Powiem szczerze! Jestem zaskoczona, że mnie nie ukrzyżowaliście za ostatni chapter, który chętnie bym poćwiartowała, bo był okropny. Ale... brak weny i głupota robią swoje.
Datenshi - Zaskakujesz mnie :) Obawiam się jednak, że postanowiłam uciąć (gilotyna xD) wątek tych zadań, bowiem to był gwóźdź do trumny tego fanfica. :(
Ruby2110 - Zgadzam się z tobą całkowicie, właśnie dlatego ten chapter wprowadzi trochę zamętu do fanfica. Mam nadzieję, że ci się spodoba. I nie jestem zła, że coś tam pominęłaś. :) I tak się cieszę, że nie rzuciłaś czytania tego czegoś w cholerę ;)
supernowy - Cieszę się :)
corax - Przeskok wydaje mi się trochę zbyt gwałtowny, ale już zaczęła inny pomysł na skrócenie tego dziadostwa pod postacią zadań.
OTO REWOLUCJA! Żartuję. Po prostu nowy pomysł. MAM NADZIEJĘ, ŻE PRZYPADNIE WAM DO GUSTU!
Nagły zwrot akcji
Yoshitsu raźnym krokiem szedł przed Naruto, chwaląc się swoją nową yukatą i nowiusieńką sakiewką z jedwabiu. Chłopiec rzadko się odzywał, zmęczony pobytem na Wyspach. To wszystko wydawało się mu już zbyt... denerwujące. Teraz, zgodnie z jego wyliczeniami, miał trafić do Aero, co sprawiało, że drżał i myślał o ucieczce. Samo myślenie o tej gadatliwej lisicy przyprawiało go o mocny ból głowy.
-No... Nie masz dzisiaj ochoty na rozmowę, prawda? -zapytał w pewnym momencie Yoshitsu, zatrzymując się na środku mostu. Chłopiec stanął obok niego i spojrzał na wyspę pokrytą nagimi drzewami. Dom Aero. Jego kolejny przystanek w piekle.
-Mam już... po prostu dosyć. A nie jestem nawet w połowie.
Lis pokiwał pyskiem i, podskakując, poklepał Naruto po ramieniu.
-Spójrz na to z innej strony. Kiedy skończysz, nikt ci nie podskoczy. I nic cię nie zaskoczy. To chyba dobrze, nie?
Naruto parsknął śmiechem i skrzyżował ramiona. W jego oczach nie było jednak najmniejszego blasku wesołości.
-O ile skończę z tym do śmierci. -westchnął- Po prostu... Chciałbym już wrócić do Konohy. Jeśli wojna naprawdę wybuchnie, wolałbym być tam, a nie tu.
-Rozumiem cię doskonale, Naruto. -powiedział łagodnie lis- Ale to nie takie proste. Ja... ech, to bardziej skomplikowane, niż mi się na początku wydawało. Chodzi o to, że... No... Wkurzysz się.
Naruto zmarszczył czoło i spojrzał poważnie na Yoshitsu. Brakowało mu teraz ciężaru, który mógłby dźwigać na plecach i na którym mógłby się skupić. Ale znowu lis dostarczył jego rzeczy Aero wcześniej. Nie miał przy sobie nawet Shinjitsu.
-To znaczy? Coś przede mną ukrywasz, tak!?
Lis zadrżał, a potem jęknął.
-Tak. Widzisz, to z tymi testami, egzaminami, to był mój pomysł. To nie chodzi o to, że musimy cię przetestować, tylko o to, że...
-Że? -niecierpliwił się blondyn, zaciskając dłonie w pięści.
-Widziałeś reakcję Nero. On nie był jedyny. Wielu ma wątpliwości. Grunt w tym, że zatwierdzenie ambasadora, czy tam Lisiego Mędrca, jak kto woli, pozostaje we władzy lisa pierwszego w hierarchii. A tu mamy dwa problemy. A nawet trzy.
Naruto, czując, że nie udźwignie tego więcej, usiadł na kamiennej poręczy i zaczął masować sobie skroń. Yoshitsu niepewnie drgnął.
-Widzisz... Postanowiłem, że skorzystam z czasu, jak zyskam w ten sposób i przekonam do ciebie innych. Nie chcieli cię nawet dopuścić na Schodzy. A tu jest drugi problem. Nikt nie wie, jak dotrzeć do pierwszego. Ba! Nie jesteśmy nawet pewni, czy on w ogóle istnieje.
Chłopiec pokręcił głową z niedowierzaniem.
-A więc to wszystko... na nic? -zerwał się- Yoshitsu! Zniszczyłeś mi... sporą ilość życia! Nawet nie wiem, jak długo tu siedzę! -głos chłopca załamał się- Byłem służką lisów, ich rozrywką! I to wszystko tylko po to, żebyś ty miał czas na dyplomację?!
