Rozdział trzydziesty czwarty: Wieża Ravenclawu
Snape odsunął się o krok, powoli mrugając. W uszach dzwoniło mu od eksplozji dumy i światła i choć żadne z zaklęć, którymi Potter w niego cisnął, nawet go nie tknęło, włożony w nie wysiłek wyraźnie się poprawił.
– Aż nabieram ochoty do przyznania Gryffindorowi punktów – mruknął.
Potter pochylił głowę, chowając różdżkę. Nie wyglądał na zmęczonego, a wielu młodych czarodziejów byłoby po rzuceniu tak wielu zaklęć w tak krótkim czasie. Wyglądał raczej, jakby płomienie wydrążyły go od środka i teraz zapuściły korzenie w jego duszy, lśniąc w oczach. Snape przyjrzał mu się uważnie, po czym kiwnął głową. Nie pomyślał o tym wcześniej, bo pozwalał, żeby wciąż zaślepiał go cień Jamesa... i Harry'ego w sumie też, bo jemu nie przeszkadzało używanie dowolnego rodzaju magii. Ten Potter zdawał się być bardziej zaznajomiony ze swoją magią od dowolnego z Weasleyów. Był w stanie rzucać znacznie potężniejsze świetliste zaklęcia od dowolnych mrocznych. Niemal instynktownie wykonywał zaklęcia bazujące na ogniu i świetle.
A jego furia, tym razem napędzana przez to, co przytrafiło się jego bratu, wzmacniała jego magię. Musiał to być jednak słuszny gniew, nie irytacja, którą jak do tej pory okazywał w czasie zajęć ze Snape'em.
– Ale nie przyzna pan tych punktów, profesorze?
Przebiegły głos Pottera wyrwał Snape'a z jego rozmyślań. Pokręcił głową.
– Nie, nie przyznam – powiedział. – Zrobię to w dniu, w którym pozbawi mnie pan zaklęciem przytomności. – Skrzywił się zaraz po wypowiedzeniu tej obietnicy – w miarę możliwości wolał unikać przydzielania punktów Lwiemu Domowi – ale słowo się rzekło. Uśmiech Pottera, który pojawił się w odpowiedzi, nie był bezczelny, jak Snape tego oczekiwał, po prostu pewny siebie.
– Prędzej czy później będzie musiało do tego dojść, profesorze – wymamrotał. – A teraz, mam nadzieję, że mi pan wybaczy, ale muszę się z kimś spotkać o dziewiątej. – Otworzył drzwi i wyszedł z gabinetu, zanim Snape zdążył mu powiedzieć, że się zgadza.
Snape pomyślał o odjęciu punktów za impertynencję. Pomyślał jednak o płomieniach w orzechowych oczach Pottera – tych samych, które kiedyś widział w oczach Jamesa Pottera, jedyny raz, kiedy Snape zobaczył go po przeciwnej stronie pola walki i poczuł do niego szacunek – i wstrzymał się.
Podszedł powoli do bulgoczącego kociołka i wznowił warzenie swojego eliksiru. Gdyby ktokolwiek wszedł i rzucił okiem na ten płyn, wyglądałby on dla nich jak wywar spokoju. Byłby w stanie wymienić przed Minerwą wszystkie składniki i dlaczego postanowił go uwarzyć. Następnie pokazałby nawet swoim uczniom jak wygląda idealnie wykonana próbka, ponieważ to był wywar na poziomie SUMów, a żaden z nich jeszcze go nie opanował.
Wyłącznie mistrzowie eliksirów – a Snape był pewien, że i pośród nich znalazłoby się niewielu – zauważyliby wyjątkowo delikatną, zielonkawą poświatę tego wywaru, w głębokim odcieniu zieleni taką, jaka pojawiała się w herbie Slytherinu.
Dłonie Snape'a pracowały szybko i płynnie, rozrywając, tnąc, miażdżąc i mieszając bez większego zastanowienia z jego strony. Wolał skupić się na tym, jak Harry wyglądał, kiedy uderzyła go klątwa wybebeszająca, niż skupić się na eliksirze, który był w stanie uwarzyć odkąd skończył siedem lat, czy na wariacji, którą opanował przed ukończeniem szesnastu.
Chciał, żeby wspomnienie bladej twarzy dyszącego z bólu Harry'ego, wryło mu się w mózg. Chciał powoli raczyć się świadomością, która wtedy nagle w niego uderzyła, w niego, byłego śmierciożercę, który widział efekty tej klątwy niezliczoną ilość razy, że tym razem coś się zmieniło, że gdyby stracił Harry'ego to coś by w nim umarło.
To miało większe znaczenie od dowolnej zemsty, jakiej miałby się teraz podjąć, nawet większe znaczenie od czegokolwiek, co planowali zrobić Connor Potter ze swoimi kompanami, choć Snape podejrzewał, że też szli się zemścić. Najważniejsze było zachowanie Harry'ego przy życiu, żeby ten był w stanie leczyć się i zmienić. Jego rodzice w więzieniu, ludzie karani za wszystko, co mu zrobili, Dumbledore zabity albo pozbawiony swojej magii – to były przecież tylko szczegóły.
Pierwszy raz w życiu Severus Snape był gotów przyznać, że zemsta może nie być najlepszym rozwiązaniem. Był w stanie obejrzeć się na eliksiry, które uwarzył w zeszłym roku dla Jamesa Pottera i ministra Knota nie z żalem, że go złapano, ale z żalem, że w ogóle się za nie zabrał, ponieważ warzeniem ich skrzywdził Harry'ego.
Te słowa brzmiały tak strasznie prosto w jego umyśle. Nie był w stanie pojąć, czemu brzmiały jak oświecenie.
Spojrzał na eliksir o zielonej poświacie, bulgoczący w kociołku i zrozumiał.
