Rozdział 36
Miała koszmary tej nocy. Strasznie przeżywała tę ciążę i miała jakieś bzdurne zwidy, że będzie chciał zrobić z ich syna małego mordercę, którym będzie mógł się chwalić na spotkaniach śmierciożerców. To było dla niego dziwne, patrzeć na wyobrażony przez nią obraz ich wspólnego dziecka. Osobliwa rzecz. W jej głowie działy się idiotyczne rzeczy, ale sam czuł się rozkojarzony przede wszystkim tą myślą, tym obrazem. Położył dłoń na jej brzuchu i zamknął oczy. Skupił się. Tak, było tam coś, coś bardzo mocnego, skoro przetrwało wszystko, przez co przeszła.
Kiedy odkrył, że jest w ciąży, badając ją po tym, jak straciła przytomność w Hogwarcie, przez chwilę naprawdę miał ochotę pozbyć się tego małego problemu, ale potem zdał sobie sprawę, że jest zaintrygowany tą ideą. Nigdy nawet nie pomyślał o tym, by mieć dziecko, a teraz nie mógłby go mieć. To była najpewniej jego jedyna szansa, by się dowiedzieć. Nie musiałby więc bać się ewentualnej konkurencji z jego strony. Kiedy jego syn się urodzi, będzie już niepokonany, nikt nie będzie mógł stanąć mu na drodze, także i on.
Zmrużył oczy. Jeszcze na chwilę zagłębiwszy się w jej umyśle, spostrzegł, że nic się nie zmieniło. Był naprawdę zirytowany jej snami, jej nieracjonalnym strachem. Właściwie był wściekły. Nie powinna myśleć o takich rzeczach, nie powinna tak myśleć o nim. Dlatego zaczęła budzić się w nim pewna idea.
A co jeśli zabrałby ją tam za sobą? Właściwie to mógł być bardzo, ale to bardzo dobry pomysł. Załatwiłby dwie sprawy za jednym razem. I tak pogodził się już z myślą, że nie pozbędzie się tej wiedźmy – była użyteczna, zapewniała mu rozrywkę, stanowiła przyjemne uzależnienie, na które – jak uznał – mógł sobie pozwolić. Miał ochotę. Ta dziewczyna – nie, chyba już kobieta – mogła być naprawdę silna i wspaniała. Taki ktoś jak ona mógłby się jeszcze długo nie pojawić i pewnie żałowałby, gdyby zniknęła z jakiegokolwiek powodu.
Spojrzał na nią poważnie, a potem poza nią, wybiegając daleko myślami. To był dobry pomysł, by zabrać ją ze sobą. Ona nie tylko mogła by mu w tym pomóc, ona mogłaby mu to umożliwić. Jego myśli przybrały na intensywności.
Jednocześnie zacieśnił ramiona wobec swojej wiedźmy i kiedy to uczynił, zaczęła się wiercić i przeciągać w jego objęciu. Budziła się. Jego uwaga wróciła do niej i teraz inaczej na nią patrzył, choć wciąż pamiętając, co wcześniej zamierzał jej powiedzieć.
– Tom? – wymamrotała szczęśliwie, czując go przy sobie.
Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, widząc jego twarz tuż przed swoją.
– Nie podobają mi się twoje sny – powiedział cicho.
I to by było na tyle. Jęknęła i z rezygnacją położyła głowę na jego piersi.
– Dziękuję bardzo za poszanowanie mojej prywatności. I nie, żebym mogła coś na nie poradzić. To moja PODŚWIADOMOŚĆ, Riddle.
Mimo wszystko oplotła go ciaśniej ramionami. Pachniał wspaniale. Brał już prysznic? Bez niej?
Voldemort zupełnie zignorował jej odpowiedź.
– Twoje obawy są niedorzeczne – syknął.
– Naprawdę? – spytała, powątpiewając.
Wsunął palce w jej włosy i ciągnąć ją za te włosy, odchylił jej głowę do tyłu, by móc spojrzeć jej w oczy.
– Nie zrobię nic naszemu dziecku.
Podciągnęła się w górę i oparła na łokciu.
– Pozwoliłbyś mu decydować o tym, kim chce być? Rozwijać się w tym kierunku, w którym chciałby się rozwijać? Gdyby chciał zostać uzdrowicielem w św. Mungu, pozwoliłbyś mu na to?
– Doprawdy wątpię…
– Co? By twój syn mógł chcieć być uzdrowicielem? Pamiętaj, to dziecko będzie miało także moje geny i…
– I magię Bellatriks.
Zbił ją z tropu.
– Co?
– Między innymi. Myślisz, że gdzie poszedł ten nadmiar magii, który miałaś w sobie? Tego też nie zauważyłaś? Że ci jakoś ulżyło?
– Ja… Merlinie. – Oczywiście, miał rację. I znów, różne myśli przekrzykiwały się w niej, w związku z czym przez jakiś czas milczała. Uważnie śledził tok jej myśli, bo nawet nie pomyślała o tym, by osłonić swój umysł. Naga i w jego ramionach nigdy nie była dobra w Oklumencji. – Będzie taki jak ty! – wydyszała nagle, dochodząc najwyraźniej do jakiegoś fascynującego wniosku.