Lis cofnął się o krok, ale nic nie powiedział. Naruto jęknął.
-Dlaczego mi po prostu nie powiedziałeś? Pomógłbym ci.
-Jedyny sposób, w jaki mogłeś mi pomóc, to przekonać każdego z nich osobno. -odparował nagle Yoshitsu- Właśnie dlatego to robisz. Z Nero nie wyszło, przyznaję, ale do wszystkiego trzeba podchodzić małymi kroczkami. Poza tym nie zapominaj, że sam podpisałeś kontrakt!
Naruto zazgrzytał zębami.
-Byłem wtedy dzieckiem! Zdesperowanym dzieckiem!
-I co?! Gdybyś wiedział, nie podpisałbyś?! Gdybyś mógł, cofnąłbyś się i nie zrobił tego, zostałbyś cholernym niewolnikiem swojej matki?! Kundlem, który podskoczy na każdy jej rozkaz?!
Chłopiec cofnął się, jakby właśnie lis go uderzył. Jego oczy się zaszkliły i wypełniły łzami. Yoshitsu spojrzał na niego najpierw surowo, lecz jego wzrok powoli łagodniał. W końcu westchnął i podszedł do blondyna.
-Przepraszam, przesadziłem.
Naruto upadł na kolana i zaniósł się płaczem. Cała przeszłość zwaliła się na niego w paru złośliwych zdaniach, rozrywając na strzępy całą radosną powłokę, która powstała, gdy wszystko zaczęło się naprawiać. Wesołe wspomnienia, takie jak czas spędzony z ojcem, zaręczyny Kakashiego, czy nawet 8 urodziny, zdawały się teraz blaknąć, jakby sygnalizowały, że są fałszywe. Yoshitsu położył łapę na ramieniu chłopca.
-Robię, co mogę, Naruto. Proszę, daj mi jeszcze trochę czasu, a naprawię to wszystko.
Blondyn zacisnął zęby i starł łzy z policzka.
-Jak? Jak chcesz to zrobić?
Lis westchnął tak, jakby właśnie podjął bolesną decyzję.
-Przeczekasz trochę u Aero, a ja postawię reszcie ultimatum. Jeśli się zgodzą, zabierzemy cię na Schody i wymyślimy sposób dostania się do pierwszego. Jeśli nie... Zabiorę cię z powrotem do Konohy. Zostawię cię w spokoju.
Naruto spojrzał na niego załzawionymi oczami.
-Obiecujesz?
-Obiecuję. Chodź, nie dajmy Aero czekać. To już twój ostatni przestój, przyrzekam.
Chłopiec, ścierając wierzchem dłoni resztki łez, wstał i ruszył, powłócząc nogami, za lisem. Jakaś część duszy mówiła mu, że to wcale nie będzie takie piękne, ale teraz nie słuchał tych ostrzeżeń. Koniec wydawał się być tak blisko, że był gotów wytrzymać z Aero jeszcze parę miesięcy. Yoshitsu szedł przed nim, zatopiony w swoich myślach. Kiedy zeszli z mostu, szara, sucha ziemia zachrzęściła im pod stopami.
-Czemu... -zaczął powoli Naruto- Wszystko tu jest takie... martwe?
Yoshitsu spojrzał na niego przez ramię.
-To domena Aero. Śmierć. Rozkład. Schyłek życia. Ponure miejsce, byłem tu tylko kilka razy i, szczerze mówiąc, wolałbym tu więcej razy nie przychodzić. Ale wrócę potem po ciebie.
-Aero nie wygląda na... -chłopiec rozejrzał się- całkiem ponurą.
Yoshitsu zachichotał cicho.
-To prawda. Na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasuje do tego miejsca. Ciągle gada i gada, ale gdybyś tak ją poznał bliżej, zrozumiałbyś, że ma ze śmiercią więcej wspólnego, niż ktokolwiek z nas. -westchnął- Kiedyś Aero, gdy była jeszcze śmiertelna, że tak powiem, należała do jednego z podklanów, bardzo, ale to bardzo sporego podklanu. Nikt nie wie, jak to się dokładnie stało, ale jednego dnia, jednej krótkiej nocy, wszyscy zostali zamordowani. Poza nią.
-To straszne!
Lis pokiwał pyskiem i spojrzał smutno na chłopca.
-Tak, niestety, było. To jedna, wielka tajemnica. Chodzi wiele plotek, jak to się stało. Niektórzy nawet twierdzą, że to Aero ich zabiła. Ale jaka jest prawda... Pewnie nigdy się nie dowiemy. I chyba wolałbym nie wiedzieć.
