Stał teraz przed hotelem. Wysoki, szklany budynek połyskiwał w słońcu. Na nim pulsowały kolorowe napisy. Wszedł do środka.

- Pokój dla jednej osoby. – powiedział, podając banknoty kobiecie w recepcji.

- Nie mamy. – odpowiedziała smutno

- Och, w porządku, może być apartament.

- Ale jest dla dwojga.

- To się nawet lepiej składa. Poproszę. – powiedział. Kobieta spojrzała na niego z ciekawością, po czym wręczyła mu klucz, pożerając go wzrokiem.

- Czterdzieste piętro. Łatwo zapamiętać. Jest ostatnie. - Powiedziała radośnie. - Będzie miał pan stąd piękny widok na całe Vegas. - mówiła uśmiechając się jeszcze szerzej, choć wydawało się to niemożliwe. Jeszcze chwila i pęknie, pomyślał. Ale nie skomentował. W końcu mogę potrzebować łatwej zdobyczy. Postawił swój kufer na wózeczku, który pojawił się obok i poszedł w stronę windy. Drogie hotele miały służących. Znakomicie. Pomyślał, gdy chudy chłopiec zaczął pchać przed sobą jego kufer w stronę windy. Dziękował Merlinowi, że ktoś wsiądzie z nim do tej upiornej maszyny. Mieli w ministerstwie coś podobnego, ale działania tego wywracającego mu trzewia potwora nie rozumiał. Mugole to przedziwne istoty, że zamykają się z własnej woli w takiej pułapce, nie mogąc się stąd aportować w razie problemów.

##

#

Minął już ponad tydzień, a Draco nie dał znaku życia. Lucjusz do końca nie rozumiał co się stało. Spakował się pewnego ranka, kłamiąc obrzydliwie Narcyzie o jakiś inwestorach. Lucjusz wiedział aż za dobrze, że nie było żadnych. Nie byli potrzebni. Nie zamierzał tego jednak mówić Narcyzie. Dopiero co zdążyła dojść do siebie, po tym jak Draco się obudził ze śpiączki, a on już wyjechał. Gdyby Lucjusz jej powiedział, że być może miał z tym coś wspólnego, zabiłaby go na miejscu.

Był przekonany, że poszło o tą szlamę mieszkającą w północnym skrzydle domu. A jednak gdyby to o nią chodziło, zabrałby ją ze sobą. Prawda? Więc nie ona była powodem oburzenia jego syna. Hermiona Weasley wyniosła się z posiadłości Lucjusza trzy dni po tym jak zniknął jego syn. Z informacji udzielonych mu przez Pottera, żadne z nich nie wiedziało gdzie się ukrył.

A jednak Lucjusz nie czuł zagrożenia. Rachunki spływające z dokładnością co do doby, jasno informowały go, że Draco przepuścił budżet małej firmy zbrojeniowej w ciągu tego tygodnia. Zapewne był to jego sposób na przekazanie jakiejś informacji. Lucjusz jednak nie był w stanie zrozumieć tego absurdalnego przesłania. Miał poczucie, że czym prędzej trzeba ukrócić zapędy jego dziedzica, bo dwa takie miesiące i zostaną bankrutami. Draco Malfoy nie sądził chyba, że może ożenić się z kimkolwiek kto przyjdzie mu do głowy. Jako jedyny spadkobierca rodziny musiał znać swoje obowiązki. Nie mógł sobie przez pół życia jeździć po świecie jakby nic go nie obchodziło.

Lucjusz miał już pewien plan. Prowadził ostatnio rozmowy z mężczyzną, któremu pomimo zakończenia wojny i panującej wszędzie zarazy bratania się z mugolakami, zależało na przedłużeniu czystości krwi w jego rodzinie. Lucjusz widział już zdjęcia jego córek. Uznał nawet, że jedna z nich mogłaby wpaść w oko jego synowi. Była wystarczająco śliczna i elokwentna, by nie przynieść wstydu Malfoyom, gdyby przyszło jej nosić ich rodowe nazwisko. Wystarczyło teraz tylko zorganizować małe spotkanie, być może bal, by ich sobie przedstawić…

##

#

Za 2 dni zaczynamy treningi do meczu sparingowego przeciwko Lidze Francuskiej. Dobrze by było, gdybyś zjawił się do tego czasu. Trener nie wie co ma myśleć o twoim nagłym wyjeździe. Próbowałem rozmawiać z Lucjuszem, ale wciska mi jakieś bzdury o inwestorach. Powiedziałbyś mi gdyby byli jacyś nowi? Prawda?

