Nienawiść i strach
– Potter całkiem ładnie się rozwija – skomentował Severus następnego ranka, rzucając w jej kierunku klątwę.
Hermiona była tak zaskoczona nieoczekiwanym komplementem, że ledwie zdążyła zrobić unik przed jego tnącym nożem, o sekundę zbyt późno zdając sobie sprawę z jego taktyki.
– To nie fair – zaprotestowała, rzucając się na jedną stronę i bombardując go szybką serią Drętwot. – Wkurzanie mnie w taki sposób!
Jego szeroki uśmiech, odsłaniający kły, większości mógł wydawać się niebezpieczny i agresywny, jednak Hermiona widziała że w jego oczach lśni podekscytowanie walką i wiedziała, że jej twarz prawdopodobnie odzwierciedla te uczucia.
– Na wojnie wszystko jest dozwolone – uśmiechnął się, blokując jej Drętwoty kulą zielonego światła, jednocześnie rzucając na nią klątwę.
Nareszcie zaczęli łączyć magiczny pojedynek z fizyczną walką w coś, co Severus nazwał "Magicznymi Sztukami Walki". Czytała o tym jedynie w niektórych mniej znanych tekstów Obrony Przed Czarną Magią w szkolnej bibliotece. W dzisiejszych czasach jedynie kilku czarodziejów posiadało ten talent, jednak Hermiona odkryła, że niezmiernie jej się podoba ten zaawansowany poziom pojedynku.
Aby go przetrwać należało się wykazać doskonałym refleksem, szeroką znajomością uroków, klątw i innych zaklęć, które wykonywano za pomocą różdżki oraz bez niej, oraz dobrą tężyzną w bardziej cielesnych aspektach walki. Dzięki jej ciotce, własnej nauce oraz treningom z Severusem, była na tyle zaawansowana by stanowić problem nawet dla ich mistrza szpiegów.
Ostatnim razem prawie go pokonała. To był jedyny powód, dla którego teraz używał podstępu zamiast bezpośredniej walki, pomyślała z zadowoleniem.
– To dzięki pomocy Dracona – podjęła rozmowę, po tym jak wykonała wysokie kopnięcie wycelowane w jego głowę. – Nie wiem, jak oni to robią, ale przynosi to efekty. Zaczęli nawet odgrywać całkiem imponujące kłótnie.
Severus uśmiechnął się szeroko i znów skinął głową. Słyszał już o nich. Minerwa powiedziała mu o jednej z nich, która miała miejsce przed klasą Zaklęć i prawie przyprawiła biednego profesora Flitwicka o zawał serca. Według niego, chłopcy prawie się pozabijali. Według nich była to świetna zabawa.
– Co z McNairem? – zapytał, obniżając nóż i wykonując cięcie na wysokości jej lewego uda. Jednak tym razem była przygotowana i wykopem prawie pozbawiła go broni.
– O nie, drugi raz to ci się nie uda – wydyszała i skontrowała uderzenie skośnym cięciem, które zniszczyło jego kolejną koszulę.
– Tak samo jak przekładanie tego pytania w nieskończoność – ostrzegł ją, wycelowując ostatnie kopnięcie w jej brzuch i podnosząc swój nóż w rytualnym geście.
– Na dzisiaj wystarczy – powiedział, na co ona powtórzyła jego gest. – Dobrze ci dzisiaj poszło.
– Och, komplemenciarz z ciebie – uśmiechnęła się szeroko i schowała swój przezroczysty nóż do pochwy. – Mógłbyś przyznać, że tym razem prawie cię miałam.
– Gdyby miało to miejsce, z pewnością bym tak powiedział. Brakowało ci kilometra!
Nie zaszczyciła go odpowiedzią, zamiast tego odrzuciła głowę w tył z udawaną przekorą. Jej włosy, ledwie spięte gumką, wyślizgnęły się z koka i spłynęły jej na ramiona. Musiał odwrócić twarz, by ukryć swoją reakcję.
– Jednak masz rację co do McNaira – powiedziała, gdy Snape, zwrócony do niej tyłem, koncentrował się na oczyszczeniu swojej broni. – Musimy coś z tym zrobić.
– Co masz na myśli? – jego głos był wyzuty z wszelkich emocji. Miał nadzieję, że przypisze to skupieniu i zmęczeniu po dobrej walce.
– Jedyne możliwe rozwiązanie. Pozbycie się go. Jest zbyt niebezpieczny, by go złapać, czy przekazać Ministerstwu. Jednak jeszcze nie zdecydowałam, jak najlepiej to zrobić.
– Musimy znaleźć sposób, żeby wykorzystać jego śmierć na twoją korzyść wobec śmierciożerców. Być może, jeżeli pokażemy go jako nielojalnego...
– Jeżeli pozwolimy im znaleźć ciało, nie mogę być zabójcą – ostrzegła go, wycierając szyję i twarz ręcznikiem. – Voldemort będzie w stanie wykryć mój magiczny podpis.
– Nie planowałem, abyś ty to zrobiła – ten temat pomógł mu przestać myśleć o jej twarzy, włosach i ciele. Mógł znów się do niej odwrócić, spojrzeć w oczy i otworzyć ich tajemne połączenie.
Pora abym wrócił do akcji. Zacząłem już czuć się staro, a nie chcemy przecież, żebym zardzewiał.
Nie chcę nawet ci mówić, jak bardzo jest to nieprawdopodobne, odpowiedziała cicho. Kolacja wieczorem?
Potrząsnął głową. Widok rozczarowania na jej twarzy aż ścisnął mu serce. Albus i Moody. To będzie długi wieczór.
– Zastanawiam się, jak udaje ci się uczyć bez zaśnięcia w trakcie zajęć – skomentowała na głos, uśmiechając się do niego, by pokazać, że nie jest jej przykro.
– Ach – odpowiedział. – To jeden z większych cudów egzystencji.
To popołudnie spędzała na jednym z licznych podwórzy, siedząc razem z Harrym pod starą wierzbą. Przez pewien czas dyskutowali o sprawach Zakonu, jednak ich rozmowa szybko zeszła na bardziej ogólne tematy.
– To dziwne, czyż nie? Że ten rok będzie naszym ostatnim w Hogwarcie? – zapytał Harry, odchylając głowę i spoglądając w słoneczne niebo.
