Between the devil and the deep blue sea – wersja polska
Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie. Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"
Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.
Soundtrack rozdziału:
Kelly Clarkson/Glee Cast – I What Doesn't Kill You
Glee Cast – I'm Still Standing
Jason Mraz/Glee Cast – I Won't Give Up
Taylor Swift - Eyes Open
Florence & The Machine/Glee Cast - Shake It Out
Rozdział 35
- Co?! To niemożliwe! – Z powodu rewelacji Damona i Caroline wypadła mi z ręki miska, do której zdołałam nałożyć sobie podwójną porcję sałatki cesarskiej. Kiedy zeszłam do kuchni poczułam się po prostu wściekle głodna, a teraz przez nich musiałam wymyślić coś innego. Skupiłam się przede wszystkim na tym, ponieważ postanowiłam całkowicie zignorować obecną dwójkę, która opowiadała jakieś totalne bzdury.
Caroline jeszcze próbowała wybrnąć z tego łagodnie, coś owijać w bawełnę, ale Damon najwyraźniej już całkiem otrząsnął się z szoku na mój widok. Wrócił do starego siebie i rzeczowym tonem, wprost oświadczył, że w czasie, którego nie pamiętam, oddałam się w ręce Klausa jako ofiara w rytuale i… zginęłam.
Wzięłam się pod boki i posłałam im wściekłe spojrzenie.
- Przecież tu jestem! Niby jak mogłabym zginąć, skoro żyję! – Spróbowałam pochylić się, żeby sprzątnąć sałatkę z marmurowej, kuchennej podłogi, ale jak tylko spróbowałam, pojawiły się kolejne zawroty głowy. Trudno, ktoś inny musiał się zająć uporządkowaniem tego.
Skoro nie mogłam zabrać się do ludzkiego jedzenia, wyciągnęłam z zamrażarki dwie butelki krwi zwierzęcej i wypiłam je jedną po drugiej, cały czas obserwując przy tym pozostałych. Caroline w tym momencie wyglądała raczej na zmartwioną, za to w Damonie jakby się gotowało. Już całkiem przeszła mu radość na mój widok, w tym momencie był po prostu wściekły na mnie za coś, czego nie rozumiałam i o czym nie miałam zielonego pojęcia.
- Ale to jest całkiem bez sensu! Niby dlaczego miałabym na własne życzenie dać się zabić?! – Wciąż nie mieściło mi się to w ogóle w głowie.
Salvatore nagle znalazł się tuż obok mnie i wyraźnie widziałam czającą się w jego lodowato błękitnych oczach furię.
- Może dlatego, że wiedziałaś, że Tyler mnie ugryzł podczas przemiany i nie chciałaś już beze mnie żyć? – spytał i wydawał się być całkowicie przekonany o swojej racji.
Na moment zdębiałam. Został ugryziony przez wilkołaka? To by znaczyło… Ale nie, no przecież powiedzieli, że „nie było mnie" przez całe trzy dni, to przecież w tym czasie już by także nie żył. Zmrużyłam oczy.
- A może masz o sobie za duże mniemanie? – odwarknęłam Damonowi. – Poza tym, jak widać na załączonym obrazku, nie udało ci się wykitować i jakoś jesteś cały i zdrowy…
W tym momencie usłyszałam, jak Care ciężko wypuszcza powietrze z płuc. Zerknęłam w jej stronę.
- No co? Nie jest tak? Przecież widać, że coś kręci! Na pewno to on skręcił mi kark, żebym nie wtrącała się do tej całej afery i… - zaperzyłam się.
Mina Caroline jednak powstrzymała mnie przed powiedzeniem czegoś więcej.
- Damon nie przeżył ot tak, po prostu. Stefan poszedł do Klausa po lekarstwo dla niego. Zdobył je, ale… Ale musiał wyjechać razem z nim…
Aż cofnęłam się i oparłam o blat kuchenny za sobą, bo bałam się, że zaraz ugną się pode mną kolana. Nie dlatego, że coś mnie zabolało, tylko dlatego, że w chwili, gdy Care wypowiedziała imię Pierwotnego, w mojej głowie coś wreszcie zaskoczyło. Wzrok miałam nagle zamglony i zamiast kuchni u Salvatore'ów widziałam się w zupełnie innym otoczeniu. Chwilę później, najzwyczajniej w świecie zemdlałam.