No w każdym razie w poniedziałek widzę cię w Londynie. Jak się nie zjawisz, zacznę cię szukać i nie spodoba ci się co zrobię jak już znajdę.

Harry

P.S. pozdrowienia od Hermiony. Nigdy się do tego nie przyzna, ale myślę, że tęskni za tobą.

#

Witaj Wydro.

Przekaż temu durniowi Potterowi, żeby mnie nie szukał. Jestem w mieście grzechu, jak wy Mugole to nazywacie. Choć ja nazwałbym to nielegalną pralnią pieniędzy.

Planuję tu jeszcze trochę zostać. Jeśli Potter chce się na kogoś wściekać, niech sobie powyzywa na mojego kochanego ojczulka. To jest główny powód dla którego siedzę tu i wydaję bezcelowo jego pieniądze.

Draco

P.S. Spało mi się dużo lepiej, gdy wkradałaś się do mojego łóżka.

##

#

Siedział w kasynie grając w Black Jacka. Nagle przy jego stoliku pojawiła się kobieta w niebieskiej sukni z długim rozcięciem na nodze. Wydawało mu się że jest do kogoś podobna, ale nie potrafił znaleźć w pamięci nikogo tak ładnego. Jej szczupłe łydki wyglądały niezwykle kusząco. Założyła nogę na nogę i kazała rozłożyć dla siebie karty. Jej długie czarne włosy spływały na jej plecy i ramiona. Draco pomyślał, że już mu się nie chce grać w karty. Chce posiąść tą pachnąca drogimi perfumami istotę.

- Czego się pani napije? – spytał patrząc w błyszczące zielone oczy.

- Martini z lodem. – odpowiedziała uśmiechając się lekko. Przygryzła wargę i zmierzyła go taksującym spojrzeniem. Draco mrugnął figlarnie i machnął na kelnera. Zamówił to samo dla siebie. Po trzech rozdaniach kart, był już przekonany, że właśnie ona będzie dziś krzyczała jego imię. Wychylił się niby po szklankę i musnął lekko jej łydkę. Tak była piękna. Jej nogi, delikatna linia szczęki, pełne, skrzywione złośliwie usta. Zaproponował butelkę u siebie, a ona zgodziła się bez wahania. Pomyślał, że to na pewno dziwka. Ale nie dbał o to. Zapłaciłby każde pieniądze, by się z nią przespać.

Gdy przekroczyli próg jego apartamentu westchnęła widząc piękny, nowocześnie urządzony salon. Draco nigdy nie włączał mugolskich wynalazków. Niczego poza jacuzzi na balkonie, ale po chwili usłyszał dźwięk muzyki dochodzącej ze skrzynki na etażerce. Jak oni na to mówią? CD- player? Jakoś tak. Odwrócił kobietę stojącą przy mugolskim wynalazku i porwał ją do tańca. Oplotła swoje dłonie wokół jego szyi. Chciał coś powiedzieć, ale już go całowała. Podniósł ją w górę i poniósł na łóżko. Zafalowało, gdy opadli na nie oboje.

- Wodne? – zdziwiła się. On uniósł tylko w górę swoje brwi.

- Nie podoba się? – spytał

- Ależ podoba się. Jest doskonałe. – szepnęła i już czuł jej język na swoim uchu. Zawrzało w nim. Rozbierał tą cudowną istotę powoli. Podziwiając każdy fragment jej pięknego ciała. Bo była śliczna. Od jej cudownych łydek, przez idealny płaski brzuch, po wielkie kształtne piersi. Powoli doprowadzał ją na skraj szaleństwa swoimi zwinnymi palcami. A gdy już był pewny, że kobieta nie wytrzyma ani chwili dłużej, posiadł ją mrucząc cicho.

Po wszystkim nie chciał jej wypuszczać ze swoich objęć. Chciał ją zatrzymać przy sobie. Ale ona powiedziała, że musi już iść. I w kilka sekund była ubrana i uczesana, jakby nigdy nic nie zmąciło jej wieczorowego wyglądu. Czarownica. Pomyślał, ale zanim zdążył ją zatrzymać, już jej nie było. Ubrał się w pośpiechu. Poprawił włosy i wybiegł za nią na korytarz, żeby ją złapać. Zatrzymać. Na chwilę. Do rana. Na zawsze.

Winda zdążyła już odjechać. Chciał rzucić na siebie zaklęcie lewitacji i skoczyć w dół, choćby przez okno. Ale w ostatnim momencie przypomniał sobie, że Mugole mają jakiś dziwny system nagrywania w prawie całym tym mieście i tak oczywiste zachowanie wykraczające poza ich normalność, byłoby ewidentnym narażeniem się na zdemaskowanie. To była jakaś amerykańska wiedźma. Jej akcent zupełnie nie przypominał angielskiego do którego tak przywykł.