– Nie sądzę, by magia Bellatriks miała wystarczyć naszemu synowi. Będzie raczej taki jak ty. Nieznośnie, a jednocześnie fascynująco – zaczął całować ją po szyi – rozdarty między ciemnością i światłem. Przestań martwić się na zapas.
– Zwyczajnie nie mogę przyzwyczaić się do myśli o tym, że nie chcesz wydrzeć ze mnie tego płodu.
– Zbyt jestem ciekaw, co może z tego wyniknąć.
– Jesteś ciekaw. Wiesz, co mówią o ciekawości?
– A mówiąc o piekle… jutro wybierasz się gdzieś ze mną.
– Gdzie?
– Do Francji.
Uśmiechnęła się.
– W jakim celu?
– Zobaczysz, ale ostrzegam – wszystkie swoje fobie zostawiasz za sobą i kiedy tak mówię, mam to na myśli. Porozmawiamy o tym jeszcze wieczorem. Radzę ci się pozbierać do tego czasu, bo jeśli dalej będziesz się tak zachowywała w związku z tą ciążą, to naprawdę mogę zacząć się zastanawiać.
Podniósł się z łóżka, by odziać się przez jedno machnięcie różdżką i szybko zniknął jej z oczu. Hermiona leżąc jeszcze jakiś, ważyła w myślach jego słowa. Postanowiła oczywiście zrobić z nimi, co chciała.
~o~o~o~
Uznał, że traci swoją czujność, kiedy nagle usłyszał za sobą jej głos. Odwrócił się. Stała odwrócona plecami i nie mówiła do niego, mówiła do siebie, przeglądając jego składniki do jego eliksirów. Czegoś szukała i półgłosem komentowała zawartość jego zbiorów, którym osobiście sam nigdy nie mógłby nic zarzucić.
Nie był gotów na to spotkanie, nie chciał go, z zupełnie innych przyczyn niż kiedy była pyskatą, wszechwiedzącą smarkulą z Gryffindoru. Jeszcze rok temu, pół roku temu nawet… cholera. Patrząc na nową Hermionę Granger, nie mógł opanować takiego wewnętrznego drżenia. Dokąd to świat zmierza.
Odwróciła się równie gwałtownie, co on przed chwilą i uśmiechnęła się nieznacznie, nieco łobuzersko, nie, zbrodniarsko. W obu dłoniach trzymała dwa słoiki, które teraz przyciskała do swoich piersi. Jej oczy błyszczały dziwnie.
– Dzień dobry – powiedziała łagodnym głosem, obchodząc stół, na którym siekał i przygotowywał składniki do eliksirów. Nim dojrzał etykiety, odłożyła słoiki na bok. – Pozwolisz, jeśli pożyczę trochę tego… – wysypała do pojemniczka trochę suszonych korzeni mandragory – i tego… – za nimi poszły łuski z pancerza smoka norweskiego. To nie było nic, czego nie mogłaby znaleźć w prywatnych zapasach Lorda.
Więc to był tylko pretekst. I tak nagle zaczęła swój dziwny monolog. Skąd jej się to wzięło? Brzmiała jak Czarny Pan, który czasem zaczynał coś mówić na jakiś osobliwy temat i pozostawało tylko drżeć o to, dokąd zmierzał jego wywód.
– …Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo strach wynika z ich fizyczności. Strach najbardziej czuje się w napiętych mięśniach, w przyspieszonym oddechu lub braku tchu. A ja chyba nie jestem zdolna do zmuszenia swojego ciała do strachu – spojrzała na swoje dłonie – już nie mogę, zwyczajnie nie mogę, a mimo to wiem, że jestem przerażona. To takie… dziwne, nawet nie wiem, jak to opisać. Boje się, ale tego nie czuję. Tylko o tym wiem, tak w sobie. Boję się o swoje dziecko bardziej niż o cokolwiek.
– O czym ty mówisz, Granger?
Jego oczy błysnęły dziwnie, ona tylko uśmiechnęła się smutno.
– Nie, Lord Voldemort nie jest zdolny do tworzenia życia, on tylko potrafi je niszczyć.
– Wiemy o tym oboje – powiedział, ale słychać było pewną ostrożność w tonie jego głosu.
Podrapała się po głowie.
– Severusie, wiem, że mnie unikasz i ja to rozumiem. Ale musimy porozmawiać, muszę cię o czymś poinformować. Chcę, byś uważnie mnie wysłuchał.
– Słucham więc.
– Jeśli myślisz jeszcze jakkolwiek o jego upadku, radzę ci przestać to robić. Sytuacja się zmieniła, tylko że ty nie wiesz jak bardzo. Ja będę teraz stała u jego boku i nie będzie już żadnej wojny ani prześladowań szlam. Sam dobrze wie, że to prowadzi do niczego. Chce zmian i ja…
Zbliżył się do niej. Jeśli już chciała o tym z nim rozmawiać… Niech jej będzie, pomyślał i przerwał jej fascynujący wywód swoimi słowami.