Hermiona wzruszyła ramionami. – To będzie ulga – odpowiedziała cicho. – Już od dawna nie czuję się jak uczennica, a szkoła stała się dla mnie utrapieniem, które nie pozwala mi się zająć ważniejszymi rzeczami – uśmiechnęła się, a jej twarz rozluźniła się w delikatnych promieniach słońca. – Będę bardzo zaskoczona, jeżeli nie zostaniemy w Hogwarcie. Ochrona jest tutaj najlepsza, i teraz przeniosła się kwatera główna Zakonu...
– Prawda – przyznał Harry. – Ale to już nie będzie to samo.
Westchnął. – Nawet teraz już tak nie jest. Ron jest ciągle na nas wściekły, cały wolny czas poświęcamy na Zakon, nie pamiętam kiedy ostatnio miałem wolny dzień.
– Boże Narodzenie – odpowiedziała Hermiona po chwili.
– Tak, Boże Narodzenie – zgodził się Harry, po czym zwrócił się w jej stronę i przyjrzał się jej dokładnie. – Naprawdę odwiedziłaś swoich rodziców w święta? Myślałem, że ukrywają się gdzieś w Ameryce.
Hermiona skinęła głową i sama westchnęła. – Byłam z Severusem – przyznała cicho. – Treningi, rozmowy, planowanie. Dobrze się stało, gdyż w tym czasie prawie zginęłam. Tego dnia uratował mi życie.
– Dobrze, że go masz – skomentował Harry i zauważył, jak rozluźniła ramiona. To była minimalna zmiana, ledwie dostrzegalna, jednak wiedział, że wciąż czuje się niepewnie mówiąc z nim o swojej relacji z Severusem.
– Nie wiem, co zrobić z Ronem – przyznała po chwili. – Bardzo się denerwuję, gdy jestem w jego obecności. Nie wiem, jak się z nim pogodzić.
Głośny śmiech Harry'ego zaskoczył ją. – Przez te wszystkie lata przyjaźni z Ronem, – powiedział. – Nigdy nie udało mi się z nim pogodzić. To on zawsze musiał najpierw zrobić pierwszy krok.
Zachichotał. – Myślę, że furia Weasley'a może być pokonana tylko przez Weasley'a.
Nagle Hermiona jęknęła i próbowała schować się za Harry'm.
– O wilku mowa – wyszeptała, a on obrócił się i zobaczył Lunę, Neville'a i Ginny maszerujących w ich stronę, razem z bardzo niechętnym Ronem.
– Chcesz odejść? Sam sobie z nimi poradzę – zasugerował szeptem Harry. Przez chwilę ta oferta wydała się Hermionie bardzo kusząca. Jednak potrząsnęła głową, podniosła się i usiadła sztywno wyprostowana.
– To jest dziecinne – odpowiedziała. – Będzie musiał zacząć ze mną rozmawiać wcześniej czy później!
Unosząc dumnie podbródek, przywitała grupę ciepłym uśmiechem. – Ginny, Luna – zatrzymała dziewczyny. – Minęło trochę czasu! Dobrze was znów widzieć.
– Nie, tylko z nami nie rozmawiałaś jakiś czas – odpowiedziała Ginny, krótko i na temat, jak zwykle. – Neville, Luna i ja zdecydowaliśmy, że mamy już dość waszej głupiej kłótni. Jakikolwiek był powód tego, że wasza trójka przestała rozmawiać, macie się pogodzić. Teraz.
Harry musiał ukryć szeroki uśmiech. Co też Draco powiedział wczoraj o gryfonach? Subtelni jak atakujący hipogryf. Nie wierzył, że nadejdzie taki dzień, jednak musiał zgodzić się ze ślizgonem.
– To nie jest takie proste, Ginny – ostrzegł ją, jednak wpatrywał się w Rona, bezgłośnie przekazując mu, że ta wiadomość dotyczyła tylko jego. – Między nami a Ronem wydarzyło się wiele rzeczy i nie sądzę, że jest to właściwe miejsce i czas by o tym dyskutować...
– Och, myślę że to jest bardzo proste – nie zgodził się gwałtownie Ron. Jego twarz poczerwieniała z gniewu, jak prawie zawsze gdy się teraz spotykali. –Zdecydowaliście się zmienić drużynę i porzucić przyjaciół. Nie sądzę, żeby wydarzyło się coś więcej.
– Chodźmy do pokoju Hermiony – zaoferował Harry, próbując zapobiec wybuchowi na otwartej przestrzeni, pośród osób, które nawet nie mogły zacząć rozumieć sytuacji. – Ta rozmowa dotyczy tylko nas, Ron.
– Wręcz przeciwnie – wcięła się Ginny i, zarówno Luna jak i Neville, pokiwali głowami. – Jesteśmy w to bardzo zaangażowani, Harry. Wasza dwójka już prawie nie spędza czasu w pokoju wspólnym. Zawsze chowacie się w pokoju Hermiony, czy gdzie tam chodzicie. Luna i ja nie spotykamy was nawet na zajęciach, więc praktycznie nie mamy szansy by z wami porozmawiać. Tęsknimy za wami! I choć Ron jest zbyt wielkim palantem, by to przyznać, on też za wami tęskni.
– Wcale nie – krzyknął Ron, którego twarz stawała się z każdą sekundą coraz bardziej czerwona. – Oni mają dużo ciekawsze zajęcia niż spędzanie ze mną czasu!
Neville westchnął, ściągając w niezadowoleniu swoją szeroką, przyjazną twarz. – Nie rozumiem waszej trójki – powiedział cicho. – Od pierwszego roku zawsze byliście najlepszymi przyjaciółmi. Nic nie mogło was rozdzielić. Razem walczyliście, razem spędzaliście czas i dzieliliście się wszystkim. Dlaczego teraz to się zmieniło? Chyba że... Nagle jego twarz stała się jeszcze bardziej czerwona niż Ron. – Chyba, że między waszą dwójką dzieje się coś, a Ron jest zazdrosny...
– Och nie, nie pomiędzy nią i Harry'm – zaprzeczył gorzko Ron. – Ona złapała znacznie większą rybkę niż Chłopiec Który Przeżył, czyż nie, Hermiono? Mężczyznę o znacznym majątku i pozycji...