Naruto skupił się na drodze. Szli niemalże martwą ścieżką, wydeptaną przez jakieś stworzenie. Wokół nich było pełno pożółkłych liści, zwiędłych krzaków i powyginanych, nagich drzew, których gałęzie zdawały się tworzyć nad nimi podziurawiony baldachim. Czasami chłopiec dostrzegał wśród zarośli poczerniałe resztki drewnianych ławek, gdzie indziej zauważył szkielet dużego zwierzęcia, prawdopodobnie konia.
Poza świstem przemykającego w tym ponurym miejscu wiatru i palącym promieni słońca, nie było niczego. Nie słychać było wesołego trelu ptaków, które nie przemykały po niebie w swoich ulubionych formacjach. Nie było wiewiórek, podejrzliwie potrząsających rudą kitą i szybko wspinających się na drzewa. Nie było jeży, tworzących poduszkę z igłami za każdym razem, gdy ktoś się do nich zbliżył. To była pustynia, najeżona gołymi drzewami i resztkami roślin.
-Miałeś kiedyś syna, prawda? -zapytał Naruto, chcąc zabić irytującą ciszę. Yoshitsu wydał dźwięk, coś pomiędzy warknięciem i jęknięciem.
-Mogłem przypuszczać, że się o tym dowiesz. Tak, miałem. Miał na imię Minoshi. Był słodkim maluchem, ale nazbyt ciekawskim. To poniekąd moja wina, sztorcowałem go, żeby się starał. Nie chciałem patrzeć, jak się starzeje i umiera. Przechodziłem z nim wtedy obok Schodów, opowiadałem mu o nich. Entuzjazm go przerósł. Uciekł mi, przebiegł przez ochronę i... znikł. Ledwo postawił łapkę na tej przeklętej wyspie i znikł.
W głosie lisa Naruto usłyszał nutkę wściekłości.
-Słyszałem, że podobno spadł w pustkę. To prawda?
-Nie wiem, co jest prawdą. Wiem tylko tyle, że go nie było. Stałem tam, gdzie zniknął. Nie było tam nic. Żadnej pieczęci, zapadni, nic. Nawet przekopaliśmy trochę, ale to nie pomogło. Nie mam pojęcia, co się z nim stało.
-Nie próbowałeś go szukać? -zdziwił się Naruto.
-Oczywiście, że próbowałem! Siedziałem w bibliotekach całymi dniami, szukając informacji o Schodach. I jedyna wartościowa informacja okazała się kompletną zagadką. Nauczyłem się jej na pamięć, a do tej pory jej nie rozwiązałem.
-To znaczy? -zaciekawił się chłopiec. Lis westchnął.
-To stary tekst z bardzo starożytnych czasów. Może nawet początków klanu Kitsune. Brzmi to mniej więcej tak, ykhym: „Gdzie góra przerasta marzenia, gdzie niebo znika za szczytem, uwolnij swe serce, marzenia i rozum, bo wejście jest przecież odkryte. Lecz duszę musisz mieć wolną, nie spętaną obowiązkiem ni zasadą, a spojrzenie przejrzyste i prawdziwe, nie skalane najmniejszą zdradą.". Tak to brzmi.
Naruto przystanął, gdy Yoshitsu zrobił to samo. Stali teraz na placu z usypanych, żółtych i brązowych liści. W pobliżu piętrzył się stosik szkielecików czegoś, co wyglądało jak wiewiórka. Lis westchnął ciężko.
-I... co to znaczy?
-Gdybym wiedział! -jęknął Yoshitsu- To zagadka i wielu twierdzi, że jest właśnie klucz do dostania się do pierwszego. Chyba od wieków lisy łamią sobie nad tym głowy, wyszukując metafor. Jedno jest pewne, „góra przerastająca marzenia" oznacza Schody. Do tego nie ma wątpliwości. Ale co z całą resztą? Kto to wie.
Naruto skrzyżował ramiona, rozglądając się za śladem Aero. Lisicy nigdzie nie było widać.
-To wcale nie brzmi tak, jakby się kończyło. Co jest dalej?
-Jest tam parę linijek, ale nie są już prawdziwe. Skądkolwiek wzięto ten tekst, tylko ta część, którą ci wyrecytowałem, się ostała. Reszta została dopowiedziana. Chyba traktowano to jako poemat, a dopiero potem zaczęto to kojarzyć ze Schodami. Nie wiem, nie znam się na tym.
Chłopiec westchnął, myśląc intensywnie o zagadce, podczas gdy lis zaczął się rozglądać. Wyglądał na zdenerwowanego. Na nerwach blondyna grała ta zabójcza cisza. Przecież nawet w takim miejscu musi się coś poruszać. Ciarki przechodziły mu po plecach, gdy myślał o tym, że będzie musiał tu spędzić parę miesięcy. Nagle do głowy wpadło mu pewne pytanie.
