ROZDZIAŁ 36
„Miejmy nadzieję."
Wszystko wokoło kołysało się, chwiało niczym na statku płynącym przez wzburzone, wściekłe morze. Kolory mieszały się w poplamione, niewyraźne wstęgi, odgłosy zlewały w jeden wielki szum wypełniający uszy. Świat zdawał się całkowicie zwariować, kręcąc się jak na rozpędzonej karuzeli. Trzęsąca się dłoń ledwo zdołała chwycić framugę drzwi, ciało wsparło się ciężko na sypiącym się powoli murze. Krew ciekła z ust wąską strużką, skapywała w dół, tworząc groteskowe wzory kropel i linii.
- Syriusz! – Zdeformowany, dziwaczny głos dobiegł gdzieś z przodu. Sylaby rozciągały się nienaturalnie, treść gubiła sens w drodze do mózgu.
Wytrzymam – napierał na umysł stanowczym stwierdzeniem. Nie mogę… - Zgiął się w pół, kaszląc i plując czerwoną posoką na chodnik. Byłby się przewrócił bezwładnie, lecz niewidzialny sojusznik przytrzymywał go dzielnie, wspierał niematerialnym ramieniem. Zaraz również doszedł ktoś jeszcze, łapiąc pod ramię i zaciągając w nieznanym mu kierunku. Każda cząstka otoczenia buntowała się przeciw jego oczom, zmieniając nieustannie kształt.
Opierający się o spory kawał gruzu Hari przyglądał się dwójce, wczepiając palce w zabarwiony na szkarłatno rękaw. Zmrużone, szmaragdowe oczy zamgliły się, zmatowiały pod wpływem miliona igieł wsypanych do płuc. Kończyny nie chciały słuchać, nie mógł więc sięgnąć do kieszeni w celu wyjęcia tabletek, które dał mu Bangou. Powoli tracił stały grunt pod nogami, aż w końcu nogi ugięły się niczym przełamane zapałki. Opadł na kolana, co wywołało bolesny skurcz przetaczający się przez organizm jak sięgająca niebo fala tsunami.
- Majorze? – wychrypiała Tonks, ciągnąc kuzyna ku młodzieńcowi. Łzy spływały po bladych policzkach z powodu nieprzyjemnego prądu taranującego kręgosłup oraz żebra. Gdyby nie zbawczy Solano, już dawno ona oraz czarnowłosy padliby na spotkanie z matką ziemią.
Jednak kamień z nagromadzoną weń energią zamigotał, więź stworzona z wiatrem osłabła pod naporem ciemnej pustki. Podmuchy zawirowały niby rozpaczliwie, wyjąc bezgłośnie z ogarniającego je znużenia. Wreszcie rozpłynęły się niezauważalnie, oddaliły do swej krainy wiecznych snów. Zaskoczona Nimfadora upadła z głuchym piskiem, ciągnąc za sobą Blacka. Oboje legli na ulicy, drżąc z zachłannego, żrącego cierpienia. Aurorka podniosła się na łokciach, spoglądając na Tańczącego. Ten opierał się bokiem o duży odłamek muru, a kosmyki długiej grzywki wymknęły się z czułego uchwytu chusty, opadając na bladą twarz i na wpół zamknięte powieki.
- Majorze? – powtórzyła uporczywie różowowłosa, z całych sił odpychając rosnącą, obezwładniającą panikę.
- Musiał mieć coś na kolcu i szponach – odpowiedział zduszonym głosem Raikou, który nawet podczas minimalnego poruszenia czuł duszące szarpnięcia w klatce piersiowej. Najprawdopodobniej coś paraliżującego – dodał w myślach, błądząc coraz bardziej po zakamarkach własnego umysłu. Trucizna najwyraźniej unieruchamiała ciało oraz częściowo wpływała na postrzeganie rzeczywistości, gdyż następna wypowiedź kobiety dotarła do Hari'ego zniekształcona, zaś podłoże zaczęło wić się podobne do tysiąca żywych stworzonek.
