Prawdą było, co zawsze powtarzali uczniowie ostatniego rocznika młodszym kolegom – czas dla uczniów siódmej klasy biegł zupełnie inaczej niż dla reszty świata. Z prędkością światła. Severus nawet się nie zorientował, kiedy minął maj i wielkimi krokami nadszedł gorączkowy okres owutemowy. Za niecały miesiąc naprawdę stąd odejdą. Na zawsze.
Jeszcze na piątym roku nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie uwolni się od tych murów i stanie się niezależny. Wolny. Teraz… było inaczej.
Jakaś jego część miała zupełnie dość tego zamczyska i jego lokatorów, inna jednak już zaczynała irracjonalnie tęsknić za Pokojem Życzeń, próbując wchłonąć jakby na zapas nieco jego magii. Dla Severusa to nigdy nie było po prostu zwykłe pomieszczenie, chociaż na pozór dziwacznie urządzonej kanciapie, z nienaturalnie dużym kominkiem, dwiema kanapami z nie tego samego obrazka i ścianami oblepionymi – ostatnio – mugolskimi plakatami, daleko było do perfekcji. Siedząc teraz na podłodze, z zajęciem i jakimś durnym sentymentalizmem starał się zapamiętać, zabrać z tego jak najwięcej.
Te cztery ściany stanowiły od początku swoistą niszę, ale z biegiem czasu stały się symbolem czegoś nowego. Były miejscem, któremu najbliżej do definicji domu, a jeśli już chcieć iść tym tropem, to naprawdę dawały poczucie bezpieczeństwa i wolności. Własną przestrzeń, pozwalającą się rozwijać i zwyczajnie, czas od czasu, naprawdę być sobą, bez masek i grania. Niewytłumaczalnie bał się, że tracąc zwykłe pomieszczenie, utraci też wszystko, co sobą symbolizowało. Tam na zewnątrz, za murami Hogwartu, czekał naprawdę zły, okrutny, nie dający forów świat. Jakby tutaj życie było proste.
Ocknął się z zamyślenia, czując inną obecność, ale nawet nie odwrócił głowy, dobrze wiedząc, kto do niego cicho dołączył. Drugi stały lokator tego przybytku opadł obok na podłogę i milcząco wgapiał się w tę samą, głupią ścianę.
Całe to rozpamiętywanie nie miało w sobie nic ze ślizgońskiego czy gryfońskiego podejścia do życia. Teraz jeszcze pozwalali sentymentom robić papkę z ich mózgów, jakby byli pieprzonymi Puchonami. Chyba powinien iść do Pomfrey.
– Ale była jazda, co nie? – rzucił wreszcie Syriusz w przestrzeń z nutką rozrzewnienia. – Dwa najlepsze lata życia. Psiakrew, chciałbym spakować Pokój Życzeń i zabrać ze sobą, bo coś podejrzewam, że na zewnątrz mniej mi się spodoba.
Severus zerknął na niego zaskoczony. Pięknie, to teraz już czytali sobie w myślach.
– To tylko pokój – zauważył umiarkowanie odkrywczo.
– Taa. A my dwaj na pół godziny przed teoretycznym z eliksirów przyszliśmy podziwiać z zajęciem zakopcone ściany.
Tego już nie zripostował.
– Cholera, to będą naprawdę długie dwa tygodnie, w odróżnieniu od kilku miesięcy wstecz. I mam zamiar je wykorzystać, w przerwach między egzaminami, na zapisanie się na stałe w hogwarckiej historii, żeby Filch miał co powspominać. Chyba nawet jego będzie mi brakować.
– Masz talent do znajdywania sobie wrogów. Szybko go kimś zastąpisz.
– Co prawda, to prawda. Na tego rodzaju niedobór zapewne nie będziemy narzekać.
– My? Ja, do twojej wiadomości, preferuję trzymanie się z daleka od wszelakiego syfu.
– Taa…
– Mówię poważnie.
– Jaasne…
Test z eliksirów poszedł mu, o dziwo, całkiem gładko, ale zdążył o nim prawie zupełnie zapomnieć, po drodze prześlizgując się po zaklęciach i frustrując przy podchwytliwych pytaniach z transmutacji. Czekały go jeszcze starożytne runy, astronomia, do której podchodził hobbystycznie, a na deser obrona przed Czarną Magią. Jeszcze trzy dni porządnego rycia i niedosypiania, a potem już tylko tydzień egzaminów praktycznych. I po wszystkim.
Będzie mu tego brakować, bez dwóch zdań, ale pocieszającym było, że najwyraźniej sentymentalny nastrój udzielał się wszystkim wokoło. Rogacza nie można było ściągnąć z boiska, a jeśli akurat zajmowała je któraś z przeciwnych drużyn, to przesiadywał w gryfońskiej szatni. Lunatyk też ciągle znikał, żegnając się ze wszystkimi pomieszczeniami po swojemu, może poza Wrzeszczącą Chatą, której jakoś sentymentem nie darzył, nie wiedzieć czemu. Nawet Vitalia wydawała się nieco nieobecna, ale tutaj miał trochę inne podejrzenia.
Jego dziewczyna wyczuwalnie obawiała się tego, co przyniesie przyszłość we wrogim dla niej świecie. Po wydarzeniach w Hogsmeade miała prawo czuć niepokój. A Syriusz nie zamierzał stać z boku i nic z tym nie zrobić. Vitalia nie planowała wracać do rodziców, mieszkających z jej braćmi po mugolskiej stronie i chociaż zawsze ciepło wypowiadała się o dziadkach i dalszych krewnych matki, chyba nie widziała tam, na czystokrwistych salonach, dla siebie miejsca.
