Epizod 37
LONDYN, WIELKA BRYTANIA
Tej nocy położyliśmy się późno. Czytałem ponownie list Richarda, ty prowadziłeś głośne rozważania, spieraliśmy się… Próbowaliśmy sobie wyobrazić, jak to będzie, jeśli… Zimno. W kominku pali się ostatnie drewno – zdjąłem tanie obrazki z „Harrodsa", połamałem ramy i rzuciłem je w ogień. Idziemy do łóżka w ubraniach. Przyniosłem wszystkie kołdry i kapy, jakie były w mieszkaniu i nawet rzuciłem z wierzchu twój płaszcz. Położyłeś się obok mnie i zasnąłeś. Ja nie mogę spać… Jeśli się zdecyduję, jeśli wykorzystam szansę, jaką dał nam Richard – czy to będzie tak, jak w REST…? Próbuję się uspokoić, słucham twojego oddechu… Drzemię… W środku nocy budzi mnie głośne, tęskne psie wycie. Zastygam, przerażony… Wydaje mi się, że w tym dźwięku zawiera się całe cierpienie naszego świata. Samotny, porzucony pies, jak bezcielesny duch, błąka się po pustym, zasypanym śniegiem Londynie – i nie znajduje schronienia. Okropne… Kogo opłakuje? Swego pana, który zginął lub został zesłany do getta? A może to psie wycie zwiastuje czyjąś nową śmierć? Przypominam sobie szczenną sukę z Dublina. Wilczyca kapitolińska… Widzę ją, jak na jawie. To wspomnienie jest jednocześnie dalekie i wyraźne. To wszystko wydarzyło się mnie… ale tego nie było… nie ze mną… Już przywykłem do tej myśli. Mike i Greg mieli rację. Niczego nie było… Jest tylko żywy człowiek, który teraz śpi koło mnie. Jest prawdziwy… Oddycha… Mocniej się do ciebie przytulam. Na całym tym zlodowaciałym świecie jesteś jedynym źródłem ciepła. Jedyny żyjący pośród trupów…
Rano znów się kłócimy. Żeby zdobyć informacje o doktor Hooper, mam zamiar zwrócić się do Mike'a Stamforda. Ty się upierasz, że nie można mu ufać. No tak. Ale on może wiedzieć coś, czego nie wie inspektor Lestrade. Ostatecznie dochodzimy do konsensusu i dzwonię do Mike'a.
Słysząc mnie, Stamford nie wyraża zdziwienia. Ma zmęczony, zgaszony, bezbarwny głos. Mówię, że potrzebuję konsultacji w kwestii rehabilitacji po teście. Proponuję, żebyśmy się spotkali przed głównym wejściem Barts. Mike wzdycha: „Dlaczego nie…?".
Ty zostajesz w domu. Czekam na swojego byłego kolegę, przyjaciela, a teraz zupełnie mi obcego człowieka pod ścianą Szpitala Świętego Bartłomieja. Mike raczej nie wyjdzie z budynku – kiedy zjawiłem się na miejscu, odkryłem, że Barts już nie ma. Moja druha alma mater… Jak ja się zmieniłem od tamtego czasu… Jak zmieniło się wszystko… Tutaj wszystko się zaczynało dla mnie - młodego i beztroskiego. Nowa wiedza, wielkie nadzieje, pierwsze rozczarowania… Pierwsze doświadczenia z seksem, narkotykami, dotknięcie skalpelem sztywnego, martwego ludzkiego ciała… Tutaj wszystko miało swój dalszy ciąg, kiedy mnie zamknięto w REST. Nowa miłość. Nowe życie… Pierwsze doświadczenie, czym jest szaleństwo i rozpacz – czarna, ciężka, grobowa pustka… Jak bliski byłem samobójstwa? Czy znalazłbym wyjście, gdyby nie Molly Hooper? Co by się ze mną stało, gdyby nie wzmocniła sygnału? Mógłbym być już w tej chwili martwy.
Wszystko to zostało w przeszłości. I nie mam sensu. Powinienem robić to, co powinienem. Ktoś na mnie czeka. W domu czeka na mnie człowiek – najważniejszy w moim życiu. Tylko to ma sens. Sens i nowe zadanie. Musimy znaleźć Molly Hooper.