- Myślisz, że tym razem… to już na dobre...? – Przerażenie w głosie Damona było wręcz namacalne, kiedy układał nieprzytomną Martę na sofie w salonie. Cała wściekłość na nią wyparowała z niego, kiedy straciła w kuchni przytomność i w ostatniej chwili zdążył ją złapać.
- Nie, nie wydaje mi się… Popatrz, przecież oddycha. No i ani śladu skóry z papieru… - Care próbowała brzmieć optymistycznie, ale wcale się tak do końca nie czuła. Już raz straciła przyjaciółkę. Nie chciałaby, żeby to się powtórzyło, skoro tak krótko cieszyli się z odzyskania Em.
W tym momencie z ust Marty wydobył się dziwny jęk i chwilę trwało, aż jednak otworzyła oczy. Zdumiona, popatrzyła na nich, jak tak nad nią stali ze strachem widocznym w oczach.
- Co się stało?
- Odpłynęłaś na moment. – odpowiedziała jej Caroline z szerokim uśmiechem na twarzy. A jednak, wszystko było w porządku!
Marta spróbowała się podnieść, ale powstrzymały ją dłonie Damona, które ponownie popchnęły ją na poduszki.
- Nawet nie próbuj. – Jego głos był stanowczy. Na szczęście, ten jeden raz na milion, nie przeciwstawiła się. Zamiast tego przyłożyła dłoń do skroni i westchnęła ciężko.
- Już pamiętam. – Nie zauważyła, jak i Care, i Damon na te jej słowa odetchnęli z ulgą. – Nie wszystko, ale na pewno tę część z Klausem. – Zacisnęła szczęki, wyraźnie powstrzymując z trudem wściekłość. – Pieprzony sukinsyn mnie oszukał.
Nie chciała powiedzieć nic więcej, ale wyraźnie zaintrygowała pozostałych.
- Co masz na myśli? – dopytywała się Caroline.
Em wyglądała na raczej niechętną do przyznania się do czegoś. Omijała ich wzrokiem, a już szczególnie Damona.
- Nic takiego. – Próbowała ich zbyć.
Salvatore w tym momencie zaczął się domyślać, czego jego kochanie nie chciało wyjawić.
- Ależ, Słońce, chętnie posłuchamy… - Nie mógł powstrzymać tryumfalnego uśmieszku, kiedy usiadł na sofie i położył sobie jej nogi na kolanach. Nieświadomie zaczął przesuwać kciukiem po ich długości i wyczuł, jak wbrew sobie zadrżała pod jego dotykiem.
Caroline też nie chciała ustąpić. Zajęła miejsce na fotelu obok i popatrzyła na Em wyczekująco. Marta na ten widok przewróciła oczami i zaczęła mamrotać coś pod nosem, ale na tyle niezrozumiale, że nawet ich wyostrzony, wampirzy słuch nie mógł pomóc.
- Co powiedziałaś? – Nie odpuszczała Care, coraz bardziej rozbawiona. W momencie, kiedy zagrożenie utraty przyjaciółki minęło, poczuła jak z jej barków opada jakiś niewidzialny ciężar. Em podniosła się na łokciach i posłała jej mordercze spojrzenie. Panna Forbes nawet się tym nie przejęła.
- Powiedziałam, że umowa z Klausem była taka, że idę jako ofiara do rytuału zamiast Jenny i…
Och, reszta była tak oczywista, że pozostała dwójka jednocześnie parsknęła śmiechem. To spowodowało, że Marta natychmiast się wkurzyła i wykorzystała ich moment nieuwagi, żeby podnieść się z sofy i wreszcie stanąć pewnie na dwóch nogach.
- I myślałaś, że w zamian Klaus tak po prostu da mi lekarstwo na ugryzienie wilkołaka, co nie, Słońce? – Salvatore także się podniósł i stanął tuż obok Em, zadowolony, że w butach na płaskich podeszwach jest od niego niższa i miał nad nią wreszcie widzialną przewagę. Wpatrywał się w nią uporczywie do momentu, aż podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Może i nie chciała się przyznać do tego na głos, ale bez trudu potrafił wyczytać z jej mowy ciała odpowiedź na swoje pytanie. Ogarnęło go ogromne zadowolenie.
Wtedy Caroline wstała z fotela i chrząknęła, dając o sobie znać. Kiedy oboje spojrzeli w jej stronę, odezwała się.