– Nigdy nie pojmę, jak doszło w tobie do tej przemiany i to tak szybko. – Stanął blisko i dość ostro zmierzył ją wzrokiem. – Odpowiadając na pytanie, które zadasz mi może za trzy minuty, zawsze mu służyłem, Granger. Dumbledore'owi służyłem świadomie, z poczuciem misji, a jemu, bo nie wyobrażałem sobie, bym mógł czynić inaczej. Jemu nie da się nie służyć, nawet jeśli w głębi serca wie się, że to niewłaściwe. – Westchnął. – Ja próbowałem uratować Harry'ego, dopóki było to możliwe. I naprawdę nie mogę powiedzieć sobie, że nie próbowałem, ale potem pojawiłaś się ty, to znaczy nastąpiła ta twoja przemiana i już wiedziałem, że z chłopaka nic nie będzie. Z tobą niewiele znaczył, a bez ciebie nie znaczył już nic. Zawsze ty byłaś w jakiś dziwny sposób jego siłą, teraz stałaś się siłą Czarnego Pana, a przy jego własnej potędze... Skoro nie może być inaczej, niech tak będzie. Nie zrozumiem cię, Granger, nie pojmę jak możesz zobaczyć w nim mężczyznę, któremu mogłabyś się tak oddać, ale z drugiej strony – pewnie nie wiem o wielu rzeczach. Domyślałam się, że nie chcę wiedzieć. Nie usłyszysz więc ode mnie żadnego kazania więcej. Zresztą, nie pomyślałbym już o tym.
– Ale ja nie chcę, by tak było. Ja doceniam twoje słowa, choć… – Cofnęła się o krok i pokręciła delikatnie głową. – Tak, właśnie. Słowa, słowa… Ja chcę w związku z tym, co powiedziałeś, przysięgi.
Podwinął rękaw i spojrzała na jego Mroczny Znak.
– To jest moja przysięga. Moje oddanie jemu swojego życia.
– Nie kpij sobie ze mnie, Severusie. – Jego imię w jej ustach nie brzmiało dziwnie, niezręcznie i to go zaskoczyło. – Zawsze byłeś wystarczająco silny, by nie dać się tak podporządkować.
– Może moimi poczynaniami nie kierują tak emocje – odrzekł znacząco.
– Pewnie dlatego szukałeś drogi do zemsty za jej śmierć, przystępując do Zakonu Feniksa.
– Nie wydaje mi się, byś miała prawo poruszać ten temat.
– Proszę, bądź konsekwentny. Przypominasz sobie naszą rozmowę z grudnia? O czym wtedy ze mną rozmawiałeś? – spytała drwiąco.
– Wiem, Granger. I wiesz? Kiedy patrzę na ciebie, myślę, że nie mogłyby minąć dwa miesiące.
– I nie minęły, nie dla mnie.
– Znów zmieniacz czasu?
– Znacznie gorzej, ale to może innym razem. Teraz chcę przysięgi.
– Jakiej?
– Wieczystej.
– Nic takiego się nie stanie.
– Chcesz umrzeć? – spytała łagodnym głosem. – Mogłabym to zrobić nawet teraz.
Przyglądali się sobie w milczeniu. Wiedział, że dziś by przegrał. Odczuwał ją niemal jak jego. Była strasznie mocna i pewna siebie. Prawie nie mógł wytrzymać z nią w tym niewielkim pomieszczeniu.
– Nie wątpię – dodał więc nieco zachrypniętym głosem, dopiero co zaschło mu przecież w gardle. Jego wzrok spoczął jeszcze na jej dłoni, która zaciskała się łagodnie na różdżce. Podjął decyzję.
Załatwili to szybko, z Rudolfem, którego wyłowiła z korytarza na świadka. Nie obyło się bez jej podstępu. Severus Snape, wybałuszając oczy, do słów przysięgi musiał dodać też słowa o niekrzywdzeniu syna Czarnego Pana. Po wszystkim usunęła Rudolfowi pamięć z tego wydarzenia i pozbyła się go z komnaty. Snape był zszokowany jej zachowaniem. Nie zawahała się nawet przez chwilę.
– Nawet on nigdy mnie do tego nie zmusił – powiedział, trzymając się jeszcze za prawe przedramię. Opuścił szybko rękaw swojej czarnej szaty.
– Na pewno miał parę powodów, by cię do czegoś takiego nie zmuszać. Nawet szpiegując dla Dumbledore'a byłeś niezwykle cenny. No i on zawsze wierzył w swoją nieśmiertelność, prawda?
Skinął głową.
– A ty wierzysz w jego nieśmiertelność, Granger? Oboje wiemy, że jego horkruksy należą już do przeszłości.
Uśmiechnęła się. Chciał wyłudzić od niej informacje.
– Mogę ci powiedzieć, że ja nic o tym nie wiem, może nie chcę wiedzieć. Tym się ze mną nie podzielił.
– A co z dzieckiem? – spytał poważnie.
– A tak, będę miała dziecko – mruknęła. – Wiesz, że Luna też?
Odwrócił wzrok i zaczęła rozglądać się po jego laboratorium.
