Shanica: Wydarzenia będą ciekawe, to na pewno. Cieszę się, że Ci się podoba i jestem ciekawa co powiesz po tym 😊
Syriusz czekał cierpliwie. Cóż, na tyle cierpliwie na ile było to możliwe w wykonaniu zwykle bardzo niecierpliwego mężczyzny. Spojrzał na balansujący na półce zegar. Jak mogła być dopiero jedenasta trzydzieści? Kiedy ostatnio sprawdzał dobiegała jedenasta trzydzieści, a od tego momentu musiało minąć przynajmniej piętnaście minut. Właśnie dlatego Syriusz nienawidził bycia zorganizowanym. Gdyby sam miał się szykować do wyjścia, biegałby szaleńczo po mieszkaniu, próbując znaleźć wszystko czego potrzebował, a nie siedział i się nudził. Ale nie... Został zhermionowany.
Jego torba była spakowana, a lista zgromadzonych w niej rzeczy została dwukrotnie sprawdzona. Syriusz już jadł i umył zęby, chociaż właśnie pozbywał się miętowej świeżości, buntowniczo paląc papierosa. To była prawdopodobnie najważniejsza noc jego życia i świetnie zdawał sobie z tego sprawę, ale to nie zmieniło faktu, że czuł się jak zwyczajny pantoflarz. Hermiona dała mu nawet mapę kieszeni. Nie taką, którą trzyma się w kieszeni, taką mógł mieć każdy. Jednakże tylko Hermiona potrafiła narysować mapę kieszeni, w których miał pochować rzeczy. Różdżka: w kieszeni wewnętrznej. Scyzoryk: dziwna kieszeń na kolanie, w którą wyposażone były mugolskie spodnie do chodzenia po górach. Miał je na sobie, bo tak kazała mu Hermiona. Lina i gwoździe: inna kieszeń na kolanie. Talia kart (w razie, gdyby byli zbyt organizowani i mieli za dużo czasu - bardzo prawdopodobne biorąc pod uwagę sytuację z mapą): kieszeń kurtki. Zbiór produktów z Magicznych Dowcipów Weasleyów spakowany ciasno i zmniejszony, po co nie miał pewności: inna kieszeń kurtki.
Czuł się jak wielbłąd, ale chyba lepiej było się przygotować. Chociaż nie miał pojęcia do czego mogli potrzebować gwoździ i mógł tylko zakładać, że ktoś inny miał na liście młotek. Nie zamierzał jednak pytać. Nauczył się nie kwestionować Hermiony, kiedy zajmowała się pakowaniem. Jej wściekłe spojrzenie zaczynało przypominać to Lily. Znów spojrzał na zegar. „Serio?! Tylko trzy minuty? Może zegar się popsuł", pomyślał.
Dwanaście dni wcześniej, po rozmowie z Jamesem i Peterem, wrócił do mieszkania w panice. W głowie miał bałagan, bo cały czas próbował zrozumieć co zrobił nie tak, sprawiając tym samym, że Peter stał się odważny. Dotarł tak daleko w swoim ciągu teorii tego jak nawet najmniejsze czyny mają ogromny wpływ na wydarzenia, że kiedy Hermiona go wpuściła, w pierwszej kolejności wyrzucił z siebie:
- Pieprzone kiełbaski!
Hermiona, która oczywiście zaniepokoiła się o jego zdrowie psychiczne, poprowadziła go do kanapy i posłała mu spojrzenie, które jasno dawało znać „Zacznij wyjaśniać, głupku."
Syriusz, który tkwił w przeświadczeniu, że zmienił przyszłość umiejętnością gotowania kiełbasek na obiad, na który w innych okolicznościach z pewnością zjedliby z Jamesem kanapki, powiedział:
- Kiełbaski sprawiły, że Peter jest dzielny. Trzeba było poprzestać na kanapkach.
Po wielu niecierpliwych pytaniach na temat wieczoru i tego co do diabła sprawiło, że uznał kiełbaski i rozbite ziemniaki za znaczące, Hermionie udało się przywrócić mu zdrowie psychiczne poprzez wskazanie, że Peter pewnie nigdy nie zamierzał zdradzić Potterów, ale prawdopodobnie przehandlował tę informacje za bezpieczeństwo. To właśnie ono było kluczem, a zaklęcie Fideliusa by mu je zapewniło, więc oczywiście, że się zgodził, a umiejętności kulinarne Syriusza nie miały z tym nic wspólnego. Syriusz wiedział, że miała rację, ale to nie załatwiało problemu. Chociaż myśl, że pragnął by Peter zdradził Jamesa sprawiła, że robiło mu się niedobrze, to tego właśnie potrzebowali i jak pomyślał sobie Syriusz tamtego niedzielnego wieczora, tak nie powinno być.
Na szczęście, jak się okazało tak właśnie być powinno. To znaczy krótkotrwały wybuch Peterowej odwagi. Jego determinacja by chronić Potterów była prawdziwa, ale wywołana przez obietnicę bezpieczeństwa (a nie zmianę linii czasu kiełbaskami), więc nie potrwała długo. Zniszczył ją kompletny brak umiejętności w zakresie zaklęć jaką wykazywał Peter i niemożliwe skomplikowanie Fideliusa. Kiedy James obiecywał ukryć Petera żaden z nich nie wiedział, że zaklęcie musi rzucić osoba potrzebująca ochrony. Przez ostatnie dwa tygodnie Lily bezskutecznie próbowała nauczyć Petera zaklęcia. Do wczoraj, kiedy zainteresowany nie pojawił się na popołudniowej lekcji. Bez kontekstu pewnie by ich to zmartwiło, ale Syriusz nie mógł powstrzymać ulgi. Tak to musiało przebiec poprzednim razem: James zaoferował ochronę, Peter próbował nauczyć się zaklęcia, ale nie dał rady i skończył zdradzając przyjaciół, by uratować siebie.
