— To trochę dziwne widzieć, że ze wszystkich Gryfonów, wy obaj się czujecie tak dobrze w komnatach profesora Snape'a — zauważył Draco neutralnym tonem, ale Harry i tak poczuł, że jest to w pewnym stopniu oskarżenie.
Faktycznie, gdy zastanawiał się gdzie powinni porozmawiać, tylko pokoje Severusa wydały mu się bezpieczne. Wieża Gryffindoru wciąż okupowana była przez niezbyt przychylnych Ślizgonom uczniów, a nawet wyjaśnienia, że Draco wraz z pozostałymi nie są śmierciożercami na wiele by się nie zdały. Podejrzewano by podstęp, bo przedsmak tego wszystkiego mieli, gdy spotkali Hermionę i Malfoya w bibliotece. Jaką rolę jego przyjaciółka spełniała do tej pory pozostawało w tajemnicy, ale Harry podejrzewał, że to mogło mieć coś wspólnego z jej ogromnym talentem do wyszukiwania informacji.
Samo zaklęcie, którym obleczony był pergamin, było tak skomplikowane, że wątpił, iż Ślizgoni znaleźli je tak łatwo. Możliwe, że same próby stworzenia czegoś trwałego i skutecznego zajęły im parę tygodni.
— Spędziłem tutaj trochę czasu — przyznał Harry całkiem szczerze.
To nie tak w końcu, że Draco o tym nie wiedział. Malfoy musiał wcześniej go sprawdzać i jego możliwości obrony. To wyjaśniało ten dziwny atak sprzed kilku tygodni.
— Jesteś legilimentą — stwierdził Harry, przypominając sobie, co wtedy widział.
— I oklumentą — dodał Malfoy nie bez cienia dumy w głosie.
Harry nie potrafił być nawet przez to zirytowany. Obie sztuki były diabelnie trudne, jak dowiedział się na własnej skórze. I nie potrafił ich opanować nawet, gdy zależało od tego jego życie.
— Ustaliliśmy, że do rodów zostają przyjęci w pierwszej kolejności ci, którzy są najbardziej narażeni — wtrąciła Pansy.
— Nie możemy jednak przejść, dopóki każde z nas nie odbierze wszystkiego ze swoich skrytek w miejscowym oddziale Gringotta — dodał Draco. — Wszystko jest wpisane na nasze nazwiska. Gdy one się zmienią, skrytki nie będą już należeć do nas. Zostaną przeniesione do głównych krypt rodzinnych — wyjaśnił.
Harry skinął tylko głową.
— Więc Goyle? — spytał wymownie zerkając na Ślizgona.
— Gregory — przedstawił się chłopak i wziął głębszy wdech, jeszcze bardziej wydymając pulchne policzki.
— Gregory — powtórzył Harry. — Ja czy Neville? — spytał wprost i Ślizgon zerknął niepewnie na niego, a potem na Longbottoma.
— Neville — zdecydował chłopak. — Crabbe, znaczy Vincent… — zaczął i Neville skinął tylko głową, jakby rozumiał, że gdzie jeden tam i drugi.
Longbottom wyciągnął różdżkę i niepewnie spojrzał na swoją trzęsącą się dłoń.
— Co mam zrobić? — spytał Pansy, która wydawała się najbardziej zorientowana w temacie.
— Mówisz: [i] Et ego ducam te ad propinquos meos[/i], nacinając opuszek palca swojego i tej osoby, którą przyjmujesz do rodziny — zaczęła Parkinson. — Zaklęcie zacznie działać, gdy zmieszacie krew. Nie kończysz go.
— Ono ma trwać tak długo aż będziecie jednej krwi — odgadł Harry.
Faktycznie to było logiczne. Obieg krwi w organizmie też musiał oznaczać zamknięcie cyklu. Nieskończoność, o której rozmawiali z Sarlinem. Nie miał pojęcia, jak wiele czarodzieje wiedzieli o faktycznej medycynie i ludzkim organizmie, ale obiecał sobie to zbadać. Snape wydawał się mocno zainteresowany tematem, ale skoro jego ojcem był mugol, możliwe, że posiadał też szerszą wiedzę o niemagicznym świecie.
Neville przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na Gregory'ego.
— Jeśli masz wątpliwości — zaczęła Pansy.
— [i] Et ego ducam te ad propinquos meos[/i] — powiedział bardzo wyraźnie Gryfon, nacinając końcem różdżki swój palec.