– Możesz być sobie tak potężna i niebezpieczna jak chcesz, dziewczyno, ale spójrz teraz na mnie. Spójrz mi w oczy.
Spojrzała.
– Nie wiem, czy cię to pocieszy, ale w twoich oczach można jeszcze dostrzec obawę.
– Dobrze – powiedziała cicho. – Jak już mówiłam, umieram ze strachu o moje dziecko.
– Merlinie, ty naprawdę jesteś w ciąży.
– Tak. – Sięgnęła niepewnie dłonią do swojego brzucha. – Wiem od wczoraj. Dowiedziałam się od niego, chwilę po tym, jak Luna oznajmiła mi, że również spodziewa się dziecka.
Severus Snape musiał usiąść.
– To jeszcze bym zrozumiał, ale tego, jak ty mogłaś do tego dopuścić, nie pojmę.
– To może mieć związek z tymi dwoma miesiącami, które nimi nie były. Z młodym Tomem Riddle'em, kiedy pracował jeszcze u Burke'a. – Snape odwrócił błyskawicznie głowę i spojrzał na nią zaskoczony. Coś tam do niego docierało, choć wciąż nie mógł pojąć, jakim sposobem czy raczej – cudem. – Ale jak mówiłam, innym razem.
– Jednak powinnaś mieć jakieś pojęcie o antykoncepcji, prawda? Są zaklęcia, eliksiry…
– Nie rozśmieszaj mnie. Wiem wszystko o antykoncepcji. Przed i po. Mogłabym wymieniać ci rozmaite sposoby i wymieniać… Jednak zdaje się, że czasem takie zaklęcia i eliksiry nie mają nic do powiedzenia, kiedy organizm ma ważniejsze rzeczy na głowie. Widzisz, miałam w sobie zbyt wiele magii. Byłam w stanie nawet pokonać go w pojedynku, kiedy on nie miał dnia, a ja miałam. Pozbyłam się tego niebezpiecznego nadmiaru – widać – całkiem zmyślnie. – Poklepała się beznamiętnie po brzuchu. – Może czytałeś „Ontologię Magiczną"?
– Nie było mi dane – powiedział, znów robiąc dziwną minę. Zaskakiwała go co chwila.
– Może ci ją udostępnię – dodała. Nagle pojęła, że nie ma nic już więcej do powiedzenia.
– Jesteś chociaż szczęśliwa? – Usłyszała po paru swoich krokach w stronę drzwi.
– Nie, chyba nie. Kiedy pojawił się on, skończyły się szczęśliwe rozwiązania. Nie wiem, czy mogę być szczęśliwa. Może jeszcze będę, może nie. Jednak nie mogłabym być w żadnym innym miejscu. Tu będę się spełniać i niech to spełnianie niesie ze sobą, co chce.
Hermiona z nerwów czasem dużo mówiła.
~o~o~o~
Pod koniec dnia miała za sobą wiele spotkań i rozmów. Czuła, że powinna to dziś wszystko załatwić, że kiedy mówił o pozbywaniu się swoich fobii, może nie miał tego na myśli, ale ona już wiedziała, co ma z tym zrobić. Dajmy na to, że ją zainspirował. Więc naprostowała parę spraw – oczywiście, na ile to było możliwe. W paru przypadkach nie obyło się bez krzyku czy nawet pewnych drastycznych środków, ale czuła że musi to zrobić dziś, a nie kiedy indziej.
Wszystko względnie grało. Zgodnie z jej zamysłem miała ustawioną połowę kłopotliwych osób w rezydencji i nie była przekonana, czy jej miły-niemiły załatwiłby to wszystko równie sprawnie.
Postanowiła nie urywać Draconowi jaj, ale urządziła mu porządną pogadankę. Luna chichotała cały czas, kiedy Hermiona dublowała jego ojca, w kilku miejscach radząc mu zapewne coś całkowicie przeciwnego. Po chwili jednak Hermiona miała do powiedzenia parę rzeczy i Lunie. Gdy załatwiła już, że Draco i Luna będą fantastycznymi blond rodzicami, odnalazła jeszcze parę innych osób.
Wieczorem wyczerpana i to chyba bardziej psychicznie niż fizycznie wślizgnęła się do sypialni i pierwsze co zrobiła, to nalała sobie wina. By zaraz je odstawić. Przecież nie mogła. Skrzat przyniósł jej herbatę. Miała poczucie, że się dziś w pewnym sensie strasznie napracowała i teraz chciała się nieco odprężyć. Stanęła z kubkiem przed kominkiem i wpatrzyła się w ogień.
Może nauczyła się zakradać, ale kto tu był panem? Prawie opuściła kubek, kiedy zaszedł ją od tyłu i ona drobna całkowicie utonęła w jego objęciu. Zamknęła oczy, kiedy przycisnął ją do siebie i poczuła jego usta na swoim karku. Obrócił ją. Pozwoliła mu przyprzeć się do ściany. Szybko oplotła go nogami wokół bioder i rękoma wokół szyi. Jego dłonie były wszędzie na jej ciele.