– Ron, proszę – odezwała się po raz pierwszy Hermiona. – Wiesz dobrze, że chodzi tu o coś więcej niż tylko o nas! Nie mamy prawa koncentrować się na własnych pragnieniach, gdy dookoła toczy się wojna! To nie jest czas na...
– Jak zgrabnie to ujęłaś – przerwał jej, z twarzą wykrzywioną gniewem i nienawiścią. – Ty ze swoim małym ślizgońskim niebem! Nie mów mi, że nie podoba ci się, jak płaszczą się przed tobą! Obrzydzasz mnie, Hermiono! Ja nigdy...
– Dość tego! – zagrzmiała nagle Hermiona. Wyraźnie zbladła, jednak jej głos był tak pełen władzy i mocy, że Ron momentalnie zamilkł. Reszta patrzyła na nią zdumiona, nawet Harry, który nigdy nie słyszał od niej tego tonu. Neville podświadomie odsunął się od niej i prawie potknął o Lunę, która wyciągnęła rękę i przytrzymała go bez słowa.
Harry niepewnie położył kojącą dłoń na ramieniu Hermiony, jednak strząsnęła ją. Jej wargi były aż białe od furii, którą czuła. Choć oboje wiedzieli, że Ron nie może rozmawiać o jej tajemnicach, zabrnął zdecydowanie za blisko tego tematu. Niewątpliwie zaraz posypią się pytania.
– Rozumiem twoje rozczarowanie i szok, Ron – kontynuowała, gdy cisza wokół nich stała się zbyt natarczywa. – Jest jednak granica twojego zachowania, które będę tolerować, i właśnie ją osiągnąłeś. Jeżeli chcesz być niczym więcej jak egoistycznym, infantylnym idiotą, proszę bardzo! Nie będę się starała abyś wydoroślał i zaakceptował swoje obowiązki. Natychmiast jednak przestaniesz zachowywać się w ten sposób! Nie masz prawa ryzykować planów i podjętych miesiące wcześniej działań, tylko dlatego, że nie jesteś w stanie pokonać swoich uprzedzeń i choć raz użyć swojego mózgu! Dorośnij, kurwa mać!
Jej głos był chłodny gdy zaczęła swoją przemowę, po drodze osiągnął temperaturę lodowca, jak kąsający bicz lodu i gniewu, co sprawiło, że inni odsunęli się od niej. Nigdy nie widzieli Hermiony tak wściekłej. Moc wirowała wokół niej, gdy kierowała do Rona słowa jak niszczące pociski.
Wydawało się, że jej się udało. Pobladły Ron otworzył usta raz, drugi, a jego źrenice były komicznie rozszerzone, jednak z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle, odwrócił się na pięcie i opuścił podwórze z opuszczonymi ramionami, jakby dźwigał na nich zbyt wielki ciężar.
– To było niepotrzebne, Hermiono – powiedziała z wyrzutem Ginny, gdy już otrząsnęła się z szoku.
– Wręcz przeciwnie, Ginny – odpowiedziała Hermiona głosem jak czysty aksamit i z twarzą wygładzoną jak maska. – Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo było to potrzebne.
– Niech ktoś lepiej za nim pójdzie – ogłosiła spokojnie Luna. – Ronald potrafi być czasami bardzo głupi.
Ginny posłała jej spojrzenie dorównujące głosowi Hermiony. – Ja za nim pójdę – powiedziała. – To nie jest koniec tej rozmowy. Mam wiele pytań, które wymagają odpowiedzi.
– Obawiałam się, że to powie – westchnęła Hermiona, gdy Ginny podążyła za bratem i opuściła podwórze. – I muszę przyznać, ze moje zainteresowanie zaklęciami Obliviate rośnie z godziny na godzinę.
Harry ponownie położył uspokajającą dłoń na jej ramieniu, i tym razem cicho skinęła głową. Jej oczy zdawały sie błagać o wybaczenie, i na moment, zwiększył nacisk ręki, by przekazać jej, że było w porządku.
Na podwórzu zapanowała cisza. Hermiona i Harry czekali na powrót Ginny. Luna rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w coś, co tylko ona mogła dostrzec, a Neville wyglądał jakby chciał zniknąć z powierzchni Ziemi.
Ginny wróciła zbyt szybko, jednak zamiast zdeterminowanego wyrazu twarzy, jakiego oczekiwali, zobaczyli w jej oczach rosnącą panikę.
– Ron zmierza w stronę Zakazanego Lasu – wydyszała. – Prawie dotarł już do granicy zaklęć ochronnych. Próbowałam z nim porozmawiać, ale on po prostu mnie zignorował! Tam jest zbyt niebezpiecznie, a już niedługo zapadnie zmrok!
– Powinniśmy zawołać nauczyciela – zaproponowała Hermiona, jednak z jej oczu Harry wyczytał, że chodzi o członka Zakonu.
– Nie ma czasu – odpowiedziała Ginny. – Gdy już znajdziemy nauczyciela, Ron zniknie, i miną wieki zanim go znajdziemy. Lepiej chodźmy za nim!
Harry warknął z frustracji.
– Świetnie – mruknął. – Naprawdę świetnie. Ron wycina jeden ze swoich idiotycznych numerów, a my jesteśmy tutaj sami.
– Wcześniej nie miałeś żadnych problemów z działaniem na własną rękę! Jeżeli udało nam się w Departamencie Tajemnic, to powinno nam się udać wyśledzić Rona w Lesie – przypomniał Neville, na co Harry znów jęknął.
– Nie przypominaj mi, jak głupi wtedy byłem, Neville. To naprawdę nie jest odpowiedni czas.
– Musimy coś zrobić – zdecydowała Hermiona. – On wciąż jest twoim przyjacielem, Harry.
Miesiąc temu Harry spojrzał by na nią z irytacją za wskazanie tak oczywistej rzeczy. To kolejna rzecz, która przypomniała mu jak bardzo się zmienił, że teraz pojmował jej tok myślenia. Jakikolwiek problem istniał między nimi, Ron wciąż był oficjalnie uznawany za numer Trzy Złotego Trio. Jakiż byłby lepszy sposób na skrzywdzenie Chłopca Który Przeżył i związanie go bardziej z jego ostatnią przyjaciółką, Hermioną, niż zabicie Rona? Ścigał go każdy śmierciożerca.