Black nie dopuszczał z kolei możliwości, by w obecnie niespokojnych czasach zamieszkała sama. Ochrona jego tarczy to jedno, ale poza utratą magii istniała jeszcze cała masa paskudnych ewentualności, do których nie mógł dopuścić. A poza tym, zwyczajnie podobała mu się perspektywa wracania do ogrzanego gorącym ciałem łoża. W końcu był bardzo wygodnickim typem człowieka. To oznaczało duży krok naprzód, ale Gryfon nie widział swojej przyszłości bez jasnowłosej dziewczyny gdzieś na tym obrazku. Trochę przerażała go jeszcze perspektywa z pierścionkiem w tle, o której przebąkiwał ze swojej strony James, ale Syriusz wiedział już, że Vitalia była jego metaforyczną drugą połówką. Bez niej czuł się niekompletny.
Żeby jednak móc się skupić na dalekosiężnych planach, musiał najpierw przeżyć Owutemy. Właściwie nie były mu jakoś wybitnie potrzebne do szczęścia, ale miłość własna nie pozwalała Blackowi wkroczyć w życie z metką niedouczonego lekkoducha. Nie wiedział przecież, co w dalszej perspektywie przyniesie przyszłość, ale – jak na razie – zupełnie poważnie traktował plany rozwoju eliksirowej działalności razem z Sevem. Nie męczyła go po nocach perspektywa przymierania głodem, a to dzięki nieoczekiwanemu spadkowi po wujku Alaphardzie, ale chciał do czegoś dojść własnym nakładem pracy. W dużym stopniu dla samego siebie, by wykazać, że nie jest tylko Blackiem, przeznaczonym z urodzenia do bez wysiłkowego przejścia przez życie. A poza tym, zważywszy na wcześniejsze doświadczenia z Purus Venenatis, planował mieć z tego całą masę zabawy.
Naprawdę nie miał za bardzo czasu na cokolwiek, wliczając regularne posiłki.
Zaskoczyło go trochę, że się tak wczuł w końcowe egzaminy, bo jeszcze w zeszłym roku nie miały dla niego większego znaczenia, oczywiście poza tym z eliksirów. Nie wiązał swojej przyszłości z ministerialną czy aurorską karierą, więc nie były mu potrzebne szczególnie dobre oceny, ale chyba pojawiła się w nim jakaś wewnętrzna potrzeba samorealizacji. Po doświadczeniach w odkrywaniu na nowo swojej magii i zajęciach z oklumencji zaczął patrzeć szerzej. To nie tak, że eliksiry nagle zostały zdetronizowane, ale niespodziewanie pojawiły się nowe, nieodkryte jeszcze możliwości na innych polach.
Nie dało się zaprzeczyć, że Severus nie znosił stać w miejscu.
Pisemne poszły mu raczej nieźle, co za bardzo zaskakującym nie było. Takie zaklęcia dla przykładu zawsze go w jakiś sposób pociągały od strony teoretycznej i swoje własne, jak Sectumsempra czy Muffliato, stworzył dwa czy trzy lata temu, jako alternatywę dla oporniej mu przychodzących standardowych. Praktyczne to była inna bajka.
Nie chodziło o poziom jego umiejętności, a o to, ile chce ze swojego arsenału ujawnić. Rozważał wnikliwie, czy nie podarować sobie praktycznego testu z obrony, aby za bardzo nie zwracać na siebie uwagi i prowokować pytań o nagły skok o kilka poziomów w zakresie władania magią różdżkową.
W końcu stwierdził, że jest paranoikiem. To, że w gnieździe Węży dobrze było się za bardzo nie odsłaniać, nie znaczyło przecież, że do śmierci będzie zmuszony prowadzić podwójne życie.
Zdał sobie sprawę, że się za bardzo zasiedział, wymuszając przez ostatnie godziny skupienie, tak potrzebne mu na egzaminie z obrony przed Czarną Magią. Przywołanie z marszu opanowania, niezbędnego do właściwego czerpania z jaśniejszych odcieni mocy, w dalszym ciągu było frustrująco trudne, choć nie tak, jak jeszcze kilka tygodni temu. Samo rzucanie zaklęć dawało w nagrodę taki poziom satysfakcji, że gra była warta świeczki.
Ostatni raz zerknął na ściany Pokoju Życzeń i napędzany determinacją skierował się na drugie piętro, gdzie znajdowała się klasa obrony przed Czarną Magią, na potrzeby okresu zaliczeniowego zastrzeżona dla siódmego roku. Kolejność egzaminowania była losowa i dlatego oczekiwał pod drzwiami małego tłumu strachających się rówieśników. Nie miał zamiaru przebywać tam dłużej, niż było to konieczne.
Z niechęcią przyjął widok nieoczekiwanego intruza, który zaszedł mu drogę na klatce schodowej. Tylko tego mu dzisiaj brakowało. Przeklął siarczyście w duchu i prewencyjnie chwycił pewniej różdżkę.
– Czego, Flint?
– Jest coś, co może cię zainteresować – usłyszał w odpowiedzi i trochę się rozluźnił, widząc nieuzbrojone dłonie młodszego Ślizgona.
– Wybrałeś sobie moment – syknął i zrobił krok, by wyminąć Flinta, ale ten się nie ruszył z miejsca.
– Nie zaszczyciłeś obecnością pokoju wspólnego, więc nie widziałem innej możliwości na rozmowę. Bez świadków. – Młody arystokrata wydawał się lekko skonsternowany.
– Poważnie, nie mam teraz czasu. Skoro mogło poczekać od rana, to godzina czy dwie nie zrobi różnicy.
– To raczej ważne, Snape.
Severus skapitulował.
– Streszczaj się.
Call Flint nie należał do tchórzy. Był też skrupulatny i raczej idealnie maskował swoje emocje, ale teraz wydawał się podenerwowany. Ze swoim ślizgońskim sprytem nigdy nie wpakowałby się w coś, gdyby mógł oberwać choćby rykoszetem, o ile nie było to naprawdę ważne. Jeśli się nagle zdecydował czatować na Snape'a po kątach, coś musiało w tym być.
– Chodzi o Avery'ego – zaczął szóstoklasista, ale urwał, słysząc głosy u szczytu schodów. – Nie tutaj – zakomunikował ciszej, niespokojnie zerkając przez ramię.
– Za dwie godziny w północnym skrzydle. Korytarz na trzecim piętrze. A teraz nie blokuj mi przejścia.
