32

Zapaliły się miejskie lampy. Na nadmorskim deptaku, który morska bryza czyniła najprzyjemniejszym dla Elizabeth miejscem spaceru w Genoshy, zapadał powoli zmrok. Niebo przybierało jasnofioletową barwę, a żadne chmury nie mąciły jego jednolitości. Po swojej lewej stronie Psylocke miała kadr składający się prawie wyłącznie z tego fioletu i szarzejącego błękitu tropikalnego oceanu.

Z ulgą przyjęła pierwszy chłodny dreszcz na skórze po całym dusznym dniu. Narzuciła na ramiona ażurową chustę jedną ręką, nie puszczając z dłoni smyczy Chel. Niewiele innych osób przechadzało się w tamtym momencie po deptaku oprócz niej. Co dzień wychodziła przed końcem sjesty popołudniowej, a jeszcze zanim mieszkańcy i turyści zaczynali nocne życie.

Zamyśliła się, kiedy nagle zauważyła, że ktoś zrównał się z nią w kroku.

Zobaczyła kobietę w czarnym kostiumie ze sztruksu i skóry o mało skomplikowanym kroju, ale wyraźnie ekstrawaganckim. Spore złote kolczyki wyróżniały się na tle rudych włosów umodelowanych w fale. Używała znanego jej zapachu.

– Jean Grey? – spytała półgłosem, ze zdumieniem i niepewnością. Chociaż nigdy nie były bliskimi znajomymi, zdziwiła się, że ledwo rozpoznała X-menkę.

Towarzyszył jej Logan, który trzymał się na uboczu. Kiedy Psylocke przystanęła, oboje zastąpili jej drogę.

– Nareszcie cię znalazłam, Braddock – ruda uśmiechnęła się z oszczędną życzliwością. – Gratuluję i dziękuję, że odebrałaś moją wiadomość z Cerebro. Wszyscy w X-men jesteśmy wdzięczni, że kolejny raz nam pomogłaś. Teraz nasza kolej na rewanż. Tutaj z dala od niechcianych uszu możemy być ze sobą szczere – słysząc to, Elizabeth zwęziła oczy. – Już nie musisz trzymać z Jeźdźcami.

Psylocke nie wiedziała, jak odczytać jej intencje. Zażądała wyjaśnień, na co Jean kontynuowała:

– Powinnaś wiedzieć, że niedawno pośród Jeźdźców doszło do rozłamu. Pod komendą Sinistera ja i Wolverine współpracujemy potajemnie z obcymi rządami przeciwko Apokalipsie. Ten statek tonie; nastał moment, że i ty możesz go opuścić i dołączyć do X-men. Do rana nie będzie tu po nas śladu; za kilka godzin wylatujemy z Genoshy na zawsze i zapadniemy się pod ziemię. Leć z nami.

– Nie bardzo rozumiem, jak sobie to wyobrażasz – odpowiedziała Psylocke powoli, odsuwając się o krok. Mierzyła Grey wzrokiem. W jej postaci można było wyczuć dziwne niepokojące napięcie, które kłóciło się z przyjaznym tonem głosu, a obok Logan stał nieruchomo, jak jakiś golem. – Nie mogę… zniknąć stąd tak po prostu. Po co bym miała?

Jean uśmiechnęła się słodko i pokiwała głową.

– Rozumiem, że byłaś pod presją, postawiłaś na złego konia i nie będziemy cię za to winić. Zapewne każde z nas postąpiłoby tak na twoim miejscu. Nie miałaś innego wyjścia, jak przyjąć warunki Corteza, kiedy byłaś ranna i samotna. Jednak teraz już nic nie będzie cię z nim wiązać.

W tym momencie Elizabeth aż podskoczyła, bo w powietrzu świsnęły pazury Wolverine'a i Chel zaskowyczała przeraźliwie.

– Jezus Maria!

Psylocke w pierwszym impulsie zaczęła wyzywać Wolverine'a po japońsku. On sam nie był pewien, dlaczego zaatakował psa, który po chwili przestał się ruszać. Spojrzał na Jean z obawą.