-Yoshitsu-sensei, co z Rirą?
Lis zerknął na niego.
-Teraz Ashayan. A idź, jest z nią więcej problemów niż z tobą. Ciągle tylko: „Kiedy wróci Słonecznik?".
Naruto poczuł, że się rumieni. Postanowił, że dowiedział się wystarczająco dużo na temat Riry czy tam Ashayan. Chrząknął, żeby zmienić temat.
-To... gdzie jest Aero?
Lis prychnął.
-Sam chciałbym wiedzieć! Już dawno powinna tu być.
Coś jest nie tak.
Naruto zadrżał, słysząc w głowie głos Lokiego. Zerknął na Yoshitsu, ale ten zdawał się niczego nie zauważać. Chłopiec skupił się na swoim umyśle.
O co ci chodzi?
Wysil się odrobinę.
Naruto westchnął.
Jejku, wyluzuj. Zaraz przyjdzie Aero i tyle. Koniec problemów.
Nie rozumiesz, że coś tu nie gra? Skorzystaj ze swojego węchu, do diabła. Tego lepszego. Ludzki do niczego się nie nada.
Chłopiec poddał się i wciągnął trochę powietrza do płuc. Nie wyczuł nic poza wstrętnym zapachem zgnilizny. Drgnął.
Nawet ja to czuję, a siedzę uwięziony w twoim mózgu!
Blondyn, zgrzytając zębami, wziął naprawdę potężny haust powietrza. Zakrztusił się, czując, że śniadanie złożone z tostów z masłem i dżemem podchodzi mu do gardła. Całe jego płuca były teraz wypełnione najgorszym odorem świata. Zapachem krwi. Yoshitsu podskoczył do niego i walnął go parę razy między łopatki.
-Żyjesz?
-K...krew! Nie czujesz?
Lis spojrzał na niego zaskoczony.
-Jaka krew? O czym ty mówisz?
-Jest wszędzie! Jej zapach... -Naruto skulił się i, w konwulsjach, podbiegł do najbliższych zarośli. Wymiotując, myślał jedynie o tym, co mogło sprawić, że tak tu śmierdziało krwią. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie poczuł? Wyczuł, że lis stoi tuż za nim, podtrzymując włosy, które ostatnio trochę zbytnio się rozrosły. Gdy żołądek chłopca był wreszcie pusty, słaniając się, odczołgał się od miejsca zdarzenia.
-Naruto, dobrze się czujesz?
Co za głupie pytanie.
-Nie. -jęknął chłopiec, chowając twarz w dłoniach. Zapach krwi prawie się ulotnił i Naruto starał się nie wciągać zbyt dużej ilości powietrza do płuc. Lis kucnął przy skulonym blondynie.
-Powiedz mi, co się stało?
-Krew! -wybuchł Naruto- Wszędzie jest zapach krwi! Ohydny... odór!
-Naruto. -zaczął łagodnie Yoshitsu- Ja nic nie czuję, a mam lepszy nos niż ty. Pełno tu rozkładających się roślin i zwierząt, powiał wiatr i po prostu zapachy się skrzyżowały.
Chłopiec spojrzał na lisa.
-Proszę, uwierz mi. Tu jest pełno krwi. Wiem o tym. Nic mi się nie zdawało.
Yoshitsu westchnął i machinalnie sięgnął do swojej sakiewki. Wyglądał na niezdecydowanego. Wtedy usłyszeli trzask gałązki. Naruto skulił się jeszcze bardziej, ale lis uśmiechnął się i wyprostował.
-Najwyższa pora. Wyłaź Aero, to nie pora na zabawę w chowanego.
Nikt się jednak nie odezwał, a okolica wyglądała na zupełnie opustoszałą. Chociaż teraz... Naruto czuł lekkie pulsowanie chakry, które wydobywało się zza szerokiego, białego drzewa, poharatanego jakimiś ostrzami w przeszłości. Wskazał na nie, patrząc jednocześnie na Yoshitsu. Lis pomarszczył pysk, pokazując kły. Chyba miał już dosyć tego teatrzyku. Szybkim i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wskazanego drzewa.
Chłopiec się bał tego, co może się teraz stać, ale starał się nie okazywać tego. „A może to tylko Aero?" zastanawiał się z nadzieją. Jednakże, zapach krwi nie dawał mu spokoju. O co tu chodziło? Nie wiedział, ale chciał się dowiedzieć. Coś tu było, jak sugerował Loki, całkowicie nie tak. Obserwował uważnie, jak lis zbliża się powoli do swojego celu, skradając się. W jego łapach pojawił się kunai, choć sam Yoshitsu nie miał ze sobą żadnej sakwy. Naruto był jednak świadom, że lis ma więcej sztuczek i asów w rękawie, niż zawodowy pokerowy szuler. Chłopiec podniósł się, ścierając jednym z liści resztki wymiocin z okolic ust.
