powiem. Ale byłem wtedy nieszczęśliwy a ciotka Rose sama też kiedyś była tak zakochana i już nigdy potem nie znalazła nikogo innego. Dlatego teraz cieszy się, że się otrząsnąłem i jak słyszałeś: uważa, że to lepiej, że jestem z tobą niż z nim…

Michael wcale nie uważał, żeby ciotka mówiła to w taki sposób, brzmiało to raczej jak: skoro nie możesz mieć tego, kogo chciałeś, lepsze to niż nic, jednak miło że chłopak tak to ujął...

Draco zrobił głęboki wydech i potrząsnął głową, uśmiechając się może nie szeroko, ale zdecydowanie radośnie.
- To już dawno zamknięte i nie chcę ani o tym myśleć, ani mówić. – Uniósł palec wskazujący i zacmokał. – Mam za to coś o wiele bardziej ciekawego do rozmowy. Ojciec pomógł mi z tą zagadką z ostatnich zajęć z numerologii.

Michael zmarszczył się podejrzliwie.
- A niby kiedy? Cały czas byliśmy razem.

- Wysłałem mu ze szkoły pytanie sową i odpisał, że książkę zostawi mi na biurku ze swoimi notatkami. – Rozejrzał się po pokoju i triumfalnie wskazał palcem. – Proszę bardzo, leżą. – Przywołał księgę i zwój do siebie i rozsiadł się na kanapie, wskazując mu miejsce obok. – Chodź, zrobimy to od razu, to będziemy mieli wolne ferie.

Michael co prawda wolałby robić z Draco coś innego, ale faktycznie, jeżeli teraz to załatwią to potem jego Ślizgon już nie będzie miał wymówek. Nie powstrzymał się jednak przed pocałowaniem chłopaka, zanim wyciągnął rękę po księgę, szukając założonego rozdziału, podczas gdy Draco uśmiechnął się do niego i rozłożył zwój, wczytując się we wskazówki ojca.

Zanim skończyli było naprawdę późno i obaj byli poważnie zmęczeni.

Michael przeciągnął się strzelając stawami, i odłożył papiery na stolik obok kanapy.
- Merlinie, co za koszmar. Gdyby nie twój ojciec nie wiem, czy dalibyśmy radę. Masz szczęście, mój ojczym nie zna się na takich sprawach, ale nawet z tym, na czym się znał nigdy mi nie pomagał.

- U mnie odwrotnie, nie tylko interesuje się moją nauką kontrolując stopnie, ale faktycznie sprawdza co umiem i przekazuje wszystko, co jego zdaniem powinienem umieć. Nie chodzi mu tylko o to żebym miał dobre wyniki, ale żebym rzeczywiście był dobrym czarodziejem.

- Masz szczęście. - Powtórzył i Draco skinął głową z nieco zdziwioną miną, jakby sam jeszcze nigdy o tym w ten sposób nie myślał. Michael uznał, że czas zakończyć rozmowę, było za późno na głębokie przemyślenia. - Powinienem iść do swojego pokoju. Możesz mi go pokazać?

Draco miał zamiar zawołać skrzata, ale co mu szkodziło się przejść?.
- Jasne, chodźmy.

Kiedy jednak już mieli wyjść, usłyszeli kroki na korytarzu i zbyt cichą by zrozumieć słowa rozmowę Harry'ego z Tomem. Nie chcąc przeszkadzać w miłosnej schadzce zastygli przy drzwiach, czekając.

I w końcu wreszcie rozległ się głośny śmiech Harry'ego, a zaraz po nim stanowcze, choć rozbawione:
- Nic z tego. Musisz się bardziej postarać. – Po chwili stuknęły zamykane drzwi do jego pokoju i usłyszeli oddalające się kroki czarodzieja.

Na żartobliwe uniesienie brwi przez Michaela, Draco wzruszył ramionami.
- Mały ma zasady. – Tym razem pytające uniesienie brwi. – Zasady, że Tom musi się dla niego naprawdę poważnie starać.

Michael zaśmiał się krótko, ale wziął tę uwagę także do siebie. Nie mógł dorównać temu facetowi Harry'ego, bo nie miał ani kasy ani znajomości na takie wyjścia, jak choćby mecz, na jaki go zabrał czy jakieś eleganckie restauracje, ale miał swój rozum i powinien coś wymyślić i zrobić, bardziej się starać, zamiast brać swoje chodzenie z Draco za coś oczywistego i pewnego.