Nie czekając na reakcję chłopaka, Severus zwyczajnie przesunął go sobie z drogi siłą i przyspieszył kroku. Naprawdę był prawie spóźniony.
Syriusz opierał się o ścianę hallu przed drzwiami do klasy Glenna Velicka, w której aktualnie urzędowała ministerialna delegacja, wyznaczona do nadzorowania przebiegu końcowych egzaminów. Zarówno on, jak i James, mieli już za sobą to tylko delikatnie stresogenne doświadczenie. A przynajmniej w porównaniu do praktycznego z transmutacji dwa dni temu, dzisiejszy był niemal przyjemnością.
Gryfon umierał z ciekawości, jak pójdzie Sevowi, aktualnie składającemu swój egzamin po drugiej stronie drzwi. Dużo by dał, żeby to widzieć na własne oczy, jako że przez tygodnie, które minęły od magicznej interwencji w Hogsmeade i związania ich zaklęciem tarczy, Syriusz nie mógł pojedynkować się ze Ślizgonem, co napełniało go prawdziwą goryczą. Chciał wiedzieć, do jakiego stopnia Sev rozwinął swoje umiejętności w zakresie zaklęć i pojedynkowania się.
– Łapo, wyluzuj. Może naprawdę nie zabije się własną różdżką, skoro jakimś cudem tego nie dokonał przez siedem lat – padło z ust stojącego obok Jamesa szyderczym głosem, a wpatrzony w zamknięte drzwi wzrok doskonale umiejscawiał podmiot jego komentarza.
Nie zdążył kąśliwie zripostować, bo drzwi się otworzyły i do czekających pod progiem klasy dołączył świeżo przemaglowany Snape. Zdecydowanie rozluźniony. A za nim wypadł mocno poruszony nauczyciel obrony z objawami hiperwentylacji i z dużym prawdopodobieństwem skierował się do Pomfrey.
– Egzamin zawieszamy na kwadrans, dopóki profesor Velick nie dołączy do nas z powrotem – padło z ust jakiegoś ministerialnego oficjela, który wychylił się na chwilę, strasząc uczniów rozwichrzoną brodą do pasa, zaplecioną w drobne warkoczyki, bardzo passé.
– I widzisz, padalec przeżył, ale musiał nieźle nastraszyć biednego profesora. Aż mnie skręca z ciekawości, co Snape tam odwalił na tyle kompromitującego, że Velickowi nerwy puściły – powiedział na tyle głośno, żeby Ślizgon nie omieszkał usłyszeć.
– Jesteś straszną mendą, Rogaczu – zawyrokował Syriusz poirytowany.
– No to przerwa się pewnie przedłuży, bo Pomfrey trudno będzie się rozdwoić – stwierdziła jakaś młodsza Krukonka, najwidoczniej obecna tu w charakterze podtrzymującej na duchu chłopaka albo znajomych z ostatniego roku. Zdecydowała doinformować zebranych, widząc ich pytające spojrzenia. – Pół godziny temu trafił do skrzydła szpitalnego któryś z szóstorocznych Ślizgonów, jakiś wypadek na eliksirach, czy coś. Ten nowy w ich quidditchowej ekipie, za Blacka.
– Call Flint? – padło głucho z drugiego końca hallu.
– Aha, Flint. Nieźle go walnęło, chyba nadal jest nieprzytomny. Podobno krew salamandry, czy coś…
Syriusz uważniej przyjrzał się Sevowi, którego twarz, i tak zawsze blada, przybrała woskową barwę. Reakcja przyjaciela powiedziała Gryfonowi, że kryło się tym wiele więcej, niż domnieny nieszczęśliwy wypadek na lekcji, jakich bywało u Slughorna wiele.
Po niewczasie zrozumiał, jak poważnego kalibru była sprawa, o której chciał z nim rozmawiać Flint, od trzech dni zajmujący w stanie nieprzytomności łóżko u Pomfrey. Wiedział, że miało to związek z Tertiusem Averym, bo krew salamandry była dostatecznie subtelnym sygnałem, mówiącym nie zapomniałem. Tylko czy jedynie o tym Flint miał zamiar ostrzec Severusa? Bał się o swój tyłek? Mało prawdopodobne. Ślizgoni załatwiali swoje porachunki sami, nie angażując w to zwykle bliższych znajomych, a Snape dla młodszego chłopaka naprawdę kimś podchodzącym pod tę definicję nie był.
Musiało mieć to związek ze Slytherinem i Call Flint dlatego zwrócił się do nieformalnego lidera Domu. Greengrass wyraźnie uświadomiła wszystkich Ślizgonów, jak stały sprawy po balu bożonarodzeniowym. Teraz jednak był czerwiec i zarówno ona, jak i Snape za kilka dni mieli na zawsze opuścić mury szkoły.
Avery zamierzał wysłać jasny przekaz na temat tego, kto tu będzie rządził od września. Żeby się sukinsyn nie zdziwił.
Severusowi wyraźnie w tym obrazku coś nie pasowało. Za usunięciem Flinta i zamknięciem mu ust stało coś większego. Teraz nie miał szansy dowiedzieć się, co to konkretnie było. Gdyby zaczął rozpytywać wśród Węży, przyznałby się do słabości i umocnił pozycję Tertiusa. Ślizgoni zawsze szli za silniejszym, chociaż niekoniecznie ta siła musiała się przejawiać jak najbardziej fizycznie. Problem z Averym polegał na tym, że do jego – najwyraźniej – zakutego łba tylko bardziej namacalny wpierdol przemawiał. Severus miał nadzieję, tylko w trosce o swój własny święty spokój, że nie będzie musiał sięgać do rozwiązań siłowych. Kataklizm jednak wisiał w powietrzu, bo Avery był w tak dobrym nastroju, jakiego u niego chyba jeszcze Snape nie widział.
Udało mu się gnoja dorwać bez świadków w pokoju wspólnym. Napotkał tylko lekceważące, sadystyczne spojrzenie jasnych oczu. Musiał się pohamować, żeby z miejsca nie odesłać go na łóżko po sąsiedzku z Flintem.