Gregory wyciągnął swoją rękę i nawet nie syknął, gdy i jego opuszek zaczął krwawić. Harry doskonale widział jak otworzyło się połączenie. Krew wydawała się lśnić, chociaż światło w komnatach nie mogło powodować tego blasku.
Neville przytrzymał ich dłonie może nawet dłużej niż powinien, ale skinął głową, jakby chciał też dodać otuchy Gregory'emu.
— Witaj w rodzinie — dodał jeszcze Gryfon, chociaż to nie było konieczne.
Pansy wydawała się ukontentowana.

Ron nie mógł znieść jojczenia Pomfrey. Kobieta zaglądała do nich co pięć minut, jakby spodziewała się w każdej chwili załamania ich kondycji. Prawda była taka, że Hermiona mogła ruszać nogą już po piętnastu minutach, a on sam nie odczuwał niczego naprawdę mocno nieprzyjemnego. Ból głowy nie był tak silny, by musiał pozostać w łóżku aż do następnego dnia.
Irytowało go, że znowu jest odstawiony na boczny tor. Najwyraźniej jego przyjaciele pod jego okiem spiskowali w najlepsze ze slytherińską częścią Hogwartu i wcale mu się to nie podobało. Nie chodziło nawet o to, że to Ślizgoni; Malfoy i Snape. Problem był w tym, że Hermiona i Harry najwyraźniej nie uważali go za godnego zaufania, a to już bolało.
Mieli za sobą przecież tak wiele.
— Przepraszam — powiedział w końcu, gdy Pomfrey zniknęła w niewielkim pomieszczeniu, w którym przetrzymywała eliksiry.
Bez Snape'a, który codziennie pewnie warzył nowe dawki, zapasy zapewne miały się już niedługo skończyć. Pomfrey tylko w niego wlała cztery fiolki. Każda kolejna gorsza od poprzedniej, ale musiał przyznać, że czuł się o wiele lepiej.
— Za co? — spytała Hermiona lekko zaskoczona.
— Że uważaliście, że nie możecie ze mną porozmawiać — westchnął Ron. — Wiedziałem, że coś się dzieje, ale zawsze o wszystkim rozmawialiśmy…
— Ron — wtrąciła szybko Hermiona, ale nie pozwolił jej na więcej.
— Nie rozumiesz. Przepraszam za to wtedy w bibliotece. Po prostu byłem zaskoczony — ciągnął dalej. — Gdybyś mi to powiedziała wcześniej… Nie byłbym jakoś mega zadowolony, ale…
— Nie chodzę z Draco — przerwała mu z lekkim uśmiechem.
— Co? — zdziwił się.
— Nie chodzę z Draco. Powiedziałam tak, bo on coś wtedy zakpił. Pomagałam mu przy wyszukiwaniu zaklęć ochronnych — wyjaśniła Hermiona. — Obiecałam trzymać to w tajemnicy, dlatego nie powiedziałam niczego tobie i Harry'emu. Ślizgoni mieli zniknąć z Hogwartu. Gdzieś się ukryć. Nie stanowiliby problemu podczas wojny.
Ron zamrugał, nie bardzo rozumiejąc.
— Nie chodzisz z Draco, ale powiedziałaś aurorom… — zaczął ponownie.
— Żeby się od niego odczepili. Ślizgoni naprawdę nie są źli, Ron. Powtarzałam wam to bardzo długo i dalej jestem tego samego zdania. A Draco wyrósł, a raczej dorósł do tego, aby mieć własne zdanie — ciągnęła dalej Gryfonka. — Ty też powtarzasz różne rzeczy po rodzicach. To całkiem normalne, gdy jesteś dzieckiem i nie wiesz czegoś. Czegoś nie znasz…
Ron doskonale zdawał sobie sprawę o czym mówiła Hermiona. Draco tak naprawdę dopiekł jej tylko raz. Słowo [b]szlama[/b] wciąż jednak odbijało się w jego głowie, ale nie słyszał już głosu Malfoya, ale właśnie Hermiony.
— Dlatego powiedziałaś aurorom…
— Są dupkami. A Ślizgonów naprawdę wiele kosztowała zdrada rodzin. Powinniśmy być pod wrażeniem, a nie utrudniać im życie i dodatkowo ich obrażać. Oni wiedzą, co robią ich rodziny. Myślisz, że łatwo im z tym żyć? — spytała retorycznie jego przyjaciółka. — Bellatrix to kuzynka Syriusza w prostej linii. Czy myślisz, że Syriuszowi jest łatwo?