Ogrody Malfoyów były niesamowite o każdej porze roku i Harry był przekonany, że Narcyza ma jakieś swoje specjalne miejsca w pod- lub nad-przestrzeni, gdzie trzyma całe pola i szklarnie pełne różnych roślin czekających na odpowiedni czas, by je wyeksponować.

Chodzenie po obecnym zimowym ogrodzie w ciepłej pelerynie nie byłoby wygodne, dlatego cieszył się, że Tom wybrał zaklęcie ogrzewające zamiast przebierania się. Okazało się jednak, że czarnoksiężnik miał w tym głębszy cel, który wyjaśnił mu, gdy zbliżali się do coraz chłodniejszych i pokrytych głębokim śniegiem i skutych lodem fragmentów ogrodu.

Nie spiesząc się dotarli do rośliny, którą Toma chciał mu pokazać. Kwiat był w dziwnym połyskującym, atramentowo- fioletowym kolorze, przezroczysty, wyglądający bardziej na szklaną ozdobę niż prawdziwą roślinę, nie był gęsty i rozłożysty, miał tylko kilka wydłużonych płatków otwierających się na boki, by pokazać jego grafitowe serce.

Tom wyjaśnił, ze jest to rzadka i uważana za niemożliwą do wyhodowania w ogrodach odmiana orchidei, która rośnie w najwyższych górach, przy temperaturach i ciśnieniu niemożliwych do przeżycia dla zwykłych ludzi: to dlatego rósł w ogrodzie zimowym i dlatego żadne szaty nie wystarczyłyby im do przebywania w jego sąsiedztwie, a skoro i tak musiałby nosić zaklęcie, to po co w ogóle zawracać sobie nimi głowę.

Harry nie znał się nawet na mugolskich kwiatach, pomimo że od dziecka uprawiał ogródek dla ciotki Petunii, a o tych czarodziejskich wiedział tylko tyle, ile mówiła im profesor Sprout.

Tom za to znał się na wszystkim i jak zawsze chętnie dzielił się tą wiedzą.

Wszystkie rośliny wokół nich, nie tylko ten kwiat wyglądały naprawdę niesamowicie i Harry czuł się trochę jak w ogrodach Królowej Śniegu z dziecięcej baśni. To było niesamowite miejsce i cieszył się, że mógł tak stać przytulony do Toma oglądać te cuda, słuchając jego ciepłego, miękkiego głosu, jaki miał tylko dla niego.

Potem przeszli się jeszcze podziwiając pozostałe nowe obszary, całkiem inne od tego, co widział tu w czasie wakacji. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak długo się tak włóczyli, zanim Tom nie zaproponował powrotu do Malfoy Manor.

W rozmarzonym nastroju, ciasno objęci zawrócili zatem do cichego i pogrążonego we śnie Dworu.

Jak zawsze, od kiedy tu razem mieszkali czarnoksiężnik odprowadził go do drzwi pokoju i wykorzystując romantyczną atmosferę przyciągnął go do namiętnego uścisku, tym razem zupełnie świadomie pozwalając swoim rękom wślizgnąć się pod szaty Harry'ego, coraz mocniej przyciskając się do chłopaka i przyciskając go do ściany.

Niewerbalnym zaklęciem otworzył drzwi, chcąc wejść z nim do sypialni, ale wtedy Harry przerwał pocałunek i odsunął się w bok, poprawiając ubranie.

Tom, lekko zdezorientowany przesunął językiem po wargach. Zanim zdążył zapytać, Harry sam mu wyjaśnił.
- Jesteśmy w domu Malfoyów. - Otarł palcem wilgotne usta i cofnął się, opierając lekko dłoń na piersi Toma, gdy ten znowu chciał go objąć.

Dotyk był zbyt lekki by faktycznie stanowić przeszkodę, ale mężczyzna posłusznie zatrzymał się.
- Przecież Lucjusz powiedział, że możesz się czuć u nich jak u siebie. - Spróbował negocjować.

Chłopak uśmiechając się krzywo kiwnął głową.
- Dokładnie tak: jak małolat pod dachem rodziców.