Ukończy ten eliksir, ale go nie użyje. Właściwie, to planował go zniknąć w chwili, w której upewni się, że został poprawnie uwarzony.
Myśl o skrzywdzeniu Rovenana bladła przy myśli o skrzywdzeniu Harry'ego.
Draco kiwnął głową, kiedy Connor do nich podszedł, uzupełniając ich grupę. Pozostali Gryfoni dołączyli do niego znacznie wcześniej przy schodach prowadzących do wieży Ravenclawu, ponieważ nie spowolniły ich żadne dodatkowe zajęcia ze Snape'em.
Granger stała, marszcząc ponuro brwi i uderzając różdżką o nogę. Wyglądała znacznie straszniej od dwójki młodszych Weasleyów, którzy to podejrzliwie łypali na Dracona, to z wyczekiwaniem zerkali w kierunku schodów, ale zdecydowanie nie tak strasznie jak bliźniacy Weasley. Draco jeszcze nigdy nie widział ich takich poważnych. Nie śmiali się, nie dokazywali. Och, czasem uśmiechali się krzywo, klepiąc się lekko po kieszeniach. Ale nawet nie próbowali się wygłupiać, przez co Draco zaczął podejrzewać, że lada moment zobaczy jak niebezpieczni Fred i George okażą się na polu bitwy, kiedy nie próbują po prostu zrobić kogoś w konia.
– Chodźmy – szepnął Draco. Ruszyli za nim na górę, chociaż jeden z Weasleyów – Ron – zaczął marudzić, czemu akurat Malfoy musi nimi dowodzić. Jego siostra uciszyła go kilkoma wyjątkowo dobrze dobranymi słowami, na dźwięk których Draco musiał stłumić własny chichot. Nie spodziewał się po Weasleyach takiego słownictwa, a co dopiero po ich najmłodszej latorośli.
Nikt nie wyszedł im na spotkanie na samych schodach. W połowie drogi Draco zatrzymał wszystkich, żeby rzucić na każdego zaklęcie kameleona. Jeśli wieża Ravenclawu miała rozkład pomieszczeń podobny do tego w Slytherinie czy Gryffindorze, to sypialnie szóstorocznych będą znajdować się w znacznej odległości od drzwi do pokoju wspólnego. W tej chwili byli pewni tylko tego, że Rovenanowi pozwolono spędzić ostatnią noc z przyjaciółmi, w jego własnym pokoju, a wczesnym rankiem zostanie ceremonialnie wydalony ze szkoły i jego różdżka zostanie złamana. Chang miała ich poprowadzić w chwili, w której znajdą się w wieży.
Draco skrzywił się lekko, po czym pokręcił głową. Myśl o Chang naprawdę nie powinna już tak go irytować. Przyłączyła się do nich przez wzgląd na dług życia, który była winna Harry'emu; ta wyprawa tego nie wynagrodzi, ale czystokrwista, świetlista czarownica uważała za swój obowiązek zemstę na kimś, kto skrzywdził jej sojusznika. W dodatku parę dni temu Harry w dość dobitny sposób udowodnił, że teraz należy już wyłącznie do Dracona.
Draco uśmiechnął się na myśl o tym i niemal przegapił lekki ruch Pomyluny Lovegood. Wyszła zza arrasu, który wisiał przed wejściem do wieży, zaskakując tym wszystkich . Draco opanował się szybko i przymrużył oczy, po czym zwęził je jeszcze bardziej, kiedy ta spojrzała wprost na nich, jakby wcale nie mieli na sobie zaklęć kameleona.
– Och, witajcie – powiedziała. – Wydaje mi się, że powinniście byli wybrać mocniejsze zaklęcie. Widzę was.
– Tak, ale nikt inny nas nie widzi, Luna – powiedziała Granger lekko ochrypłym głosem. Draco zastanawiał się, czy to ze zniecierpliwienia, czy też może Pomyluna drażniła ją równie mocno co jego. Oczywiście, świat Granger był logicznie poukładany i wszystko musiało w nim mieć sens, więc ktoś tak szalony jak Pomyluna pewnie doprowadzał ją do szału.
Czemu ja się w ogóle zastanawiam nad tym, co o tym wszystkim może myśleć szlama? Draco pokręcił głową. Jeszcze trochę, a będę, jak Harry, ciągle próbował "zrozumieć" innych ludzi. Lepiej skupić się teraz na zemście.
Tak się jednak składało, że znał idealną klątwę, więc nie musiał się nad tym zbyt długo zastanawiać. Pomyluna wyszeptała hasło do drzwi wieży, dzięki temu te otworzyły się szeroko. Weszli do środka, podczas gdy Pomyluna pozostała nieco z tyłu, rozglądając się z lekkim roztargnieniem. Właśnie dlatego to jej przydzielono to zadanie i Draco musiał przyznać, że Weasley, który na to wpadł – Ron – okazał tym prawdziwy geniusz. Nikt nie zacznie się zastanawiać, czemu Pomyluna tak długo stoi w otwartych drzwiach, bo ona często stała w miejscu, blokując gdzieś przejście.
Pokój wspólny Ravenclawu był znacznie cieplejszy od tego w lochach, po części, oczywiście, z powodu swojej lokalizacji, ale też przez wiele kominków, ustawionych wzdłuż jednej ze ścian; Draco jeszcze nigdy nie widział pokoju, w którym znajdowałoby się aż tyle kominków na raz. W pomieszczeniu dominował brąz i ciemnoniebieski kolor Ravenclawu, a rozłożyste, ciemne meble dominowały jego wystrój, jeśli nie liczyć potężnego malowidła ściennego, zajmującego jedną ze ścian i przedstawiającego orła wzbijającego się do lotu. Po przeciwnej do niego stronie znajdowały się schody, prowadzące do sypialni i Draco wbił w nie wzrok nawet kiedy Chang wstała z fotela, znajdującego się obok najbliższego im kominka i ruszyła spokojnie w ich kierunku.