– Tak, masz rację – wymamrotał, podczas gdy w środku wzrastało w nim przerażenie i żelazną pięścią ścisnęło go za gardło.
– Proponuję byśmy sie rozdzielili – kontynuowała, jednak brzmiało to raczej jak rozkaz niż propozycja. – Wasza czwórka pójdzie poszukać nauczyciela, a ja pójdę za Ronem. Pospieszcie się!
Miesiąc temu jej propozycja wkurzyła by go. Teraz po prostu kiwnął głową, podskoczył i gestem zachęcił innych by za nim poszli.
– Oszalałaś? –– zapytała Ginny. – Wszyscy jesteśmy członkami Armii Dumbledore'a! Harry jest od ciebie dużo lepszy w obronie przed czarną magią! Nie pójdziesz tam sama, podczas gdy my będziemy szukać nauczyciela! Nie ma mowy!
– Ona ma rację – zgodził się Neville, i, tak jak zrobił tyle lat temu, w noc, w którą walczyli o kamień filozoficzny, stanął Hermionie na drodze. – Nie pozwolę ci iść samej!
Hermiona wyglądała, jakby poważnie rozważała użycie kolejnego Petrificus Totalus, ale po chwili wahania, Harry zgodził się z innymi.
– Mają rację – powiedział. – Sami możemy to zrobić szybciej i lepiej. To nie jest warte zachodu. Po jej wyrazie twarzy wiedział, że zrozumiała. Zatrzymywanie reszty doprowadzi do jeszcze większej ilości pytań. Wybierając tą drugą opcję, będą mieli spore szanse na błyskawiczne sprowadzenie Rona do Hogwartu i ograniczenie wyjaśnień do minimum. Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli.
– To zły pomysł, Harry – nie zgodziła się Hermiona. – Proszę, nie ryzykuj! Uważam, że nie powinieneś...
Jednak Ginny znów im przerwała. – Nie wiem, co zrobicie – wykrzyczała gniewnie. – Ja idę po mojego brata! Dyskutujcie sobie o strategii ile chcecie, ja idę za nim!
Obróciła się i wybiegła z podwórza. Po chwili wahania Luna i Neville podążyli za nią.
Harry mógłby przysiąc, że właśnie usłyszał z ust Hermiony bardzo szokujące słowo, gdy spoglądała za nimi niezdecydowana.
– Przypuszczam, że to zbyt dużo, prosić cię, byś tu został? – zapytała zmęczonym głosem.
Harry spojrzał jej szczerze i uczciwie w twarz. – Zostanę, jeżeli tak mi rozkażesz, odpowiedział cicho. – Ale to również moi przyjaciele, i jestem całkiem niezły w pojedynkowaniu się. Nadmierna troska nie pomoże, wiesz?
0o0
Dogonili Ginny, Neville'a i Lunę, gdy trójka dotarła na skraj Zakazanego Lasu i, wyraźnie zdenerwowani, przygotowywali się do wejścia.
– Ginny, w którą stronę poszedł? – zapytała Hermiona, jakby nigdy nie zamierzała zostawić ich za sobą.
– Nie wiem – odpowiedziała zmartwiona rudowłosa. – Chyba w tą. Ale nie jestem pewna...
Hermiona gestem wskazała Harry'emu by szedł pierwszy. Zrobiła to tak szybo, że inni tego nie zauważyli. Następnie podążyła za nim.
– Ludzie, bądźcie tak cicho, jak tylko potraficie – doradził im szeptem Harry. – I żadnej niepotrzebnej magii.
– Użyję tylko zaklęcia lokującego – wyszeptała Hermiona. Wiedział, że jej ślad magiczny nie zwróci uwagi wroga - jeżeli czekali na nich jacyś śmierciożercy. Znali jej magiczny podpis i zapewne pomyślą, że przyłączyła się do polowania.
Zauważył, że Hermiona użyła bardziej skomplikowanej wersji zaklęcia "Wskaż mi", którego nauczył się na potrzeby Trzeciego Zadania turnieju. Zapamiętał, aby później zapytać się jej o to. Większość jego umysłu była teraz skupiona na słuchaniu, wąchaniu i przyglądaniu się jak najdokładniej otaczającej ich splątanej gęstwinie.
Piętnaście nerwowych minut później znaleźli Rona siedzącego na pniu drzewa pośrodku małej polanki, ponurego i marudzącego.
– Ron, ty dupku – krzyknęła gniewnie Ginny i wybiegła zza Harry'ego i Hermiony w stronę zaskoczonego brata, aby przyłożyć mu kuksańca w ramię. – Jak możesz opuszczać strzeżony teren? Naraziłeś nas wszystkich na niebezpieczeństwo!
– Nigdy nie prosiłem, żebyście za mną leźli – warknął, otrzymując kolejnego kuksańca w odpowiedzi.
– Powinniśmy wracać – Harry przerwał ten siostrzany wybuch uczuć. – Niedługo się ściemni. I Ron – dodał, ściszając niebezpiecznie głos. – Jeżeli jeszcze raz wywiniesz taki numer, pożałujesz tego, wierz mi.
– Ja tylko chciałem...
– Cicho – przerwała im nagle Hermiona, i coś w jej głosie kazało im się do niej obrócić. Widok jaki ujrzeli, sprawił, że Ginny i Neville westchnęli zdumieni.
Zamiast dziewczyny, której się spodziewali, zobaczyli wojowniczkę stojącą za nimi. Różdżka w jednej dłoni, pozycja ciała niska i groźna, jej głowa wyciągnięta w górę, jakby starała się coś wyczuć w powietrzu. Hermiona była całkowicie skupiona.
– Schowajcie się za mnie – wyszeptała. – Postarajcie się mieć drzewa za plecami. Ktoś nadchodzi.
– Dlaczego? – zapytała Ginny. – Nie jesteś wcale lepsza od Harry'ego w pojedynkach! I skąd wiesz, że ktoś jest w pobliżu?
