Wiem, wiem, oni są okropni. W nagrodę za cierpliwe oczekiwanie, przez cały ten rozdział miejsce akcji się nie zmienia ;)
Gdyby naprawdę chodziło o kradzież książek, to zamiast tyle nad tym ślęczeć zrobiłabym po prostu crl c crl v.
15. - Że co? – jeśli nie byłam zbyt elokwentna, to sądzę, że sytuacja mnie usprawiedliwiała.
Bez słowa zaczął mnie całować po szyi, by po chwili, nie spuszczając ze mnie wzroku, przesunąć się niżej, gdzie zatrzymał się na jakiś czas, wystarczający, żebym zaczęła się zastanawiać, czy nie powinnam po prostu zignorować jego słów, a potem, och, jego usta powędrowały dalej, zbliżając się do bardzo obiecujących rejonów i...
- Ostrzegałem – szepnął w mój brzuch.
Przez chwilę udało mi się wykrzesać trzeźwą myśl i poczuć lekkie zaniepokojenie. Spojrzałam w jego pałające źrenice.
Ale wtedy Eric bardzo zainteresował się moim pępkiem, poświęcając mu tyle uwagi, jakby składał na przyszłość jakąś inną, bardzo kuszącą obietnicę, zwłaszcza, że jego dłonie spoczęły pewnym chwytem na moich biodrach.
I właśnie wtedy, kiedy osiągnął wreszcie krawędź, gdzie kończyła się moja opalenizna, powiedział coś, co kompletnie nie miało sensu:
- Limonkowa sukienka.
I zanurkował.
Tylko po to, żeby znowu odsunąć się odrobinę zbyt szybko.
No rzesz...
Kiedy wspinał się znów do góry, powtarzając dokładnie trasę, którą przebył poprzednio, tyle że w odwrotnym kierunku, zrozumiałam, że zaczynam dostrzegać w jego zachowaniu paskudny wzór.
Spointował swoją wycieczkę pocałunkiem, na który nie odpowiedziałam, mimo że był cudowny.
- Tak właśnie czuję się za każdym razem, kiedy mi odmawiasz – powiedział konwersacyjnym tonem Eric.
Miał czelność być zadowolony. Świnia.
Spojrzałam na niego chmurnie. Zaśmiał się i pocałował mnie w pionową zmarszczkę na czole. To było po prostu okrutne. Przetoczył się na bok. Leżał z głową opartą na łokciu.
- Długo jeszcze zamierzasz nas tak dręczyć? – wycedziłam wściekle.
- Jeszcze trochę – przyznał.
Przysunął się do mnie bliżej biodrami jednocześnie przygarniając dolną połowę mojego ciała i zaplótł nogi z moimi. Jego wolna ręka gładziła mnie po biodrze.
- Nie martw się – powiedział pogodnie. - Ta historia ma szczęśliwe zakończenie.
Zawrzało we mnie. Zmrużyłam oczy. W mojej głowie zaczynał się rodzić perfidny plan. Jeśli Eric myślał, że zacznę go błagać, żeby mnie przeleciał, czekało go bolesne rozczarowanie.
- Bardzo dobrze – powiedziałam.
Zaciekawiony uniósł brew. Doskonale zdając sobie sprawę z tego, co robię, schwytałam jego spojrzenie i nie zrywając kontaktu wzrokowego pocałowałam go w żuchwę, by następnie, z rozmyślną powolnością, złożyć kolejne mokre pocałunki na jego podbródku, gardle i grdyce. Przesunęłam językiem po linii obojczyka i powróciłam do całowania go niżej, w różnych punktach jego szerokiej piersi, aż wreszcie, wciąż patrząc mu w oczy, zamknęłam usta na jego sutku i bez ostrzeżenia ugryzłam go. Zadrżał i zmusił się do połknięcia przekleństwa. Widziałam, że zagryzł mocno zęby.
Eric miał nade mną tysiąc lat seksualnego doświadczenia przewagi, ale wciąż jeszcze miałam jednego asa w rękawie, którym zamierzałam zagrać – mógł nie pamiętać czasu, który spędził ze mną, ale ja pamiętałam go znakomicie i ze szczegółami, a trzeba było wziąć pod uwagę, że nie próżnowaliśmy. Znałam każdą krzywiznę, każde załamanie niezmiennych, wyrzeźbionych mięśni na jego ciele i wiedziałam, co lubi i co jak na niego działa. Miałam świadomość dokładnie w którym miejscu i jak powinnam go dotknąć, by osiągnąć efekt, który był mi potrzebny. Podejrzewałam, że potrafię wyprowadzić go z równowagi równie skutecznie, co on mnie. Nadszedł czas, by przetestować tę teorię.