– Avery, nie będę się powtarzał. Cokolwiek robisz, daj sobie na wstrzymanie. Nie testuj mnie.
– Nie kuś – syknął tamten.
– Drugi raz nie ostrzegę.
– Tego jeszcze nie było, żeby którykolwiek z Averych trząsł się ze strachu przed… jakimś Snapem – młody arystokrata uświadomił chłodno półkrwi kolegę, wypluwając jego nazwisko, jakby było toksyczne. I z nonszalancją opuścił pomieszczenie, potrącając lekko starszego prefekta.
Severus współczułby mu w tej chwili głupoty, gdyby wykrzesał z siebie jakąkolwiek empatię. Avery, dotąd numer dwa na jego liście do odstrzelenia, właśnie wywindował się na zaszczytne pierwsze miejsce, ex aequo z Regulusem Blackiem.
Gdzie podziały się czasy, kiedy Snape pałał morderczymi uczuciami do Gryfonów?
Ostatni egzamin miał już za sobą. Za niecały tydzień Hogwart stanie się historią, a Syriusz zacznie naprawdę dorosłe życie. To była perspektywa taka… bardzo niesyriuszowa.
Delektował się tostami, od serca wysmarowanymi truskawkowym dżemem, jak na świętowanie końca zakuwania przystało. Wielka Sala była prawie pusta o tej porze. Uczniowie młodszych roczników łapali słońce albo kończyli jeszcze lekcje, a siódmoroczni zapewne odsypiali trzy tygodnie ostrego rycia. W sektorze ślizgońskim stacjonował Sev, raczący się dla odmiany wysoko proteinowym posiłkiem, a także bezsprzecznie działająca mu na nerwy Blustrode. Kilku zmulonych Owutemami Krukonów i Puchonów dogorywało nad swoimi talerzami. On sam siedział przy stole z Jamesem, pochłoniętym swoimi myślami i z dużym prawdopodobieństwem nie były one związane ze szkołą.
Syriusz miał świadomoś, że od kilku dni jego przyjaciel był odrobinę nieobecny, chociaż raczej nie z powodu rychłego rozstania z murami, które były dla nich drugim domem. A może nawet tym właściwym? Rogacz chyba pożegnał się już z każdym zakamarkiem, dobrze znanym składzikiem, korytarzem i klasą, z którymi wiązały się sentymentalne wspomnienia.
Chodziło o coś nowego i Black nie potrafił tego rozgryźć, chociaż znał Pottera prawie jak siebie samego.
– Rogaczu, co się dzieje? – zapytał po prostu.
Chłopak jakby się ocknął i wrócił duszą, ewidentnie hasającą daleko stąd, do Wielkiej Sali.
– Dzieciństwo rzeczywiście się skończyło, skoro beztroski panicz Black wydaje się zaniepokojonym moją melancholią – zaczepnie odparował, lekko się uśmiechając. Szybko jednak spoważniał, nie doczekawszy się ze strony drugiego Gryfona komentarza w podobnie lekkim stylu. – Nie boisz się, że nadal jesteś za bardzo dzieckiem, żeby stanąć na własnych nogach?
– Och, Rogaczu. Gówniarzem pozostanę do śmierci, oby sosny na moją trumnę rosły jak najdłużej. Ale nie jestem już dzieckiem. Wszyscy nie jesteśmy już dziećmi – spoważniał, odrobinę samego siebie dziwiąc tym odkryciem. – Co nie znaczy, że spieszy mi się na przykład do posiadania własnych. Jestem wystarczająco dojrzały, żeby być pewnym, że na takie coś jestem jeszcze zbyt niedojrzały. Już ty się bardziej nadajesz i uwierz, jestem tymi wnioskami bezbrzeżnie zadziwiony, ale taka prawda – podsumował ze śmiechem.
– Serio?
Syriusz spodziewał się prześmiewczego tonu, ale zdał sobie sprawę, że pytanie padło na poważnie. Skinął tylko głową.
– Czyli jest nikła nadzieja, że Lily podzieli twoje zdanie – wyszeptał Potter bardziej do siebie. Syriusz przyjrzał się jego podpartej na łokciach twarzy bardziej badawczo, kiedy ten kontynuował, znów lekko rozkojarzony i zapatrzony w przestrzeń. – Oświadczyłem się jej, wiesz? Wczoraj.
Black omal nie spadł z ławy na posadzkę. Szybko odzyskał jako takie opanowanie, nie chcąc zostać źle odebranym przez przyjaciela.
– Mam skoczyć do nauczycielskiego po Ognistą? – Rogacz nie wyglądał, jakby był w siódmym niebie, nie było się co czarować.
– Nie posłała mnie w diabły, jeśli o to pytasz.
– Więc czemu wyglądasz jak ściera?
– Bo jeszcze się nie zgodziła i nawet się jej nie dziwię. Dopiero to wszystko do mnie dotarło, kiedy już ją spytałem. Ten cały bajzel na zewnątrz, poza Hogwartem. Tutaj mieliśmy przez ostatnie dwa lata ostre jazdy, ale tam jest już regularna wojna, Łapo – wyrzucił z siebie grobowym głosem. – Boję się, że nawalę i ją zawiodę. W dupie mam to całe gadanie o jej mugolskim pochodzeniu, ale wiesz dobrze, co Regulus próbował zrobić Vitalii. Ta część z nie opuszczę cię aż do śmierci, nabiera mniej metaforycznego znaczenia.
Syriusz to akurat rozumiał doskonale. Sam bił się z myślami i rozważał ewentualne scenariusze. Miał zamiar być dla Vitalii tarczą w nieco szerszym zakresie, niż uczyniło go nią zaklęcie ochronne.
– Doskonale łapię, Rogaczu. Ale nie jesteście jedyni, każdego może spotkać jakieś nieszczęście w dzisiejszych czasach. Popadanie w paranoję średnio mi do ciebie pasuje.
– Ja nie świruję. W przypadku niektórych to prawdopodobieństwo wzrasta i nie chodzi tylko o pochodzenie Lily. Łapo, po twoim wypadku w Hogsmeade, my… – zaczął, ale zgubił wątek, słysząc poruszenie za swoimi plecami.