James skontaktował się z Syriuszem przed lusterko dwukierunkowe, by spytać, czy ten nie widział Petera, który nie podał Potterom powodu swojej nieobecności. Syriusz odegrał zmartwionego przyjaciela i wyszedł z mieszkania pod postacią psa, by sprawdzić co u szczura. Kiedy w czwartkowy wieczór przybył do domu w Północnym Kesteven, pani Pettigrew właśnie wychodziła. Jeszcze kilka minut i by się z nią minął. Powiedziała, że jej syna nie ma. Kilku przyjaciół odwiedziło go rano, a on z nimi wyszedł. I czy to nie urocze, że zaproponował by spędziła noc u sąsiadów zamiast pozostawać w domu samotnie? Mężczyzna, którego opisała mógł być jedynie Antoninem Dolohovem.
Syriusz poczuł delikatne ukłucie żalu, że Peter szczerze próbował pozostać lojalnym wobec szkolnych przyjaciół. Nie poszedł do Voldemorta z informacjami by zyskać jego przychylność, jak sądziła Hermiona, ale zmuszono go do zdrady. Pozostawał jednak fakt, że gdyby za pierwszym razem to Syriusz był Strażnikiem Potterów i by go złapano, żadne tortury nie wyciągnęłyby z niego adresu w Dolinie Godryka. Bez wątpienia zginąłby za to, ale to mu nie przeszkadzało Strażnik musiał być przygotowany na śmierć, by zapewnić Lily i Jamesowi bezpieczeństwo.
Syriusz przerwał kontemplowanie rzeczy, które mogłyby się zdarzyć, gdyby w oryginalnym czasie nie zaproponował blefu. Było to coś na co nie wpadł aż do teraz. Coś deprymującego i niepomocnego, a przez następne dwadzieścia cztery godziny niepotrzebne mu były deprymujące i niepomocne myśli. Unikając zegara i kuriozalnie wolno płynącego czasu, rozejrzał się po salonie: sterta śmieci, którą Hermiona umieściła w kącie podczas początkowego napadu sprzątania dalej tam leżała. Syriusz uśmiechnął się myśląc, że nie mieli czasu na sprzątanie, choć ostatnie dwa tygodnie spędzili w domu. Lily miała rację, nie nudzili się w ukryciu. Wiedział, że Hermiona tak jak i on używa fizycznego aspektu ich związku by zapomnieć, albo przynajmniej zająć się czymś innym w obliczu tego znacznie mniej pewnego emocjonalnego aspektu.
Dalej nie mieli rozwiązania (cóż, nie ostatecznego). Remus pracował z Frederiką nad tożsamością dla Hermiony i chociaż Lady Fehr wydawała się chętna do pomocy to pojawił się problem w postaci Faustusa i jego syna Falco. Żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z wkładu Frederiki w zniszczenie Voldemorta, a ona chciała mieć gotowy i niezawodny plan, który mogłaby im zaprezentować. Nie była pewna, czy da radę przekonać swoją rodzinę takim, który na tym etapie mógłby nawet nie zadziałać. Syriusz, chociaż niechętny by przyznać to nawet przed sobą, powoli godził się z myślą, że będzie musiał pożegnać się z Hermioną.
Dlatego zamierzał spróbować cieszyć się czasem jaki im pozostał na tyle na ile to możliwe. Dwadzieścia lat to długi okres abstynencji i naprawdę nie miał pewności czy wytrzyma. Czy zdrada się liczy, jeśli dziewczyna, której pragniesz jeszcze cię nie poznała? Czy może jeszcze gorzej niż zdradzić jest myśleć o dziewczynie, która obecnie jest zaledwie dzieckiem? Chodziło jednak o to, że zamierzał spróbować. Dla Hermiony miało minąć tylko kilka minut, więc jej uczucia się nie zmienią. Syriusz martwił się jednak swoimi. Nie tym, że przestanie za nią tęsknić, czy spróbuje ją zastąpić, ale że te małe irytujące rzeczy (jak mapa kieszeni) zaczną zacierać mu się w pamięci i w głowie zbuduje sobie z niej kobietę idealną, a potem nie będzie mógł się przystosować. Ale na razie, przynajmniej przez następny dzień, będzie sobie mówił, że Hermiona zostanie, że Lady Fehr wszystko załatwi i będzie dobrze.
„Będzie dobrze", powtórzył sobie, pomijając kolejną przeszkodę, związaną z problemem, który prawie wypadł mu z głowy, mugolami mającymi Hermionę za rosyjskiego szpiega. Moody twierdził, że nad tym pracuje, więc Syriusz pozwolił sobie zapomnieć o tym niepokoju, pośród wielu innych. Potem, w poniedziałkowy poranek po Jamesowych poszukiwaniach Strażnika Tajemnicy, zmartwienia powróciły ze zdwojoną siłą.
Chociaż Moody już wcześniej wiedział o konieczności odejścia Syriusza z pracy i dlaczego takowa istniała, Syriusz nie spodziewał się, że rozmowa pójdzie gładko. Właściwie to zamierzali zrobić scenę, by upewnić się, że wieść o tych wydarzeniach dotrze do Voldemorta. Nie musieli, bo Voldemort wiedział, że to nie Syriusz został Strażnikiem (albo miał się wkrótce dowiedzieć), ale tak brzmiał plan Jamesa. Nawet Hermiona zakładała, że Riddle uznał, że Syriusz i Potterowie myślą, że wyprzedzają go o krok swoim blefem i dlatego poczeka i zadziała dopiero w historycznie ważną Noc Duchów...
- Zamknij drzwi, Black. - warknął Moody, kiedy Syriusz wszedł do jego gabinetu w poniedziałkowy poranek.
- Zrobię to, kiedy przez nie przejdę. - odparł bezceremonialnie Syriusz. Chociaż czekała go nieprzyjemna scena opuszczenia Ministerstwa, nie mógł się już doczekać wakacji.