- W tej sytuacji… chyba zostawię was samych. – Jej domyślny uśmieszek rozbawił Damona, ale Marta posłała jej spojrzenie, którym błagała, by jednak została. Care to zauważyła i pokręciła przecząco głową. – Sądzę, że jest parę spraw, które musicie sobie w tej sytuacji wyjaśnić na osobności… - Podeszła do przyjaciółki i uścisnęła ją mocno, wciąż nie dowierzając, że jednak żyje. – Wpadnę jutro, żeby sprawdzić, jak się czujesz… - Ucałowała Em w policzek i już jej nie było.
Przez moment gapiłam się bezmyślnie w miejsce, w którym przed chwilą stała Caroline. Jak ona śmiała mnie zostawić w tej sytuacji sam na sam z Damonem! Przecież wiedziała, że starałam się od niego odseparować i że całkiem nieźle mi szło aż do dnia rytuału. Wspierała mnie w tym wtedy! Co jej się nagle odmieniło, żeby mnie wpychać w paszczę lwa!
Przecież moje ciało, które dopiero co narodziło się na nowo do życia, wrednie mnie zdradzało. I to na tyle wyraźnie, że Salvatore doskonale zdawał sobie sprawę z walki, jaką toczyłam sama ze sobą. Sprawiało mu to ogromną przyjemność.
W sumie, po tym, co mi powiedzieli i co udało mi się szczątkowo przypomnieć, powinnam się cieszyć, że humor mu się polepsza. W końcu powstałam z martwych, chociaż wciąż zupełnie nie miałam pojęcia, jak do tego doszło!
Poczułam, jak Damon palcem unosi mój podbródek tak, że znów musiałam spojrzeć mu w oczy. Miałam w rację. Wyraźnie widziałam w nich satysfakcję.
- No to jak? Powiesz mi się wreszcie, co ci, do diabła, strzeliło do głowy, żeby dawać się Klausowi zabić? Bajeczka o zastąpieniu Jenny nie wystarczy, wiesz o tym.
Przewróciłam oczami.
- Naprawdę, świat kręci się wokół Damona Salvatore'a, zapewniam. Wkurzyłam się na tego drania za to, że chciał przemienić Jennę tylko po to, żeby stworzyć sobie zapasowego wampira i potem też ją zabić. – Wciąż nie był przekonany. Nie dziwiłam się, ale i nie zamierzałam kapitulować. – Lekarstwo dla ciebie miało być… efektem ubocznym umowy. Sukinsyn sam o tym wspomniał i dał słowo, że, jeśli pojawisz się u niego, to dostaniesz je bez dodatkowych warunków. – W jego oczach odbijała się w tym momencie taka sama wściekłość, jaką i ja czułam. – Oczywiście, to Stefan musiał zechcieć się poświęcić… - Tak, jak się tego mogłam spodziewać, nastrój Damona natychmiast się pogorszył. – No właśnie, co my z nim zrobimy? Przecież nie zostawimy go na pastwę tego psychola…
Zacisnął zęby, po czym odezwał się stanowczym tonem.
- Co „my" z tym zrobimy? „My" nie zrobimy nic. Nie możemy pozwolić, żeby Klaus dowiedział się, że przeżyłaś jakimś cudem rytuał. Poradzę sobie ze znalezieniem brata… Zaraz, jak dowiemy się, co spowodowało, że powstałaś z martwych. - Znów przewróciłam oczami, ale wiedziałam, że przynajmniej co do niektórych rzeczy miał rację.
- To akurat można odłożyć na później. Nie mam zamiaru stać z boku i czekać, aż coś wymyślisz. Zgadzam się, Klaus nie może wiedzieć, że przeżyłam. Mogę z tobą nie jeździć na poszukiwania, ale i tak zamierzam brać w nich czynny udział! – Udało mi się zabrzmieć prawie tak samo stanowczo, jak on.
Tym razem to on przewrócił oczami.
- Już wystarczy za czynny udział to, że zachowałaś się jak kretynka, ofiarując się Klausowi w rytuale. Zdajesz sobie może sprawę z tego, przez jakie piekło przeszliśmy z tego powodu?
