CZĘŚĆ CZWARTA: NAUCZYCIEL

I znowu w szkole

Po trzech latach śmierciożerczej "kariery", wróciłem do szkoły jako nauczyciel. Dziwnie się czuję wśród innych nauczycieli, wśród tych miłych, sympatycznych, życzliwych mi, uważnych ludzi. Nie jestem przyzwyczajony do takiego traktowania. Byłem odrzucany, traktowany z pogardą lub z wymuszonym przez strach szacunkiem. Dla mojego Pana o tyle jestem cenny, o ile jestem przydatny... Posłuszeństwo wymuszane jest torturą. Pewno przez to co przeszedłem, przez to, że byłem wiele razy torturowany, jestem zamknięty w sobie i nie ufam ludziom, a jednocześnie nie lubię siebie i nie umię nawiązać bliskich, koleżeńskich kontaktów. Dumbledore to widzi, ale nie jest w stanie mi pomóc.

Profesor Slughorn przywitał mnie wylewnie. Nauczyciel dobrze pamięta mnie ze szkoły.

- Cieszę się, że to ty, Severusie mnie zastąpisz.

Czy Slughorn wie, że jestem nasłanym przez Czarnego Pana śmierciożercą? Podejrzewam, że domyśla się, ale nie sądzę, żeby z kimkolwiek podzielił się swoimi przypuszczeniami. Jest na to zbyt tchórzliwy.

Argus Filch unika mnie. Wujek dobrze wie, kim jestem i wie, jak śmierciożercy traktują takich jak on. Mnie obojętność okazywana przez Filcha odpowiada, nie chcę być kojarzony z charłakiem.

Pierwszego września 1981 roku siadam za stołem nauczycielskim jako nowy nauczyciel eliksirów i opiekun Syltherinu. Uczniowie od piątej klasy wzwyż mogą pamiętać mnie jako ucznia, uczniowie ostatniego roku mogą pamiętać ten incydent nad jeziorem... Gdy byłem lżony i poniżany przez huncwotów. Nie nastraja mnie to optymistycznie do nowej pracy. Szacunek i posłuszeństwo wymuszę strachem, bo nie potrafię inaczej.

Obserwuję ślizgonów. Wielu pamiętam z okresu, gdy sam byłem uczniem. Teraz będę ich opiekunem, będę za nich odpowiedzialny. Ilu z nich to dzieci śmierciożerców? Ilu marzy, tak jak ja w ich wieku, aby zostać sługami Czarnego Pana? Nie mogę im odradzać wprost takiej "kariery", ale mogę rozmawiać z nimi i pokazywać inne możliwości ułożenia sobie życia. Obiecuję sobie, że nie będę taki jak Slughorn, którego interesowali wyłącznie uczniowie z wpływowych rodzin lub bardzo uzdolnieni, na tyle na ile mogli mu być przydatni w przyszłości. Bedę się interesował każdym ślizgonem i pomogę każdemu, kto będzie potrzebował mojej pomocy.

Na drugi dzień, w porze śniadania, zgodnie z wieloletnią tradycją, rozdaję moim wężom plany lekcji... Uczniowie starszych lat odnoszą się do mnie z przesadnym szacunkiem. Po sposobie w jaki jestem przez nich traktowany orientuję się, iż wiedzą, że służę Czarnemu Panu. Ile jeszcze rzeczy zaskoczy mnie w tej szkole? Informuję prefektów Syltherinu, że wieczorem, po kolacji, chcę się spotkać z całym domem w pokoju wspólnym.

Pierwszą lekcję mam z trzecią klasą, gryfoni i ślizgoni, mieszanka wybuchowa. Dumni, pewni siebie, zarozumiali gryfoni budzą moją niechęć. Wśród ślizgonów odnajduję brata Imperiusa, spokojnego, zabiedzonego chłopaka. Na jego widok uśmiecham się do siebie, bo przypominają mi się moje szkolne lata. Brat Mike,a, jest tak samo tępy z eliksirów jak Mike. Poświęcam Aeronowi trochę więcej uwagi niż innym, pomagam mu w trakcie warzenia jak widzę, że z czymś sobie nie radzi, faworyzuję chłopaka. Ach, chyba nie będę obiektywnym nauczycielem. Zdaję sobie sprawę, że niewielu jest magów uzdolnionych do warzenia, w tej klasie nie ma żadnego, po piątej klasie te dzieciaki zapomną, że był taki przedmiot jak eliksiry.