- Bezczelny dzisiaj jesteś, co? - spytał z rezygnacją stary auror, nie podnosząc wzroku znad zwitków pergaminu na swoim biurku.
Syriusz zamknął drzwi.
- Wiesz, dlaczego przyszedłem. - oznajmił radośnie, ciesząc się myślą o dwunastu dniach całkowitej wolności od walenia laską, siedzenia nad mapami i innymi generalnie bezużytecznymi rzeczami. - Wczoraj rzucili zaklęcie. Musi wyglądać jakbym szykował się do ukrywania.
Moody posłał mu wrogie spojrzenie. Nie nosił już przepaski i Syriusz prawie za nią zatęsknił, bo wolał powstrzymywać śmiech na widok absurdalnie pirackiego wyglądu szefa, niż radzić sobie z mdłościami na widok pustego oczodołu i przykrywającej go luźnej powieki.
- Więc myślisz, że teraz możesz mówić co ci się podoba, hmm? - Moody na powrót przeniósł uwagę na papiery przed sobą.
- Cóż Moody - odparł Syriusz serdecznie, opadając na krzesło naprzeciwko swojego szefa i uśmiechając się szeroko. – Muszę pozostawić ci dość wspomnień, żeby starczyło aż wrócę po Nocy Duchów. Wiem, że będziesz tęsknić.
- Rozumiem. - mruknął Moody. - To twój sposób na przypomnienie mi jak bardzo jestem wdzięczny za to, że przez najbliższe dwa tygodnie nie zobaczę twojej lizusowskiej gęby, prawda? - spojrzał w górę i powiedział poważnie. - Jak miło z twojej strony.
- Drobnostka, staruszku. - odparł uprzejmie Syriusz, pasującym tonem.
- No tak, cóż, za minutę zaczniemy przedstawienie. - burknął Moody. - Ale najpierw chciałem porozmawiać z tobą o dziewczynie.
Syriusza natychmiast opuściło rozbawienie po przepychance słownej. Kiedy Moody spojrzał na niego z ponurą miną, młody mężczyzna zaczął coraz bardziej się denerwować. Nie miał pojęcia czy wieści będą dobry czy wręcz przeciwnie.
- Obawiam się, że w sprawie mugoli natknąłem się na przeszkodę nie do przejścia. – ciągnął Moody. - Jeśli wy troje nic nie wymyśliliście to lepiej, żeby zmyła się stąd tak szybko jak się tylko da. Będziemy mieć wszyscy przerąbane, jeśli wyda się co tu narobiliśmy. Macie jakieś plany?
„Czyli straszne wieści" pomyślał Syriusz.
- Nie. - mruknął ponuro. - Nic.
Z jakiegoś powodu Remus naciskał, by zachowali rozmowy z Frederiką dla siebie. Szwajcarka nie dała im jeszcze ostatecznej odpowiedzi, a na tym etapie Syriusz myślał jeszcze, że może być różnie. Właściwie to w niej pokładał nadzieję, bo jeśli odmówi to jedynym wyjściem będzie, by Hermiona powiedziała Ministerstwu co się stało podczas upadku Voldemorta i modliła się, że zignorują jej przestępstwa. „Cel uświęca środki" powiedziała i podobno jej Dumbledore wielokrotnie zagrywał tą kartą w potyczkach z Ministerstwem. Osobiście Syriusz uważał to za durny pomysł, głównie dlatego, że jeśli nie wypali to nie będzie miejsca na plan B.
Moody patrzył na niego przez jakiś czas, a potem spytał:
- I nie znikniesz z nią, żeby nie mogła odejść?
- Nie. – Syriusz już na samym początku doszedł do wniosku, że jakikolwiek plan, który zakładał zniknięcie z oczu brytyjskiego organu sprawiedliwości nie pasował Hermionie.
Moody przytaknął krótko.
- Poradzisz sobie, Black. - odezwał się dziwnym tonem, w którym Syriusz ze zdumieniem dostrzegł gderliwe współczucie. - Masa ryb w morzu i w ogóle.
Syriusz spojrzał na niego, odrobinę zszokowany.
- Um... dziękuję, um...
Moody przerwał mu, warcząc:
- Na gacie Merlina, chłopcze nie czyń tego jeszcze bardziej niezręcznym niż już jest. - drgnął z zakłopotaniem. - Do rzeczy, zobaczymy się w Dolinie Godryka po sprawie. Zanim ktokolwiek inny się pojawi będziemy musieli wszystko pokończyć, więc masz mi przysłać patronusa, kiedy tylko dotrzecie na miejsce.
- Okej. - odparł Syriusz. Maglowali to już w zeszłym tygodniu, ale obecnie nie był w nastroju na jęczenia na Moody'ego za jego ciągłe powtarzanie planu. Frederika da im znać, pomyślał sobie, a Hermiona posiedzi trochę w ukryciu aż on znajdzie sposób na pozbycie się problemu z tajnymi agentami. Ukrywanie się przed mugolami było w porównaniu z całą resztą bułką z masłem.
- Gotowy? - spytał Moody, układając zwoje na biurku w stertę i pozbywając się ich machnięciem różdżki.
- Ta, od miesięcy jesteśmy gotowi, nie? - mruknął Syriusz, któremu nie podobało się przypomnienie, że od dawna wiedział, że ona odejdzie. - O to właśnie chodzi.
- Nie. - powiedział Moody wstając z krzesła i ujmując laskę. - Chodziło mi o to czy jesteś gotowy na nasze przedstawienie?
Syriusz nie potrafił pozbyć się strachu, który zagnieździł u się w żołądku na widok entuzjazmu na starej twarzy. Nie zapowiadało się dobrze.