Co robić? Co robić? – Nimfadora przygryzła dolną wargę, rozpaczliwie starając się podźwignąć swój ciężar. Przeciągły syk wyrwał się spomiędzy zaciśniętych szczęk, gdy kręgi zawyły w odwecie na takie ekscesy. Potłuczone wybuchem cegły, dotąd huśtające się na krawędzi, runęły w dół z okropnym trzaskiem. Huk ten brzmiał niczym wybuch granatu, wzniecony kurz i brud upodobniły się do niedawnej chmury po eksplozji. Część materiału ześliznęła się po diamentowych łuskach martwej hybrydy, która zdawała się teraz bardziej nienaturalną rzeźbą szalonego artysty niż prawdziwą bestią. Spojrzawszy na zniekształcony, koci łeb, Tonks przejęła jakaś niezrozumiała dla niej trwoga. Wzdrygnęła się niespokojnie, odwracając prędko głowę od makabrycznego obrazu.
Co zrobić? – powtórzyła bezradnie, zaciskając dłoń w pięść z bezsilności. Severus na pewno rozpoznałby truciznę i… - Potok myśli został przerwany przez nagły pomysł. Krzywiąc się i stękając włożyła rękę do kieszeni, aby zaraz wydobyć z niej drobny, jakby delikatny gwizdek. Przyłożyła go do drżących ust i dmuchnęła najmocniej jak umiała w tym momencie. Nie musiała długo czekać na przybycie wierzchowca, gdyż ten pojawił się zaledwie po kilku sekundach. Zarżał niespokojnie, pochylając się nad właścicielką i szturchnął ją pyskiem w niemym zapytaniu.
- Musisz mi pomóc – odezwała się różowowłosa, gładząc opuszkami palców miękką sierść zwierzęcia. Rumak, jakby zrozumiawszy przekaz, położył się bez oporów czy protestów, dzięki czemu siodło było w zasięgu aurorki.
Jej cel był niezwykle prosty, lecz schowany w podróżnej torbie pełnej innych, niepotrzebnych teraz drobiazgów. Zmuszając się do ponownego, ogromnego wysiłku, naprężyła mięśnie i złapała się kurczowo łęku*, próbując z całych sił ignorować rwące potoki wzdłuż kręgosłupa. Podciągnęła się, czując spływające po policzkach krople potu zmieszane z krystalicznymi łzami. Odetchnęła, gdy częściowo wczołgała się na grzbiet, jednak to nie był przecież koniec jej zamiaru. Pospiesznie, na tyle, na ile pozwalał stan, zaczęła przeszukiwać zapasy. Ręce trzęsły się tak bardzo, iż kilkakrotnie musiała zaprzestać czynności, poddać się na parę cennych chwil. Trud opłacił się w postaci fiolki z eliksirem – jednym z tych, które dostała na wyprawę od Mistrza Eliksirów na zlecenie dyrektora.
Jakież to było dla niej wspaniałe uczucie, gdy kojące nerwy ciepło rozlało się po każdym ścięgnie, mięśniu, kości. Tępy, nieznośny ból cofnął się za bramę, uciekł w popłochu atakowany zapalczywie. Nimfadora odłożyła opróżnioną do połowy fiolkę na miejsce, odzyskując siły na odpowiedni odcinek czasu. Nie bacząc już na własne zdrowie, stanęła na nogi i czym prędzej kucnęła przy kuzynie. Wydawało się, iż Syriusz dryfuje w stworzonym przez siebie świecie, odcinając się od zewnętrznego ciernistym ogrodzeniem. Potrząsania, nawoływania nie skutkowały. To samo miało się także w przypadku młodego alchemika, który zamglonym wzorkiem wpatrywał się ciągle w jeden, martwy punkt na ulicy.
- Kolec i szpony – wymamrotała różowowłosa, odstępując od Tańczącego. Oboje poszkodowani oddychali, choć w przypadku młodzieńca sprawa wyglądała trochę gorzej, więc nie było zagrożenia życia. Niemniej Tonks musiała coś z tym zrobić, nie mogła ich tak zostawić i czekać na cudowne ozdrowienie.