– Tędy – wymamrotała Chang, zatrzymując się tuż przed nimi. Draco spojrzał na nią podejrzliwie, ale zorientował się, że wokół jej oczu unosi się delikatna poświata w kolorze kryształu górskiego. Wyglądało na to, że miała na sobie zaklęcie, pozwalające jej przejrzeć uroki i iluzje. Z lekką ulgą zobaczył też, że większość Krukonów, którzy akurat znajdowali się w pokoju wspólnym, nie oderwało się od swoich książek i nie przerwało podenerwowanych, przyciszonych rozmów, kiedy mijali ich w drodze do schodów.
Draco przyglądał się ich twarzom i uśmiechnął się krzywo. Większość zdawała się być zawstydzona, zażenowana, albo przestraszona. I dobrze. Ravenclaw miał w tej chwili najmniej punktów ze wszystkich domów, prawdopodobnie nie wygrają Pucharu, a Slytherin właśnie planował rozpocząć z nimi cichą wojnę. Nawet ludzie z siódmego roku, którzy jak do tej pory uczestniczyli w rozmowach z Draconem o przewadze czystej krwi, co mogło ich doprowadzić do przyłączenia się do śmierciożerców, byli oburzeni wieścią, że ktoś półkrwi ośmielił się zaatakować kogoś z lordowską mocą, a jedynym co go za to spotka, będzie wydalenie ze szkoły i złamanie różdżki. Argument, że dyrektorka nie może zbyt wiele zdziałać przez wzgląd na wiek Rovenana, był całkowicie ignorowany. Draco uważał, że tak właśnie powinno być. Każdy prawdziwy Ślizgon wiedział, że istnieją sposoby na działanie poza ograniczeniami prawa.
Napisał już w tej sprawie do swojego ojca, prosząc go o wykorzystanie kilku takich sposobów. Jeśli Lucjusz posłucha sugestii Dracona, to rodzina Rovenana odkryje niebawem, że jest znacznie biedniejsza niż im się wydawało. Wyglądało na to, że byli winni znaczną sumę pieniędzy, a przynajmniej czystokrwisty ojciec Rovenana był. Wystarczyłoby, żeby Lucjusz wykupił kilka z tych długów, albo zdobył je w zamian za przysługi, po czym zażądał spłaty wszystkich na raz.
Draconowi wydawało się, że jego ojciec raczej się tego podejmie. Harry należał do nich – był chłopcem, którego Draco kochał, przywódcą, za którym byli gotowi podążyć na samo dno piekieł, sojusznikiem jego ojca i praktycznie adoptowanym synem jego matki. Lucjusz prawdopodobnie wymyśli bardziej kreatywne metody zemsty, co Draconowi absolutnie nie przeszkadzało.
Dotarli do podnóża jednego z ciągów schodów i Chang kiwnęła na nich głową.
– Teraz cicho – mruknęła. – Urządzają mu imprezę pożegnalną, ale znajduje się tam tylko kilku ludzi. Usłyszą nas, jeśli nie będziemy uważać.
Draco kiwnął głową, po czym wykonał gest, który miał uciszyć pozostałych, ale pewnie bez większego efektu, bo wciąż wszyscy znajdowali się pod zaklęciami kameleona. Ruszył za Chang tak cicho jak tylko był w stanie, nawet bliźniacy Weasley udowodnili, że potrafią skradać się jak należy. Draco nie był w stanie niczego poradzić na to, że Granger, Connor i dwójka młodszych Weasleyów poruszali się jak słonie.
Dotarli do drzwi, na których znajdowała się plakietka "Szóstoroczni Krukoni". Draco wywrócił oczami. Podejrzewał, że Krukoni lubili być precyzyjni pod każdym względem, ale w Slytherinie nikt się nie przejmował takimi głupotami. Wszyscy wiedzieli, gdzie znajdują się ich sypialnie, kto śpi obok i kto powinien się w nich znajdować o danej porze dnia.
Z pokoju faktycznie nie dobiegały żadne dźwięki. Chang obejrzała się na nich ostrzegawczo, po czym przyłożyła dłoń do drzwi.
Zamarła. Draco zastanowił się, czy nie usłyszała czegoś podejrzanego. Zacisnął mocno palce na różdżce, czekając na jej sygnał, że mogą wejść do środka.
Zamiast tego Chang oderwała dłoń od drewna i Draco zauważył, że dziewczyna się trzęsie. W chwilę potem osunęła się bezwładne na podłogę. Draco zagapił się na nią w szoku. Drzwi musiały mieć na sobie jakąś osłonę. Ale po co, skoro wszyscy żyją tu razem i...
Nagle drzwi otworzyły się na oścież i z pokoju wybiegło znacznie więcej Krukonów, niż Draco spodziewał się zobaczyć. Zauważył pośród nich Parsons i Turtledove, bliską przyjaciółkę Parsons, ale też Cornera, Terry'ego Boota i kilka innych znajomych twarzy.
A przed wszystkimi szedł Rovenan, któremu oczy lśniły mieszanką desperacji i furii.
– Finite Incnatatem! – wrzasnął, celując w nich różdżką.
Draco poczuł, jak ciepło zaklęcia kameleona roztapia się wokół niego, ale w tej samej chwili Rovenan skoczył na niego, więc nie miał już czasu zastanawiać się nad czymkolwiek innym.
Podniósł Protego, korzystając z instynktów, które Harry wpajał im w czasie zajęć, dzięki czemu teraz pierwszy urok Rovenana odbił się i poleciał z powrotem w niego. Ten odskoczył mu z drogi z wprawą, którą Draco uznał za zastanawiającą, przez co urok trafił jedną ze stojących za nim dziewczyn. To wciąż pozostawiało zbyt wiele osób jak na gust Dracona, zwłaszcza, że sam był ograniczony do wyjątkowo wąskiego przejścia, a za nim, na schodach, tłoczyli się jego sojusznicy, ale teraz przynajmniej miał chwilę na odetchnięcie i podjęcie decyzji względem tego, jakiej klątwy użyje w następnej kolejności.