- Stale nazywasz to przedstawieniem. Czy to znaczy, że będziesz tylko udawał, że mnie bijesz? - spytał z nadzieją, skinąwszy głową w stronę laski starego aurora.
- Black - powiedział Moody z nienaturalnym uśmiechem. - musimy się upewnić, że będzie realistycznie. Voldemort nie może się niczego domyślić.
Eksperymentalnie kilka razy uderzył laską w blat biurka, szykując się do akcji. Syriusz westchnął i wstał.
- To co mam robić? - spytał, z rezygnacją myśląc o nadchodzącym szturchaniu.
- Idź tam. - poinstruował Moody, wskazując laską otwartą przestrzeń. - I zabierz swoje rzeczy z biurka, a kiedy będziesz to robił ja się pobawię. Pamiętaj tylko, że tylko połowę mówię poważnie.
Syriusz nie potrafił znieść wspomnienia kolejnych momentów. Niezwykle pomysłowe obelgi niosły się echem po przestrzeni biurowej, głowy wszystkich aurorów to pojawiały się to znikały nad ściankami, kiedy próbowali lepiej dojrzeć upokorzenie Syriusza, jednocześnie nie znajdując się na widoku Moody'ego. Ale Moody był zbyt zajęty szturchaniem Syriusza laską, podczas gdy młodszy auror zabierał swoje rzeczy i szedł do windy, by zauważyć podglądaczy. Syriusz pomyślał, że nawet jeśli szef miał na poważnie wypowiadał choć połowę zniewag jakimi go obrzucał to i tak powinien się obrazić. Na przykład bycie nazwanym tchórzliwym gamoniem z budyniem zamiast mózgu było już wystarczająco okropne, ale żeby za tym stwierdzeniem nastąpiła sugestia, że samolubny dupek z niego i nie potrafiłby pokonać kuguchara po amputacji, bolała pokaźne ego młodego Blacka.
Syriusz znów spojrzał na zegar. Zostało dwadzieścia minut. Słyszał jak Hermiona przeklina w łazience. „Pewnie próbuje ujarzmić włosy" uśmiechnął się do siebie. Czekając, nerwowo uderzał dłońmi o kolana, a jego myśli powracały do reszty pierwszego dnia na urlopie, który znacznie się poprawił po tym wysoce publicznym zażenowaniu.
Z Ministerstwa Syriusz udał się prosto na Grimmauld Place, by wyjaśnić dziadkowi, dlaczego nie będzie się z nim kontaktował aż do Nocy Duchów. Odkąd podpisał antykłamliwy kontrakt (który z pewnością odbierze mu wszystko co miał) dziadek traktował go jak kiedyś, wierząc, że Syriusz nigdy nie zgodziłby się na jego warunki, gdyby kłamał. Syriusz był trochę zawiedzony, bo Pollux założył, że albo dobytek i złoto tyle dla niego znaczyły, albo sprawa znaczyła tak mało, ale jak na razie mu to pasowało, więc zamierzał to wykorzystać.
Syriusz wszedł do biblioteki i znalazł swojego dziadka pochylonego nad księgami rachunkowymi. Był przecież poniedziałkowy poranek i starszy Black wkrótce wybierał się do banku.
- Syriuszu - odezwał się Pollux, spoglądając na niego znad swoich papierów z niepokojem. - co tu robisz w środku dnia?
- Tymczasowo odszedłem z pracy. - wyjaśnił Syriusz, zajmując miejsce przy biurku. - To element naszego planu.
Pollux wysoko uniósł brwi.
- Tego planu, którego kulminacja będzie miała miejsce za dwa tygodnie?
Syriusz przytaknął.
- Tak, Dziadku, aż do wtedy nie będę mógł was odwiedzić, więc chciałem osobiście cię poinformować. Zastałem Matkę? Jej też muszę powiedzieć.
- Nie. - powiedział Pollux. - Poszła z wizytą do Narcyzy. Jeśli chcesz przekażę jej wiadomość. Czy mam jej powiedzieć, że wybrałeś się z Hermioną na wakacje? Czy może wolałbyś, bym unikał szczegółów?
Syriusza zdziwiło, że Pollux tak chętnie zaproponował kłamstwo.
- Um... bez szczegółów, jeśli można, ale nie wspominaj, że to tylko dwa tygodnie. Skontaktuję się z wami przy najbliższej sposobności.
- Dobrze. - Pollux przytaknął. - Dołączysz do mnie dziś w Gringotcie? - spytał, zamykając księgę i odkładając pióro do kałamarza.
Syriusz potrząsnął głową.
- Nie, wybacz, do końca misji musze trzymać się z daleka od dużych skupisk ludzi.
Pollux zmarszczył brwi i spytał:
- Jesteś w niebezpieczeństwie?
- Tak - Syriusz wzruszył ramionami. - ale nie bardziej niż zwykle. Ostatnimi czasy wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.
- Też prawda. - westchnął Pollux. - Gdzie jest Hermiona? Bezpieczna?
- Tak, jest u mnie w mieszkaniu. Dziadku, muszę cię spytać, jeśli chodzi o kontrakt...
- Będzie nieważny, kiedy tylko zobaczę dowód na twoją historię. - stanowczo przerwał mu Pollux.
- Tak, wiem. - zapewnił pospiesznie Syriusz. - Ale to na później. Chodzi o to, że Hermiona i ja musimy bezpiecznie się schować. Istnieje spora szansa, że Voldemort będzie mnie szukał, a kontrakt to jedno z niewielu miejsc, gdzie można znaleźć mój adres. Chciałem się tylko upewnić, że tylko ty masz kopię.
- Tak, tylko ja. - powtórzył Pollux z zaniepokojeniem. - Dlaczego Czarny Pan tym razem cię szuka?
- To punkt naszego planu, Dziadku. Nie mogę ci powiedzieć nic więcej.
Pollux wstał z krzesła, przeciągnął zastałe mięśnie i posłał Syriuszowi odrobinę wyzywające spojrzenie.