Barts. Tu wszystko się zakończy. Wessało go w wir, w czarną dziurę. Pewnie z powodu mojej zazdrości i naszego śledztwa przegapiliśmy wszystkie nowości. W starym skrzydle, gdzie bez mała dwa miesiące temu umieszczono nas z Gregiem, powybijane są szyby. Wewnątrz płoną ogniska, kręcą się jacyś ludzie. Rozumiem, to uchodźcy. Nowe skrzydło, rezydencja Stamforda, gdzie mnie zaprowadzili po testach, spłonęło doszczętnie. Pozostały tylko wypalone mury. Czerń, zapach spalenizny i sadzy. Otwory okienne zieją pustką.
- Zadziałał system awaryjnego zniszczenia – oznajmia Mike Stamford. Podszedł do mnie z tyłu. Staje obok, nie witając się i nie podając ręki. – To się stało nocą. Ochronę przepędzili, nikt nie ucierpiał. Na wypadek przeniknięcia intruzów, ataku bakteriologicznego lub zagrożenia chemicznego w pomieszczeniach założono kiedyś samolikwidatory z ładunkami termicznymi. Wyposażenie laboratorium, meble w moim gabinecie – wszystko spłonęło… A ogniotrwałe sejfy zniknęły. Przed tym, jak aktywowali system i wszystko zniszczyli, wynieśli dokumentację, dyski i urządzenie. REST-u już nie ma. A w każdym razie nie wiem, gdzie oni go ukrywają.
- Jacy „oni"?
Mike obojętnie wzrusza ramionami. Nie odrywa wzroku od budynku Barts.
- Oni… Ludzie sir Mycrofta. Spec-służby. Niebawem Londyn padnie. Wszystko pożre szarańcza… Tak więc… A mnie zostawili, John. Zostawili… Sir Mycroft osiągnął cel, myślałem, że będziemy rządzić razem. Nowe społeczeństwo… Tyle dla tego zrobiłem… Nawet sobie nie wyobrażasz, John, na co się ważyłem. Ale już nie jestem im potrzebny. Po tym, co zrobiła Molly… Po śmierci Richarda… Bez niego nie jestem im potrzebny… Tutaj zginął. – Stamford wskazuje na trotuar. – Nie mogliśmy go uratować. Żaden cud by go nie uratował, John. Mózg na asfalcie…
Tak. Widziałem. Na zdjęciach.
- Wiesz, ktoś z laboratorium zaproponował wtedy zatrzymać i zbadać mózg Reichenbacha. Doktor Hooper nie pozwoliła. Rzuciła się na nas, jak tygrysica. Zakochana idiotka... To i tak było bezsensowne. Niczego byśmy nie znaleźli. Był kompletnie rozbełtany… - Mike niespodzianie obraca się do mnie i błagalnie patrzy mi w oczy. - Nie zabiłem go, John.
- Wiem.
- Bałbym się… I – co bym bez niego począł? On był geniuszem, a ja zwykłym politykiem. Biurokratą. A i sir Mycroft nigdy by tego nie zaakceptował. On by skrępował Richarda, wsadził do klatki, wziął na łańcuch i zmusił do pracy dla nas. Ale likwidować… Nie. Takich ludzi się nie likwiduje. Są zbyt cenni. Jednak czasami likwidują sami siebie. Uparciuchy!
Stamford zdejmuje okulary, mruga niepewnie, patrzy na budynek niewidzącym wzrokiem. Przeciera zapotniałe szkła. Przypomina ślepego kreta, wyciągniętego na powierzchnię. Brzydkiego i bezbronnego.
- Odmawiałem przejścia testu na REST. Udowadniałem swoją lojalność inaczej. Werbowałem do MI5 byłych przyjaciół – takich jak ty, John.
Ach, tak.
- Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi.