To będzie musiała być klątwa, której użyłbym w bitwie, nie z zemsty. No i żadnych mrocznych sztuk, o ile już nie będę miał innego wyjścia.
Rovenan już wyrzucał z siebie pierwsze sylaby klątwy ćwiartującej – gdzie on, do cholery, nauczył się tyle o mrocznych sztukach? – ale Draco był od niego szybszy. Klątwa ćwiartująca miała przynajmniej osiem sylab. On musiał wymówić tylko cztery.
– Rictusempra!
Rovenan zaczął się śmiać, różdżka zatrzęsła mu się w dłoni. Draco przyglądał mu się przez moment, po czym uznał, że nie zdejmie zaklęcia. Nie pozwolił sobie spędzić nad tym więcej czasu, bo pamiętał, czego nauczył się od Harry'ego i profesora Snape'a w czasie bitwy w pełni księżyca: "Zwykle tylko najszybszy czarodziej pozostaje przy życiu na polu bitwy."
– Expelliarmus!
Różdżka wystrzeliła z ręki Rovenana i uderzyła o dłoń Dracona. Oczy Rovenana zabłysły, ale nie wyglądał na przestraszonego, nawet kiedy Draco schował jego różdżkę do kieszeni i przycisnął ją lewą dłonią. Zamiast tego odwrócił się od niego lekko i zaczął szarpać za swoją szatę.
Para jasnożółtych kulek przeleciała nad głową Dracona i wylądowała w samym środku przejścia.
– Zatkajcie nosy! – zawołał jeden z bliźniaków.
Draco posłuchał ostrzeżenia w ostatniej chwili. Kilku Krukonów, ściśniętych w przejściu, wciąż pewnie niezdolnych do zobaczenia, z kim właściwie walczą, nie miało takiej okazji.
Kulki eksplodowały w kłębach żółtego dymu. Nie uniósł się on jednak i nie zaczął rozwiewać jak zwykły dym, a utrzymał solidną formę, niczym woda, i ruszył prosto na Krukonów. Kilku z nich nabrało z oszołomieniem tchu i zaczęło jęczeć. Draco patrzył jak na ich twarzach pojawiają się czerwone plamy, a ich oczy robią się tak napuchnięte, że nie byli w stanie ich otworzyć. Zaśmiał się wbrew sobie. Wyglądało na to, że bliźniacy właśnie podarowali im wyjątkowo agresywną reakcję alergiczną.
Poczuł, jak ktoś odsuwa go na bok i obok niego pojawiła się siostra Weasleyów, akurat w chwili, w której Parsons wycelowała różdżką. Parsons powiedziała coś, co brzmiało wyjątkowo nieprzyjemnie, ale nie było zaklęciem znanym Draconowi, a z jej różdżki wystrzeliła mroczna linia światła.
Ginny pochwyciła ją w Haurio, co było kolejnym zaklęciem tarczy, które Harry wpajał im w czasie zajęć, po czym odpowiedziała klątwą upiorogacka. Parsons zasłoniła dłonią nos, piszcząc z oburzeniem.
Draco usiłował przecisnąć się do przodu, żeby dorwać Rovenana i powstrzymać go przed czymkolwiek, co próbował zrobić, ale przejście było zbyt wąskie i przepełnione ludźmi. Krukoni, którzy dali się złapać bliźniakom w pułapkę, osunęli się na podłogę, przez co teraz jeszcze więcej osób starało się wyjść z pokoju. Draco skrzywił się, wiedząc, że będą musieli się wycofać, przez co znajdą się na strategicznie gorszej pozycji, będą narażeni na potknięcie się po drodze, albo co gorsza – spotkają Krukonów wychodzących z pokoju wspólnego. Draco miał wrażenie, że większość z ludzi, których minęli po drodze, usłyszała zamieszanie i choć w tej chwili pewnie siedzą zaskoczeni, to nie potrwa to długo.
Stuknął Ginny w ramię, po czym zaczął się wycofywać, utrzymując Protego, żeby przypadkiem nie trafiła go jakaś klątwa czy urok. Starał się ze wszystkich sił myśleć klarownie i oddychać spokojnie. Nie było teraz czasu na wyczyny domorosłych, gryfońskich bohaterów. Trzeba było się uspokoić, to może wszyscy dotrą bez szwanku na dół schodów i wywalczą sobie drogę z wieży.
Niespodziewanie cała magia wokół nich została splugawiona. Draco spróbował nabrać tchu i momentalnie zaczął się krztusić. Pochylił się, zamykając oczy, mimo, że chciał pozostać wyprostowany i trzymać różdżkę wyciągniętą przed siebie. Odniósł wrażenie, że jeszcze nigdy nie czuł czystego zła, a to właśnie ono wypełniało teraz wieżę.
Przypomniał sobie, jak to było na polu bitwy, kiedy wilkołacza suka rzuciła się na Harry'ego. Cierpiał, usiłując ją opętać, a potem rzucając na nią klątwę zabijającą, ale poradził sobie z tym, bo wiedział, że musiał to zrobić. Harry miał rację. Głowa w dół i idź przed siebie, choćby nie wiem co. Zrób to, co należy.
Wstał i z ulgą zobaczył, że Weasleyówna wycofała się na schody za nim, a reszta Krukonów kaszlała i krztusiła się zupełnie jak on. Kilku z nich zemdlało. Paru przyglądało się Rovenanowi ze zgrozą. Rovenan wyszedł przed wszystkich. Miał rumieniec na twarzy, ale poza tym zdawał się być niewzruszony otaczającą ich magią. Może jest jej źródłem, pomyślał Draco, chociaż z tego, co było mu wiadomo, Rovenan nie był zdolny do bezróżdżkowej magii, więc to nie powinno być możliwe.