Pchnęłam go na plecy i zabrałam się do dzieła. Dotykałam go z rozmysłem, używając każdego nieczystego chwytu, jaki podsunęły mi wskazówki zawarte w moich wspomnieniach. Całkiem możliwe, że podczas jednego z pocałunków przecięłam dolną wargę o jego wydłużony kieł. Eric patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami koloru oceanu, jakby nie był pewien, czy jest bardziej zdziwiony, rozbawiony, czy pełen uznania. Na pewno był napalony. Jego wola walki zaczęła słabnąć. Wkrótce turlaliśmy się entuzjastycznie w tę i z powrotem po całym łóżku, a nasze ręce były wszędzie. Zaczęłam się domyślać, że nieprzewidzianym skutkiem realizacji mojego planu będzie to, że stałam się równie zdesperowana, żeby ostatecznie doprowadzić tę noc, do, jak to ładnie określił Eric, „szczęśliwego zakończenia", jak miałam nadzieję uczynić jego.
- Powiedz mi, Ericu – zagadnęłam sięgając pomiędzy nas i owijając dłoń wokół najbardziej niecierpliwej części jego ciała. Czy naprawdę byłam w stanie go w sobie zmieścić? Kwestia ta tak mnie zajęła, że pozwoliłam mojej ręce podjąć pewne szerzej zakrojone badania, niemal zapominając, co miałam zamiar powiedzieć. Wyrwał mnie z zamyślenia dopiero jednostajny, cichy pomruk. – Pragniesz mnie?
Eric wydał dźwięk podobny do skowytu, kiedy zdał sobie sprawę, do czego zmierzam. Uniosłam brew i zatrzymałam trzymającą go rękę, kiedy nie odpowiedział.
Proszę, proszę, nie popsuj tego teraz.
- Tak! – powiedział z rezygnacją.
Dzięki!
Gdyby spojrzenie mogło zabić, byłabym bardzo martwą Sookie. Uśmiechnęłam się złośliwe i nagrodziłam go powracając do masowania go przykładając się do tego zadania najlepiej, jak potrafiłam. Byłam wredna, ale sam sobie na to zasłużył.
- Bardzo?
- Tak, do diabła!
Za każdym razem, kiedy zadawałam pytanie, przerywałam, dopóki nie otrzymałam odpowiedzi. Oczy Erica płonęły żądzą graniczącą z obłędem. Wypchnął niecierpliwie biodra naprzód.
- Jak bardzo? – zapytałam.
- Zaraz ci pokażę, jak bardzo – powiedział i w mgnieniu oka leżałam na plecach, ale zdążyłam zacisnąć kolana, choć Bóg jeden wie, ile siły woli mnie to kosztowało.
- Nie – powiedziałam stanowczo. – Jeśli mnie chcesz, musisz się bardziej postarać.
Liczyłam na fakt, że Eric nie lubił cofać się przed wyzwaniem. Warknął i rzucił mi złe spojrzenie, ale chyba postanowił pokonać mnie moją własną bronią, bo przedrzeźniając mnie rzucił:
- Bardzo dobrze - i przez następnych kilka minut pokazywał mi dokładnie, jak bardzo potrafi się postarać i jak bardzo mnie chce.
Jednym słowem: bardzo.
To było jakieś szaleństwo. Nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego właściwie chcieliśmy sobie z Erikiem nawzajem udowodnić i dlaczego sądziliśmy, że to dobry pomysł. Jak na razie jedyne, czego dowiedliśmy niezbicie, to to, że zdecydowanie mamy na siebie ochotę i że oboje jesteśmy zbyt uparci dla własnego dobra.
- Nie starasz się – powiedziałam bez tchu.
Ryknął i przez chwilę bałam się, że przeciągnęłam strunę, bo zmiażdżył w dłoni kawałek oparcia od łóżka, ale najwyraźniej miał zamiar mi udowodnić, co tracę przez swój upór, bo zamiast rozsunąć moje uda siłą, albo mnie udusić, powrócił do dręczenia mnie, tym razem bez cienia litości. Przez moje zaciśnięte usta wymykały się co jakiś czas nieartykułowane i dość żałosne dźwięki.
- A teraz? – zapytał.
- Nie dość… się starasz – zdołałam wydusić, chociaż moja wola wisiała na włosku, mój głos brzmiał rozpaczliwie, krzyczałam do siebie w głowie, że jestem idiotką, a moje uda były całe mokre. Prawie płakałam. Poniewczasie zdałam sobie sprawę, w co się dobrowolnie wpakowałam. Być może byłam niezła w tej grze, ale Eric był... Erikiem.
- Sookie Stackhause! – krzyknął. – Jeśli w tej chwili nie rozsuniesz kolan, rozwalę cały ten hotel, albo zostawię cię tu w tym stanie!
Nie sądzę, żeby jego groźba była poważna (ta o zostawieniu mnie – co do hotelu nie byłabym taka pewna), bo miałam wątpliwości, czy byłby się w stanie jeszcze wycofać, ale sama perspektywa roztoczonej przez niego wizji wystarczyła, żebym zmieniła zdanie i uznała, że wystarczy tego dobrego.
- Okej – powiedziałam i rozłożyłam szybko nogi.
W tym samym momencie, kiedy słowo opuściło moje usta, był na mnie, a w sekundę później WE MNIE.
Przez moment zapomniałam, jak się oddycha. Eric był bardzo dobrze wyposażony.