- Racja. Wiesz, John, zawsze ci zazdrościłem. Jeszcze kiedy studiowaliśmy. Zazdrościłem tego, jak wyglądasz, jak się uśmiechasz, jak łatwo ci wszystko przychodziło. Tak często się wtedy uśmiechałeś! Świeciłeś się… Lubiłeś wszystkich i wszyscy lubili ciebie. Wszyscy cię podziwiali, John. I ja też. Jakiś czas… Nie rozumiałem, dlaczego się ze mną zadajesz. Czasami czułem się poniżony, jakby najlepszy student z rocznika litował się nade mną…
- To nie tak. Ja po prostu…
- …grubasem, okularnikiem i tępakiem Mike, który nawet nie miał dziewczyny. A ty miałeś. No, tak. Milusiński Watson. Wiesz, co jeszcze mnie zadziwiało? Nigdy niczego się nie bałeś. Jako pierwszy na naszym roku przeprowadziłeś autopsję. Zawsze rwałeś się naprzód… Ale ja tez miałem charakter! Jak ty wtedy mówiłeś? „Nasz Mike to twardy orzech i ma dużo niespodzianek w zanadrzu. Jeszcze pokaże, co potrafi!" Chciałeś wesprzeć zahukanego przyjaciela, tak? Zaszczepić mi pewność siebie? Bawiłeś się w dobroczynność? Nienawidziłem cię! I Richarda również! On mną gardził! Brzydził się… Wiedziałem, że kiedyś wpadniesz. Wpadniecie wszyscy. Przejedziecie się na swoim honorze, na swoim poczuciu wyższości! Poszedłeś na wojnę i znów wszyscy cię podziwiali. John Watson, bohater! Jak widzisz, wiele osiągnąłem. A ty zmizerniałeś. Kiedy wróciłeś, już się nie uśmiechałeś. Okazałeś się głupcem! Dokonałeś złego wyboru. Zawsze należy trzymać z silnymi… jesteś tylko głupim trepem. Nieudacznikiem… Tak czy owak cię zmiażdżyłem, John. Ja i wojna. Wygrałem.
Mój Boże… To nonsens. Majaczenie szaleńca.
- Ironia życia, John. Teraz zmiażdżyli mnie… Wszystko przez Richarda.
- Dlaczego?
- Przeprowadzał jakieś eksperymenty. Ukrywał to przede mną. Nie wiedziałem, czym się zajmuje. Jednak myślałem, że podzielimy się sukcesem. Jak po skonstruowaniu REST-u – urządzenie nazwano przecież od naszych nazwisk. W końcu to moje laboratorium! Było moje… Tak więc kryłem go. I nadal chroniłem, kiedy jako pierwszy poddał się testom w urządzeniu i wyrwał się spod kontroli. A potem on skoczył… Udało mi się ustalić, że Molly wzmocniła sygnał. I prawdopodobnie zajmowała się innym rzeczami tego rodzaju. Wcześniej, z Richardem. Postraszyłem ją – niepotrzebnie! – i znikła… Wszystko to mogło pozostać w murach Barts. I wtedy na REST postanowili sprawdzić mnie. Zaczęli mnie podejrzewać o nieautoryzowane doświadczenia. Właściwie nawet nie wiedziałem, o co dokładnie… O zmowę z Richardem... Odwlekałem próbę, lecz mnie zmusili. Oczywiście nie przeszedłem. Wyrzucili mnie. Nie ufają mi… To koniec… Jestem bezużyteczny. Niewiele wiem o instalacji. Jedynie podpisywałem papierki. Dlatego mnie nie zlikwidowali... Ty i Richard… Od was wszystko się zaczęło... Idealiści! Co chciałeś, John? Dobrze wyglądasz... Doszedłeś do siebie? Odwiązałeś się?
Mogłem zabić Mike'a Stamforda już wtedy. Mogę to zrobić również teraz. Potrafię rozwiązać mu język. Zmusić do mówienia, skatować, złamać. To będzie łatwe… Ale nigdy tego nie zrobię. Niezależnie od wszystkiego.
Nie mam prawa mówić Stamfordowi, dlaczego szukam doktor Hooper.
- W zasadzie to skłamałem, Mike. To nie dla mnie, dla przyjaciela. Rozumiesz, on… jak by to powiedzieć… Pomóż mi odnaleźć Molly Hooper.
Stamford uśmiecha się ze wzgardą.
- Z powodu tego mięczaka Lestrade'a?
- Tak.
Niech sobie myśli co chce.
- Przyjaźń. Naiwni ludzie… Przyjaźń to nic w tych czasach. Jego przyjaźń cię zgubiła, John! I po tym ty chcesz mu pomóc?
- Tak, Mike. Jest moim przyjacielem. Prawdziwym przyjacielem… Po tym, co z nami zrobiłeś. W powodu starych czasów, które nie były znów takie złe, Mike… Z powodu ludzie, którym jeszcze możesz pomóc, powiedz, gdzie mam jej szukać.
- Nie. Nie wiem! Nigdy mnie nie interesowało, co się z nią dzieje i gdzie jest. Myślisz, że mnie o to nie pytali? Myślisz, że jeśli bym coś wiedział, to bym im nie powiedział? A nawet jeśli, to nie będę ci pomagać.
Idiota.