Wszystko zrozumiał w chwili, w której zobaczył lśniący Mroczny Znak, obnażony na przedramieniu Rovenana.
Harry wspomniał o tym kiedyś, że walczył na plaży ze śmierciożercą, który sprawił, że cała magia wokół niego zrobiła się paskudna. To jest ich sztuczka ostatniej szansy, ale jak widać skuteczna.
Nie działała już jednak na Dracona. On był przeraźliwie trzeźwy w swojej świadomości tego, co Rovenan próbował osiągnąć. Naprawdę starał się zabić Harry'ego, grając na generalnym, ślepym uporze swojego domu, żeby ukryć swoje intencje. No i czy to nie zaskakujące, nagle przyszło Draconowi do głowy, kiedy jego umysł pędził przed siebie niczym hogwardzki ekspres, że ostatnimi czasy tak wielu Krukonów było w stanie rzucić wysokiej klasy mroczne zaklęcia, jak krwawy bicz czy klątwę wybebeszającą?
Rovenan wbił w niego wzrok i uśmiech zamarł mu na twarzy, jakby nagle dotarło do niego, że Draco nie krztusi się już i nie odsuwa od niego z paniką. Wysunął przed siebie swoje naznaczone ramię. Draco zakrztusił się lekko, ale zacisnął palce na różdżce i przygotował na rzucenie mrocznego zaklęcia. Teraz już mógł. Kogo obchodził los śmierciożercy.
– Draco! Nie waż się.
Draco nie poruszył się – nie był na tyle głupi, żeby oderwać wzrok od wroga – ale poczuł, jak włoski stają mu na karku, a wzdłuż kręgosłupa przechodzi dreszcz. Pojawił się profesor Snape.
Snape wyczuł chwilę, w której Mroczny Znak rozpoczął swoje działanie, skażając całą magię w swojej okolicy.
Wyczuł to, mimo, że przebywał wtedy w lochach i wiedział, że skażenie musiało mieć miejsce kilka pięter nad nim. Magia Hogwartu była czysta, bo Snape nigdy nie skorzystałby w ten sposób ze swojego własnego znaku. Przez to nagła obecność tak paskudnej sztuczki stawała się równie zauważalna, co ogień w zamkniętym pomieszczeniu. Wstał, odwrócił głowę i pozwolił, żeby poprowadziła go pociągająca obecność.
Gdy tylko wyszedł z lochów, zorientował się, że skażenie musi dochodzić z wieży Ravenclawu. Zmienił kierunek. Był tutaj nauczycielem, więc znane mu były rzadko używane korytarze, dzięki którym mógł dostać się do wieży w miarę szybko, bo nie będzie musiał zwalniać w biegu, czekając na ruchome schody. W takich chwilach naprawdę przeklinał osłony, które nie pozwalały mu aportować się na terenie szkoły.
Dotarł do arrasu i zorientował się, że nie ma pojęcia, jakie jest obecne hasło. Nie miało to większego znaczenia. Podniósł różdżkę, a jego magia owinęła się wokół niego i wyleciała, wirując, w kierunku drzwi, kiedy jego Reducto roztrzaskało je na strzępy razem z arrasem.
To zaklęcie wciąż było względnie bezpieczne. Używali go zarówno czarodzieje Światła jak i Mroku, więc nawet jeśli jego własny znak piekł go teraz, to skażona magia go nie zatruje – przynajmniej jeszcze nie. Użycie dowolnych mrocznych zaklęć w skażonym miejscu było teraz śmiertelnie niebezpieczne. Świetliste zaklęcia były bezpieczne jeszcze przez jakieś pół godziny.
Przedarł się przez pokój wspólny, mamrocząc zaklęcia, które odrzucały usiłujących go stratować, wrzeszczących z przerażenia uczniów, którzy nie mieli pojęcia co się działo i pewnie nigdy się tego nie dowiedzą. Snape poczuł, jak wzbiera w nim pogarda, mimo że wiedział, że teraz powinien czuć przede wszystkim niepokój. Jakim cudem ci uczniowie dotarli do siódmego roku nauki w Hogwarcie i mimo to pozostali tacy niewinni? Naprawdę powinni otrzymać lepszy trening. Gdyby nie ciążąca na posadzie klątwa, naprawdę poszedłby do Minerwy, poprosić ją o zezwolenie na nauczanie obrony.
Potem zobaczył stłoczone na schodach ciała i znał już swój cel. Zobaczył też w porę jak Draco Malfoy prostuje się, zwalczając otaczającą go przytłaczającą ilość skażonej magii. Wiedział, że chłopak lada moment użyje mrocznych sztuk, bo do tego przecież by się naturalnie zwrócił w takiej sytuacji, zwłaszcza po całym treningu, jaki otrzymał od Lucjusza i wszystkim, czego nauczył się do tej pory o wojnie.
– Draco! Nie waż się.
Snape wyszedł z założenia, że Draco musiał go usłyszeć, ponieważ nie padł na ziemię, jako wijący się, osuszony z magii wiór człowieka. Snape rzucił na siebie Wingardium Leviosa, żeby znaleźć się jak najszybciej na poziomie Ślizgona. Schody były pełne Weasleyów, nie widział sensu przeciskać się między nimi.