Obaj odwrócili się odruchowo i chwilę później Blacka już nie było przy stole Lwów.
Jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak Sev, z szeroko otwartymi oczami, w których czaiły się przerażenie i ból, osunął się na posadzkę obok stołu Węży. Syriusz był tam w ułamku sekundy, omijając osłupiałą Blustrode, gapiącą się niemo na rzucającego się w konwulsjach kolegę z Domu. Wielka Sala była mocno opustoszała i tylko Pomona Sprout, jedyna obecna przedstawicielka grona pedagogicznego, natychmiast zareagowała, posyłając którąś ze swoich podopiecznych po pomoc do skrzydła szpitalnego.
Gryfon zignorował wszystko, co działo się dookoła.
– Sev – wyszeptał, usiłując złapać kontakt z mocno otumanionym chłopakiem. Z ulgą zauważył w ciągu kilku sekund, że drgawki, które tak go przeraziły, sukcesywnie ustępują. – Co jest?
– Panie Snape, co się stało? – włączyła się Sprout. – Proszę się cofnąć – zażądała, zwracając się w kierunku małego tłumu gapiów. Kiedy uczniowie posłusznie zwolnili nieco przestrzeni, profesorka z powrotem skupiła się na uczniu w wyraźniej niedyspozycji, rzucając na niego zaklęcia skanujące.
– Wszystko w porządku. Przemęczenie… Egzaminy… – powoli wydukał Ślizgon, próbując się pozbierać i zapanować nad paniką, której nie udało mu się ukryć. Gorączkowo spojrzał na Syriusza i niemal bezgłośnie do niego szepnął – Avery... Szukaj krwi salamandry. Hasło... Salazar Weżousty... Rozumiesz? – upewnił się, przeszywając Gryfona wzrokiem.
– Co ty…? – zapytał Black, równie cicho, gubiąc się w domysłach.
Ślizgonowi musiało odwalić od skoku adrenaliny. Cholera, to ewidentnie wyglądało na otrucie.
– Rozumiesz? – syknął tamten ostrzej. A potem odezwał się głośniej i bardziej jadowicie, aby wszyscy usłyszeli. – Spieprzaj Black, nie potrzebuję twojej uwagi. Zabieraj łapy i sprawdź, czy cię nie ma gdzie indziej.
Ewidentnie na pokaz odepchnął Gryfona i pod eskortą mocno zaniepokojonej Sprout wyszedł z Wielkiej Sali na chwiejnych nogach, zataczając się, chyba tylko silą woli stawiając kolejne kroki i nie padając na twarz.
Co tu, u licha, było grane?!
– Łapo? – Potter, także daleki od opanowania, wyrwał przyjaciela ze stanu oszołomienia.
Syriusz wreszcie się ocknął.
W jednej chwili dotarło do niego, co Sev miał na myśli, próbując mu to przekazać możliwie najmniej bezpośrednio, ze względu na osoby trzecie. Zacisnął zęby i chwycił Jamesa, niemal przemocą wywlekając go z Wielkiej Sali w kierunku Wieży Gryffindora. Nie było czasu do stracenia, dopóki młodsze roczniki miały jeszcze zajęcia.
– Potrzebuję niewidkę, Rogaczu.
– Po kiego? Co ty chcesz…?
– Idę zapolować do gadziego gniazda – oznajmił z pasją i na wszelki wypadek zastrzegł – ale to prywatny projekt, bardzo osobisty.
Już zdążył zapomnieć, jak nienawidził tego miejsca, ze szczególnym uwzględnieniem aseptycznie białego sufitu. I ten chemiczny zapach, tak różny od woni eliksirowej pracowni. Pewnie ze względu na to, że swego czasu regularnie odwiedzał skrzydło szpitalne, zdążył nabrać do niego niemal takiej awersji, jak do Wrzeszczącej Chaty. Nie mógł się doczekać, kiedy opuści ten przybytek z kilku powodów i jeden z nich dawał podstawy by zakładać, że sevsrusowe łóżko tutaj zajmie wkrótce inna persona. Na nieco dłużej.
Został otruty, a przynajmniej podjęto po temu próbę, prawie udaną, gdyby nie nabyta przez Severusa w związku z jego eliksirowymi testami odporność na toksyczne działanie krwi salamandry. Miał w swoim organizmie całą masę śladowych ilości magicznych ingrediencji, z których wiele pozostawiało po sobie ślady czasem nawet na lata i pierwszy raz nie miał powodów do narzekania na tę okoliczność. Gdyby nie wielotygodniowe testy z Eliksirem Półsnu kilka miesięcy temu, prawdopodobnie byłby teraz zimnym trupem.
Rozpoznał objawy dosłownie chwilę po ich zauważeniu i chociaż w pierwszym odruchu wpadł w panikę, już po minucie był niemal spokojny i mógł myśleć trzeźwo. Jeśli krew salamandry nie wykończyła go w czasie krótszym niż sześćdziesiąt sekund, to miał umotywowane doświadczeniem podstawy, by sądzić, że się z tego wywinie. Czas jednak grał rolę pierwszoplanową z innego powodu, a Severus przez najbliższe kilka godzin, i to w optymistycznej wersji, nie miał szansy dysponować swoim czasem dowolnie. Potrzebował dowodów, a jeśli nie zdobędzie ich natychmiast, to sukinsyn po sobie posprząta, zanim jego niedoszła ofiara opuści szpitalną pościel. Do tego z kolei Severus oddelegował Syriusza w nadziei, że Gryfon właściwie go zrozumiał.
Jeśli tylko dostaną do ręki dowód, Avery będzie skończony.