Wtedy stało się to. Zza drzew wypadł shinobi. Nie lis, człowiek. Nie miał ochraniacza, był po prostu uzbrojony po zęby. W dłoniach ściskał tanto, którymi wymachiwał wściekle. Naruto doskonale widział jego dziwne zęby, spiłowane tak, aby przypominały kły. Do czubków butów przyczepiono metalowe rogi, ostro zakończone. Wszystko zdawało się poruszać w zwolnionym tempie. Chłopiec widział każdy ruch, jaki wykonał Yoshitsu, aby uniknąć starcia z ostrzami. W ostatniej chwili odskoczył, podcinając wroga.
Shinobi z krzykiem wykonał parę piruetów, próbując kopnąć lisa, ten jednak wykonywał za każdym razem spektakularne uniki. W pewnej chwili wyrzucił kunaia, który wbił się głęboko w ramię mężczyzny, lecz zamiast spowolnić, jedynie bardziej rozwścieczył przeciwnika. Yoshitsu szybko złożył pieczęć i przycisnął dłonie do ziemi. Trzy kamienne szpikulce przedarły się na światło dzienne. Dwa jedynie zraniły shinobi, ale trzeci przebił na wylot prawą nogę wroga. Chłopiec po raz pierwszy widział, jak jego lisi sensei wykonuje skomplikowane jutsu.
Wszystko to stało się tak szybko, że Naruto nie zdążył się nawet poruszyć. Gdy Yoshitsu odciął wrzeszczącemu mężczyźnie głowę, chłopiec zorientował się, że przez ten cały czas wstrzymywał oddech. Ze świstem uzupełnił braki, podczas gdy zadyszany lis wrócił do niego. Yoshitsu był jednocześnie zaskoczony, zdenerwowany i zamyślony.
-Co tu się, do lisiej czaszki, dzieje?
-Nie wiem... Kim on jest? Co człowiek robił na Wyspach?
Lis wzruszył ramionami.
-Nie mam zielonego pojęcia, jak w ogóle się tu dostał. Mam jednak przeczucie, że nie był sam. Dobra, Naruto, posłuchaj. Schowasz się na chwilę, a ja poszukam Aero. Jeśli jej nie znajdę, zgarnę twoje rzeczy, wrócę po ciebie i wyniesiemy się z tej wyspy, dobra?
-Nie chcę się ukrywać! -zaprotestował stanowczo Naruto.
-To nie podlega dyskusji! Schowasz się i to teraz. Nie waż się nawet próbować czegoś innego.
Nie czekając na odpowiedź chłopca, ruszył w stronę, z której prawdopodobnie przybył shinobi. Naruto nie miał ochoty patrzeć na wykrwawiające się, martwe ciało mężczyzny i, z jękiem, poddał się woli lisa. Rozejrzał się za najlepszą kryjówką. Ostatecznie wybrał ogromny szkielet. Nagie żebra zasłonił liśćmi, a sam wcisnął się w okolice czaszki. Czuł, że żołądek znów podchodzi mu do gardła, ale nie miał już nic, czym mógłby wymiotować, więc był w stanie ograniczyć się do paru charknięć.
Naruto nie był pewien, jak długo leżał pod lub w szkielecie, ale ciało zdążyło mu już całkiem zesztywnieć, gdy usłyszał odgłos kroków. Wyczuł kilka słabych źródeł chakry, które powoli się do niego zbliżały. I jeden o wiele słabszy. Usłyszał szczekanie. Zanim zdołał podjąć decyzję, co robić, jakaś dłoń przedarła się przez zasłonę z liści, złapała go za podkoszulek i siłą wyciągnęła na zewnątrz. Chłopiec uderzył głową o jedną z kości i teraz pulsujący ból dawał o sobie znać w tylnej części czaszki.
Przed nim stało trzech mężczyzn w różnym wieku. Wszystkich łączyło to samo ubranie, te same spiłowane zęby, masa broni, dziwne buty i wrogie spojrzenia. Wokół chłopca chodził wielki mastif, powarkując złowrogo. Wyglądał na głodnego. Naruto z trudem przełknął ślinę, zastanawiając się, co ma teraz zrobić. Nie ulegało wątpliwości, że w tej sytuacji poderżną mu gardło zanim zdoła się uwolnić.
-Co to jest? -zapytał najstarszy, z paskudną szramą na policzku. Najmłodszy, ten który trzymał psa na prowizorycznej smyczy ze sznura, parsknął śmiechem.
-Nie wiem jak tobie, ale mi się wydaje, że to dzieciak. Brudny dzieciak.