- Szachy, mój chłopcze? Jeśli nie zobaczę cię przez dwa tygodnie to chciałbym odesłać cię z ostatnią przegraną na koncie.
Syriusz wywrócił oczami i przeniósł się do szachownicy, a czarne figury natychmiast zaczęły się skarżyć.
- Nie mogę się doczekać opowiedzenia ci pełnej wersji wydarzeń, Dziadku. Spodoba ci się, pełno tam ślizgońskich podstępów. Będziesz dumny.
- Ach - westchnął Pollux. - ale my ty używamy podstępów tylko dla własnego zysku.
- Czuje się jakbym już to kiedyś mówił, ale czy śmierć Voldemorta to nie coś na czym zyskamy? Wszyscy? - Syriusz szturchnął różdżką czarne pionki, by je uciszyć. Miał już dość bycia obrażanym jak na jeden dzień.
- Można by się kłócić, że bez silnego przywództwa poplecznicy Czarnego Pana staną się jeszcze bardziej niebezpieczni. - Pollux zasiadł w skórzanym fotelu najbliżej marmurowych figur i sięgnął po karafkę, stojącą na srebrnej tacy umieszczonej na krawędzi biurka. Potem spojrzał na ogromny zegar przy drzwiach, westchnął i odstawił whisky z powrotem na tacę. Syriusz zaśmiał się, a Pollux na niego zerknął. - Czasami mam wrażenie, że drugie śniadanie nigdy nie nadejdzie. - mruknął smutno, a potem powrócił do wcześniejszego problemu. - Macie plany awaryjne, by znaleźć i aresztować Śmierciożerców?
- Pracuję nad takim z Alastorem Moodym. - oznajmił Syriusz. Oczywiście nic takiego nie robił, ale przecież nie mógł powiedzieć „Hermiona ma listę miejsc, w których ich pojmano po upadku Voldemorta poprzednim razem, bo jest z przyszłości, więc nic się nie martw, Dziadziu."
Pollux rozejrzał się po szachownicy przed sobą. Białe figury prężyły się dumnie pod jego spojrzeniem, licząc, że wkrótce dany im będzie zaszczyt pierwszego ataku. Szturchnął pionka do przodu i spytał:
- Jak się z nim pracuje, z tym Alastorem Moodym? Słyszałem od Reginalda Gampa, że doznał kolejnej rany. Tym razem oka.
- Tak. - odparł Syriusz z roztargnieniem, bo i on skupił się na tworzeniu planu bitwy. Czarne figury nie stały wysokie i dumne jak te jego dziadka, ale próbowały nie zwracać na siebie uwagi w nadziei, że nie zostaną poświęcone w pierwszej kolejności. Syriusz wysłał pionek na ziemię niczyją, a potem spojrzał na Polluxa. - Byłem tam, kiedy to się stało. Katastrofa, a nie misja, ale Moody stał tam sobie spokojny jak nigdy, wydając rozkazy z półmetrowym kawałkiem drewna wystającym z twarzy. Wszędzie lała się wydzielina, cholernie odrażające.
Zadrżał, a Pollux z odrazą zmarszczył nos.
- Dziękuję ci za obraz mentalny, ale mogłem żyć bez niego. - powiedział, wysyłając swojego wolnego i teraz złego gońca na pole bitwy. - Pan Moody to silna osobowość w Ministerstwie. Czy myślisz, że jego pozycja zmieni się po śmierci Voldemorta?
- Co masz na myśli? - spytał Syriusz, kiedy jego wyciszony, samotny pionek spojrzał na niego z szachownicy, a potem znów na gońca, który stanął zaledwie trzy miejsca po przekątnej od niego, złowieszczo skupiony na zirytowanym białym żołnierzem. Syriusz ulitował się nad nim i przesunął go o pole do przodu, w bezpieczne miejsce.
- Cóż, jest wielu wysoko postawionych oficjeli, który popierają Czarnego Pana. Zakładam, że od listopada stracą pracę. - odparł Pollux, zastanawiając się nad następnym posunięciem. - Wiesz może czy pan Moody zamierza zająć bardziej wpływową pozycję?
- Bardziej wpływową niż szef Biura Aurorów? Nie dostanie się wyżej nie dołączając do gabinetu ministra ani Wizengamotu.
Pollux potrząsnął głową.
- Głowa Przestrzegania Prawa jest wyżej od niego...
- Pfft - Syriusz machnął ręką. - może technicznie tak jest, ale tak naprawdę sytuacja przedstawia się całkiem inaczej. Właściwie to jedyną osobą, która mówi Moody'emu co robić, cóż jedyną której Moody słucha, jest Bagnold.
- To ciekawe. - powiedział wolno Pollux, kiedy jeden z jego skoczków przeskoczył nad pionkiem przed sobą, by dołączyć do gońca w ataku osaczającym. - Wiesz, że rozważa przejście na emeryturę?
- Czy to o to ci chodzi? - zaśmiał się Syriusz, wysyłają własnego skoczka na szachownicę. - Założyłeś się ze swoimi kolegami od kart?
- Kolegami od kart? - mruknął Pollux z odrazą. - To klub dla dżentelmenów.
- W którym gra się w karty. - powiedział Syriusz, obserwując jak kolejny pionek Polluxa posuwa się do przodu.
- Cóż, tak. - przyznał Pollux. - Ale nie, nie założyliśmy się. Jesteśmy ponad to. Ostatnim razem rozmawialiśmy tylko o polityce. Bartemiusz Crouch wydaje się być najbardziej prawdopodobnym kandydatem, ale Gamp sądzi, że Alastor Moody to chyba silniejszą opcją. Gdyby wysunął swoją kandydaturę.