Ron przełknął ślinę na samą myśl o Blacku. Bellatrix była też ciotką Tonks. Posiadanie rodziny nigdy nie było łatwe. Sam w końcu był bratem Percy'ego i chociaż on akurat nie współpracował z Voldemortem, jednak był tak zaślepiony ministerstwem, że też był powodem do wstydu całej rodziny.
— Harry miał koszmary — podjęła Hermiona.
— Mówił, że już nie ma — wtrącił Ron, przypominając sobie, że jego przyjaciel jakiś czas wcześniej rzucał czary wyciszające na swoje łóżko.
— Miał koszmary i ma dalej. Ukrywał je, ale robiło się coraz gorzej — ciągnęła dalej jego przyjaciółka. — Draco powiedział mi, że Snape rzucił na nas skomplikowany czar, żebyśmy o tym zapomnieli. Chciał chronić Harry'ego, żeby ta informacja nie przedostała się do Voldemorta. Jak bardzo słaby był w tym czasie Harry. Nie mogliśmy nic zrobić, więc się nawet nie obwiniaj — dodała, ale to naprawdę było za wiele dla Rona.
— Gdyby mi powiedział…
— Myślę, że tu nie chodzi o zaufanie, Ron — westchnęła Hermiona. — On w tych koszmarach widział jak Voldemort zabijał. Przez to połączenie czuł wszystko i myślę, że nie potrafilibyśmy tego zrozumieć. Dalej nie rozumiem do końca przez co przeszedł. Snape natomiast… Snape zabijał i był blisko Voldemorta, więc musiał przynajmniej wiedzieć co dzieje się na tych cholernych zebraniach…
— Dalej jakoś nie potrafię zro… — zaczął niepewnie.
— Tutaj nie ma nic do rozumienia. Na razie nie odzyskamy wspomnień. To trochę zbyt niebezpieczne, żebyśmy wyzbywali się tego zaklęcia. W Gryffindorze też mogą być szpiedzy Voldemorta — powiedziała Hermiona i Ron nie mógł się powstrzymać przed prychnięciem. — Potterowie też pewnie nie wierzyli w to, że Pettigrew ich zdradzi — przypomniała mu sucho.

Było już całkiem ciemno, gdy Sarlin wrócił z Blaisem do komnat Severusa. Zabini trzymał w dłoniach niewielką szkatułkę z czymś, co wyglądało jak biżuteria. Pansy włożyła wszystko do swojej torebki bez dna i podwinęła nogi, siadając na kanapie. Draco przyprowadził z dormitorium kilku uczniów pod pozorem wywołania ich przez jednego z profesorów. Jako prefekt miał prawo do wychodzenia z siedzib Domów nawet w czasie alarmów. I naprawdę Harry żałował, że Hermiona musiała zostać w skrzydle szpitalnym. Ona na pewno wiedziałaby co zrobić.
Tymczasem obaj z Nevillem naprawdę nie czuli się zbyt dobrze. Harry sam miał nacięte już większość palców i na razie nie zasklepiał ran. Czuł jak magia wypływa z niego za każdym razem, gdy przyjmował kogoś do rodu. Bardzo poważnie wątpił, by Potterowie kiedykolwiek mieli tak wielu 'kuzynów' jak nazywał ich Sarlin, ale nie obchodziło go to.
— Już wszyscy byli w Hogsmeade? — spytał ciekawie.
Sarlin wzruszył ramionami, jakby go to nie bardzo obchodziło. Owinął się tylko mocniej szlafrokiem i Harry zwalczył w sobie chęć powiedzenia wampirowi kilku nieprzyjemnych słów. Nagle wiedział, jak czuł się Snape, gdy przedstawiał ludziom Sarlina. Wampira nie interesowało, jakie wrażenie robi na ludziach, ale najwyraźniej cała reszta świata patrzyła na Sarlina, a potem wyrabiała sobie też opinię o jego znajomych. Czyli w tym przypadku o Harrym.
Ta wcześniejsza sytuacja z karmieniem już wprawiła Ślizgonów w osłupienie. Neville niczego nie skomentował, ale chłopak zawsze bardzo wiele zostawiał dla siebie. Nie znaczy, że nie myślach po cichu. A Harry nie chciał, żeby ktokolwiek wyobrażał sobie cokolwiek o nim i Sarlinie.
Wampir potrafił być ujmujący, ale nie aż do tego stopnia.
— Mógłbym zabrać cię na zakupy — zaproponował Harry trochę wbrew sobie.
— Przestałem ci się podobać w tym ubraniu? — zakpił Sarlin.
Harry na końcu języka miał ripostę, ale wampir wyciągnął z kieszeni szlafroka niewielką paczuszkę.