Wiedział, że istnieją tylko trzy sposoby na powstrzymanie trucizny, wydobywającej się z Mrocznego Znaku. Pierwszą było przekonanie śmierciożercy, który rozpoczął jej działanie, do zakończenia go z własnej woli. Snape wątpił, żeby teraz mogło do tego dojść, inaczej ten już dawno by przerwał jej działanie. Innym sposobem było aportowanie śmierciożercy gdzie indziej – co było niemożliwe przez wzgląd na osłony Hogwartu i w szczególności tego dormitorium, choć Snape podejrzewał, że ten głupiec może jeszcze spróbować przedostać się do pokoju wspólnego i jego wielu kominków, po czym uciec z pomocą sieci fiuu.
Trzecim sposobem było zabicie śmierciożercy świetlistym zaklęciem. Snape obawiał się, że to właśnie będzie musiał tutaj zrobić. Najpierw jednak musiał sprawdzić, kim był ten śmierciożerca.
Podniósł głowę i był jednocześnie zaskoczony, jak i wcale nie zdziwiony widokiem Gilberta Rovenana stojącego przed Draconem z obnażonym, lewym przedramieniem. Chłopak nie zdawał się lepszym kandydatem na śmierciożercę od kogokolwiek innego, ale Snape przecież prawie go nie znał, a dom Ravenclawu, w całym tym chaosie, jaki go ostatnio ogarnął, musiał być dla niego idealną kryjówką.
Rovenan uśmiechnął się krzywo do Snape'a, jakby pytając, co profesor niby ma zamiar teraz zrobić. Snape wycelował w niego różdżką, nawet przez chwilę nie odrywając wzroku od jego oczu. Widział w nich podniecenie, mściwą radość i zero świadomości tego, co tak naprawdę zrobił. Snape był w stanie to zrozumieć. Sam też kiedyś taki był, zwłaszcza kiedy, już jako śmierciożerca, po raz pierwszy zaatakował dom mugolaków i zobaczył, jak jego mieszkańcy kulą się przed nim ze strachu. Wreszcie ktoś okazywał należny mu szacunek.
Voldemort mógł dorwać chłopca na naprawdę wiele sposobów. Być może obiecał mu potęgę i chwałę. Być może członek rodziny go zrekrutował. Być może przekonali go do tego Karkarow czy Mulciber, podczas ich pobytu w Hogwarcie, kiedy nauczali najbardziej godnego pogardy przedmiotu w szkole – obronę przed mroczną magią.
Snape nigdy się tego nie dowie, o ile obaj nie zdołają przeżyć tej konfrontacji, a naprawdę nie sądził, żeby do tego doszło. Znał emocje, dominujące w oczach chłopca, więc znał też najbardziej prawdopodobny rezultat. Kiedy sam był na miejscu Rovenana, tak strasznie był przekonany o własnej racji, że ziemia mogłaby zatrząść się w posadach, a on i tak nie wyrzekł by się swojej lojalności wobec Voldemorta.
Snape poczuł, jak coś się w nim przesuwa i zmienia, mieszanina smutku i czystej determinacji, które bez trudu na nim osiadły, mimo że jeszcze nigdy wcześniej nie czuł się w ten sposób. Kiedyś był lojalnym, radosnym śmierciożercą, a potem, po Regulusie, osunął się w chłód, żeby przeżyć. Nigdy wcześniej nie czuł żalu z powodu tego, że jest gotów kogoś zabić.
– Gilbercie – powiedział, odwołując się do imienia chłopca, żeby nawiązać z nim jakieś połączenie. Jego empatia wobec tego dziecka przytłoczyła na chwilę nawet świadomość tego, że to on właśnie zaatakował Harry'ego. – Czy możesz powstrzymać go przed płonięciem zanim sprawi, że wszystkie zaklęcia w szkole staną się śmiertelnie niebezpieczne?
Rovenan skrzywił się i roześmiał. Ciekawe czy wie, zastanowił się Snape, czy zorientował się już, że to zaklęcie powoli zabija i jego? Właśnie dlatego śmierciożercy odwoływali się do tej magii wyjątkowo rzadko i wyłącznie w wielkiej potrzebie, po czym kończyli zaklęcie tak szybko jak to było możliwe.
– Nie.
Snape wiedział, że nie może pozwolić mu na opuszczenie tego miejsca, nie w chwili, w której mógłby uciec na stronę wroga i przysporzyć im jeszcze więcej kłopotów w przyszłości.
Determinacja zalała wszystkie zakątki jego umysłu, miażdżąc wszelkie myśli. Snape podniósł różdżkę.
– Reducto.
Wymówił zaklęcie cicho, ale pchnął w nie całą swoją magię, skupiając się na ciele Rovenana jak na barierze, przeszkodzie.
Rovenan poleciał do tyłu. Przeleciał przez wąskie przejście i uderzył plecami o ścianę swojej sypialni – nie była to duża odległość, ale Snape włożył w to wystarczająco wiele siły. Chłopiec przywalił w ścianę z takim impetem, że nikt nie byłby w stanie tego przeżyć, a trzask, który się rozległ, poinformował Snape'a o tym, że niektóre jego kości zostały sproszkowane. Co więcej, złamało mu to kark.
A skażenie zniknęło z wieży.
Snape wiedział, jak głośna potrafi być cisza, ale tej szczególnej nie doświadczył już od dawna – zszokowanej i pełnej cierpienia ciszy dzieci, które po raz pierwszy zobaczyły jak ktoś umiera. Odwrócił się, a jego umysł przeskoczył na wyższe obroty, kalkulując, co teraz będzie najlepiej zrobić i powiedzieć. Zastanowił się przelotnie, czy tak właśnie Harry czuł się cały czas. Jeśli tak, to współczucie, jakie poczuł do swojego wychowanka, powoli zaczęło zalewać troskę o jego życie.
– Zabiorę was z powrotem do domów – powiedział Draconowi i Gryfonom, których ten ze sobą przyprowadził. Zamilkł, po czym spojrzał na gapiących się na nich Krukonów. – Zawołam profesora Flitwicka, żeby się wami zajął – poinformował ich. – Jeśli macie jakieś pytania względem tego, czemu to zrobiłem, sprawdźcie lewe przedramię Rovenana. Ale najpierw – machnął różdżką w półkolu – Abscindo manulaes leaves!