– Pokaż mi, coś dziś robiłaś – wydyszał w jej szyję, w przerwie pocałunku.
Uniósł dłonią jej twarz, by ich spojrzenia mogły szybko się spotkać i ona od razu wpuściła go do siebie, by oprowadzić go po całym swoim dniu. Kiedy skończył i znów patrzyli sobie w oczy, niemal pożerał ją żywcem. Podobało mu się to, co zobaczył. Ich usta zderzyły się ze sobą i zaczęli całować się z pasją. Szybko zaczęła czuć też jego podniecenie.
Nagle jednak przerwał pocałunek, co spotkało się z jej jękliwym sprzeciwem. Jego ręka oplotła się wokół jej talii wyjątkowo ciasno, oderwał ją od ściany i poczuła mocne szarpnięcie w pępku. Teleportował ich. Nabrał głęboko powietrza, nie mogli być bardzo daleko, bo zaraz znów miała ziemię pod stopami. Znaleźli się gdzieś w górach, na górskim szczycie. Nie pozwolił jej na porządne rozejrzenie się wokół, bo znów przy niej był i dość specyficzny sposób wołał o jej uwagę. Stał za nią i obejmował ją w sposób, który uwielbiała. Jego podbródek spoczywał na jej ramieniu, ich policzki prawie się stykały.
– Chwyć swoją różdżkę.
Wyciągnęła ją z rękawa, bo tam ją nosiła zgodnie z jego zaleceniem i chwycił jej prawą dłoń i pokierował nią.
– Połącz ze mną swoją magię.
– Co? – spytała zdziwiona.
– Zrób to.
Jej serce przyspieszyło i spojrzała ku ich połączonym dłoniom. Mogli to zrobić? Dlaczego? Sam trzymał różdżkę w swojej lewej dłoni, którą przyciskał ją do siebie w talii. Ponaglił ją, wbijając koniec swojej różdżki w jej brzuch.
– Nie wiem jak.
– Tak jak ci się wydaje. Zamknij oczy, skup się, a potem oddaj mi się, utoń.
– A kiedy już to zrobię?
– Cokolwiek zechcesz.
Skinęła głową. Rozejrzała się wokół, krajobraz wskazywał na to, że świat powoli przypomniał sobie o wiośnie. W oddali, w dolinie spokojnie płynął jakiś potok, który znosił zwały lodu z gór. Wiał zimny wiatr, ale czuć było zmianę w powietrzu. Zamknęła oczy.
Czarny Pan pogładził ją zachęcająco po dłoni i splótł ze sobą ich palce, zmuszając ją tym samym, by upuściła swoją różdżkę. Zmarszczyła brwi. Jednak on włożył do jej dłoni swoją własną różdżkę. Zaczerpnęła głęboko powietrza. Nigdy tego nie zrobił, jego różdżka była świętością. Zadrżała w jego objęciu z przyjemności i choć nie mogła tego zobaczyć, była pewna, że uśmiecha się gdzieś tam za nią, dwa metry nad ziemią. Tak ułatwiał jej to tonięcie, połączenie jej magii z tą jego i podobało jej się to bardzo.
Zaczęła się uspokajać, wymazywać z siebie jeszcze przed chwilą wzbudzone pragnienie, by go przelecieć. Choć to nie było łatwe, ale wiedziała, że jeśli teraz się postara, później dobrze jej to wynagrodzi. Zresztą, uprawianie z nim magii nie było gorsze od uprawiania seksu. Czasem nawet przerastało to, co wyprawiali w łóżku.
Jego oddech zwalniał, jej też. I wnet miała wrażenie, że tańczą. Zaczął nią kołysać i pieścić w jakiś dziwny sposób swoją magią, i nie tą mroczną, agresywną siłą, do której była tak przyzwyczajona, nagle jego magia zdała jej się przyjemna w takim zwyczajnym rozumieniu. Zaszczycał ją swoją łagodnością i jednocześnie namawiał, że zupełnie zapomniała o swojej odrębności.
– Teraz coś zrób.
Hermiona czując, że ma w tej chwili do swojej dyspozycji więcej magii niż kiedykolwiek wcześniej, spojrzała w dół doliny, którą płynęła rzeka. Riddle zacisnął dłoń na jej nadgarstku, kiedy podjęła decyzję. Poczuła, że jej… nie, ich magia skupia się w jej dłoni i nagle zdało jej się, że unosi się ponad ziemią, razem z nim. Jej stopy NIE MOGŁY dotykać wtedy ziemi, a jeśli już to tylko palcami. Ziemia zatrzęsła się, kiedy ich połączona magia wystrzeliła w dół doliny. Wylewała się w niej i wylewała, ale to był strumień, który cały czas miała pod kontrolą. Kiedy magia dotarła do najniższego punktu w dolinie, krzycząc, bo to był przecież niewyobrażalny wysiłek, robić coś takiego, poderwała nieznacznie dłoń. Efekt nie był nieznaczny. Daleko przed nimi wyrosła ściana wody, ponieważ Hermiona dosłownie wyrwała rzekę z jej koryta. Cała woda tworzyła teraz coś na kształt gigantycznego wodospadu i wciąż wzbijała się na wysokość dobrych kilkuset metrów wbrew wszelkim prawom fizyki. I to nie na tak małym odcinku. Była zafascynowana, ale i przerażona własnym wyczynem.