Dłoń sama, wręcz instynktownie pochwyciła leżący kieł Hari'ego - był on niezwykle lekki, poręczny, dawał osobliwego rodzaju władzę - stopy zaprowadziły ją do obrzydliwego, martwego potwora. Wzmocnione czarnym diamentem ostrze dość szybko poradziło sobie z pazurem prawej łapy, odcinając go w połowie długości. Żeby samej się nie zarazić przy okazji, Nimfadora oderwała długi pas ze swej szaty i położyła na nim zdobycz. Towarzyszący jej wierzchowiec podał jej trzymany w pysku woreczek, który sama mu wcześniej kazała przypilnować. Teraz wyciągnęła z niego cienki flakonik pełen przeźroczystej cieczy, mającej posłużyć jako wskaźnik.
Postępowała zgodnie z jadowitymi, autorstwa Snape'a naturalnie, wskazówkami spisanymi na doczepionym kawałku pergaminu. Dzięki temu sprawnie zidentyfikowała typ – mikstura zabarwiła się na jaskrawy odcień zieleni, co wskazywało na głównie paraliżujący typ trucizny. Wiedząc to, mogła nareszcie pomóc swoim towarzyszom, za co też niezwłocznie się zabrała. Jej ruchy były chaotyczne, nieraz omal nie potłukła arsenału flakoników, ze względu na słabnące działanie zażytego specyfiku, który jedynie złagodził obrażenia, nie wyleczył. Prawie kwadrans męczyła się z podaniem potrzebnego eliksiru kompanom, którzy nie reagowali niemal na żaden bodziec z zewnątrz. Lecz uparta kobieta wmusiła w nich siłą lekarstwo, w duchu rozpaczliwie błagając, aby to było to właściwe.
- Hari.
Cichy szept zawibrował czule, przyjazna nuta kusiła w swą stronę.
- Hari.
Wbijający się delikatnie w mentalność wyraz nie ustępował, nie oddalał się od niego. Gdzie ja… - Młodzieniec uchylił powieki, w zamian dostając widok ciemnej nicości. Otaczała go szczelna bariera czerni, niepomagająca w odczytaniu położenia. Nie miał najmniejszego pojęcia gdzie jest prawa czy lewa, góra albo dół. Wszystko zespoliło się ze sobą tak szczelnie, iż zdawało się płaszczyzną, jedną stroną zamalowanej kartki.
- Ależ z ciebie buntownik… - Echo słów przetoczyło się w ciszy, radosny ton zakłuł prosto w serce. Szmaragdowe tęczówki natychmiast ożyły, Raikou rozejrzał się dokoła gwałtownie w poszukiwaniu źródła głosu.
- Przepraszam… - Następny dźwięk, tym razem tuż przy uchu. Spojrzał za siebie, ale nie zauważył osoby, o której myślał. Kogoś, do kogo ten głos z pewnością należał. Nie mógł się mylić w tej kwestii, zbyt wiele razy był rozmówcą owego osobnika.
- Gdzie jesteś? – odezwał się bez irytacji, a z czymś, czego nie umiał do końca sprecyzować. Umykało mu to, choć teraz nieustannie wczepiało się w wypowiadane zdania. Skrzywił się lekko z powodu tego braku wiedzy.
Cichy śmiech rozbrzmiał tuż przed nim, co odjęło prawie każdy kolor z jego twarzy. Doskonale pamiętał ten specyficzny chichot, pozbywający się z klatki piersiowej lodowatego ucisku. Nie mógł tego zapomnieć nawet wtedy, gdyby naprawdę chciał. Nie było sposobu, żeby oderwać go od przeszłości, od niej – jedynej, której nie traktował jak zbędny balast.
- Uciekaj. – Na tle najgorszej z możliwych nocy zamajaczyła sylwetka. Smukła, wysoka i zdecydowanie należąca do kobiety. Hari zamarł, nie będąc w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu. – Uciekaj!
Przepełniony rozpaczą krzyk uderzył w niego z niezwykłą mocą, zmuszając do zasłonięcia uszu. Szeroko otwarte oczy ujrzały wyciągniętą ku niemu jej dłoń, jakby próbowała go chwycić lub też odepchnąć przed zagrożeniem. Wnętrze pustki skręciło się wściekle jak rozjuszony wąż, czerń przełamała na tysiące cienkich wstęg. Raikou skoczył ku zamazanej postaci, lecz nie posunął się ani centymetr. Tkwił pośrodku rozpadającego się złudzenia, szarpiąc się w niedostrzegalnych więzach i nie potrafiąc ich zerwać.