Tom poczuł frustrację, gdyby Harry go zdecydowanie odepchnął - co prawda niechętnie - ale by zrezygnował, a tak nie wiedział o co mu chodzi.
- Przecież nie masz innego domu? – Stwierdził w końcu.

- Tak właściwie to mam, tylko jeszcze w nim nie byłem i zamieszkam tam dopiero jak skończę szkołę i będę oficjalnie pełnoletni. – Uwodzicielskie spojrzenie spod grzywki. - …Ale ty masz swój dom… I jeszcze mi go nie pokazałeś... - Sugestywnie uniesione brwi.

Tom faktycznie do tej pory nie zaprosił go do siebie, poza tą oficjalną kolacją dla wszystkich – najwyższy czas to nadrobić - jednak na razie postanowił spróbować jeszcze raz, ponownie całując chłopaka w próbie rozproszenia, by go jednak przesunąć w stronę drzwi do sypialni.

Harry owszem pozwolił się całować, tyle że potem znowu zdecydowanie się odsunął, wybuchając śmiechem na widok jego zawiedzionej miny.

- Nic z tego. Musisz się bardziej postarać. – Na osłodę pocałował go szybko i zarazem delikatnie, za to zdecydowanie nie namiętnie, po czym definitywnie odsunął się, tym razem wchodząc do pokoju i zamykając drzwi.

Tom uważał, że całkiem nieźle się postarał i przez chwilę wpatrywał się w nie, pomimo tej odprawy bardziej zadowolony niż zawiedziony.
W końcu Harry nie powiedział: „nie", a jedynie: „nie tutaj" i „nie teraz".

Energicznie ruszył w stronę swojego pokoju, rozważając kolejne, coraz bardziej wyrafinowane sposoby na uwiedzenie chłopaka. Tym razem nie potrzebował żadnych porad.


Przed świątecznym śniadaniem wszyscy jak zawsze spotkali się w salonie i Harry z Draco natychmiast zauważyli i ściągnęli z kominka należne im skarpety ze słodyczami i drobiazgami. Jednak to był dopiero wstęp.

Tradycja nakazywała, aby dzieciom wręczać prezenty i w tym przypadku ani Draco, ani Harry nie protestowali przeciw uznaniu ich za dzieci - w końcu byli przecież niepełnoletni i zdecydowanie im się należały.

Szczególnie Harry był z tego powodu szczęśliwy, bo co prawda od czasu pójścia do szkoły dostawał już od przyjaciół prawdziwe prezenty i na urodziny i na Święta, ale mimo że Weasleyowie bardzo się starali, był tam gościem, a u Malfoyów zaczął rzeczywiście czuć się jak w rodzinie i przez to w tym roku było zupełnie inaczej.

Widząc ich entuzjazm, większość obecnych skrywała uśmiech, poza Syriuszem i ciotką Rose, którzy śmiali się otwarcie. Lucjusz nie miał serca ich przetrzymywać i pozwolił na buszowanie pod choinką przed śniadaniem, co też natychmiast uczynili.

W tym roku Harry nie wybierał się na Święta do rodziców Rona, a jedynie umówił się z nim i Hermioną na spotkaniu później, w trakcie ferii, zatem i prezenty od nich znalazły się pod choinką: jak zwykle książka o zaklęciach od Hermiony a od Rona i jego rodziny: słodycze i sweter przygotowany przez panią Weasley, tradycyjnie ciemnoczerwony, ale tym razem z malutkim złotym H na piersi, zamiast zwyczajowej aplikacji na cały przód, który natychmiast włożył..

Ku swojej uciesze zauważył też podobną paczkę zaadresowaną do Draco i natychmiast mu ją przekazał – mama Rona całkowicie zaakceptowała Draco jako jego brata i także dla Ślizgona przygotowała rodzinny sweter, naprawdę całkiem ładny, w kolorze butelkowej zieleni i z małym eleganckim srebrnym D.

Draco oczywiście i tak się krzywił, ale Harry zmusił go do nałożenia swetra: przynajmniej na czas Świąt. W ramach zemsty brat zażądał za to, aby Harry założył skarpety od Zgredka. Skrzat pamiętał, ze właśnie przez skarpetkę chłopak go uwolnił i jak zwykle przygotował dla niego szalony zestaw, niepasujący do siebie ani kolorem, ani długością.