Najcięższe dla mnie, nie pod względem fachowym oczywiście, są lekcje z szóstą i z siódmą klasą. W klasach owutemowych mam po dziewięciu uczniów. Między ślizgonami i gryfonami aż iskrzy, mam wrażenie, że zaraz skoczą sobie do gardeł. W trakcie lekcji koncentruję się na utrzymaniu dyscypliny w klasie. Pamiętam niektórych z tych moich uczniów, jak trzy lata temu uczyłem ich czarnej magii w Zakazanym Lesie... To wracając z takiego praktycznego szkolenia dla chętnych małolatów które prowadziliśmy z kumpami, spotkałam na skraju lasu Lily.

Starsi gryfoni traktują mnie z wyniosłą pogardą, na jaką jeszcze niczym nie zasłużyłem, co równoważy również niezasłużony szacunek okazywany mi przez ślizgonów.

Wieczorem spotykam się z całym domem w pokoju wspólnym Styltherinu. Jak dobrze tu wrócić. Kominek, fotele na których tyle lat przesiadywałem dają mi poczucie bezpieczeństwa. Przedstawiam się i mówię, że będę żądał bezwzględnego przestrzegania regulaminu szkolnego. Informuję, że konflikty będziemy rozwiązywać we własnym gronie, chcę być powiadamiany o problemach i niedopuszczalne jest, bym o sprawach mojego domu dowiadywał się od innych nauczycieli. Proszę uczniów, aby informowali mnie o problemach na lekcjach czy o konfliktach z nauczycielami, postaram się pomóc. Kładę nacisk na informację, że w każdej sprawie mogą się zwracać bezpośrednio do mnie. Zachęcam do tworzenia grup samopomocy w nauce. Z perfektami chcę się widzieć raz w tygodniu, aby na bieżąco omawiać sprawy domu. Ustalamy termin tych spotkań w piątki o godzinie 8 wieczorem, po kolacji.

Na drugi dzień, przeglądam akta moich ślizgonów. Odkładam na bok akta kilku uczniów mających bardzo trudną sytuację rodzinną, w tym akta obu braci Mike,a. Wystąpię do Dumbledore o pomoc dla nich, o celowe stypendia na kupno podręczników, szat i przyborów szkolnych, na opłacenie posiłków w wakacje. Może uchroni to choć niektórych z nich przed moim losem.

W czasie wolnym od nauczycielskich obowiązków przesiaduję w lochach, czytam i warzę. Dumbledore ze dwa razy zmusił mnie do udziału w spotkaniach towarzyskich, ale gdy siedziałem sztywny jak kołek i milczałem pesząc wszystkich, przestał mnie zmuszać do takiej aktywności.

Dyrektor często mnie odwiedza lub zaprasza do siebie i dużo wtedy rozmawiamy. Dumbledore interesują śmierciożercy i panujące wśród nas stosunki. Udzielam wyczerpujących informacji, tłumaczę że Czarny Pan jest panem naszego życia i śmierci i żąda ślepego posłuszeństwa, że za najmniejszy błąd jesteśmy karani klątwą, najczęściej Crucio. Jesteśmy wzywani w maskach, osobno lub po kilku, mamy przydzielane zadania, możemy się ujawnić jedynie na polecenie naszego Pana. Niekiedy są organizowane zebrania wszystkich śmierciożerców, jesteśmy wtedy w maskach, kapturach, płaszczach, stoimy w kręgu przed naszym Panem i nie wolno nam ujawnić tożsamości. Na takich zebraniach często nie wiem, kto obok mnie stoi. Złość i agresję wyładowujemy głównie na mugolach, Czarny Pan wyznacza wioskę czy miasteczko i możemy sobie wtedy poużywać do woli. Na prośbę Dumbledore opisuję jak funkcjonuje Mroczny Znak. Dyrektor ogląda moje przedramię przekonując się, że nieaktywny znak jest niewyczuwalny dla osoby postronnej. Ustalamy, co będę przekazywał mojemu Panu, abym nie stracił jego zaufania. Początkowo będą to wszelkie informacje dotyczące szkoły, nauczycieli i dyrektora które są znane gronu pedagogicznemu ale niedostępne dla uczniów. Dumbledore uważa, że takie informacje powinienem sam zbierać i w związku z tym powinienem zacząć udzielać się towarzysko. Jest to dla mnie prawie niewykonalne i zadręczam się z tego powodu, ale na szczęście mój Pan nie wzywa mnie.