-Co robi tu dzieciak? -mruknął ten, który trzymał chłopca. Naruto z jakiegoś powodu przypomniał sobie teatralne sceny, które odgrywała Naruko, gdy chciała coś wyłudzić od rodziców. „Jestem aż tak blisko śmierci, że życie przeleciało mi przed oczami." mruknął z niezadowoleniem. Wtedy właśnie do głowy wpadł mu genialny pomysł. Postanowił sprawdzić, jak bardzo jest spokrewniony ze swoją siostrą. Skulił się i udał, że płacze.
-Ja chcę do taty! -załkał- Złe lisy zabrały mamę! Gdzie jest tata?
Najstarszy podrapał się po głowie i spojrzał ze zdziwioną miną na najmłodszego.
-To tylko dzieciak. -mruknął ten, który trzymał chłopca- Pewnie lisy porwały jego rodzinę. Zabieramy go do obozu?
Najmłodszy warknął.
-Mieliśmy zabić wszystkich poza najważniejszym lisem. Czy to jest najważniejszy lis? Nie. Zabij go. Mimi-chan jest głodna. Prawda, Mimi-chan?
Mastif szczeknął i wywiesił jęzor. Naruto zadrżał i zapłakał, tym razem zdołał wykrzesać z siebie parę łez.
-Ja chcę do domu!
Najstarszy wyglądał na niezdecydowanego.
-Może... To tylko dzieciak. Zabierzmy go do obozu, potem pomyślimy, co z nim zrobić.
-To wbrew rozkazom! -zaprotestował najmłodszy.
-Pieprzyć rozkazy, nie będę zabijać dzieci. -postanowił trzeci. Puścił chłopca, ale ledwo jego stopy dotknęły ziemi, został złapany za rękę. Mężczyzna bezlitośnie zaczął go ciągnąć w stronę mostu na Centralną Wyspę. Naruto zdawał sobie sprawę z tego, że jego życie zależy od tego, jak długo będzie ciągnąć tą szopkę. Shinobi nie zwracali uwagi na to, że nie nadążał za nimi i ciągle potykał się, a pies próbował go ugryźć za każdym razem, kiedy tylko miał szansę. Most prawie przebiegli. Ścieżka wyglądała tak, jak wcześniej, gdy przechodził tędy z Yoshitsu. Ale teraz coś się zmieniło.
Słyszał wrzaski.
Jeszcze zanim weszli między pierwsze domki, Naruto wiedział, co zobaczy. A i tak był zszokowany. Ziemia był pokryta warstwami krwi, ciałami martwych lisów, a budynki były plądrowane przez shinobi. Nie ostał się nikt. Nawet najmniejsze lisiątka zostały bezlitośnie zarżnięte. Chłopiec zapłakał, tym razem naprawdę, widząc tą masakrę. Ale to nie było najgorsze. W pobliżu płonęło spore ognisko, a shinobi wrzucali w nie lisy, które umknęły przed śmiercią. Żywcem. Naruto nie mógł już wytrzymać tych krzyków.
Został wrzucony do zagrody, w której zamknięto wielu ocalałych. Chłopiec rozpoznał kelnera i Tobusę. Oboje siedzieli z ponurymi minami w kącie, czekając na swoją kolej do egzekucji. Blondyn przepchnął się do nich, czując, że każdy lis, jakiego dotknął przez przypadek, drżał. Kiedy wreszcie dotarł do swojego celu, był kłębkiem nerwów.
-To ty... -mruknął Tobusa- Zabili go, rozumiesz? Od tyłu. Bez ostrzeżenia. Zabili mojego ojca. Zabili. Zarżnęli jak świnię. Tchórze. Nie wygraliby z nim, gdyby walczyli fair.
-Przykro mi... -zdołał powiedzieć Naruto. W gardle czuł wielką gulę, która nie pozwalała mu mówić i sprawiała, że chciał płakać. Wrzaski wibrowały mu w uszach. Wiedział, że nie może tu zostać. To było zbyt niebezpieczne. Ale co mógł zrobić? Rozejrzał się, ale w tłumie futra i ogonów niewiele widział. Brakowało mu jego katany. Brakowało mu Yoshitsu. Zacisnął dłonie w pięści.
-Podsadźcie mnie, nic nie widzę. -zwrócił się do Tobusy i kelnera. Ten drugi jęknął.
-To bez sensu... Zaraz nas też upieką.
-Nie marudź, Kinosa! -warknął Tobusa- Nasz ojciec zginął na moich oczach. Nie zamierzam potulnie czekać na koniec świata.
Naruto spojrzał na nich z zaskoczeniem.
-Jesteście rodzeństwem?
Skinęli pyskami. Chłopiec westchnął.
-Dobra, słuchajcie. Mam dość siedzenia. Jeśli nie uda nam się wygrać, i tak zginiemy, więc nie mamy nic do stracenia, prawda?