Teraz dopiero zorientował się, że nie powiedziała mu jak się nazywa.

- Jestem Draco. – Miło mi poznać, Draco. – szepnęła w odpowiedzi. Tak to było. A on głupi, nawet nie zwrócił na to uwagi. Durniu! Krzyknął na siebie w myślach. Znajdę ją. Znajdę jeszcze dziś. – pomyślał. Wciąż miał na dłoniach jej zapach. Zaciągnął się nim z rozmarzeniem. Tak. Chciał ją natychmiast z powrotem.

Winda zjechała na dół. Podszedł do stolika przy którym ją poznał, ale tak jak się spodziewał, nie wróciła. Rozejrzał się uważnie po sali, ale nigdzie jej nie było. Poszedł wypytać kelnerów, ale żaden z nich nie zauważył, żeby wychodziła. Jak mogli nie zauważyć tak cudownej istoty? Koleś w windzie też wydawał się nie kojarzyć, chociaż on w ogóle nie zwracał na nic uwagi.

Przecież nie wymyśliłem jej sobie. Myślał gorączkowo. Poszedł się przejść. Powietrze było ciepłe. Dziwnie przyjemny zapach miasta łagodził jego tęsknotę. Jego piękna brunetka o oczach koloru szmaragdów. Myślał. A potem skrzywił się nieznacznie. Miauczysz jakby nalała ci dawkę amortencji do drinka. Oszalałeś Malfoy.

A jednak nie oszalał. Po trzech godzinach krążenia po zatłoczonych ulicach wracał ponury do swojego hotelu. Zajrzał ostatni raz do baru, w nadziei, że ją znajdzie. Przy ladzie, radośnie rozprawiając z barmanem siedziała… Hermiona.

Co do… - Pomyślał. Pomachała mu radośnie i podeszła w jego kierunku.

- Obiecałam Harremu, że sprawdzę co u ciebie. No i wiesz, nie mogę pozwolić, żebyś był niewyspany. Powiedziała dając do zrozumienia, że zgadza się być dzisiaj jego przytulanką.

Nie. Tylko. Nie dziś. Nie kiedy cała moja pościel pachnie tą brunetką. Myślał. Nie chcę zabijać jej zapachu. Nie kiedy tak rozpaczliwie pożądam tamtej dziewczyny. Uśmiechnął się jednak do Hermiony uprzejmie i zabrał ją do windy, by zaprowadzić do swojego apartamentu. Może będzie chciała spać na kanapie? Pomyślał, ale jakoś w to nie wierzył. W brązowych oczach błyszczały iskierki zadowolenia. O niee. Ona będzie chciała seksu, a ja nie mogę. Nie mogę. Nie chcę. Pomyślał Draco byli już na 27 piętrze, gdy poczuł znów zapach tamtej kobiety. Z każdym kolejnym piętrem obezwładniał go coraz bardziej. Jakby zbliżając się do swojego apartamentu wyczuwał ją coraz intensywniej. Narastała w nim panika. A jeśli ona wróciła? Jak jej wyjaśnię Hermionę? Myślał gorączkowo, układając w głowie plany wybrnięcia z sytuacji.

Lecz pod jego pokojem nikogo nie było. Tylko ten zapach. Czuł go wszędzie. Teraz naprawdę zaczął się zastanawiać nad amortencją i jej przeklętymi skutkami.

Draco Malfoy, jesteś kretynem! Pomyślał w końcu i postanowił sobie zapomnieć o kobiecie, która przewróciła cały jego świat do góry nogami. Zapomnieć o kobiecie która podała mu magiczny eliksir. Był tego pewny. Nic innego nie mogło tak działać.

##

#

Rozmawiali z Hermioną kolejną godzinę jak starzy kumple. Opowiedziała mu o praktykach z eliksirów i planach na następny rok szkolny. Podobno była nawet na kilku treningach Pottera, co świadczyło o tym, że jednak nie wszystko kojarzy jej się w tych dniach ze zmarłym mężem. On zdążył poskarżyć się na chore zapędy Lucjusza w kwestii kontrolowania jego życia. I powiedzieć bardzo dobitnie co o tym myśli. Potem położyli się do jednego łóżka. Draco oczyścił je ze śladów upojnej nocy, ale zapach nieznajomej na poduszce sobie zostawił. Na później. Pomyślał. Chciał ją potem odnaleźć. Nie zamierzał uprawiać seksu z przyjaciółką, nawet gdyby znów go pobiła. Był tego pewien. Ku jego uldze, ona najwyraźniej też wcale tego nie chciała.