- Moody nigdy by tego nie zrobił. - odparł stanowczo Syriusz, wiedząc, że to prawda. - Lubi podejmować własne decyzje, a to coś czego nie mógłby robić na stanowisku Ministra. I chociaż może się wydawać dobrym kandydatem w obecnych czasach, ale przemyśl to za dwa tygodnie, kiedy będziemy potrzebować administratora.
- Święta prawda, mój chłopcze. - zgodził się Pollux. - Więc jak, z twoją wewnętrzną wiedzą, na kogo byś postawił, jeśli chodzi o nowego Ministra Magii?
- Rzeczywiście, żadnych zakładów. - zaśmiał się Syriusz.
- To bardziej porozumienie dżentelmenów. - odparł Pollux wyrafinowanym głosem.
- Wiedziałem! - Syriusz zaśmiał się, nagle rozumiejąc, dlaczego Hermionie wyrywały się maleńkie wskazówki na temat przyszłości. To naprawdę było piekielnie kuszące. Wiedział kto zostanie następnym Ministrem i nie mógł się powstrzymać. - Szczerze powiedziawszy Dziadku, powiedziałbym, że Bagnold zostanie na stanowisku przez następny rok. Ale jest taki facet, obecnie na niskim stanowisku w Przestrzeganiu Prawa, Korneliusz Knot. Ambitny gość. Coś mi się wydaje, że przyniesie ci wygraną.
- Knot? – zdziwił się Pollux. - Nigdy o nim nie słyszałem... mówisz, że jest ambitny?
- Bardzo. - odparł pewnie Syriusz, z powrotem zwracając uwagę na szachownicę, na której sprawy toczyły się nad wyraz dobrze. Pollux posuwał swoją marmurową armię do przodu, ale nie zbił jeszcze żadnego pionka. Fajnie grać lepiej niż zwykle.
- Knot to nie jedno ze starych czarodziejskich nazwisk. - zastanowił się na głos Pollux, niszcząc nadzieje Syriusza na dobrą grę, gdy jedna z jego ordynarnych wież pokicała po szachownicy, by zbić Syriuszowego jeźdźca, pozostawiając czarną wieżę odsłoniętą przed złowieszczym gońcem. - Jest mieszanej krwi?
- Nie mam pojęcia, ty stary bigocie. - uśmiechnął się szeroko Syriusz, pospiesznie zabierając wieżę z linii ognia. - Takie rzeczy nie mają znaczenia dla mojego tolerancyjnego umysłu.
- Obelgi, mój chłopcze? - odezwał się Pollux z rozbawieniem, a nie irytacją. - Jak śmiesz.
Syriusz zaśmiał się.
- To nie obelga, jeśli to prawda, Dziadku. Ile jeszcze razy będę musiał ci to powtarzać.
Pollux milczał przez chwilę, planując kolejny ruch. Pionek posunął się do przodu, a on powiedział:
- Więc gdzie zaprowadzi cię twój tolerancyjny umysł, po powrocie do pracy?
- Chyba do roboty. - Syriusz wzruszył ramionami, posyłając swojego ostatniego skoczka na pole, w, jak miał nadzieję, swobodny sposób. Jeszcze jeden ruch i może uda mu się pokonać bezwzględnego gońca. - Przez jakiś czas będziemy bardzo zajęci wyłapywaniem Śmierciożerców.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale chodzi mi o dalszą przyszłość. Zamierzasz dalej pracować jako auror? - Pollux spojrzał na niego z niepokojem. - Szeregi pewnie się przerzedzą, kiedy nie będzie już Śmierciożerców ani Czarnego Pana, z którym trzeba by walczyć.
Szturchnął swoją królową za pomocą różdżki, a ona postąpiła parę eleganckich kroków do przodu. Syriusz skierował skoczka w stronę gońca, a Pollux zacmokał pod nosem.
- Czy obawiasz się hańby jaką sprowadzę na Ród Blacków, jeśli mnie wyrzucą? - spytał z uśmiechem Syriusz, kiedy jego dzielny jeździec powalił gońca na szachownicę, a jego rumak pospiesznie stratował pozostałości.
- Oczywiście, że nie. - odparł Pollux. - Musisz być jednym z najlepszych. Dlaczego mieliby cię wyrzucić?
- Nie jestem jednym z najlepszych. - zachichotał Syriusz. - Jestem wrzodem na tyłku. Chociaż szczerze powiedziawszy nie myślałem o robieniu czegoś innego... może zdecyduje się na prawa magicznych stworzeń, jak Hermiona.
Pollux spojrzał na niego wilkiem z drugiej strony szachownicy.
- Chłopcze, proszę przestań próbować przyprawić mnie o zawał. Jestem poważny, musisz zacząć myśleć o przyszłości. Jeśli masz zostać głową tego rodu musisz mieć szanowaną pozycję, mógłbym porozmawiać z...
- Absolutnie nie, Dziadku. - zaprotestował raptownie Syriusz. - Jeśli czymkolwiek się zajmę to dotrę tam dzięki własnym osiągnięciom, a nie dlatego, że pokazałeś komuś swój Order Merlina.
- Syriuszu - zaprotestował sfrustrowany Pollux. - czy musisz być taki...
- Podobny do ciebie? - wtrącił niewinnie Syriusz.
- Cóż, tak. - prychnął Pollux. - To niezwykle irytujące.
- Dziadku, zdajesz sobie sprawę, że jeśli mam kiedyś zostać głową tego rodu to nastaną w nim zmiany? Nigdy nie zgodzę się na połowę rzeczy, które robisz. - oznajmił szczerze Syriusz, szturchając swojego gońca do zbicia jednego z białych pionków. - A poza tym powiedziałeś przecież, że głowa rodu to zajęcie na pełen etat.
- Bo tak jest dla takiego starszego pana jak ja. - odparł Pollux, a jego królowa porąbała gońca na kawałki w odwecie za pionka. - Dnia nie starcza na to wszystko. Jest tyle ludzi do odwiedzenia, lunchy na których trzeba się pojawić...