Kinosa spojrzał na niego.
-To bez sensu, ale jak chcesz. Co mam zrobić?
-Po prostu mnie podsadźcie, nic tu nie widzę. Muszę się rozejrzeć.
-Tylko nie wychylaj się zbytnio. -ostrzegł go Tobusa i schylił się, robiąc z łap koszyczek. Kinosa zrobił to samo. Naruto wszedł na prowizoryczne schodki i pozwolił się podnieść. W końcu jego oczom po raz kolejny ukazała się pełnia masakry. Zacisnął zęby, dziękując, że już wcześniej wymiotował. Nawet bez wysilania się czuł zapach krwi. Powietrze było nią przesiąknięte, wręcz czuł ją na języku. Zadrżał.
Shinobi urządzili sobie obóz między drzewami. Większość z nich siedziała przy małych ogniskach, zajadając się lub popijając alkohol. Śmiali się, kopiąc jakieś lisy dla zabawy. Jeden mały był przywiązany do drzewa. Rzucali w niego shurikenami. Wyglądał już na martwego, choć shinobi nie trafili jeszcze w najbardziej niebezpieczne punkty. W innym miejscu stała lisia matka, chroniąc całym ciałem swoje dzieci. Shinobi bawili się nią, raniąc ją pejczem. Całe jej ciało było już w ranach, a prawa noga wręcz w strzępach, mimo to nie ruszała się z miejsca, nie pozwalając, aby dostali lisiątka. Gdzie indziej shinobi zbierali swoje łupy i obdzierali martwych lub żywych z futra. Tych, którzy przeżyli okropny zabieg, wrzucali do czegoś, co mogło być albo sokiem albo octem.
Naruto nie mógł już dłużej znieść tego widoku i odbił się od łap Tobusy i Kinosy. Wylądował poza zagrodą. Nikt nawet nie zwrócił na niego jakiejkolwiek uwagi, wszyscy byli bardziej zajęci jedzeniem, alkoholem i zabawą. Chłopiec podniósł z ziemi coś, co kiedyś było najwyraźniej kunaiem. Teraz z ostrza został tylko ostry szpikulec. Krew blondyna gotowała się, na jego twarzy widoczna była jedynie chęć mordu. Cicho podkradł się do obozu shinobi, ściskając swoją broń w dłoni. Skierował swój gniew na mężczyznę, który właśnie miażdżył łapkę lisiątka butem, nie zważając na błagania innych lisów.
Powstrzymał się od krzyknięcia, po prostu rzucił się w ciszy na wroga, wbijając ostrze w kręgosłup przeciwnika. Z ust mężczyzny wydobyło się charknięciem, a jego oczy wyrażały czyste zaskoczenie. Naruto nie zdołał wyszarpnąć kunaia, więc odskoczył i chwycił za metalowy pręt, leżący w pobliżu ruin jakiegoś domku. Był ciężki, ale chłopiec nie zważał na to. Gdy cielsko shinobi upadło na ziemię, lisy czmychnęły do lasu, ale mężczyźni na to nie zważali. Wstali, wyciągając swoje ostrza.
Naruto patrzył na nich hardo, nic sobie nie robiąc z tego, że byli lepiej uzbrojeni. Ruszył na najbliższego, celując prętem w szyję w przeciwnika. Gdy ten się zasłonił ostrzem, chłopiec w ostatniej chwili zmienił trajektorię uderzenia i wycelował w kolano. Uderzenie wywołało głośne chrupnięcie, a mężczyzna zawył, gdy kość przebiła skórę i wyszła na zewnątrz. Chłopiec nie tracił czasu na dobijanie shinobi i ruszył na następnego. Ten był już przygotowany i pierwszy wyszedł z atakiem, tnąc powietrze za pomocą katany. Blondyn wyskoczył w powietrze, przeskakując nad przeciwnikiem. Gdy tylko jego stopy dotknęły ziemi, obrócił się, uderzając prętem z całej siły w kark mężczyzny.
Nie czekał na wynik. Szybko poruszał rękami, odbijając prętem ciosy i cięcia, które posyłali mu wrogowie. Wokół niego się zagotowało. Był otoczony i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Stworzył parę klonów, które zajęły na chwilę przeciwników, co pozwoliło mu się wydostać z kręgu, posyłając paru shinobi na ziemię martwych lub rannych. W ostatniej chwili dostrzegł wroga, który szarżował na niego z dwoma wielkimi shurikenami. Wślizgiem podciął mężczyznę. Szybko się podniósł, odbijając atak od tyłu. Nie słyszał już nic. Był tylko atak i obrona. Widział jedynie burzę ostrzy, nóg i pięści, która nadchodziła z każdej strony w każdej sekundzie.