Wiedziałam, że chciał to powiedzieć, używając liczby pojedynczej. W ostatniej chwili zmienił zdanie. Rozbawiło mnie to odrobinę, ale i uświadomiło wreszcie, że właśnie przeżyłam coś w rodzaju zmartwychwstania. Może nie do końca, bo nie stałam się znów człowiekiem, ale… żyłam. I zorientowałam się, jak bardzo to było cenne i że nie chcę już tracić ani sekundy, bo nie warto. I może mogłam odrobinę odpuścić…
Złapałam go z zaskoczenia, kiedy przyłożyłam dłoń do jego policzka. Już czas jakiś upłynął, odkąd zrobiłam to tak po prostu, z własnej woli. Najpierw się trochę zdziwił, ale zaraz przytulił twarz do wnętrza mojej dłoni.
- Cieszę się, że jednak przeżyłeś… - szepnęłam. – A jeszcze bardziej się cieszę, że mnie jakoś udało się wrócić…
Poczułam, jak bariera, którą zawsze się ode mnie próbował oddzielać, kruszy się odrobinę. Miałam tego dowód, kiedy w odpowiedzi na mój gest ujął moją twarz w obie dłonie i przyglądał mi się z dziwną powagą.
- Nie rób mi tego więcej… - mruknął. Ha! Użył liczby pojedynczej, a więc właściwie się przyznał, że to jemu było przede wszystkim beze mnie ciężko! W środku chciałam skakać z radości. Przecież o nic więcej nie chodziło mi w tym całym zakładzie niż o to, żeby przyznał, że mu właśnie w ogóle zależy…
Kiwnęłam mu głową na znak zgody i żeby nie mówił już nic więcej.
- Dobrze. A teraz… dosyć gadania… – Uśmiechnęłam się pod nosem i przesunęłam opuszkiem palca po jego wargach. Jego zazwyczaj lodowato błękitne oczy nabrały natychmiast znacznie intensywniejszego odcienia. Był ogromnie zadowolony z mojej ostatecznej kapitulacji, tego byłam pewna. Myślałam, że zaraz to wykorzysta i rzuci się na mnie podobnie jak niedawno pod prysznicem, ale tak się nie stało. Przez dłuższą chwilę czekałam, aż się zorientowałam, że to ja muszę zrobić pierwszy krok. Łajdak! Zamierzał mnie w ten sposób torturować! Jeszcze mogłam się rozmyślić, podręczyć go trochę…
Jednak moje pobudzone na nowo do życia ciało miało na ten temat całkowicie odmienne zdanie. Tak, jak wcześniej zwykły głód, tak w tym momencie ten drugi zaczął trawić mnie całą od środka. Nie mogłam dłużej czekać. To było tak, jakbym sama dla siebie potrzebowała dowodu na to, że jednak wciąż istnieję. W końcu to ja go pocałowałam, ale oczywiście, najpierw musiałam wznieść oczy do góry, jakby prosząc Boga o cierpliwość. Możliwe, że właśnie popełniałam duży błąd… Ale, co z tego? Przeżyłam! Zdecydowanie powinnam w swojej filozofii kierować się zasadą Carpe diem!
Damon odpowiedział mi natychmiast, przyciskając mnie do całej długości swojego ciała. Jęknęłam, kiedy dotknął wciąż bolących mnie miejsc. Wtedy na moment się odsunął i posłał mi zdezorientowane spojrzenie.
Zamrugałam oczami i przesunęłam językiem po spierzchniętych wargach.
- To nic takiego. Pewnie w końcu przejdzie, ale po tej całej mumifikacji wszystko mnie boli…
Nie wiedziałam, czy mi się to tylko zdawało, że zobaczyłam w jego oczach smutek. Chciał odsunąć się wtedy jeszcze bardziej, ale mu nie pozwoliłam i natychmiast przyciągnęłam jego twarz do swojej. Poddał się, czego przecież mogłam się spodziewać. Poczułam jeszcze, jak bardzo ostrożnie, jakbym była ze szkła, bierze mnie na ręce, nie przerywając pocałunku ani na moment. Och, tego właśnie było mi trzeba… - pomyślałam i po omacku zaczęłam rozpinać mu koszulę.
Zdecydowanie, czasami warto było w końcu odpuścić…
xxx
C.D.N.
Notatka od Autorki:
Następny rozdział już niedługo (prawie napisany;)
xxxxx
P.S. Jeśli macie ochotę zobaczyć stroje Marty (właściwie wszystkie;)
to zapraszam na swój profil na Tumblrze: VeraDeDiamant
lub na Polyvore: veradediamant
xoxo
VeraDeDiamant