– Chciałaś się w to wplątać – wysyczała Hermiona, jej uszy i oczy były skupione na czymś, co tylko ona dostrzegała. – Teraz jesteś w samym centrum wydarzeń i będziesz wykonywać moje rozkazy, tak jak Harry. Natychmiast!
W jej głosie było słychać ton przesycony autorytetem, którego nie byli w stanie dokładnie umieścić, jednak powstrzymali się od dalszych protestów. Tak cicho, jak to możliwe, zgromadzili się za nią, choć Ron potrzebował ostrego szarpnięcia ze strony Harry'ego, aby to zrobić.
– Nic nie słyszę... – zaczął Ron ponuro, jednak nagle ucichł, gdy na polankę wbiegło pięć ciemnych kształtów.
Śmierciożercy.
Dorośli.
Pięcioro.
O kurwa.
Stanęli jednocześnie, doskonale zgrani, nie w ten dziwny sposób, w jaki zazwyczaj udawało się to Harry'emu, i skierowali różdżki w ich stronę.
– Spójrzcie tylko – jeden z nich szydził. – Maleńki Harry Potter chowa się za dziewczyną. Ale ona ci nie pomoże, mały Harry. Właściwie, jest ostatnio osobą, w której pobliżu powinieneś być w tej chwili.
Prawdopodobnie miał nadzieję, że Harry zareaguje na to zagubieniem i głupotą, chcąc przez to zwiększyć swoje szanse. Jednak chłopak podniósł dłoń, uciszając szmery rosnące pośród jego przyjaciół i popatrzył na śmierciożercę z czystą nienawiścią. Oczy mężczyzny zwęziły się za maską. Otworzył usta, by kontynuować, gdy na polance zawrzało.
Wszystko stało się w mgnieniu oka, zbyt szybko, by mogli to dokładnie zobaczyć, a co dopiero zareagować.
Zanim śmierciożercy zdołali się poruszyć, zanim Harry i Ron zdążyli wyciągnąć różdżki, w dotychczas pustej prawej dłoni Hermiony zalśniło ostrze. Bez słowa, bez drgnięcia najmniejszego mięśnia opadła na zaskoczonego śmierciożercę z mocą wielkiego kota i przeszła przez niego.
Jego ciało nie zdążyło opaść na ziemię, a ona już obracała się w stronę kolejnej odzianej na czarno postaci i przecinała jej gardło ruchem tak precyzyjnym, że aż wstrzymali oddech.
Pozostała trójka napastników zdawała się dojść do siebie. Widok uczennicy, i ich domniemanego szpiega, zabijającej dwójkę ich kamratów z beztroską skutecznością zszokował nawet tych mężczyzn. Teraz w końcu się otrząsnęli i podnieśli różdżki by rzucić zabijającą klątwę.
– Ava... – zaczął jeden z nich, na co Hermiona machnęła nadgarstkiem w ich stronę, zupełnie jakby coś rzucała.
Śmierciożercy eksplodowali w kuli ognia.
Zginęli w niecałą minutę, a ona przez cały ten czas celowała w nich różdżką. Gdy płomienie zgasły, kopnęła jednego z nich butem i z satysfakcją stwierdziła brak jakiejkolwiek reakcji.
– Zostańcie z tyłu – rozkazała przyjaciołom, nawet nie patrząc w ich kierunku. – Nie wiemy, czy w pobliżu nie ma ich więcej.
Na polance panowała cisza gdy Hermiona rzucała błyskawiczną serię kilku zaklęć tropiących i ujawniających.
Potem na środku polanki położyła dwa migoczące klejnoty. Harry rozpoznał w nich sygnał alarmowy i jednocześnie cel aportacji, które zostały im wręczony w dniu przyjęcia do Zakonu. Każdy z członków Zakonu próbujący ich znaleźć aportował się automatycznie w miejsce, gdzie znajdował się klejnot. Nigdy by nie pomyślał, by ich teraz użyć.
– Na razie wszystko w porządku – kontynuowała, i coś w jej głosie przekonało Harry'ego, że mówiła do niego. – Wyjaśnij im wszystko, Harry. Ja się zajmę tym bałaganem.
– Ale Hermiono – zaprotestował słabo. Przez te lata widział już tyle okrucieństwa, ale sposób w jaki jego przyjaciółka, bez cienia wahania, zamordowała tych mężczyzn, głęboko nim wstrząsnął. – Nie musieliśmy ich wszystkich zabijać! Mogliśmy ich tylko ogłuszyć...
– Ryzykując ich ucieczkę i spalenie mojej przykrywki? Hermiona zaczęła przeszukiwać kieszenie śmierciożerców, ale teraz spojrzała mu w oczy, jej były chłodne i spokojne jak lodowce. – Nie sądzę. To oznacza pięć osób mniej po stronie Voldemorta. Żadna większa strata, Harry.
– Ale...
– Czy ktoś może nam wyjaśnić co się dzieje? – zażądała gniewnie Ginny zza pleców Harry'ego.
Obracając się w stronę przyjaciół, Harry dopiero teraz uświadomił sobie w jakim byli stanie. Wyraźnie przerażeni, choć Ginny walczyła z tym uczuciem, jak zawsze, narastającym gniewem. Neville jednak wyglądał jakby miał zaraz zemdleć, a Luna straciła coś ze swojej zwykłej błogości i szerokimi otwartymi oczami przyglądała się pięciu trupom leżącym przed nimi.
Ron jednak gapił się na Hermionę jakby właśnie spełnił się jego największy koszmar.
– Ona jest śmierciożerczynią, to się właśnie dzieje – syknął zjadliwie. Hermiona nawet nie spojrzała, zajęta zwłokami zaśmiecającymi ziemię.
– To nie prawda, Ron. Zważając na to, że żyjesz tylko dla tego, że nas ocaliła, trochę szacunku by ci nie zaszkodziło! Jest szpiegiem – wyjaśnił innym, odwracając się od Rona, który zwęził z wściekłości oczy. – Robi to już od pół roku. Oboje jesteśmy członkami Zakonu. Hermiona skontaktowała się już z Dumbledorem. Nie martwcie się, pomoc przybędzie za chwilę.
– Ale dlaczego ona ich zabiła – zapytał Neville, jego dolna warga drgała w lekkim szoku. – I jak?