Pomfrey kręciła się obok niego przez dobrą godzinę, zupełnie zdezorientowana, nie mogąc przypisać objawów jego przypadłości do żadnego z książkowych przypadków otrucia, bowiem użycie klątwy wykluczyły czary diagnozujące. Wszelkie nieprzyjemne skutki działania krwi salamandry ustąpiły, zanim jeszcze chłopak dotarł do skrzydła szpitalnego, stłumione przez jego zahartowany system odpornościowy. Nie mógł się jednak wymigać od umieszczenia pod obserwacją, bo skoro sprawca spodziewał się zapewne skutkującego śpiączką otrucia ofiary, to nagłe jej ozdrowienie i pojawienie się w Wielkiej Sali było co nie bądź lekkomyślne. A przynajmniej do czasu, kiedy Syriusz nie będzie miał w ręku obciążających Avery'ego dowodów.
Nie dłużej niż godzinę po trafieniu pod opiekę Pomfrey, kiedy siostra miłosierdzia od siedmiu boleści wreszcie się zmyła, drzwi do infirmerii bezgłośnie się uchyliły i po chwili zamknęły, nikt jednak nie wszedł do środka. A przynajmniej – jeśli być skrupulatnym – nie pozwolił ujawnić swojej obecności niczyim oczom.
– I jak? – zapytał Severus półgłosem w przestrzeń.
– Poza tym, że macie koszmarnie odpicowany pokój wspólny? – padło spod niewidki, która po chwili ujawniła twarz okrytego nią Syriusza. – Krew salamandry w ilościach hurtowych w kufrze Avery'ego, trzecia przegródka od lewej. Pozwoliłem sobie bardziej pogrzebać i śladowe ilości znalazłem rozchlapane w szufladzie nocnej szafki u Blustrode. Oczywiście obłożone zaklęciami, że aż się świeciło. W Slytherinie muszą być sami paranoicy. Wszystko zostawiłem tak, jak zastałem – zreferował. – Z tobą w porządku?
– Mam podwyższoną odporność od łykania eliksirów – rzucił od niechcenia rekonwalescent, pochłonięty już snuciem planów na zaś.
Oczywiście, domyślił się w ciągu ostatniej godziny, że narzędziem była Milis Blustrode, prawie niepiśmienna kretynka, która zapewne nie wiedziała, co wlewa Snape'owi do kubka, a on z kolei nie dopuścił nawet, jakoby Avery posunął się do takiego chwytu. To było takie… niskie.
– Co masz zamiar z tym zrobić?
– Porządek.
Ton jego głosu mógłby zamrozić całkiem pokaźny akwen. Syriusz mimowolnie się wzdrygnął.
– Sev, tylko nie odwal czegoś… Nie wyląduj w Azkabanie. Nie mam zamiaru szukać nowego wspólnika, a złożyłem już papiery na zarejstrowanie działalności gospodarczej.
Nie odniósł się do słów Gryfona, ale od razu zasięgnął konkretniejszych informacji.
– Klub Pojedynkowy dziś aktualny?
– Jeszcze przez pół godziny.
– Starczy kwadrans.
– Masz zamiar uciec Pomfrey?
– A co, szlaban dostanę?
Syriusza naprawdę korciło, żeby nie pozwolić Sevowi dołączyć do reszty starszych roczników na ostatnim – przed jutrzejszym, oficjalnym zakończeniem roku szkolnego – spotkaniu Klubu Pojedynkowego. A jednak nie odważył się nawet głośno protestować. Mógł jeszcze próbować ubezwłasnowolnić jakiegoś postronnego idiotę z trąconym nerwem, ale przyjacielowi należało się nieco kredytu zaufania.
Spotkanie miało się ku końcowi, kiedy obaj wślizgnęli się do środka niezauważeni i wmieszali w zaabsorbowany aktualną walką tłum. Niepisaną zasadą było, że najstarsi mieli pierwszeństwo w dobieraniu przeciwników, a już na pewno dziś, w przeddzień zwieńczenia ich nauki w hogwarckich murach. Swój pojedynek właśnie kończyła para siódmorocznych Puchonów i kibice z uznaniem bili im brawo. Przyszła kolei na ostatnie starcie tego wieczoru.
Na środek wyszedł jakiś Krukon i już otwierał usta, by rzucić wyzwanie, ale zamarł, nie wydobywając z siebie głosu i cofnął się pod palącym spojrzeniem onyksowych tęczówek, okalających jeszcze ciemniejsze źrenice.
– Tertius Avery!
Głos Snape'a rozniósł się echem po Sali i odbił od ścian. Po lewej tłum się lekko rozsunął, ujawniając obecność wywołanego do pojedynku ucznia. Młodszy Ślizgon pewnie zajął wolną przestrzeń na środku pomieszczenia, naprzeciw Seva. Pochylił się do przodu i coś mu szepnął, z dużym prawdopodobieństwem próbując sprowokować przeciwnika. Czarne oczy pozostały chłodne i niewzruszone, ale niemal boleśnie miażdżące spojrzeniem.
– Łapo, co Snape do cholery robi? Do Munga chce trafić albo do kostnicy? – głos Jamesa, który usłyszał Black za plecami, pozbawiony był drwiny. Zwykłe stwierdzenie faktu, popartego obserwacją.
Syriusz nie skomentował, skupiając się na dwóch stających do walki prefektach z Domu Węży. Niewątpliwa atrakcja wieczoru.
Pierwszy przypuścił atak Avery, a jego tnąca klątwa poszybowała w stronę przeciwnika, ale została gładko zatrzymana idealną tarczą. Obserwujący to z zajęciem Gryfon nawet nie poczuł niepokoju. Na razie wydawało się, że starszy Ślizgon skupia się na defensywie, przyjmując na siebie ataki i odbijając je bez większych trudności. Nic wartego szczególnego docenienia, może poza absolutną efektywnością tego tarcz. Syriusz znał możliwości Seva i nie o jego przegraną się martwił. Poważnie bał się tego, że kiedy Snape skończy, z czystokrwistego sukinsyna nie będzie czego zbierać. Okolicznośc niesprzyjająca o tyle, że prawo czarodziejskiego świata morderstwo na sukinsynie nagradzało towarzystwem dementorów, zamiast Orderem Merlina Pierwszej Klasy.