Lewe rękawy wszystkich obecnych uczniów zostały zerwane i odrzucone w bok, odsłaniając ich przedramiona. Snape przesunął po nich zimnym spojrzeniem, szukając jakichś śladów Mrocznych Znaków. Nie wiedział, czy powinien się odprężyć, czy nie, kiedy nie zobaczył żadnego. Jacyś naznaczeni Krukoni wciąż mogli przebywać w swoich pokojach. Z pewnością każe Filiusowi się za nimi rozejrzeć.
A zaraz potem sprawdzi własnych Ślizgonów i przyzna się Minerwie do wszystkiego, pozwalając jej zdecydować, czy naprawdę chce dalej zatrudniać nauczyciela, który właśnie zabił jednego z uczniów.
Draco wrócił do lochów w pełnej oszołomienia ciszy, idąc samotnie obok profesora Snape'a, kiedy ten już rozmówił się z profesorem Flitwickiem i odstawił Weasleyów, Granger i Connora z powrotem do wieży Gryffindoru. Nie wiedział, co pomyśleć o kompletnej porażce, jaką okazał się być ich plan zemsty. W abstrakcyjnym sensie, wszystko ułożyło się po ich myśli. Nie będą mieli kłopotów z powodu tego wszystkiego, nie w chwili, w której wydarzyło się tak wiele innych rzeczy, a Rovenan z pewnością nie będzie już zagrożeniem dla Harry'ego.
Jednak z drugiej strony, sama myśl, że wśród uczniów pojawił się przynajmniej jeden śmierciożerca, napełniała go głębokim przerażeniem i impulsem, żeby wrócić do skrzydła szpitalnego i upewnić się, że Harry'emu nic nie jest.
Problemem pozostawał też fakt, że Rovenan w ogóle dowiedział się o ich planie zemsty. Draco domyślał się, że mógł się o tym dowiedzieć tylko w jeden sposób. Pragnął spojrzeć na profesora Snape'a i przekonać się, że się myli, ale nie zebrał w sobie jeszcze wystarczająco odwagi do podniesienia oczu.
Kiedy stanęli przed drzwiami do pokoju wspólnego Slytherinu, Snape zatrzymał go, kładąc mu dłoń na ramieniu . Draco wreszcie spojrzał na niego i na twarzy głowy swojego domu zobaczył świadomość toczącej się wokół nich wojny, znacznie wyraźniejszą niż kiedykolwiek dotąd.
– Jak wielu Ślizgonów wiedziało o tym planie zemsty, Draco? – zapytał miękko Snape.
– Wielu ludzi – szepnął Draco.
Snape kiwnął głową.
– I jeden z nich zdradził to Rovenanowi. – Zamknął oczy w długim, powolnym mrugnięciu. – Wiesz równie dobrze jak ja, że jeśli wziąć pod uwagę zaistniałe okoliczności, tylko jeden rodzaj lojalności byłby w stanie przebić się ponad lojalność, którą Ślizgon czuje wobec innego Ślizgona.
– Wiem – powiedział słabo Draco. Czyli miałem rację. Ktoś w naszym domu jest śmierciożercą.
Snape nabrał głęboko tchu, po czym wymówił hasło i wszedł do pokoju wspólnego.
Było cicho. Draco odniósł wrażenie, że w pomieszczeniu zebrał się cały dom, tak wiele osób siedziało na tapczanach, dywanach i fotelach przy kominkach, czekając na nich. Oczywiście, że już dotarły do nich wieści o tym, co zaszło w wieży Ravenclawu. Takie informacje zawsze szybko obiegały Hogwart, a prefekci, którzy wciąż patrolowali korytarze, mogli przynieść ze sobą plotki, a potem potwierdzenie bitwy, do której doszło w wieży Ravenclawu.
– Wszyscy, wstać.– wypalił Blaise.
Wszyscy wstali i wyciągnęli swoje obnażone, lewe przedramiona w kierunku Snape'a i Dracona. Draco poczuł, jak serce ściska mu się ze wzruszenia, kiedy dotarło do niego, co próbują im udowodnić. Odprężał się z każdym calem czystej skóry, który udało mu się dojrzeć.
I wtedy Snape odezwał się głosem niczym wywar żywej śmierci:
– Gdzie jest Montague?
Draco zamknął oczy.
– Uciekł do Mrocznego Pana. – Głos Blaise'a był spokojny i zaskakująco stateczny, ale Draco wiedział, że gdyby na niego spojrzał, jego ciemna twarz byłaby niemal szara. – Znaleźliśmy w jego pokoju dość dowodów na to, żeby go skazać, proszę pana. Nic szczególnie użytecznego, ale nie byłby w stanie się wytłumaczyć z posiadania niektórych rzeczy.
Snape wydał z siebie niski dźwięk. Draco zastanowił się, z tą samą osobliwą ciekawością, która sprawiła, że w ogóle rozważał w drodze do wieży Ravenclawu myśli Granger, czy ten nie wini się o to, że nie udało mu się powstrzymać jednego ze swoich uczniów przed ruszeniem ścieżką, której wyboru on sam kiedyś gorzko pożałował.
Przecież to nie jego wina, pomyślał Draco, sięgając w górę, żeby delikatnie umieścić dłoń tuż obok łokcia Snape'a i zastanawiając się, czy zdoła przekazać tę wiadomość samym dotykiem.
Snape potrząsnął głową, wyrywając się ze swojego transu.
– Idę porozmawiać z dyrektorką – powiedział. – Żaden z was nie ma prawa nosić lewego rękawa przez następny tydzień. – Nie musiał pytać, czy zrozumieli, ani czy go posłuchają. Jeśli nie posłuchają, to będzie wiedział czemu.