– Nie wiem – wzruszył bezradnie ramionami Harry, spojrzał znów na Hermionę, która, wciąż nienaturalnie spokojna, okrążała polankę.
– Ma wiele ukrytych talentów – powiedział przyjaciołom, lecz tylko Luna skinęła głową, jakby to wyjaśniało wszystko. Ron cały czas obserwował Hermionę. Jego oczy płonęły gniewem, a twarz wykrzywił obrzydliwy grymas nienawiści.
Po zaledwie dwóch minutach na miejsce aportowali się McGonagall, Snape i Remus Lupin. Ten ostatni, zszokowany, wziął mocny wdech, co zwróciło uwagę Harry'ego na przybycie nauczycieli. Hermiona spokojnie schowała różdżkę, którą wyciągnęła słysząc ich przybycie, i zwróciła się do Snape'a i McGonagall.
– Nikt nie uciekł – powiedziała bez emocji w głosie.
– Dobra robota, Hermiono – skomentowała pochwalająco McGonagall to, co zobaczyła. – Jacyś ranni?
– Nie. Harry z przerażeniem zauważył, że jej głos był bezbarwny, jak jakiejś maszyny. Przypominał mu dziwny film, który Dudley uwielbiał, coś o robocie-zabójcy, przysłanym z przyszłości, by zabić kobietę i jej nienarodzone dziecko. Wzdrygnął się i wbił dłonie głębiej w kieszenie, chcąc pozbyć się tych mrocznych myśli.
Nagle, poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. To był Remus, starający odsunąć jego i innych od zwłok, jednak Harry oparł się tej lekkiej perswazji. Snape podszedł do Hermiony i spojrzał na nią swoimi ciemnymi płonącymi oczami.
Co oni robią? Zastanawiał się, gdy cisza między jego przyjaciółką a Mistrzem Szpiegów przedłużała się. Rozumiem, że się martwi, ale to nie w jego zwyczaju, tak się gapić!
Nagle Snape zerwał kontakt wzrokowy i lekko skinął głową.
– Dobra robota, powiedział, jakby w odpowiedzi na jakiś raport, a Harry znów nie wiedział o co chodzi. – Popatrzmy na ich twarze.
Hermiona skinęła głową i delikatnie odsunęła się na obok, dając mu dostęp do swojej zdobyczy.
Odsuwając maski i kaptury, Snape przypatrywał się zwłokom. Harry starał się wyciągnąć szyję, by zobaczyć coś więcej, jednak nie zdołał dojrzeć twarzy.
– Ktoś z Wewnętrznego Kręgu? – zapytał beznamiętnie Snape.
– Atricus – odpowiedziała Hermiona tym samym tonem. – Był członkiem od trzech miesięcy. Wprowadzony przez McNaira.
Zapadła cisza. Harry zauważył, że Snape nie przeszukał śmierciożerców. Aż uniósł brwi ze zdumienia, gdyż nigdy nie widział, by drobiazgowy mistrz eliksirów ufał w rezultaty czyjejś pracy. Jego założenie o dokładności pracy Hermiony, powiedziało Harry'emu więcej o ich związku niż dłoń Severusa spoczywająca na ramieniu Hermiony przez niecałą sekundę.
McGonagall dołączyła po chwili do Snape'a, wpatrując się w ciała martwych wrogów.
Było coś dziwnego w ich przebywaniu obok zwłok, jakiś wyraz twarzy, którego Harry nie mógł pojąć. Dopiero, gdy Remus podszedł i krzyknął zszokowany, znalazł w sobie dość odwagi, by podejść do ciał. Pomiędzy nieznanymi mężczyznami, umazanymi krwią, lub ze spaloną skórą, zobaczył znajomą twarz.
Teodor Nott, jego ciało było nietknięte, poza cienką czerwoną kreską, szpecącą gardło niczym czerwona wstążka. Hermiona zabiła jednego z ich kolegów.
– Ależ to... – krzyknął zszokowany Harry, błyskawicznie uciszony ostrzegawczym spojrzeniem i lekkim potrząśnięciem głowy Snape'a. Inni nie muszą wiedzieć, kto poprowadził ku nim śmierciożerców. Już nigdy nie poczuliby się bezpiecznie w Hogwarcie.
Tak jak Harry właśnie utracił poczucie bezpieczeństwa. Wpatrywał się w martwą twarz chłopaka, z którym dzisiejszego ranka miał zajęcia. Jego oczy paliły, a żołądek wypełniała pustka. Jak mógł ich zdradzić? Nie był od nich starszy, a jednak chciał ich zabić.
Tak jak zabiła go Hermiona, bez chwili wahania.
– Czy ma znak? – zapytał, czując jak zaciska mu się gardło, jakby zaraz miał się udusić.
Hermiona potrząsnęła głową. – Przestali oznaczać ślizgonów chodzących do szkoły – odpowiedziała, wciąż tym przerażająco spokojnym i chłodnym tonem głosu. – Stało się to zbyt ryzykowne, gdy odkryto zdradę Severusa. Spodziewali się, że regularnie będzie kontrolował ich przedramiona, co zresztą czynił.
– Przykro mi, że musiałaś to zrobić, Hermiono – powiedział Remus i podszedł do niej bliżej, kładąc jej rękę na ramieniu. – To musi być straszne uczucie.
W chwili, gdy jego dłoń dotknęła jej ciała, Hermiona spięła się i szybko odsunęła.
– Był śmierciożercą – odpowiedziała, wciąż beznamiętnie, jakby to wszystko wyjaśniało i sprawiało, że jego życie nie miało znaczenia. – To moja praca.
Remus otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, w jego oczach widać było zaskoczenie i szok. Wyglądał zupełnie jak Harry, po byciu świadkiem jej okrucieństwa. Jednak zanim ich nauczyciel obrony przed czarną magią mógł pozbierać myśli i odpowiedzieć, Hermiona odsunęła się od nich, pozostawiając dwójkę gryfonów w zakłopotanej ciszy.
– Powinniśmy natychmiast ruszać – poinformował ich Snape. – Nie mamy pojęcia, czy dodatkowe posiłki mają niedługo przybyć, a z pewnością nie chcemy się z nimi spotkać.