Nie tylko od Weasleyów obaj dostali takie same prezenty, także Syriusz wręczył im obu dwa identyczne talony na akcesoria do mioteł, bo pomimo, że Draco zrezygnował z gry w drużynie, wciąż kochał quidditcha. Snape przygotował dla nich dwie buteleczki Felix Felicis, ciotka Rose kolejne amulety na szczęście, a Malfoyowie z Bellą nowe wyjściowe szaty i peleryny.

Tylko Tom się wyłamał z tej umowy i dla Draco przygotował futerał na różdżkę wysadzany drogimi kamieniami i obłożony ochronnymi zaklęciami – cenny artefakt, który i Draco i jego rodzice potrafili docenić.

Harry'emu natomiast wręczył pierścień z kutego białego złota w kształcie węża ze szmaragdowymi oczkami.
- To stara pamiątka rodzinna, później wyjaśnię ci, co robi. – Harry oczywiście wiedział, że rodzinna pamiątka oznaczała kolejny ze skarbów Slytherina i zagryzł wargi.

Czarnoksiężnik naprawdę nie powinien dawać mu takich prezentów, na szczęście tym razem sam miał dla niego coś, co powinno dla Toma być równie wartościowe. Wyciągnął małe pudełeczko podając je czarodziejowi z nieśmiałym uśmiechem.

Tom otworzył je i z wrażenia aż usiadł na krześle – to był rodowy sygnet Gauntów.
- Skąd go masz, szukałem…?

Harry wyjaśnił z szerokim uśmiechem, zadowolony, że udało mu się tak zaskoczyć ukochanego.
- Był po mugolskiej stronie Londynu, w starym lombardzie, koło twojego… domu. – Nie chciał używać nazwy „sierociniec", chociaż ze wspomnień ukochanego wiedział, że to miejsce trudno byłoby uznać za prawdziwy dom.

– Po tylu latach powinni go już przetopić, ale te same zaklęcia, które zniechęcały mugoli do zainteresowania się nim, działały też na właścicieli sklepu i zostawili go w spokoju. Kiedy go zobaczyłem od razu wiedziałem, że to sygnet czarodziejskiego rodu, a i czas sprzedaży się zgadzał. Sprawdziłem jeszcze herb dla pewności... I proszę bardzo.

Pochylił się do czarnoksiężnika, całując go w policzek.
- Wesołych Świąt.

Tom zerwał się przytulając go mocno.
- Dziękuję. – A potem wyjął pierścień z pudełka i nałożył na palec. Był pewien, że tak jak pozostałe resztki majątku jego rodziny zaginął, a tu jednak: jest. Nie odzyska już nigdy pierścienia z kamieniem wskrzeszenia, ale ten był dla niego równie cenny – cenniejszy, bo Harry go dla niego odnalazł.

Lucjusz Malfoy odchrząknął i wręczył torebki z upominkami także dla wszystkich dorosłych, w tym także i Michaelowi, który czul się bardzo niezręcznie, a konkretnie jak totalny cham i prostak, bo nie przygotował nic specjalnego nawet dla Draco. Wyczarowane na chybcika rękawiczki i szalik to po prostu żenada.

Po raz kolejny obiecał sobie, że: naprawdę zacznie się bardziej starać.

- Skoro sprawę prezentów mamy już za sobą, zapraszam na śniadanie. – Pan domu otworzył drzwi do jadalni.

Wszyscy posłusznie ruszyli za nim, a Tom wcześniej jeszcze raz mocno - najmocniej przytulił Harry'ego, całując gorąco.
- Dziękuję.


Dzień mijał wszystkim radośnie leniwie i jedynie Draco, na co dzień dumny i pewien siebie Dziedzic rodu Malfoyów robił się z każdą chwilą coraz bardziej zdenerwowany. Po lunchu wreszcie nie wytrzymał i wyciągnąwszy brata z objęć Voldemorta wydusił błagalnym tonem z przestrachem i rozpaczą w oczach.
- Harry, musisz iść ze mną do Grantów.

Harry najpierw skojarzył, kto to Grantowie a potem mając pewność, że dobrze usłyszał osłupiał i zamrugał jak sowa, tego na pewno się nie spodziewał.
- Słucham? Ale po co i jako kto? Przecież to ciebie tam zaprosili, bo jesteś chłopakiem Michaela.