Leżał teraz przy niej w swoich jedwabnych spodniach od piżamy, wściekając się, że nie może wygodnie rozłożyć się nagi w pościeli. Nagle spanie z drugim człowiekiem, który nie był tamtą kobietą, jego kobietą, wydawało się jakieś pozbawione sensu.

Zamykając oczy pomyślał, że tak jest dobrze, że Hermiona nie chce od niego nic więcej. Nie chciał jej skrzywdzić. W końcu uratowała mu jakby życie. Potter sam nie byłby w stanie stworzyć tych eliksirów. A teraz była w jego stadzie. W jego drużynie. Niemal w rodzinie. A członkom stada Malfoya należała się ochrona.

Wiedział doskonale o co chodziło Lucjuszowi. Jego drogi syn ze szlamą. Potężną, inteligentną czarownicą. A jednak nie wystarczającą dla Malfoya. Nie musiał tego wypowiadać. Draco po prostu to wiedział. Jego ojciec, hipokryta, przyjaźniący się z charłakiem. Goszczący szlamę w swoim domu. Wpuszczający zdrajców krwi. I znajdujący na to sensowne wyjaśnienia.

Draco wiedział, że mimo to musi chronić Hermionę przed Lucjuszem. Nikt nie zasługiwał, by skończyć w jego rodzinie. Nikt tak dobry i szlachetny. A potem zaśmiał się w duchu. Ta szlachetna, dobra wiedźma zabiła więcej śmierciożerców swoimi eliksirami, niż ty kiedykolwiek zdołasz. Może dlatego, że nie zostało ich już wielu.

A mimo to, nie zasługiwała na mękę znoszenia reguł i zasad. Złośliwych docinków i potępieńczych spojrzeń Lucjusza. Draco to potrafił. Od urodzenia. Sam urodził się w tej chorej rodzinie z przetrąconym kręgosłupem moralnym. On sam wyssał to z mlekiem matki. Nie skaże świadomie nikogo na taki sam los. Ani Hermiony, ani takiej pięknej brunetki jak ta dziś.

Zapach jej perfum znów musnął jego świadomość. Poczuł się spokojny. Na jego biodrze spoczywała bezwładna ręka przyjaciółki przytulając go czule. Wtulił się w jej kasztanowe włosy i zamknął oczy.

- Draco, jesteś straszną szmatą. – wydawało mu się, że słyszy szept Hermiony, ale otarł się on jedynie nieznacznie o jego świadomość, bo zapadał już w sen.

Rano znów jej nie było. Zniknął też zapach kochanki z wieczora. Draco poszedł się wykąpać. Ciepła woda sprawiała, że wracał powoli na ziemię po wczorajszym dziwacznym wieczorze. Upojny seks z nieznajomą. Przybycie Hermiony tego samego wieczora. Ich rozmowy o niczym, póki nie zasnęli. Przez chwilę zastanowił się nawet czy Hermiona nie użyła eliksiru wieloskokowego. Ale nie mogła aż tak udawać. Prawda? W końcu była gryfonką, a one nie bawiły się tak z ludźmi. Spływająca po jego plecach woda zmywała z niego zmęczenie i głupie pomysły. Jego logiczna jaźń oznajmiła mu dobitnie, że miał do czynienia z idiotycznym zbiegiem okoliczności i przybycie Hermiony nie miało nic wspólnego z przygodnym seksem jaki zdarzył mu się wcześniej. W końcu niemal każdej nocy sprowadzał sobie do pokoju jakieś zabawki, które mógłby wyrzucić nad ranem, gdy już mu się znudzą. Powoli wmasował sobie szampon we włosy , by się upewnić, że za chwilę będzie wyglądał idealnie, zanim zejdzie do kasyna na kolejną partię Black Jacka.

Gdy po kilkunastu minutach wyszedł do sypialni w samym ręczniku spod prysznica, pojął kilka rzeczy jednocześnie.

1. 1. Nie miał w dłoni różdżki.

2. 2. Poza zielonym ręcznikiem owiniętym wokół bioder nie miał na sobie kompletnie nic.

3. 3. W jego pokoju stała dwójka ludzi, których starali się znaleźć od kilku tygodni.

Amycus i Alecto Carrow zmrużyli niemal jednocześnie oczy i zamachnęli różdżkami. Draco przymknął powieki nie chcąc dostrzec rozbłysku zieleni.


Notka autora:

Podziękowania Dla Joreth za narażanie zdrowia i życia przy betowaniu tego. :)

Ciąg dalszy oczywiście nastapi. Zapraszam do czytania i komentowania.