W pewnym momencie poczuł, że pręt stracił na wadze. Zerknął na niego i dostrzegł, że ktoś zdołał przeciąć go na pół. Warknął mimowolnie i zanurkował w dół. Jego dłonie natrafiły na coś, co wyglądało na tanto. Chwycił je, w drugiej ręce wziął trzymając resztkę pręt. Wymachiwał swym orężem, ciągle się wycofując. Nie stawał w miejscu, nie pozwalał, aby całkowicie zamknęli krąg. Tworzył klony, które umożliwiały mu ucieczkę z sytuacji bez wyjścia. Kilka razy wykonał kawarimi, ale z powodu chaosu, które wprowadzało w orientację chłopca, przestał wykorzystywać to jutsu.
Jeden z mężczyzn zdołał go kopnąć i posłać na ziemię. Z płuc Naruto uszło całe powietrze, ale zdołał się podnieść. Zacisnął zęby i zaczął wykonywać pieczęć, mając nadzieję, że sama teoria wystarczy. Poczuł, że na jego dłoni kumuluje się skoncentrowana chakra. Z całą swoją wściekłością uderzył nią w twarz przeciwnika. Po technice został jedynie symbol, który pokrył głowę wroga, a pusta dłoń chłopca zmiażdżyła mężczyźnie nos. Do złości dołączył fakt, że Rasengan nie wyszedł. Wściekłość zaczęła przekraczać granicę. Zdołał odebrać jednemu z wrogów katanę, zapominając zupełnie o tanto i pręcie.
Łamał wrogom karki, ścinał głowy, odcinał kończyny, przecinał ciała na pół, kopał i gryzł. Robił wszystko, aby sprawić, że będą cierpieć. Zasłużyli na to. Zasłużyli.
Dostrzegł, że jeden z przeciwników odwrócił się i zaczął uciekać. Rzucił w niego kataną, która przebiła mężczyznę na wylot. Chłopiec kucnął, aby odebrać jednemu z trupów kunaia, unikając w ten sposób utraty głowy. Z krzykiem odwrócił się do przeciwnika i skoczył na niego, zwalając go na ziemię. Uniósł ostrze i kilka razy z wrzaskiem wbił je w pierś mężczyzny, czując, jak gorąca krew pokrywa jego twarz. Spojrzał na swoich wrogów, lecz ci wycofywali się, patrząc na chłopca z przestrachem. Naruto nawet nie zauważył, że uruchomił swojego Kirigana. Wyrwał kunaia z martwego przeciwnika i rzucił się z nim na nich.
Shinobi odwrócili się na pięcie i zaczęli uciekać. Chłopiec rzucił w najbliższego kunaiem, trafiając go w tył głowy. Mężczyzna zwalił się na ziemię, ale jego towarzysze nie zwrócili na to uwagi. Naruto chciał za nimi pobiec, złapać ich, rozerwać na strzępy, ale...
-Naruto! NIE! Przestań!
Zatrzymał się w połowie kroku. Dopiero teraz jakby słuch zaczął mu powracać. Dotarły do niego jęki, błagania, ciche szepty. Świat nabrał kolorów, zrobił się czerwony. Wszędzie była krew. Wszędzie leżeli shinobi. Martwi. Ranni. Kulący się. Ściskający kikut brakującej kończyny. Naruto odwrócił się na pięcie, chłonąc pole bitwy, które go otaczało. Wtedy dostrzegł ich. Głównie lisy. Stały w pobliżu rozwalonej zagrody i zniszczonych domków, obserwując blondyna. Lisia matka leżała na ziemi, otoczona wianuszkiem lisiąt. Tobusa i Kinosa stali nad ciałem jednego z mężczyzn, wpatrując się w chłopca. Yoshitsu, Aero i Nero oraz jakiś inny lis pilnowali jeńców, patrząc na Naruto z szokiem. I była jeszcze ona.
Powoli zbliżała się do Naruto z niepewną miną. Jej falujące włosy opadały do ramion, błyszcząc purpurą. Liliowe oczy iskrzyły się w blasku słońca. Krwawego słońca. Na plecach dźwigała katanę. Ubrana był w szare, lekkie, niemalże dresowe spodnie, szerokie, lecz kończące się na łydkach, gdzie za pomocą skrytej w materiale gumki ciasno oplatały nogi. Jej skórzana, brązowa kamizelka pełna była kieszonek.
-Rira... -wyszeptał chłopiec i zadrżał. Spojrzał w dół. Jego ubranie było w strzępach, podobnie jak niektóre kawałki ciała. Krwawił. Wszystko zaczynało go boleć. Jęknął i osunął się na kolana. Adrenalina się skończyła.
I co? Jak wam się podobało? Proszę, nie zostawiajcie mnie w niepewności!
PS: Luknęłam na twarz Kakashiego, nawet nawet :D Co o niej sądzicie?