- Whisky do wypicia. - Syriusz uśmiechnął się szeroko.
Pollux przytaknął i zaśmiał się.
- Widzisz? Życie pełne pracy. Ale ty jesteś młody, masz werwę i nie dorastasz mi do pięt w kwestii tolerancji alkoholu. Wizerunkowi rodziny dobrze by zrobiło, gdyby jej twarz wzięła się za służbę społeczeństwu.
- No to w takim razie powinienem chyba zająć się pracą charytatywną. - powiedział Syriusz, tak szczerze jak tylko mógł, próbując powstrzymać narastający na widok miny Polluxa śmiech.
Kąciki ust Polluxa uniosły się do góry, jego oczy były pełne podejrzliwości.
- Nie aż tak, w tej sposób niezbyt wiele zarobisz.
- Ta, bo rozpaczliwie brakuje nam złota. - prychnął Syriusz.
Jego dziadek znów skupił się na szachownicy i po kilku ruchach (po których Syriusz został ze znacznie mniejszą ilością figur i żalem za bezczelność) spytał:
- Co z szefem Biura Aurorów? Czy nie do tego być dążył gdybyś dalej pracował jako auror?
- Nie wydaje mi się. - odparł wolno Syriusz. Nigdy tego nie chciał. Nie myślał o sobie jako o przywódcy, bardziej jako o irytującym i polegającym na sobie popleczniku. - Nie nadaję się do takiej roboty. Nie to co James, to znaczy jak już wróci do pracy. Zawsze chciał przewodzić zespołowi, więc potrafię sobie wyobrazić, jak przejmuje departament.
Pollux przytaknął w zamyśleniu.
- Tak, jego ojciec był szefem biura Aurorów wiele lat temu, zajął tę pozycję tuż zanim złapali Grinewalda. Wykonał kawał dobrej roboty pomagając aurorom na kontynencie z tą sprawą. - urwał na chwilę, przyjrzał się szachownicy i dodał. - Chociaż moja siostra wciąż się skarżyła, że nigdy go nie widuje, więc może to pochłania zbyt dużo czasu. I co wtedy ze sprawami rodzinnymi. - spojrzał znów na szachownicę i powiedział prawie niedosłyszalnie. - Szkoda, że ich syn nie ożenił się lepiej.
- Uważaj, Dziadku. - ostrzegł Syriusz. - Wiesz, że jestem ojcem chrzestnym ich syna.
- Tak - westchnął Pollux. - A Dorea uwielbiała tę dziewczynę. Inna sprawa, że moja siostra wykazywała te same defekty co ty, więc to może nie najlepsza rekomendacja.
- Defekty. - mruknął Syriusz, ale jego irytacja zniknęła, kiedy wreszcie dostrzegł sposób na pozbycie się królowej Polluxa.
- Dzięki ci Merlinie, jej nie były aż tak widoczne. Mój ojciec dostałby zawału, gdyby trafiła do Gryffindoru.
Świadomość, że jego dziadek jeszcze nie zapomniał o tej wpadce sprawiła, że Syriusz potrząsnął głową.
- Ale myślałem, że Cygnus był całkowicie świrnięty. Czy nie zrzucił wszystkiego na ciebie jak tylko wziąłeś ślub... w wieku lat czternastu?
- Był trochę szalony. - przyznał Pollux ze śmiechem. - Najwyraźniej krew Blacków i używanie opium w młodości, którą spędził w Marsylii nie wpłynęło na niego najlepiej. Na szczęście Matka odciągnęła jego uwagę od takich ekstrawagancji i wrócił, by się z nią ożenić i zająć pozycję głowy rodziny. To znaczy, dopóki nie mógł przekazać tej odpowiedzialności. Moja matka szczerze szanowała swojego szwagra Syriusza. W końcu był najstarszym synem w Rodzie. Ale jego także fascynował mak i nie zamierzał wrócić do kraju.
- Naprawdę? - spytał z niedowierzaniem Syriusz. Nie mógł uwierzyć, że dziedzic Szanowanego Rodu Blacków mógł się w coś takiego wpakować.
- Och tak, jak myślisz, dlaczego Arcturus jest takim dziwakiem? Hesper i Syriusz spędzili pierwsze lata swojego małżeństwa we Francji ciesząc się najnowszymi zdobyczami orientu i wtedy urodził się Arcturus. - wyjaśnił szczerze Pollux, z przyjemnością przypominając sobie ten mały skandal. - Dlatego rolę głowy rodziny powierzono mi. Arcturus może i nie odziedziczył po ojcu nawyków, ale i tak ciężko mu się skupić i woli przyjemności od prawdziwej pracy związanej z tą pozycją. I tak lepiej się do tego nadaję, ale Melanię dalej niesamowicie to wkurza, bo myślała, że małżeństwo wystarczy by sprowadzić go z Francji i zmusić do przyjęcia tytułu. Ale on wolał jeść ciasteczka na słońcu niż wypełniać swoje obowiązki, więc ze mną u steru, idzie nam lepiej.
- Dlaczego nigdy wcześniej mi o tym nie opowiadałeś, Dziadku?
- Cóż, to nie coś z czego jesteśmy dumni, a zanim od nas... odszedłeś nie należało ci mówić o takich rzeczach.
Syriusz zdziwił się, bo jego dziadek uśmiechał się mówiąc te słowa, ale potem zdał sobie sprawę, że powodem było to jak Polluxowi udało się uniemożliwić jego wieży rozwalenie białej królowej na kawałki.
- Szczerze powiedziawszy, mój chłopcze obawiałem się, że też tak skończysz. Chociaż pewnie opium nie jest już w modzie. Dzisiejsza młodzież z pewnością upodobała sobie inny narkotyk, prawda?