— Zdążyłem zrobić zakupy — powiedział Sarlin.
— To dlaczego niczego nie ubrałeś? — spytał Harry.
Sarlin przewrócił oczami.
— Nie lubię ubrań. Nie przepadam za butami. W miejscach, w których czuję się bezpiecznie, chodzę nago. Severus tego nienawidzi — westchnął teatralnie.
Draco prychnął.
— Ciekawe dlaczego — sarknął Ślizgon.
Sarlin niemal od razu rzucił mu jedno ze swoich lodowatych spojrzeń, które nie wróżyły nic dobrego.
— Możliwe, że powodem tego jest, że wyglądam na szesnastolatka, ale żaden szanujący się profesor nie chciałby, aby nagi chłopak odpowiadający wiekiem jego podopiecznym został znaleziony w jego komnatach — rzucił wampir, uśmiechając się wrednie. — Albo dlatego, że gdy pan Potter pierwszy raz przez przypadek zobaczył jak się pożywiam na Severusie, wyciągnął całkiem błędne wnioski — dodał i Harry poczuł, jak rumieniec zaczyna pojawiać się na jego twarzy. — Widzieliście jak to wygląda z boku — ciągnął dalej nieubłaganie Sarlin. — Nasz drogi Harry założył, że Severus utrzymuje stosunki seksualne z pewnym blondynem ze Slytherinu — wyjaśnił usatysfakcjonowany tym, że Draco wyglądał na przerażonego.
Blaise jako jedyny natomiast wydawał się rozbawiony.
— Kto teraz? — spytał Harry szybko, starając się zmienić temat na bezpieczniejszy.
Sugestywnie spojrzał na pergamin, na którym już kilka nazwisk magicznie zmieniło się na Potter i Longbottom. Wstał trochę chwiejnie i wyciągnął różdżkę z rękawa, aby dać znać, że jest w pełnej gotowości do rzucania kolejnego zaklęcia.
— Jeśli nie jesteś na siłach — podjął Draco.
— Ja czy Neville? — spytał wprost, ignorując słowa Ślizgona.
Nie mieli czasu na pogaduszki, bo lista wcale nie wyglądała na krótszą niż przed kilkoma godzinami. Pansy musiała dodać zresztą dodatkowe słowa do przysięgi milczenia na pergaminie, aby nikt nie dowiedział się, że tymczasowo okupują komnaty Mistrza Eliksirów.
W zasadzie niczego nie dotknęli, ale jakoś poważnie wątpił w to, że Severus będzie zadowolony z tabunów uczniów, którzy skakali po jego kanapie. Jak do tej pory znosił Harry'ego, ale on w zasadzie starał się nawet oddychać ostrożnie w prywatnych pokojach Snape'a.
— Gdyby ktoś mi powiedział, nie uwierzyłbym, że zostanę dobrowolnie Potterem — westchnął Draco, wcale go nie zaskakując.
— [i] Et ego ducam te ad propinquos meos[/i] — powiedział Harry, otwierając jedno z nacięć na lewej ręce.
Sarlin przewrócił oczami na to marnotrawstwo krwi. Początkowo obawiali się tego, jak wampir zareaguje, ale Sarlin nie był wcale mniej sarkastyczny jak zwykle. Najwyraźniej i szał krwi był plotką, która dotyczyła jego gatunku. Chociaż Harry wątpił, by grupę stanowiącą jedną osobę można było tak szumnie nazywać.
Czuł jak jego magia przenika Draco i to było właśnie to. Nie tyle łaskotanie co mrowienie. Czysta świadomość tego, że faktycznie się łączą. I faktyczni będzie miał nad nimi moc. I może właśnie tego Ślizgoni bali się najbardziej. Gdyby ktokolwiek zaproponował im przejście do swojego rodu i chciałby się w ten sposób zemścić, to byłoby jak ucieczka z deszczu pod rynnę. Neville jednak wydawał się bardzo spokojnie przyjmować całą sytuację. Jakby naturalną koleją rzeczy była aż tak dogłębna zmiana frontu.
Może przed laty właśnie w ten sposób rozgrywano wojny. Może tak je kończono.
Spojrzał mimowolnie na Sarlina, który obserwował każdy jego ruch.
— Mój ojciec zastosował na mnie magię krwi — potwierdził wampir, czytając mu myślach. — Wiesz zatem już jak potężna jest — dodał Sarlin.
Harry puścił dłoń Draco i chociaż już się nie dotykali, wciąż czuł to dziwne połączenie.
— Witaj w rodzinie — powiedział po prostu powtarzając słowa Neville'a.