- Wierny do końca, tak, Mike? Uważasz mnie za wroga? Wierny komuś, kto cię wyrzucił na ulicę, jak starego ślepego psa? Widzisz w tym sens? Wiesz przecież teraz, co jest wewnątrz urządzenia. Wiesz, co przeszliśmy. Wszyscy! Ciebie samego zmusili, żebyś przez to przeszedł. I nadal jesteś wobec nich lojalny? Mike, jesteś wierny pustce! Kto był twoim szablonem? Już się odwiązałeś?
Nie ma sensu na niego krzyczeć. Miarowo akcentuję każde słowo. Już i tak się najeżył, spiął lękliwie, jakby oczekiwał uderzenia. O nie! Do tego się nie zniżę.
- Nie miałem szablonu, John…
- Co…? Jak to możliwe?
- Po prostu sprawdzenie. Złamałem się od razu na teście z zakładnikiem. Pamiętam, że byli tam jacyś ludzie bez twarzy… Nie mogli mi dobrać szablonu…
Nie rozumiem. Ani ukochanych, ani przyjaciół, ani dzieci, ani nawet rodziców? Czy to znaczy… Czy to znaczy, że Mike…
- Zapewne po prostu nie potrafię kochać, John.
Stamford wciąż jeszcze patrzy na Barts, ale chyba go nie widzi.
Mike jest chory… Chory ciężko i nieuleczalnie… Zdolny jest do zazdrości, nienawiści, strachu. Żądzy władzy. Może smakować whisky. Chwalić się swoim gabinetem. Rozwodzić się o wyższych celach. Wyrażać lojalność. Poniżać i grozić. Wyobrażać sobie, że jest czyimś przyjacielem. Jednak nie było mu dane najważniejsze. Coś, co nas wszystkich czyni żywymi. Czy Mike Stamford w ogóle żyje? Czy kiedykolwiek żył naprawdę?
- Widzisz, jak się wszystko pomieszało, John? Obaj przegraliśmy. Ale ja pozostałem wierny idei. Znam smak władzy. Wiem, co to znaczy być prawie na szczycie świata! To wszystko nie poszło na marne. Jeszcze się podniosę! To jeszcze nie koniec! Jeszcze do mnie przyjdą! Będą żałować! Zrozumieją, że są im potrzebni tacy, jak ja! A ty, John… To wszystko cię złamało, prawda? Prawda? Tak szczerze? Między nami? Zmieniłeś się. Już nie jesteś taki, jak cię pamiętam z Barts. Już nie ten stary John Watson. – Stamford nagle zaczyna chichotać. – I to ja zrobiłem! Już nie ten sam John Watson!
Podchodzę do niego bardzo blisko, łapię go za klapy płaszcza i zbliżam usta do jego ucha. Mówię jasno i wyraźnie:
- Mylisz się. Ten sam. Z powrotem dokładnie ten sam John Watson. I nie jestem zmiażdżony. Było – i minęło. Ocknąłem się. Za kogo się uważasz? „Szczyt świata"? Nie masz pojęcia, jak daleko jesteś od prawdziwej wielkości, Mike! Nie ejsteś wszechmocny. To ty przegrałeś, nie ja. Postawiłeś na nieodpowiednich ludzi. Ale nawet im okazałeś się zbędny i wyrzucili cię jak śmiecia. Bo ty jesteś śmieciem, Mike! To koniec. Wykorzystałeś Richarda. Nie obroniłeś go. Zdradziłeś mnie. Naraziłeś Molly. I skrzywdziłeś jeszcze jednego człowieka, który jest mi drogi, a nie jesteś wart nawet jego małego palca. Zmusiłeś go, żeby robił dla ciebie poniżające rzeczy… Nie masz się czym szczycić, Stamford. Richard tobą gardził – i ja też. Ale masz szansę: twoja licencja medyczna. Posłuchaj dobrej rady: lecz chorych. Przecież tego cię uczono? Czy może już zapomniałeś, jak to się robi, miernoto?
Mocno odpycham go na bok, jak dokuczliwą lecz nieważną przeszkodę na drodze – i odchodzę. Wiem, że za mną patrzy – żałosny facecik w podniszczonym palcie i starą teczką…
Patrzę na Barts. Wir, który wciągał tysiące istnień… A teraz wciągnęło i jego…
Żegnaj, Barts…
Idę znajomą drogą. Nogi wyprowadzają mnie jakby same na Baker Street. Wcześniej zawsze chodziłem tą trasą. Było tu cicho… Jednak teraz nie jest mi potrzebna cisza. 225… 223… 221… a… b… Przypominam sobie, jak tu wymiotowałem. Hudson's. Sardynki i frytki. Na drzwiach tabliczka: „Zamknięte". Okna zabite deskami. Niczego nie czuję. Teraz mam cos cenniejszego od wspomnień.