- A niby skąd mam wiedzieć, dziadku? - odparł Syriusz, a przed oczami mignął mu obraz siebie i swoich trzech przyjaciół przekazujących sobie grubego skręta i chichoczących niekontrolowanie, podczas gdy James raz zakładał, raz zdejmował pelerynę niewidkę z głowy.
- Bardzo dobrze. - przytaknął Pollux. - Wydaje mi się też, że masz jeszcze czas by zdecydować się na karierę. Jak mówiłeś, aurorzy będą mieli masę pracy po Nocy Duchów.
- Będziemy. Już się nie mogę doczekać. - odparł Syriusz, zdając sobie sprawę, że jego król prawie został osaczony i posłał mu swojego gońca na pomoc. - Ale najpierw trzeba się pozbyć tego niewielkiego problemu jakim jest zabicie tego złego sukinsyna.
- Hmm - mruknął Pollux, zbijając niewygodnego czarnego gońca. - właściwie to chciałem cię spytać... ta sprawa z horkruksami, zamierzacie zniszczyć je za pomocą Szatańskiej Pożogi?
- Tak. - potwierdził Syriusz, rad, że udało mu się przeszkodzić w ataku Polluxa. - Hermiona wie, jak ją rzucać, a ja i mój przyjaciel Remus nauczyliśmy się czaru zamykającego, więc jej pomożemy.
- Zastanawiałem się. - odparł Pollux, a jego królowa sunęła po szachownicy. - Rozmawiałem z Hermioną o Pożodze przy pierwszym spotkaniu. Spytała mnie czy nie byłbym zainteresowany udzieleniem jej pomocy. Czy znalazła kogoś innego do tego zadania? - Potem uśmiechnął się i dodał. - Szach.
„Jakim cudem za każdym razem wygrywa?" mruknął do siebie Syriusz, uciekając królem z drogi królowej.
- Tak, Dumbledore sprawdził jej umiejętności i był zadowolony. Nie chciała cię w to mieszać, jeśli to nie okaże się konieczne.
- To chyba rozsądne. - odparł jego dziadek, posuwając do przodu swoją wieżę. - Może i nie lubię tego człowieka, ale doceniam jego umiejętności. Szach mat.
Syriusz skrzywił się. Pewnego dnia pokona swojego dziadka, ale oczywiście jeszcze nie dziś.
- Tak. - odparł, zerkając na zegarek. Zbliżała się pora lunchu. - Dziękuję ci za jasne przypomnienie swoich umiejętności, Dziadku, ale naprawdę powinienem już uciekać.
- Zawsze, Syriuszu. - zaśmiał się Pollux. - Przypominanie ci tego to moja praca.
Syriusz westchnął.
- Poczekaj tylko. Przez dwa tygodnie będę tkwił w mieszkaniu i planuję wykorzystać ten czas na ćwiczenia. - „Nie szachów" pomyślał, ale tego Pollux nie musiał wiedzieć. - Jestem pewien, że po Nocy Duchów bardzo szybko usłyszysz czy nam się udało, ale odwiedzę cię jak tylko będę mógł.
Pollux wstał i poklepał Syriusza po ramieniu.
- Mam taką nadzieję, chłopcze. Mam taką nadzieję. Ale to wcale nie znaczy, że dasz radę mnie pokonać. - urwał na chwilę, a potem kontynuował. - Uważaj na siebie, dobrze? Twoja matka dostanie apopleksji, jeśli umrzesz zanim zdąży zorganizować ci wesele.
Syriusz prychnął.
- Tak, Dziadku. Choć szczerze powiedziawszy to nienajlepszy powód do zachowania ostrożności jaki słyszałem.
Oczy Polluxa zalśniły lekko z rozbawieniem i powiedział:
- Nie wiedziałem, że istnienie jakikolwiek powód do zachowania ostrożności. Odbiera całą radość z życia, czyż nie?
„Nie zgadzam się" pomyślał Syriusz, siedząc na kanapie w swoim mieszkaniu. Ostrożność była nudna, ale niestety czasami konieczna. Spojrzał na zegar na półce. Dziesięć minut do północy.
- Gotowy?
Syriusz aż podskoczył niespodziewanie słysząc głos Hermiony. Uśmiechała się do niego nerwowo z korytarza, jednocześnie zapinając kurtkę. Wyglądała na bardzo dobrze przygotowaną. Nie zdziwiło go to, chodziło przecież o Hermionę. Włosy miała związane w ciasny, podpięty warkocz, ubrania ciemne i funkcjonalne, a swoją zwykłą torbę zamieniła na plecak. Syriusz też taki miał, leżący obok niego na kanapie. Kiedy rano wyłożyli rzeczy do spakowania z radością dowiedział się, że Hermiona przydzieliła mu noszenie jedzenia, podczas gdy ona wzięła horkruksy, namiot, ubrania na zmianę dla nich obojga i (co go rozbawiło, ale nie zdziwiło) kilkanaście książek z odnośnikami.
- Jestem. - odparł, lekko chrapliwym (z braku użycia, a nie z nerwów oczywiście) głosem. Szli przecież tylko uratować świat, zero presji. Uśmiechnął się szeroko. - A ty?
Przytaknęła.
- Tylko od trzech lat! No chodź, równie dobrze musimy już iść. Remus będzie pewnie wcześnie a nie chcę by czekał sam w tym okropnym miejscu.
N/A: Dokuczliwy R/L mnie obecnie spowalnia, ale cały czas próbuję opublikować rozdział, a może nawet dwa przed Świętami.
Podziękowania dla mojego ciężko pracującego pomocnika (elfa z północy, a nie skrzata domowego) czyli Emily - tej cudownej i genialnej czarownicy słownej.
I dla wszystkich moich czytelników i Waszej komentarzowej miłości. Naprawdę nie istnieje emotikon, który odpowiednio oddałby mój uśmiech (nawet ten z ogromnymi oczami i językiem tego nie pokazuje!) xx