Ku pogłębiającemu się zdziwieniu Blacka, Snape nie przejmował inicjatywy, pozostając niemal pasywnym i pozwalając się wyżyć gówniarzowi, chociaż nie dopuszczając do przełamania czy chociaż nagięcia ochronnych tarcz. Po prostu przyjmował na siebie czystą, skumulowaną, morderczą wręcz agresję, odbijając kolejne klątwy. Jako że Klub Pojedynkowy był nadobowiązkową formą integracji społeczności, Glenn Velick nie próbował się włączać, dopóki nie pojawiało się poważne zagrożenie zdrowia albo życia uczniów.
Wszystko na chwilę zwolniło i kiedy Avery przestał naciskać, zebrani wokół gapie mogli wreszcie zobaczyć różnicę. Młodszy z chłopaków był zdrowo zziajany i rozproszony, w odróżnieniu od starszego, absolutnie skupionego i bez śladów zmęczenia.
I nagle coś się zmieniło. Sev rozluźnił ramiona, jakby dopiero się ocknął i wreszcie potraktował pojedynek poważnie. Przechylił lekko głowę, przyszpilając przeciwnika przeszywającym spojrzeniem. Nie wykonał jeszcze ruchu, nawet nie podniósł na nowo różdżki, ale wyczuwalnie zmienił się rozkład sił. Wśród publiki narastała fala coraz głośniejszych szeptów, ale Snape stanął pewniej, zupełnie nic sobie z tego nie robiąc. Z jego gestów i spojrzenia emanowało coś magnetyzującego. Syriusz już to widział w czasie balu bożonarodzeniowego, podobnie jak i reszta szkoły. Tym razem nie było w tym odrobiny mistyfikacji.
Sev nie usiłował udawać kogoś równego Avery'emu, ale naprawdę czuł się mu równy. Albo wręcz od niego lepszy.
– Ventilabis – niemal wyszeptał, od niechcenia podrywając w górę koniec cisowej różdżki.
Tertius w osłupieniu obserwował, jak w jego kierunku leci błękitny pocisk i prawdopodobnie zdał sobie sprawę, co się właśnie stało, dopiero kiedy uderzył z impetem w ścianę, daleko za swoimi plecami. Ogłuszony opadł na kolana.
– Zanim Wąż rusza na łowy, upewnia się, że bezmyślnie nie porywa się na silniejszego drapieżnika. Ale to wymaga posiadania szczątkowych ilość rozumu, czego po tobie nie można oczekiwać – stwierdził Snape lodowatym głosem, absolutnie wypranym z emocji na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli.
Poturbowany chłopak ochłonął z chwilowego szoku i z wściekłością zerwał się z ziemi, celując różdżką przed siebie, gdzie chwilę temu stał jego przeciwnik. Rzucona klątwa nie sięgnęła celu, który w odpowiedzi zaatakował Tertiusa z lewej, przygważdżając go do posadzki. Zanim czystokrwisty tyłek znów poderwał się z pozycji horyzontalnej, został walnięty kolejnym zaklęciem. A później następnym.
Sev dosłownie ciskał Averym po ścianach, nie zadając sobie trudu zaatakowania go zgodnie z procedurą, typowymi ofensywnymi chwytami. Żadnych uroków rozbrajających, nic bezpośrednio zadającego rany. Zwyczajnie tłukł Tertiusa w najbardziej poniżający sposób, nie dając mu nawet czasu na reakcję. Syriusz wyczuwał, jak zmienia się magia jego przyjaciela, przybierając ciemniejszą barwę, kiedy tamten z każdym ruchem różdżki masakrował swoją ofiarę coraz bardziej, jak ostatnią szmatę.
Porządnie wkurzony, że nie zrobił tego jeszcze Velick, wpatrujący się w zmagania Ślizgonów z nie mniejszym zajęciem od uczniów, Black chciał już zainterweniować, zanim Snape przekroczyłby granicę. Jednak nim zrobił krok, agresor powstrzymał swoją szorstką magię i cofnął różdżkę. Nie stracił kontroli, chociaż to, czym operował, nie było już Jasną Magią, ale od sięgnięcia do Czarnej chłopaka dzieliła jeszcze cienka granica. Gryfon był prawdziwie pod wrażeniem takiej absolutnej samokontroli. On sam nie posunąłby się tak daleko, pozwalając się porwać mocy, bo nie miał do siebie dość zaufania, że będzie mógł przestać.
W sali zrobiło się nienaturalnie cicho, kiedy zwycięzca ponownie przemówił, z obrzydzeniem patrząc z góry na pokonanego.
– Jesteś tylko ułomnym sukinsynem i nie waż się podpierać żadną ideologią. Nie potrafisz zgłębić potęgi magii. Tiara umieściła cię w Slytherinie przez przypadek, bo nawet nie myślisz jak Wąż, brakuje ci sprytu i ambicji, a jedyne, co robiłeś, to jawne szkodzenie Domowi – wyartykułował słowa nietypowo dla siebie aksamitnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem i był w tej chwili bardziej przerażający, niż gdyby na Avery'ego wrzeszczał. Ale nie pozwolił sobie na okazanie emocji i podsumował ze spokojem – Poszedłeś na wojnę, której nie mogłeś wygrać. Nie ma rzeczywistości, w której mógłbyś mnie pokonać.
Odwrócił się bez pośpiechu i z opuszczoną różdżką przemierzył pomieszczenie, a niemy tłum ustąpił mu z drogi. Nikt, może poza profesorem Velickiem, jakby z niechęcią organizującym Tertiusowi transport do skrzydła szpitalnego, nie zwrócił uwagi na słaniającego się na podłodze zwyciężonego.
– O psiakrew – wydusił z siebie wreszcie James, kiedy za wychodzącym Ślizgonem zamknęły się drzwi. – Snape naprawdę…
– Jest niezły w te klocki? Jak widać.
– Nie to, Łapo. On właśnie zniszczył Tertiusa Avery'ego. Dzieciak nie ma tu po co wracać jesienią. Snape go w dziesięć minut zniszczył.
O tak. Syriusz już jakiś czas temu doszedł do konkluzji, że lepiej nie zrobić sobie z Seva wroga.