Draco zrobił jeszcze bardziej błagalną, nieszczęśliwą minę.
- Jako mój brat, moralne wsparcie. Potrzebuję cię, tam będzie cała jego rodzina. - Ponieważ jego chłopak chciał coś wtrącić szybko mu wyjaśnił. - I to wcale nie to samo, jak twój przyjazd do mnie: tu znasz Harry'ego i Snape, a ja u was będę sam. - Znowu zwrócił się do brata. - Proszę, to sami Gryfoni i nikogo tam nie znam, poza Michaelem.

Harry co prawda nie uważał, żeby obecność Mistrza Eliksirów szczególnie pomagała Michaelowi czuć się pewnie, ani też i jego samego - biorąc pod uwagę scenę przy kolacji, jednak skierowane na niego rozpaczliwe spojrzenie brata zmusiło go do rozważenia sprawy i wreszcie z westchnieniem ustąpił..

- W porządku, ale nie pójdę sam. - Spojrzenie na Michaela. - Jeżeli twoi rodzice nie mają nic przeciwko dodatkowym gościom, to poszedłbym z Tomem. - Spojrzał na ukochanego dyskutującego co prawda z gospodarzami, ale akurat teraz, jak co sekundę, zerkającego w jego stronę i skinął ręką, przywołując go. - Mogę cię prosić?

Czarnoksiężnik od razu zakończył rozmowę i podszedł do nich, tradycyjnie obejmując jego ramiona.
- O co chodzi, Harry?

- Draco obawia się spotkania z rodziną Michaela, nie zna tam nikogo i będzie jedynym z mrocznej strony. - Przymilne spojrzenie i delikatne pogładzenie jego dłoni na swoim ramieniu. - Pójdziemy z nim?

Tom na pewno nie miał ochoty na takie wizyty, ale wiedział, że Harry brata nie zostawi w potrzebie i nie miał zamiaru puszczać go tam samego.
- W porządku, jeżeli jego chłopak i rodzina nie mają nic przeciwko, to możemy iść. Zawsze to jakąś rozrywka. - Uśmiechnął się kwaśno, nawet nie udając entuzjazmu i za to poświęcenie Harry cmoknął go w policzek.

Michael skinął głową i szybko naskrobał wiadomość do rodziców, którą Draco przekazał wezwanemu puchaczowi.

- Skoro mamy chwilę czasu, zanim przyjdzie odpowiedź, mogę cię prosić na słowo? Lucjusz znalazł stary traktat, który mógłby także i ciebie zainteresować? - Tom co prawda pytał, ale jeszcze zanim Harry skinął głową, mocniej go objął i zaczął odwrót w stronę Malfoyów. - Przepraszam panów. - Rzucił jeszcze chłopakom i już ich nie było.

- Ten facet chyba słabo toleruje, że Harry ma innych znajomych? - Skomentował to Michael.

- I owszem, najchętniej zamknąłby go w klatce... Ale Harry ma tak samo. - Na jego zdumione spojrzenie uzupełnił. - Rozmawialiśmy o tym, sam mi to powiedział.

- Ale jakoś nie zauważyłem, żeby też tak cały czas ciągnął go do siebie.

- A zauważyłeś, że kiedy go wołał to od razu spojrzał we właściwą stronę? Oni obaj zawsze dokładnie wiedzą gdzie jest ten drugi i co robi. - Wzruszył ramionami. - Taka miłość.

- A ty też zawsze wiesz, gdzie ja jestem i co robię? - Michael spojrzał badawczo na Draco.

- Wiem, że teraz dostaniesz list od rodziców. - Chłopak odpowiedział żartem, wyciągając ramię, na którym wylądował Hugon ze zwojem. Nie miał ochoty na rozwijanie tego tematu. - Nasze sowy mają specjalne zaklęcie natychmiastowego dotarcia do celu. Ojciec nie ma cierpliwości do czekania na listy. - Wyjaśnił zaskoczonemu tempem puchacza Gryfonowi, podając mu list.

Chłopak szybko rzucił okiem na treść zwoju i radośnie przekazał go do poczytania Draco.
- Rodzice będą zachwyceni, mogąc was wszystkich gościć.