Nagle zrobił coś, zerwał ich połączenie i wszystko, co było w górze, runęło w dół z ogromną siłą. To, co się stało, było chyba małym kataklizmem. Gdyby nie stali na szczycie góry, tylko niżej, bliżej… Nie było jej jednak dane obserwowanie skutków. Pod wpływem wstrząsu przewrócili się oboje i wylądowała na nim. Nie mogła wyjść z szoku i nie ruszała się przez chwilę, kiedy ziemią wciąż drżała.
– Zadowoliłaś mnie, Hermiono – wyszeptał do jej ucha, odgarniając na bok jej włosy.
Obrócił ich i nagle znajdowała się pod nim. Jednym machnięciem ręki rozpruł szaty na przedzie jej ciała. Nabrała głęboko powietrza, kiedy nie tylko poczuła na sobie ostry, zimny wiatr, ale i jego łakome spojrzenie. Grą wstępną było chyba niszczenie tutejszego krajobrazu, ponieważ wdarł się w nią od razu i dość brutalnie. Nie miała nic przeciwko, chociaż bolało straszliwie. Teraz oboje znajdowali się w uniesieniu, poczuli się chyba jak bogowie i chcieli, by było tak mocno, jak to tylko możliwe. Jego dłonie zacisnęły się na jej biodrach i wbił się w nią po raz kolejny. Hermiona mocniej oplotła go nogami. Krzyczała z bólu, ale jednocześnie nie chciała, żeby przestawał. I choć to on sprawił, że ją teraz tak bolało, niemalże jak wtedy, gdy robiła to po raz pierwszy ponad rok temu z kimś, kto nie miał dziś dla niej żadnego znaczenia, mimo tego bólu, odczuwała jakąś chorą przyjemność. Zanurzał się w niej zbyt głęboko, z okrutnym błyskiem w oku. Obserwował jej cierpienie i karmił się nim. Coś zrobił, bo naprawdę nie była w stanie zacząć odczuwać przyjemności. To było niemal jak gwałt, ale wciąż robił to, czego chcieli oboje. Jednak kiedy poczuła się fizycznie zagrożona, zdecydowanie przytrzymała go w sobie na chwilę, bo może trzeba było to trochę opanować, zanim naprawdę któreś zrobiłoby drugiemu krzywdę. Natychmiast przestał. Uderzył dłońmi po obu stronach jej głowy i wbił pięści w ziemię.
Chyba sami nie wiedzieli, jak dokładnie mają ochotę się zaspokoić ten zew. To, co właśnie zrobili przy pomocy ich połączonej magii, wprawiło ich ekstatyczny, dziki szał. Nikt poza nimi nie mógłby tego dokonać, nikt nie mógłby też tego poczuć.
– Hermiono, jesteś moja i zawsze tak będzie – powiedział i pocałował ją mocno, ale tym razem już się nie gryźli. Nagle zlizywał z niej krew, a ona dyszała ciężko i poruszał się w niej irytująco wolno, całował przeciągle i dokładnie. Przekręcił się na plecy i on wzniosła się nad nim, odrzuciła głowę do tyłu i całował ją po gardle, ssał czubki jej piersi. Bujała się ponad nim i pozwalała pochłaniać otchłani zawartej w jego spojrzeniu. Bałaby się, gdyby była wciąż na powierzchni, ale była głównie głęboko jak on.
Wokół było tak cicho. Były tylko ich ciche pojękiwania i szmer deszczu. Nie była pewna, czy nie był to jej deszcz. Deszcz, który w końcu nie zagłuszył odgłosu nadlatujących helikopterów.
– Cholera – przeklęła Hermiona, odrywając się od niego. Hałas narastał i szybko przestawała czuć się jak bogini, a jak ktoś, kto przeskrobał coś naprawdę niedobrego i niebawem miała go spotkać za to zasłużona kara.
Czarny Pan tylko roześmiał się gromko i znów zaskoczył ją tym paskudnym wirowaniem.
Opadła bezsilnie na łóżko i ukryła twarz w poduszce. Mdliło ją, choć nie mogłaby zaprzeczyć, że była wręcz przeładowana satysfakcją. Wiedziała, że nie mogliby tego powtarzać co dzień, ale chciałaby. Może była bardziej spaczone przez niego, niż myślała.
Leżała bez ruchu, uśmiechając się do poduszki, dopóki coś nie wyrwało jej z bezruchu. Coś zabrzęczało. Telefon. Chwila! Czy on właśnie odbierał mugolski telefon komórkowy? W jego ręce mogło zadziałać coś takiego jak telefon?