– Coo… co ty sobie wyobrażasz! Ty suko! – wykrzyknęła w końcu Psylocke wskazując Jean drżącym palcem, chociaż nie odrywała wzroku od rosnącej krwistej plamy. – To nie jakaś kukła voodoo Corteza, tylko niezależne stworzenie! A może ja nie mam zamiaru iść z wami, X-terroryści? Po czymś takim!

Jean Grey przybrała lekceważącą postawę Feniksa. Mimo iż jej gesty pozostawały neutralne, płonące obco oczy zmieniały wszystko we wrażeniu jej osoby.

– Zbyt łatwo dałaś na siebie wpłynąć – odparła, nieugięta. – Żaden piesek, żadne słowo nie są przypadkowe. Przypomnij sobie to, co już wiedziałaś: ten człowiek to kameleon. Potrzebuje cię, bo stracił telepatkę, w momencie, gdy odeszła jego siostra. Jesteś lepsza we wszystkim, co ona umiała robić, a czy naprawdę chodzi mu właśnie o ciebie… być może. To nic trudnego zakochać się w kobiecie tak atrakcyjnej i silnej, jak ty. Spójrz na bandę ślepców gotowych za niego zginąć, która go otacza i jak dobrym jesteś jej uzupełnieniem. Nie musisz się wstydzić, podobno nawet Magneto zdradzony na Asteroidzie M przyjął go z powrotem i pouczył, jak należało zrobić to lepiej. Zepchnij go do historii i wróć do profesora Xaviera.

– To tobie pod kopułą się coś poprzestawiało, Grey! – Psylocke pacnęła się w czoło, nie wierząc własnym uszom. – I nie podpisuj pod tym Charlesa Xaviera! Nie będę walczącym kogutem ani dla X-men, ani dla Apokalipsy. Tutaj mieszkam, pracuję, mogę odejść w każdej chwili.

– Tak ci się zdaje? – ciągnęła Feniks. – Więc pewnie twój drogi Cortez zapomniał ci powiedzieć, że w zapisach Apokalipsy figurujesz jako jego własność? Jako przeznaczona na śmierć, ale zachowana przez niego, stanowisz jego całkowitą odpowiedzialność. Cokolwiek zrobisz, cokolwiek powiesz, dla nich będzie to jego wina. – Psylocke przeszedł zimny dreszcz. Momentalnie stały się dla niej jasne wszystkie tajemnicze przyzwolenia i ułatwienia, które oferowano jej na wyspie od miesięcy. Jean nie przestawała świdrować ją spojrzeniem, kiedy mówiła – Fabian Cortez popełnił fatalny błąd, który powinniśmy wykorzystać. Wyobraź sobie, co mogłabyś zrobić w jego imieniu, żeby raz na zawsze zakończyć tę wojnę...

– Jean, wystarczy – napomniał Logan, łapiąc kobietę delikatnie za ramię.

Odczuł z ulgą, że nie wyrwała się ani nie wybuchła w inny sposób. Z każdą chwilą miał coraz gorsze przeczucia co do jej stanu. Udało mu się odprowadzić ją z dala od Psylocke. Szepnął słowo przeprosin.

Elizabeth nie powstrzymała łez, musząc zostać przy ciele Chel jeszcze dobrą chwilę, dopóki nie sprowadziła kogoś, kto zabrałby ją z chodnika. Nie mogła wymówić słowa ani powstrzymać się od ukradkowego płaczu jeszcze długo potem. Ogarnął ją mrożący strach, o którym zdążyła zapomnieć od czasu porwania. Z jednej strony obawiała się agresji ze strony X-men, których projekt poznała i odrzuciła, z drugiej przerażało ją, że Jean może mieć rację co do Fabiana, a jakiś rodzaj emocjonalnej słabości nie pozwala jej tego zrozumieć. Czując się nagle zupełnie sama i zagrożona, pobiegła w pierwsze miejsce, gdzie oczekiwałaby pomocy.

– Słońce, co się stało? – Delgado poderwał się z krzesła na widok jej bladości i zaczerwienionych oczu.

Opowiedziała mu wszystko, przepraszając również, że nie dopilnowała Chel, którą to on dla niej znalazł i przekazał Cortezowi. Skuliła się w wiklinowym fotelu przykryta przez Marco lekkim kocem, nie tknęła herbaty, którą jej zrobił.