Aportowali się na skraj zaklęć ochronnych Hogwartu, Remus i McGonagall zabrali ze sobą Ginny i Lunę, po czym udali się w stronę zamku, za nimi unosiły się martwe ciała ich kolegi i jego kumpli-śmierciożerców. Harry zauważył, że Hermiona i Snape pozostali z tyłu. Nie zastanawiając się nad tym, również zwolnił, aż osoby na przedzie straciły go z oczu. Dopiero wtedy odwrócił się i poszedł w kierunku swojej przyjaciółki i jej mentora.
Nie powiedział o tym Remusowi ani żadnemu z przyjaciół, ale jej efektywne okrucieństwo głęboko go zszokowało. Nawet biorąc pod uwagę wszystko co przeżyła przez te ostatnie kilka miesięcy, nie wierzył, że była zdolna do czegoś takiego. Fakt, że zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni z opiekuńczej osoby, którą kiedyś była, niepokoił go jednak to, że nie żałowała morderstwa martwiło go jeszcze bardziej.
Jednak gdy dotarł do kępy drzew, ukrywając się częściowo pod starym płaszczem, mógł jedynie powstrzymać zszokowane westchnienie na widok Hermiony, chłodnej, opanowanej Hermiony, wtulającej się w Mistrza Eliksirów i płaczącej w jego szaty.
– Tak mi przykro, tak mi przykro, Severusie – wyszeptała, przylgnąwszy do niego całą swoją siłą. – Nie wiedziałam, że to był on! Przysięgam, inaczej nie...
– Nie mogłaś tego wiedzieć. Przestań się ranić, Hermiono – odpowiedział spokojnie Snape, jednak ton jego głosu był ochrypły, a gdy Harry przyjrzał się dokładniej, dostrzegł, że jego twarz przybrała niezdrowy, szary odcień.
Nott był w jego domu, uświadomił sobie nagle Harry. Był pod jego opieką, a przejście Teodora do śmierciożerców zapewne uważał za swoją osobistą porażkę.
– Widziałeś jak na mnie patrzyli? – znów doszedł do niego głos Hermiony, w którym słyszał tak głęboki ból, że aż zadrżał. – Jakbym była potworem. Nawet Remus nie potrafił spojrzeć mi w oczy.
Harry wiedział, co miała na myśli, i Snape chyba też, sądząc po tym jak na chwilę jego ramiona otuliły ją jeszcze mocniej. Nie było nic, co Harry mógł powiedzieć, by ją pocieszyć, gdyż on też, w pierwszej chwili zaskoczenia, miał ją za potwora . Harry widział to w oczach innych i przez chwilę poczuł to również we własnym sercu.
Snape milczał przez chwilę, jednak gdy przemówił, ton jego głosu zszokował Harry'ego bardziej, niż ciasny uścisk, który dzielili. Jeżeli nie oszalał całkowicie, jego ponury mistrz eliksirów brzmiał... kokieteryjnie.
– Z pewnością jesteś najpiękniejszym i najmądrzejszym potworem jakiego kiedykolwiek widziałem, Hermiono. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś zdecydowała się schować pod moim łóżkiem – wymruczał, a dziewczyna roześmiała się z ulgą, wtulając się w niego jeszcze mocniej.
Znów nastała cisza i Harry właśnie zbierał się, aby się oddalić tak cicho jak to możliwe, gdy odezwał się Snape.
– Rzucić na niego Obliviate? – zapytał tonem tak lekkim i nieprzejętym, jakby rozmawiali o pogodzie. Zaskoczony nagłą zmianą tematu, Harry zauważył jak Hermiona potrząsa głową, opierając ją o ciemne szaty Snape'a.
– To tylko Harry – odpowiedziała. – Ma prawo wiedzieć.
Zwróciła się w stronę drzewa, za którym Harry wciąż dochodził do siebie po nagłym szoku. – Możesz już wyjść Harry. Przedstawienie skończone.
– Ja.. ja bardzo przepraszam – wyjąkał Harry, wychodząc niezgrabnie ze swojej kryjówki. – Byłem po prostu zaniepokojony.
Niezręcznie podszedł do pary, która wciąż się obejmowała. – Byłaś wtedy taka dziwna, Hermiono... – kontynuował. – Nie miałem zamiaru szpiegować!
Powinien się ugryźć w język w chwili, gdy ostatnie słowo opuściło jego usta, jednak ku jego zdumieniu, kąciki ust Severusa uniosły się lekko do góry. – Co też by ci nie wyszło. Słyszeliśmy się od chwili, gdy znalazłeś się w pobliżu. Oddychałeś tak głośno, że mógłbym rzucić w ciebie klątwę z zamkniętymi oczyma.
Harry kompletnie go zignorował. – Czy wszystko w porządku, Hermiono? – zapytał, nie dając się sprowokować.
Hermiona powoli skinęła głową i z wahaniem odsunęła się od Snape'a.
– Emocje nie są czymś, na co mogę sobie pozwolić w obliczu niebezpieczeństwa, Harry – wyjaśniła delikatnie. – Teraz, gdy wszyscy są bezpieczni, możemy opłakiwać Teodora.
Spojrzała jeszcze raz w oczy Severusa i tym razem to jej dłoń spoczęła pocieszająca na jego ramieniu. Mistrz eliksirów uśmiechnął się w odpowiedzi, jednak jego oczy były jak bezdenne studnie, a twarz była blada jak marmur, gdy cicho odszedł od nich, kierując się w stronę zamku.
– To trudne dla niego – powiedziała Hermiona, gdy mężczyzna opuścił polankę. – Każdego ślizgona, który wybiera mrok, odczuwa jako porażkę. Obwinia siebie za każdego, którego stracił przez te lata. Cieszę się, że nie jestem obarczona taką odpowiedzialnością.
– To dlatego na zajęciach preferuje ślizgonów, a dręczy gryfonów? – zapytał powoli Harry, myśląc, że może w końcu zaczyna rozumieć zagadkę jaką jest Severus Snape.
– Nie – Hermiona potrząsnęła głową i uśmiechnęła się lekko w kierunku, w którym zniknął Snape. – To dlatego, że nienawidzi gryfonów i uważa ślizgonów za nadrzędne istoty. Jest w tym względzie tak uprzedzony, jak tylko można być.