Żegnaj, Baker Street.
Wracam do domu. Wchodzę do mieszkania, przecząco kręcę głową w odpowiedzi na twoje bezgłośne pytanie. Miałeś rację, spotkanie ze Stamfordem było złym pomysłem. Jednak nie żałuję, że się z nim widziałem.
No cóż, trzeba zadzwonić do Grega Lestrade'a.
Wychodzisz, mówiąc, że masz lekcję. Jednak ja wiem, że nie chcesz się widzieć z inspektorem. Rozumiem to. On jednak ci nie dowierza. Nazwał cię kurwą… Kiedyś was zapoznam. Może jestem naiwny, ale tak chcę, żebyście się polubili! Gdybym tylko mógł opowiedzieć Gregowi o sprawie Karla Powersa! Ale nie mogę…
Lestrade zjawia się po upływie pół godziny. Nasze stosunki są jeszcze napięte, jednak nowina, że zamierzamy szukać Molly, ucieszyła go. Powiedziałem, że robię to nie tylko dla niego, ale i dla jeszcze jednego przyjaciela. Greg nie zadawał zbędnych pytań.
Pod nasz dom podjeżdżają dwa samochody: patrolowa furgonetka i dżip dla mnie i Sherlocka.
Trzech policjantów wnosi do mieszkania sejf – poprosiłem o niego Grega, żeby schować skrzypce Reichenbacha, obrazy Powersa i jeszcze kilka rzeczy. Inspektor przekazuje mi kluczyki od dżipa, pozwolenie ze Scotland Yardu i Ministerstwa Obrony na prowadzenie śledztwa w strefie działań wojennych i listę kontaktów Molly Hooper. Kiedy zdążył to wszystko zebrać? Czy sam zamierzał jechać?
Przemilczam to, że pozwolenie jest nam niepotrzebne: z tym, co nam przekazał Richard, nie mają prawa nas zatrzymać na żadnym szlabanie. Inspektor na razie nie powinien o tym wiedzieć… Oglądamy mapę. Lestrade zaznacza linię frontu. Jakieś punkty, w których mogłaby znajdować się Molly, są już za nią. Nie przedrzemy się tam. Niektóre miejsca są na południowym wschodzie. Czyli rozpoczniemy poszukiwania od północnego zachodu, póki armia Moriarty'ego nie przesunęła się ku Londynowi. Niewielkie szanse: Molly może być gdziekolwiek. Na przykład w obozie dla uchodźców. Sprawdzimy je. Przyjaciele, znajomi Molly, przyjaciele przyjaciół, znajomi znajomych – będziemy szukać doktor Hooper wszędzie. Najważniejsze, żeby przeżyła. Greg się ożywił. Był tak udręczony podczas naszego ostatniego spotkania, a teraz obudziła się w nim nieśmiała nadzieja. W zgasłym spojrzeniu zapalił się słaby blask.
Lestrade podaje mi rękę, życzy powodzenia i odchodzi. Zbieram rzeczy, chowam wszystko co cenne do sejfu, ustawiam kod – ten sam co u Powersa. Czyszczę pistolet, wkładam mundur. Nie zaszkodzi…
Wracasz przygnębiony i mroczny. Mówisz, że drzwi mieszkania Frau Marty były otwarte na oścież, a jej samej nie było, tak samo jak jej skrzypiec. Uspokajam cię: możliwe, ze wyjechała z Londynu. Może ją zabrali do szpitala… Znajdziemy ją, kiedy… Ale ty tylko machasz ręką: była prawie całkiem obłąkana. Najprawdopodobniej wyszła z domu i błąka się po ulicach. Sama, ze skrzypcami. Ponownie dzwonię do Lestrade'a…
Chowasz listy Richarda do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jesteśmy gotowi. Kilka chwil stoimy, przytulając się do siebie czołami.
Jeszcze mamy czas… Obaj się boimy. To nie będzie przygoda. Tam zdecyduje się coś ważnego. Nasz los.
W końcu wychodzimy z domu. Siadasz za kierownicą…
Wyrwaliśmy się z pułapki czasu i przestrzeni. Z południowego Londynu, z naszego zimnego mieszkania, w którym byliśmy zamknięci, czekając końca.