– Tak… tak. Mam świadomość tego, co zaszło. Winni zostaną ukarani i… Ale ja jestem pewien, że coś wymyślicie. Tąpnięcie w którejś z kopalń? Nalot kosmitów? Szczerze panu powiem, mało mnie to interesuje. – I cisza, przynajmniej z jego strony. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, jak wysłuchiwał czyjegoś zaciekłego monologu. Sądząc po jego beznamiętnej, znudzonej minie, naprawdę miał to gdzieś. W końcu nasłuchawszy się, odsunął od siebie telefon, przyjrzał mu się bez aprobaty i końcem długiego palca wcisnął czerwoną słuchawkę. – Mugole – mruknął, odrzucając urządzenie w kąt pokoju.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który wbrew rozsądkowi siłą wdzierał się jej na twarz.
– Kto to był?
Zastanowił się i odparł bez przekonania, wzruszając ramionami:
– Tony Blair.
Zachichotała, z powrotem opadła na poduszkę i wiedząc, że to doskonała puenta dla tego dnia, zasnęła zupełnie jak na autopilocie, nim on sam rozkazał jej iść spać. Musiała się wyspać. Jutro przecież zabierał ją do piekielnej Francji.
~o~o~o~
Na kontynencie było znacznie zimniej niż na Wyspach, spostrzegła, rzucając na siebie zaklęcie ocieplające. Zmarszczyła brwi i poczęła rozglądać wokół.
– Tom, gdzie my dokładnie jesteśmy?
Cóż, spodziewała się Paryża chyba bardziej niż słonecznej Prowansji, a tu faktycznie, chyba znaleźli się we francuskim piekle. Byli po środku wielkiego nigdzie, w drodze donikąd. Gdzieś w oddali majaczyły dachy jakiejś wioski. Przed nimi rozciągał się łysy, niezachęcający niczym las.
– Niedługo się przekonasz – powiedział zadowolony.
Złapał ją za rękę i zaczął ciągnąć za sobą w stronę drzew. Hermiona zdecydowała, że zda się na niego.
Gdy zaczęli się zagłębiać w las, zrozumiała, że faktycznie nie zabrał jej byle gdzie. To znaczy – to było oczywiste, ale to miejsce... To miejsce wywoływało u niej wrażenie, że u jej boku kroczy jakiś podrzędny rozrabiaka. Tu gdzieś gnieździła się prawdziwa ciemność. Miała gęsią skórkę i już na pewno nie z zimna. Wydawał jej się wyjątkowo zadowolony, ale i czujny. Widziała to po lekkim napięciu mięśni, po tym jak trzymał ją za rękę.
Zmarszczyła brwi. Coś miało się wydarzyć. Im bardziej zagłębiali się w las, a on wciąż tak milczał, zaczęły narastać w niej złe przeczucia. Powietrze było ciężkie, nieprzyjemne, coś zaczęło wiercić się w niej niespokojnie. Chciała uciec, ponieważ wiedziała już, że chciał zrobić coś, co jej się nie spodoba. Musiał wyczuć jej strach, ponieważ spojrzał na nią ostro. W końcu złapał ją za ramiona i zajrzał głęboko w oczy.
– Prosiłem cię o coś, Granger. Miałaś pozbyć się swoich fobii. Myślałem, że mi ufasz.
Zatkało ją. Musiałam wziąć te słowa na język.
– Czy ci ufam, Tom? Nie wiem, czy ktokolwiek, kiedykolwiek powinien ci ufać.
Zobaczyła, jak zaciska szczękę i powstrzymuje się przed zrobieniem czegoś.
– Ja tobie zaufałem, Hermiono. Ufam ci moim życiem każdej nocy. – Jej serce zapomniało o paru uderzeniach w związku z jego słowami. Nie spodziewała się tego usłyszeć. Nigdy. –Jesteś jedynym człowiekiem, któremu mógłbym tak zaufać. Dlatego chciałbym, Hermiono i proszę cię o to, byś i ty mi dziś zaufała.
Gdyby nie była tą nową Hermioną Granger, pewnie trzęsłaby się teraz jak osika. Jeśli ON mówił coś TAKIEGO, musiało być coś na rzeczy. Nie wiedziała, gdzie patrzeć, co mu powiedzieć. Zaufać mu, do cholery?
– Chciałabym…
– Po prostu niech tak będzie.
Naprawdę tego od niej wymagał? Spojrzała na niego trochę zdezorientowana, a trochę smutna. Nie wiedząc, co powiedzieć, na powrót wsadziła swoją dłoń w jego. Znów ruszyli i niebawem teren zaczął unosić się, co ją zdziwiło, aż nagle wyrosła przed nimi monumentalna, ciemna skała, zupełnie nie pasująca do otoczenia. Przerażająca. Powietrze było już tak ciężkie, przygniatające, że ledwo stała. Gdyby nie było go obok, już dawno uciekłaby stąd z krzykiem. Przed nimi było wejście do jakiejś jaskini i Hermiona miała wrażenie, że spogląda w źrenicę diabła.
– Tom…
Uśmiechał się zachłannie, patrząc w to samo miejsce co ona. Ale kiedy przeniósł wzrok na nią, patrzył poważnie. Mocniej złapał ją za rękę i zupełnie nie miała nic przeciwko.