– Teraz tak myślę… – szepnęła zrezygnowana, kiedy skończyła opowiadać. – Mogłam przecież coś zrobić, wytrzaskać ich chociaż po pyskach. Może powinnam się zgodzić, śledzić ich, a potem dać Apokalipsie ich namiar...

– Nie mogłabyś tego zrobić – odpowiedział jej Kubańczyk spokojnie, siadając naprzeciwko niej przy okrągłym stole, ze sobą przyniósł talerz świeżych wypieków. – Jesteś lojalna wobec dawnych przyjaciół, nie zdradziłabyś ich w ten sposób w imię nowej sytuacji.

– A czy Fabian by sobie na to pozwolił? – zapytała wreszcie, a Marco chwilę milczał.

– Niektórzy mówią, że tak – podjął enigmatycznie. – Ja ufam mu we wszystkim, co dotyczy mnie, i nigdy się na nim nie zawiodłem. Jednak sprawy między wami pozostawiam wam. Fabian ryzykuje podobnie jak ty, co usłyszałaś już od pani Grey. Oboje znajdujecie się w śliskiej sytuacji, w której musicie postawić bardzo wiele i na jedną kartę. Czy wy sobie ufacie, to wasza sprawa.

Biła się z myślami, wpatrzona w białą mgiełkę pary unoszącą się nad herbatą.

– Zarówno ty, jak i ja możemy być zmanipulowanymi durniami, o których wszyscy mówią – westchnęła w końcu, unikając kontaktu wzrokowego.

– Nie wszyscy tak mówią, nie wszyscy są przeciwnikami Corteza – zauważył Marco i uśmiechnął się, kiedy przyłapał ukradkowe spojrzenie Elizabeth w kierunku talerza. – Częstuj się muffinami, są dla ciebie. Fabian to dobry człowiek. Stale żyje na krawędzi, od długich lat traktuje siebie bardzo surowo. Trudno wytyczyć ramy tego, do czego jest zdolny.

Dokończył dopiero, kiedy Psylocke wgryzła się w pierwszą z babeczek i rozchmurzyła się nieco:

– Powiem ci tajemnicę. Nie sądzę, żeby Fabian potrafił zadziałać przeciwko tobie. Mówiłem, jest na krawędzi. Dał sobie jeszcze jedną szansę.

– Ja wiem – szepnęła na bezdechu. – Nie chce podnieść ani jednej rzeczy do ręki, żeby nie ryzykować jej straty. Żadne z nas nie ma powrotu do przeszłości, ja nie będę zawracać.

Znów się zamyśliła. Przed oczami stanęła jej nowa, obca twarz Grey. Wolverine nie jest taki… co z nim zrobiła ta baba?

Przypomniała sobie gruzy ostoi, jaką była Rezydencja Xaviera. Brudnego Yurica ciskającego kostką brukową w grupę nastolatków z jakimś desperackim krzykiem na ustach. Przywołała obraz Warrena jako Archanioła, eleganckiego jak zawsze, ale już tylko uprzejmego znajomego. Magneto, starszego niż kiedykolwiek później, tłumaczącego małemu buntownikowi, że nie powinien był zachować go przy życiu. I psiego podrostka rozłożonego na chodniku. Wszystkie te emocje i rozdarcia, na które nie miała żadnego wpływu.

– „Koniec przyglądania się. Obiecałam już sobie, że nie oddam niczego bez walki. Teraz zobaczymy, jaki dopiero wasz zdrajca będzie zły, kiedy nie będzie sam!"

Przecież czytali razem książki na głos, na role. Dla Psylocke zaczęło się zacierać, co uważała za korzystne dla siebie i dla Corteza. Mogłaby z nim założyć rodzinę. Zdawała sobie sprawę ze swojej nieobiektywności, sama uważała swoją nowo odkrytą lojalność za tandetną, ale nie miała nic przeciwko temu. Komplementował ją po francusku, kiedy go poprosiła, w połowie przechodząc na kataloński, bo nie rozumiała słów. To brzmiało jak formuły magiczne.

– „Telepatka? Kochanka? Druga twarz? Proszę bardzo! Jak idziemy na dno, to razem. Z tą żmiją jeszcze nigdy nie zadarliście."