Z lekką irytacją znosił przez ostatnie dwa dni swojej hogwarckiej bytności zaciekawione, a często doprawione strachem spojrzenia uczniów i nauczycieli. Z ulgą przyjął, że pierwszy raz nie musiał planować, jak wybrnąć z sytuacji i zastanawiać się, jakie reperkusje przyniesie ze sobą jego wybryk.
Nikt nie mógł mu już nic zrobić. I nawet nie próbował.
Zdobył sobie śmiertelnego wroga w osobie Tertiusa Avery'ego. Co to jednak znaczyło dla Severusa, skoro tutaj już skończył, a poza murami, w prawdziwym świecie jego przeznaczenie nie miało prawa zetknąć się z losem arystokratycznego dupka, podobnie jak i większości jego kolegów czystej krwi, o czym uświadomiła go w zimie Greengrass? Severus nie pozostawiał po sobie niedokończonych spraw i nie zamierzał zrobić wyjątku, patrząc z boku, jak Avery przejmuje władzę sprawczą nad Domem Węży, by szerzyć spustoszenie przez kolejny rok. Nawet jeśli w Slytherinie było sporo szuj, byli także rasowi Ślizgoni i za nich Snape w minimalnym stopniu czuł się odpowiedzialnym, choćby z tego powodu, że nie przeszkadzało mu wykorzystywać swojej władzy nad nimi przez ostatni semestr.
Może i ten stary manipulator miał rację, na swój pokrętny sposób. U Severusa uaktywniło się jakieś szczątkowe poczucie odpowiedzialności za wężowych kolegów, wraz z nietypowym dla niego poczuciem wspólnoty. Przez jeden semestr naprawdę czuł się Ślizgonem i nie wiązało się z tym wrażenie dyskomfortu. Za cholerę nikomu by się do tego nie przyznał.
Siedział na trawie, co mu się zdarzyło może trzeci raz w ciągu siedmioletniej hogwarckiej epopei, i przez chwilę naprawdę nie myślał o niczym. Odsunął od siebie cały bagaż wspomnień, z których większości jakoś nie miał ochoty wywlekać na powierzchnię, poddając się kojącemu uczuciu spokoju.
W czasie wczorajszego spotkania z Dumbledorem udało mu się wreszcie właściwie, zgodnie ze swoją wolą postawić mentalny mur, absolutnie izolujący dowolną część jego jaźni przed ingerencją legilimenty. To było śmiesznie proste, kiedy już rozgryzł sam koncept, nawet wdzięczny dyrektorowi, że nie podsunął mu tego na talerzu, bo byłoby wtedy daleko mniej satysfakcjonująco. Chodziło o klucz, dzięki któremu niemal automatycznie jego mózg segregował myśli. Nie potrafiłby tego zrobić jeszcze pół roku temu, bo wtedy nie do końca łapał, co miał na myśli Dumbledore z jego ględzeniem o właściwym ukierunkowaniu emocjonalnym, niezbędnym do poprawnej oklumencji. Wtedy był daleki od psychicznej równowagi i za cholerę by to nie wyszło. Teraz wiedział, po co chce to robić i takie proste odkrycie pozwoliło wskoczyć trybikom na swoje miejsce.
Dlatego był niemal rozluźniony – nie musiał się obawiać, że ktoś uzyska nad nim przewagę w sposób, nad którym nie miałby kontroli.
– A tutaj się ciebie nie spodziewałem. – Syriusz opadł na trawę na wyciągnięcie ręki od niego. Przed wzrokiem natrętów osłaniały ich zarośla, oddzielające błonia od boiska do quidditcha. – Za godzinę mamy pociąg. Spakowany?
– W odróżnieniu od co niektórych, nie musiałem szukać swoich gratów po całym Hogwarcie. Za to ciekawy jestem, co to robiło na mojej kanapie? – stwierdził po swojemu zimno, wyciągając z kieszeni szaty jedwabne pończochy i rzucając je w ręce Blacka.
– Eee, a myślałem, że się nie dowiesz – odpowiedział ani trochę nie skrępowany Gryfon, głupawo się uśmiechając. – Ale mogę ci obiecać, że na Ealing Road postaramy się nie korzystać ze wspólnej kanapy w salonie.
Severus spojrzał na niego pytająco. Teraz już jego przyjaciel wyglądał na lekko zmieszanego.
– Wspominałem, że Vitalia się wprowadza? Nie rób takiej miny, rachunki będą szły na troje i może nawet czasem ktoś posprząta albo ugotuje...
Za komentarze, favy i alerty dziękuję.
Miyuki - wielkie dzięki. Ja jakoś inaczej nie potrafię patrzeć na Regulusa niż przez pryzmat jego korzeni. Dopóki było mu dobrze, to nie szukał zmiany, ciesząc się uznaniem rodziców i Czarnego Pana. I szczerze - potrafię to zrozumieć. Syriusz miał Jamesa, do którego rodziców mógł uciec. Co miał ze sobą zrobić Regulus, obracający się w ślizgońskim towarzystwie? Potrzebował mocniejszych wrażeń, żeby wyciągnąć bardziej indywidualne wnioski i spojrzeć nieco dalej.
Humie - jak widać, moja wizja odbiega od wizji kanonicznej na tym etapie. Peter nie odegra u mnie roli, jaką mu przypisała pani Rowling. Dalsza część opowieści będzie miała z kanonem jeszcze mniej wspólnego, a zakończenie... będzie niekanoniczne. A przynajmniej zakończenie całej historii, nie tego oto opowiadania.
Yyy... mówiłam już, że będzie kolejne? :P No więc - będzie. Uznałam, że trochę inny klimat wymaga innego podejścia i nie pasuje do początkowych rozdziałów "Just business". Nie chcę przelecieć przez wojnę po łebkach, bo to odebrałoby autentyczności motywacjom i wyborom, jakich będą dokonywać moi bohaterowie. To opowiadanie kończy się za rozdziałów kilka. Kolejne się pisze, więc mogę zapewnić, że opowieść się nagle nie urwie i nie zawiśnie w próżni.
I na razie to tyle :)