Zamiast wkurzenia, które Harry spodziewał się w tym zdaniu, w jej głosie słychać było jedynie rozbawienie i dziwną czułość, a jej oczy uśmiechały się do czegoś, co tylko ona mogła dostrzec. Niezmiernie zaskoczyło go to, że cała aż rozkwita na wspomnienie opiekuna Slytherinu, tłustowłosego dupka, głównego drania w zamku.
– Co takiego w nim widzisz, Hermiono? Dlaczego jest dla ciebie taki ważny? Obserwowałem cię przez ponad dwa tygodnie i nie jest to jedynie relacja zrodzona z konieczności. To jest coś dużo większego. Dlaczego?
– Ponieważ on mnie zna, Harry – odpowiedziała zmartwionym głosem, proszącym o zrozumienie. – To nie jest zarzut wobec ciebie, czy Rona, czy innych nauczycieli, ale Severus zna mnie w sposób, w jaki ty nawet nie mógłbyś zacząć sobie uświadamiać.
Wzięła głęboki wdech, i widząc urazę w jego oczach, zaczęła pospiesznie wyjaśniać. – Ja... Gdy zobaczyłeś co dzisiaj zrobiłam, byłeś zszokowany. Obrzydzony. Nie mam ci tego za złe, Harry, rok temu sama bym tak pomyślała: Jakim prawem ona może oceniać i kończyć życie ludzkie? Jak ona może być tak nieludzko okrutna? Czym ona się stała? Gdybyś nie był tak zszokowany, by nie móc się ruszyć, czy myśleć, zarzuciłbyś mi to w tamtej chwili. Lub odwróciłbyś się ode mnie przerażony, tak jak Ron i Remus.
Kolejny głęboki wdech, tym razem brzmiący bardziej jak szloch. – Widziałam wasze twarze, Harry. Wiem, co myśleliście. Ty... ty nie rozumiesz, że byłam za ciebie odpowiedzialna, i za innych. Że jako główny szpieg Zakonu jestem odpowiedzialna za każde życie, które zniszczą śmierciożercy. Że muszę robić okropne rzeczy, byśmy w tej wojnie mieli przewagę.
Zaśmiała się gorzko. – Dlaczego miałbyś rozumieć? Nawet ty, który więcej niż raz konfrontowałeś się z Voldemortem, nigdy nie widziałeś jego prawdziwej mocy, nigdy nie byłeś świadkiem jego pełnego okrucieństwa. Nie wiesz jak to jest, gdy się mówi i robi rzeczy, po których czujesz się tak brudny... tak obrzydzony własną osobą. Wiem, że mnie szanujesz, i że zrobiłbyś wszystko, by to zrozumieć, ale wiem też, że nigdy ci się to nie uda. Nawet małe fragmenty tego, kim się stałam odrzucają cię - jak możesz sobie poradzić z tym co robię z Lucjuszem Malfoyem, każdego tygodnia?
Ucichła, podnosząc szeroko otwarte, mroczne oczy i patrząc mu prosto w twarz. Nie będąc w stanie spojrzeć w nie, Harry odwrócił się w stronę jednego z ogromnych, bezlistnych drzew, które ich otaczały. Wiedział, że miała rację. Nawet teraz pamiętał to puste uczucie w piersi, to uczucie obrzydzenia, choć wiedział, że nie miał do niego podstaw, tę myśl: Stała się potworem.
Nie potrafił spojrzeć jej w oczy i przyznał to, więc odwrócił się od niej.
– Severus rozumie – kontynuowała w końcu Hermiona, głosem słabym, prawie że łamiącym się. – Był tam, robił te same rzeczy, a wciąż jest osobą, którą szanuję i podziwiam. Zstąpił na dno piekieł i powrócił. Jest moją siłą, Harry. Jedyną osobą, która wciąż mi przypomina dlaczego to robię, że jest to niezbędne. Jest moją jedyną nadzieją, jedynym światłem w ciemności. Moją ostatnią deską ratunku.
Coś w jej słowach sprawiło, że odwrócił się do niej i gdy w końcu spojrzał na jej twarz, wiedział dlaczego to zrobił. W jej oczach było coś, czego nigdy wcześniej nie widział, cicha determinacja i płonąca tęsknota, która jednocześnie go przerażała i rozrywała jego duszę.
– Ty go kochasz – wyszeptał, czując się, jakby właśnie ktoś oblał go wiadrem lodowatej wody.
Hermiona zachwiała się w tył, jakby uderzył ją w twarz, prawie tracąc grunt spod nóg i przewracając się na twardą ziemię.
– Nie wiem, o czym mówisz... – wyjąkała, i na chwilę, jej perfekcyjna maska uchyliła się i ukazała twarz tak przerażoną, tak pełną paniki, że aż chciał cofnąć wypowiedziane słowa. Ale już zbyt długo siebie okłamywali.
– Kochasz Snape'a, Hermiono. Bardziej niż kiedykolwiek kochałaś drugą osobę. Widzę to w twoich oczach.
– Nie, Harry! – krzyknęła i teraz jej głos się załamał. – Nie mam pojęcia o czym mówisz, to niedorzeczne! Snape jest moim mentorem, niczym więcej...
Przez chwilę była tą dawną Hermioną, małą dziewczynką, która schowała się w łazience, gdyż czuła się samotna na tym świecie, dziewczynką, która wołała do niego o pomoc, gdy zaatakował ją górski troll.
Jeden krok wystarczył do pokonania odległości między nimi i objęcia jej ramionami. – Już dobrze, Hermiono – wyszeptał, trzymając ją blisko siebie. – Nie musisz się usprawiedliwiać. Nie musisz nic mówić. Mogę to zaakceptować... Mogę to całkowicie zaakceptować. Cicho, nie płacz.
Gdyby za drzewami był ukryty jeszcze jeden obserwator, zobaczyłby onieśmielającego mistrzowskiego szpiega Zakonu, wtulającego się już drugi raz tego dnia w mężczyznę, i wypłakującego swoje oczy. Zobaczyłby zielone oczy, pełne determinacji i obawy, obserwujące linię drzew, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. W jego ramionach nie spotka jej żadna krzywda.
xXx