- Tak, tak, tak, TAK! – powiedział i nie mogłam bardziej się z nim zgodzić.
Uderzyło we mnie uczucie obezwładniającej ulgi. Zdałam sobie sprawę, że schodzi za mnie napięcie, które budowało się znacznie dłużej, niż podczas naszej ekstremalnej gry wstępnej, przynajmniej od Nowego Orleanu, a być może i od momentu, kiedy Eric odzyskał pamięć i opuścił mój dom. Przez kilka sekund trwaliśmy połączeni napawając się tym wrażeniem. Wydawało się idealne.
Eric pocałował mnie i powoli wysunął się prawie do końca.
- Powinienem był zrobić to wczoraj – powiedział wracając.
Zagrzebał się we mnie głęboko, do oporu. Szybko. Jęknęłam.
Wyglądało na to, że byliśmy całkowicie pogodzeni.
- I przedwczoraj – dodał. – I dzień wcześniej.
Akcentował koniec każdego zdania pchnięciem bioder. Na każde odpowiadałam wychodząc mu na spotkanie. Głaskałam go po plecach, co było niespodziewanie łagodną pieszczotą biorąc pod uwagę siłę, z jaką się we mnie wbijał.
- Powinienem był przyjść do ciebie. I przespać się z tobą. Zaraz po powrocie z Nowego Orleanu – kontynuował bełkotliwą tyradę ani przez chwilę nie przestając się poruszać. Nigdy nie sądziłam, że usłyszę, jak Eric bełkocze, ale właśnie to robił. – I w każdą kolejną noc. Powinienem był pieprzyć się z tobą. Po balu u królowej... Powinienem był wziąć cię. Na podłodze. Kiedy rozprawiliśmy się z Peltami... I po powrocie do mieszkania Hadley... I kiedy mi powiedziałaś, co się stało kiedy... Powinienem zabrać cię do mojego biura. Po tym jak tańczyliśmy w Fangtazji... Powinienem był zostać do rana. Kiedy Pam zdjęła zaklęcie...
Powinienem był. Nigdy. Nie wypuścić cię. Po tej nocy.
- Eric – jęknęłam.
- Powinienem był porwać cię. Zamknąć w domu. Przywiązać do łóżka. Powinniśmy zrobić to w Jackson. Przed tym, jak dałem ci krew. I potem. I w trakcie.
- Eric!
- Powinienem wziąć cię na tej orgii. Na samochodzie. I kiedy ssałaś kulę.
Powinienem zabrać cię Billowi pierwszej nocy, kiedy tylko weszłaś do Fangtasii! – wykrzyczał.
Załkałam. Nie miałam pojęcia, jak Eric jest w stanie mówić pełnymi zdaniami.
- Powinienem znaleźć cię wcześniej…
- Eric, zamknij się!
I tak zrobił. Zajmując usta pocałunkami.
Wyrównał rytm. Wiedziałam, że nie wytrwam długo. Byłam cała zlana potem. Więź huczała namiętnością, pożądaniem i rozkoszą zmierzającą szybko w stronę ekstazy i czymś jeszcze, czymś głębszym, co bałam się nazwać.
- Eric – powiedziałam. – Eric.
Choćby ktoś przystawił mi pistolet do głowy, nie potrafiłabym w tej chwili wypowiedzieć innego słowa.
- Eric!
Przyspieszył. Starałam się jak najdłużej nie odwracać wzroku wiedząc, jak działa to na Erica, ale w końcu oczy zaczęły mi uciekać w tył głowy. Ostra przyjemność eksplodowała w moim podbrzuszu i rozlała się wzdłuż kręgosłupa i po całym ciele, aż po koniuszki palców, które zwinęły się gwałtownie.
- ERIC! – krzyknęłam, kiedy mój grzbiet wygiął się spazmatycznie.
To było tak, jakby wszystkie te razy, które wymienił Eric, a kiedy NIE skończyliśmy w łóżku, chociaż mieliśmy po temu okazję, skumulowały się – w ramach wynagrodzenia za brak seksu wówczas, a może na mocy jakiejś sensualnej sprawiedliwości dziejowej – w jeden porażający orgazm.
Eric zawołał coś w swoim języku i ugryzł mnie w szyję. Jego spełnienie, które przyszło chwilę po moim, było dla mnie wyczuwalne (jak wszystkie jego doznania) i nie ustępowało sile mojemu. Zawróciło mnie w połowie drogi w dół ze szczytu. Nie mogłam znieść intensywności wrażeń wzmocnionych o ten nowy bodziec i na moment straciłam wzrok i zdolność odbierania rzeczywistości. Przed jakiś czas nie wiedziałam, co się dzieje.
Przygnieciona Erikiem, wyczerpana i oszołomiona powoli odzyskiwałam przytomność. Gdy tylko powróciły mi zmysły, zdałam sobie sprawę, że coś jest cholernie nie tak.
Słyszałam jakieś niepokojące plotki o ostatniej książce. Niestety, jestem rozczarowana już od 10 tomu. Ostrzeżcie mnie, jeśli lepiej nie czytać... :(