Poderwał się do siadu, zaraz tego czynu żałując. Straszliwy ogień zapłonął w płucach, pożerając każdy zachłanny oddech. Pochylił się, oplatając klatkę piersiową ramionami.
- Majorze! – Tonks podbiegła do niego z zaniepokojoną miną, opuszczając oprzytomniałego już Syriusza.
Zdezorientowany zielonooki syknął na nią z wyraźną złością, odpychając jednocześnie chęć pomocy aurorki. Nie dawał się dotknąć, nawet zbliżenie kobiety komentował prychnięciami i warknięciami. Zachowywał się niczym rozjuszone zwierzę, które znalazło się w nietypowej sytuacji i nie wie, co się wokół dzieje.
- Przestań się rzucać – powiedział Black, wstając ciężko i uważając na opatrunek założony przez różowowłosą na szramę zdobytą w walce z bestią. Hari spojrzał na mężczyznę spod grzywki rozpalonym od gorączki wzrokiem, po czym zignorował go zupełnie na rzecz lekarstw Bangou.
- Może nie powinieneś tego brać. - Nimfadora niepewnie odezwała się na widok tabletek, nie wiedząc, jakie reakcje mogą zajść pomiędzy nimi a miksturą. – Dostałeś eliksir i… - Zdusiła okrzyk, gdy poczuła zakleszczające się na nadgarstku palce Tańczącego.
- Dałaś mi ten wasz magiczny badziew? – zapytał z niebezpieczną, lodowatą nutą w głosie. – Zapomniałaś, że jestem alchemikiem? Ty idiotko! Chciałaś mnie zabić? – Z każdym słowem kobieta bladła coraz bardziej, przecząco kręcąc głową.
- Ale nic się nie stało! – wykrzyczała drżąco, próbując odsunąć się od Raikou. Ten jednak nie zamierzał jej puścić, wręcz przyciągnął ją do siebie.
- Puść ją! – Syriusz doskoczył do dwójki, złapał za przedramię Hari'ego i zmusił do uwolnienia kuzynki mocnym pociągnięciem.
Drobne pigułki gromadą rozsypały się z szelestem, tworząc niezrozumiały wzór wielu małych punktów. Młodzieniec zakrztusił się z powodu tysiąca ukłuć zjadających płuca, które odżyły z nagłą gwałtownością i niemal powaliły go na ziemię. Nie zważając na swoje dobro oraz z trudem przezwyciężając pulsujące cierpienie, wyprostował się, po czym odepchnął od siebie właściciela Grimmauld Place. Po tym jednak ciemność przypomniała o sobie, zagarniając jego jestestwo w objęcia otchłani. Nimfadora w ostatnim momencie uratowała od upadku mdlejące ciało, czując narastającą panikę. Jeżeli to moja wina…
- Mówiłem, żeby się nie rzucał – mruknął mściwie Black, otrzepując szatę z brudu i kurzu.
- Przestań, nie mamy na to czasu – skarciła go nad wyraz ostro aurorka. – Musimy się stąd wydostać – dodała, rozglądając się w poszukiwaniu wierzchowców towarzyszy.
Nie musiała długo się rozglądać, gdyż konie wybiegły zza zwalonego budynku, omijając szerokim łukiem martwe cielsko hybrydy. Parskając i tupiąc niespokojnie, stanęły przy jasnym pobratymcu. Kary osobnik w dalszym ciągu ubrudzony był bordową posoką, co nadawało mu mrocznego, nieprzyjemnego wizerunku towarzysza samej Śmierci. Śmierci, która zawitała w te strony pod obrzydliwą postacią.
Granatowy nieboskłon, mający niedługo zapalić się tysiącem srebrnych latarni, rozjaśniła pomarańczowa łuna. Żar wzbił się wysoko, powodując falowanie widoku. Szalone stworzenia grasowały po miasteczku pod płomiennymi maskami, spopielały każdy zakamarek tego ponurego miejsca. Trawiły domy, ulice, trupy mieszkańców i ich niedawnej zagłady. Szatańska pożoga rozhulała się na dobre, przypominając spuszczony ze smyczy potok ognia, jaskrawą szarańczę pożerającą wszystko na swej drodze.