– Hermiono. – Ujął wolną dłonią jej twarz i pochylił ku niej swoją twarz. – Jesteś wystarczająco inteligentna, by nie tracić czasu na doszukiwanie się nieistniejących się zjawisk. Nigdy nikogo nie kochałem – rzekł z naciskiem. – Może gdybym miał serce zamiast nędznego ochłapu… – Szyderczy uśmiech wykrzywił jego usta, szybko jednak spoważniał i wbił niewidzący wzrok w przestrzeń gdzieś ponad jej głową. – Gdybym jednak był do tego zdolny… Wiesz, prawda?
Cały czas był chłodny, nie przejawiał oznak jakiegokolwiek uczucia czy emocji. I co? Co on mówił? Hermiona nagle miała gulę w gardle i nie mogła przełknąć śliny. Gdyby tylko mogła, pozbyłaby się swojej uciążliwej świadomości w tej chwili i zemdlałaby.
– I naprawdę ci ufam, więc i ty mi zaufaj – powiedział. Jego dłoń powoli oderwała się od jej policzka.
Usłyszała dziwny świst i obróciwszy się, zdała sobie sprawę, że z tym dźwiękiem zjawiali się ci, których naprawdę miała nadzieję więcej nie musieć oglądać. Założyciele. Znaleźli się za nimi, odgradzając ich tak od tej przerażającej ciemności.
Bez względu na wszystko, na potworność miejsca, w którym się znajdowali, na ich widok Hermionę ogarnęła wściekłość. Nagle niemal zupełnie zapomniała o tym, co jej powiedział. Może to i dobrze.
– Co my to robimy, Tom? Co oni tu robią?
Zwróciła się ku przybyszom ze złością.
– Czegokolwiek chcecie, nie macie już prawa interweniować w naszej sprawie – wyrzekła ostro. Riddle milczał.
Godryk nieznacznie wystąpił z szeregu.
– Tu się mylisz, Hermiono Granger. Mamy wszelkie prawo tu być. Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć, co narozrabiała ta parka – powiedział, zerkając w stronę Roweny i Salazara – ale obecność całej naszej czwórki, tu i teraz, nie jest naszą zachcianką. Jest naszym obowiązkiem. Strzeżemy dostępu do tego… co naprawdę powinno pozostać nieodkryte.
– Co macie na myśli? – Zerknęła pośpiesznie ku Tomowi. – Co oni mają na myśli?
Nie odpowiedział, jego twarz przyozdobił za to paskudny uśmieszek.
– To, że w dniu dzisiejszym będziesz miała okazję przekonać się, jak potężna naprawdę jesteś – wyszeptał jej do ucha i puścił jej rękę, nieznacznie się wycofując.
Hermiona wzięła głęboki wdech i wydech i spojrzała powoli po twarzach każdego z Założycieli. Twarze Roweny i Salazara, mimo że również pozornie obojętne, skrywały chyba najwięcej emocji.
– Ostrzegaliśmy cię, Marvolo. Ostrzegaliśmy cię, co się stanie, jeśli tu wrócisz – zaczął na powrót Gryffindor. – Umrzesz i to przez swoją własną pychę.
W Hermionę zaczęła wstępować panika. Jeśli dobrze zrozumiała, grozili mu śmiercią za samą obecność w tym miejscu.
– Tom, błagam cię. Stawanie do walki z Założycielami jest szaleństwem. Jeśli interweniują, jeśli oni interweniują, muszą mieć jakiś naprawdę, dobry powód. Co tam jest?
– Nie słuchałaś mnie, prawda? – wysyczał wściekle.
– Tam, Hermiono Granger – zaczęła Helga – jest zło, prawdziwe, niewyobrażalne zło, nad którym nie można zapanować. Ci, którym udało się to zrobić tysiące lat temu, wiedzieli o magii i tego typu… mocach, więcej niż my moglibyśmy sobie wyobrazić, że można wiedzieć, potrafić. W naszym rozumieniu byliby bogami.
– Tam jest kontrola, Hermiono – zaczął za nią szeptać – władza, wiedza, zmartwychwstanie. Tam jest wszystko, co czyni niepokonanym, tam jest spełnienie moich i twoich życzeń. Wszystko, co chcesz. Prawdziwa moc. Prawdziwa potęga.
– Jego los jest już przesądzony, Hermiono Granger. Ty jednak możesz jeszcze uratować siebie i swoje dziecko. Nie wiedziałaś, dokąd to zmierza, dlatego jesteśmy skłonni wybaczyć ci tę słabość.
Godryk znacząco spojrzał na Czarnego Pana.
Przez chwilę wahała się, mierząc na spojrzenia z całą czwórką Założycieli. Wiedziała, że nie jest to dobra decyzja, naprawdę umierała teraz ze strachu o swoje dziecko, ale nie mogłaby postąpić inaczej. Nie mogłaby zgodzić się na to nigdy. Przyrzekła przecież coś sobie. Zrozumiała.
Dlatego postąpiła krok w tył.
– On nie jest moją słabością – wyrzekła twardo, stając u boku swojego męża.
To nie mogłoby się znowu zdarzyć. Nie mogłaby go stracić. Nie było przecież takiej możliwości.