Niespodziewaną trudność sprawia mi zdobycie stypendiów dla moich ślizgonów. Dyrektor jest temu niechętny, zasłania się Radą Nadzorczą Szkoły. W końcu szlak mnie trafia, - więc co,- wściekam się,- chcesz żeby w wakacje kradli? To pierwszy krok do śmierciożerców, wierz mi, wiem co mówię, znam to z własnego doświadczenia,- dodaję gorzko. I chyba tym przekonuję Dumbledore, bo w końcu dostaję te stypendia.

W połowie września spotkałem się nad rzeką, "w naszym miejscu" z Lily.. Byliśmy razem... Chyba za bardzo nie układa się jej z Potterem. Może zdecyduje się odejść... Dla niej zaakceptuję nawet dzieciaka Pottera. Po tym spotkaniu nie kontaktujemy się już, ale nie martwię się tym bo wiem, że Lily potrzebuje czasu aby podjąć ważną życiowo decyzję. Jestem szczęśliwy, ale za bardzo nie zastanawiam się nad przyszłością, bo nie mam kiedy, mam za dużo pracy. Dwa razy w tygodniu patroluję nocą korytarze, muszę przygotowywać się do lekcji, sprawdzać prace, zażegnywać konflikty we własnym domu i walczyć z innymi nauczycielami o moich ślizgonów. Nie spodziewałem się, że będę miał tak wiele problemów w związku z funkcją opiekuna domu. Mój pierwszy konflikt z prof. McGonagall był o taką bzdurę, jak rezerwacja boiska na trening quidditcha. To właśnie wtedy, w tym jakże krótkim, szczęśliwym okresie mojego życia, wyczarowuję po raz pierwszy patronusa... Mój patronus przybiera już na zawsze sygnaturę Lily.

Jako opiekun domu, zostaję wyznaczony wraz z innymi opiekunami domów, do przygotowania zamku na Noc Duchów... Moje pierwsze święto w Hogwarcie, w którym wezmę udział jako nauczyciel. Przygotowując zamek na tą uroczystość, zbliżam się do kolegów pracujących razem ze mną. Trudno mi mówić na "ty" do moich niedawnych profesorów: Flitwicka, McGonagall i prof. Spurout. Koledzy to widzą i są bardzo taktowni, moje wcześniejsze wycofanie wiążą z tym dyskomfortem.

W noc poprzedzającą Hallowen nawiedzają mnie koszmarne sny, jestem niespokojny, mam przeczucie nieszczęścia. Rozmawiam o tym z Dumbledore.

-Potterowie od tygodnia są po zaklęciem Fideliusa.- Informuje mnie dyrektor. -Może twoje przeczucia dotyczą kogoś innego?

-Jesteś ich strażnikiem tajemnicy?

-Nie, nie zaufali mi.- Odpowiada Albus

-Co!?

-Nie zaufali mi.- Powtarza.

Pytam się Dumbledore, kto jest w takim razie strażnikiem tajemnicy Potterów, ale dyrektor odpowiada, że nie może mi udzielić takiej informacji. Wieczorem, niespokojny i pełen złych przeczuć zasiadam do uczty.