A tuż za jej granicami, rozgałęzionymi mackami, galopowały w żywym tempie trzy rumaki, jakby umykając głodnemu tworowi Syriusza. Wkrótce znikły za gęstą ścianą lasu, zostawiając za sobą istne, trzaskające iskrami piekło. Nad tą sceną wielkiego ogniska zajaśniała pierwsza, wesoła gwiazda.
Za oknem oświetlonego świecami pokoju już dawno zapadł zmrok, przykrywając sobą każdy zakątek zamku oraz otoczenia. Migotliwy blask z kandelabrów odbijał się w złotych piórach siedzącego na żerdzi feniksa, a także w okularach starego czarodzieja. Owy mag, pełniący funkcję dyrektora w Hogwarcie, trwał w bezczynności. Błękitne oczy wpatrywały się nieustannie w małe lusterko spoczywające na blacie sporego biurka. Stos papierów nie przykuł jego uwagi, nie słyszał on również nuconej pieśni Fawkesa.
- Albusie. – Gładka powierzchnia niewielkiego przedmiotu zajaśniała lekko i pojawiła się w niej twarz pięknej kobiety o brązowych włosach. Bystrymi, czekoladowymi tęczówkami spoglądała przed siebie, zaś jej czerwone usta zaciśnięte były w wąską linię.
- Megan, coś się stało? – zapytał starzec, usłyszawszy coś złego w głosie znajomej.
- Tak, stało się – odparła posępnie rozmówczyni, ściągając brwi w geście niezadowolenia. – Miałam negocjować z trzema klanami wampirów. – Pokazała nawet tę ilość na palcach, jakby wyjaśniała coś opornemu dzieciakowi.
- Oczywiście. Skrzydlaci, Księżycowe cienie oraz Mroczni łowcy. Wystąpiły jakieś problemy? – Zerknął na nią uważnie ponad połówkami szkieł, natomiast kobieta skrzywiła się wyraźnie.
- Zjawili się jedynie ci pierwsi i to tylko po to, żeby rzucić mi w twarz stanowczą odmowę – rzekła pobladła z tłumionego oburzenia. Dumbledore westchnął zmartwiony, przeczesując nerwowymi ruchami długą, siwą brodę.
Krwiopijcy, jak nazywano ich zarówno w magicznym, jak i mugolskim świecie, byli doskonałymi sojusznikami. Zatwardziali w walce, wytrzymali, niepoddający się za żadną cenę – po prostu idealni zabójcy, żołnierze doskonali. W wielu wojnach stanowili kluczową rolę, wspomagając którąś ze stron i wybijając każdego z przeciwnej. Przeważali szalę zwycięstwa niczym kowadło rzucone na jedno z ramion wagi.
- Wracaj do Kwatery – wydał krótkie polecenie Megan i rozłączył się zaraz, kończąc dyskusję. Potarł strapiony czoło, na którym przybyło zmarszczek spowodowanych nieustanną troską o los bitwy z Voldemortem.
- Albusie, żadna z watah nie przybyła – zakomunikował roztrzęsiony Remus, zajmując miejsce brązowowłosej. Siwizna przyprószyła przydługie już kosmyki, złotawe oczy wilka utraciły wewnętrzny blask.
- One również? – Dyrektor odchylił się na fotelu, zastanawiając się, co powinien teraz uczynić.
- Również? – powtórzył Lupin. – Wampiry zerwały pertraktacje? – zadał pośpiesznie pytanie, choć było ono czystko retoryczne. Znał odpowiedź, poznał ją już wtedy, gdy ujrzał starego czarodzieja.
Ptak wielkości łabędzia zaśpiewał żałośnie, mrugając paciorkowatymi, czarnymi ślepkami. Ponury dźwięk ugadzał prosto w duszę, zwiększając pozornie ciężar brzemienia. Ten, spoczywając na barkach Dumbledore'a, przygniatał go coraz bardziej, aż wreszcie, pewnego dnia, skruszy jego słabnące kości, zerwie mięśnie i zmusi do ugięcia kolan. To właśnie zatruwało optymizm byłego nauczyciela OPCM-u, było jak trująca wydzielina z otchłani Hadesu, jad tajpana pustynnego wpuszczony do krwiobiegu.
- Czy Syriusz już się kontaktował? – zapytał, pragnąc odwrócić swą uwagę od nieprzyjemnych myśli.
- Nie, żadnych wieści – odparł Albus, a po znanym, radosnym usposobieniu starca nie pozostała jak na razie żadna iskierka. Wszystkie one zgasły zalane jeziorem obaw oraz nieudanymi próbami negocjacji. Tom zdobywa miażdżącą przewagę.
Fawkes przekrzywił łepek, na wpół rozkładając skrzydła. Zatrzepotał nimi energicznie, a z dzioba wyrwały się niepasujące do stworzenia skrzeki. Zerwał się do lotu, gubiąc pióra w pośpiechu i rzucając świetliste punkciki na ściany gabinetu. Zrobił zaledwie parę kółek i wylądował z rozmachem na biurku, strącając z niego papiery, przewracając kałamarz. Dumbledore zachichotał cicho na te wyczyny, po czym odetchnął głęboko. Ręka sama zanurzyła się w bajecznym, miękkim pierzu, co przyniosło niesamowite rozluźnienie, wspaniałe ciepło.
- Miejmy nadzieję, że masz rację, przyjacielu. Miejmy nadzieję.
Sowa, złorzecząc głośno hukami, przefrunęła z gałęzi na pokryty mchem pień powalonego drzewa. Trzy wierzchowce zbiły się obok siebie, trącając psykami, parskając, orząc podłoże ostrymi kopytami. Noc pochłonęła to miejsce, obdarowując obecnych niezliczonymi ilościami srebrzystych gwiazd. Jej chłodny oddech otrzeźwił rozgorączkowane umysły, przywrócił jasność w sercach, rozwagę podejmowanych decyzji. Czułe ramiona ciemności skryły niewielką grupę w objęciach, jak gdyby chciały obronić ją przed straszliwym światem i jego potworami. Jednak pomoc została odrzuca, kiedy jasne światło rozstąpiło mrok i przepędziło go za drewniane kolumny.
- Musimy opatrzyć jego ramię – powiedziała Tonks, po wzięciu następnej dawki eliksiru na obrażenia. Smak miał nieprzyjemny, odpychający, wręcz ohydny, lecz dział perfekcyjnie.
- Chyba masz rację – burknął Syriusz, wzdychając niczym największy męczennik.
Młodzieniec, wyjęty z siodła i posadzony pod konarem, nadal nie przebudził się po ostatnim upadku w nicość. Zmartwiona Nimfadora odchodziła od zmysłów i obwiniała się o to. Zadręczała się, iż nie powinna podawać mu magicznej mikstury ze względu na jego profesję. Jak powiedział kiedyś Mustang: Alchemicy władają przeciwną energią niż czarodzieje, więc nawet zaklęcia lecznicze mogą być dla nich szkodliwie.
- Zabiłam go – odezwała się rozpaczliwie, chwytając się za różowe włosy.
- Przestań lamentować – odparł Black, wzruszając ramionami. – Najwyraźniej będziemy mieć go z głowy – dodał ze złośliwym uśmieszkiem, ale natychmiast został skarcony przez oburzoną aurorkę. Podniósł ramiona we własnej obronie, krzywiąc się, gdy rana zapiekła okropnie.
Machnął na kuzynkę, po czym dla przebłagania jej przykląkł przy Tańczącym. Z niechęcią obejrzał paskudną szramę, a następnie mruknął coś do siebie i odwiązał jallaba.
- Co robisz? – zapytała Tonks, przysiadając z drugiej strony z bandażami w dłoniach. Nauczka wyniesiona z poprzedniej lekcji nie pochwalała używania czarów, nawet takich, jak chociażby ferula.
- Jak mu bardziej zniszczymy ubranie, to gotów nas zagryźć. Mam dość jego wrzasków. – Naburmuszony ton wywołał na twarzy niemal załamanej Nimfadory nikły uśmiech.
Lekki wiatr poruszył ubogimi koronami, zagwizdał w wieczornej ciszy przeciągle. Pod jego dotykiem trawa zaszeleściła, puchacz zmienił pozycję, kosmyki zafalowały delikatnie. Wśród pisku podmuchów zagrzmiał okrzyk, zaś Syriusz cofnął się gwałtownie.
*Łęk - najwyższa część siodła.