Blaise i Milicenta, którzy stali tuż obok Snape'a, skłonili głowy, kiedy ten wychodził. Draco nabrał głębokiego, nerwowego oddechu i usiadł na kanapie obok ludzi ze swojego roku. Po raz pierwszy w czasie tego semestru Pansy złapała go za rękę, nawet jeśli nie odezwała się słowem.
– Harry'emu nic nie będzie – szepnął Blaise. Draco poderwał wzrok i zobaczył w jego oczach siłę nowego przekonania. Blaise nigdy nie był szczególnie bliski Harry'emu, a jego matka nie była z nim w równie bliskim sojuszu co Hawthorn Parkinson, czy Blustrode'owie, czy rodzice Dracona. Teraz jednak najwyraźniej w pełni zrozumiał, jak blisko wojna jest w stanie ich uderzyć nawet w chwili, w której wciąż przebywają w szkole. Przekonał się też jak wygląda przeciwna strona. Być może jego oddanie zrodziło się ze strachu, a nie z lojalności, ale Draco miał wrażenie, że się utrzyma, a tak długo, jak pozostanie im bliski, to z czasem nowe powody pojawią się same. – Obiecuję ci, Draco. Naprawdę będzie. Nawet nie masz pojęcia jak go teraz będziemy chronić. A reszta szkoły zobaczy, jak wolnym od wpływów Mrocznego Pana potrafi być dom Slytherina.
Draco uważał, że to było wyjątkowo żałosne z jego strony i winił za to rosnące zmęczenie, ale znalazł nadzieję w słowach Blaise'a. Kiwnął głową, raz, po czym pozwolił pozostałym zagonić się do łóżka. Kiedy ruszyli po schodach, zobaczył kątem oka, że kilku Ślizgonów wychodzi z domu. Draco zamrugał, po czym znowu kiwnął głową. Wykorzystają swój spryt do uniknięcia profesorów i prefektów z innych domów, żeby niezauważenie zakraść się do skrzydła szpitalnego.
Harry nie będzie sam tej nocy, prawdopodobnie będzie miał przy sobie straż aż do końca wojny.
Draco poczuł, jak agresywna duma przebija się przez ogarniające go oszołomienie. Pozostałe domy zawsze patrzyły na Slytherin z góry. Zobaczą teraz, że jesteśmy tacy sami jak oni wszyscy i to nie tylko w chwili, w której jednoczymy się, żeby pomścić domownika. Możemy być równie dumni, równie niezależni i równie zdeterminowani do walki co oni.
Snape stał w milczeniu przed Minerwą. Opowiedział jej o wszystkim, co się stało i nie miał pojęcia, co teraz nastąpi.
Nie był w stanie powstrzymać się przed przypomnieniem sobie innej nocy, kiedy przyszedł w ten sposób do Albusa i Albus spojrzał mu w oczy, a potem w duszę, po czym sprawdził go jeszcze używając veritaserum, zanim nie uwierzył, że naprawdę wszystkiego żałował. Snape wiedział wtedy, jakim człowiekiem był Albus. Nie wiedział równie dobrze, jaką kobietą stała się Minerwa. Mogła go zwolnić, mogła go wydać aurorom ministerstwa, którzy nie będą szczególnie przyjemni dla śmierciożercy, który znowu zachował się jak śmierciożerca, a może też nie zrobić niczego. Po prostu nie wiedział.
– Severusie.
Snape podniósł na nią wzrok. Minerwa pochylała się przed siebie, oczy jej lśniły, chwytając światło z zawieszonych na ścianach pochodni, jakby należały do kota, nie człowieka.
– Powiedziałeś, że zło z Mrocznego Znaku zatrułoby szkołę? – zapytała.
Snape kiwnął głową.
– Najpierw mroczne sztuki, potem świetliste zaklęcia. Dowolna magia, wykonana w Hogwarcie po tej półgodzinie, zabiłaby osobę, która by ją wykonała. Rovenan w końcu sam by zginął, ale jego trucizna zamordowałaby każdą osobę, nieświadomą tego, co się dzieje.
Minerwa nabrała głęboko tchu, po czym wyrzuciła go z siebie, jakby czekając na jakiś znak, ale Snape nie wiedział, co to takiego mogłoby być. Wreszcie podniosła na niego wzrok.
– Obroniłeś przed śmierciożercą Krukonów, szkołę, ucznia z własnego domu i swojego wychowanka. Z tego, co mi wiadomo, za coś takiego należy ci się pochwała, nie potępienie.
Snape zamknął oczy. Czuł, jak ulga zaczyna zalewać go falami, z prądem tak wielkim, że jeszcze nie był w stanie w pełni na niego zareagować. Czekał.
– Skontaktuję się z rodzicami pana Rovenana – ciągnęła dalej Minerwa. – Dopilnuję też, żeby zabezpieczono jego ciało, tak żeby żaden, ach, zabieg nie był w stanie ukryć tego, kim był naprawdę. Będę też za tobą przemawiać, Severusie. Będę o ciebie walczyć. Ostrzegłeś go, poprosiłeś, żeby rozważył konsekwencje swoich czynów, a on i tak tego nie przerwał. W dodatku zrobił to po tym jak rzucił śmiertelnie niebezpieczną klątwę na innego ucznia. – Dłonie Minerwy zaciskały się na krawędziach jej biurka. Snape niemal spodziewał się, że wyrosną jej pazury.
– Śmierciożercy – powiedziała.
Snape zamrugał na nią, nie do końca rozumiejąc, jakim torem podążały jej myśli.
– W mojej szkole byli śmierciożercy– powiedziała Minerwa, wstając i zaczynając krążyć przed swoim biurkiem. – Grozili moim uczniom.
Obróciła się nagle i Snape musiał zwalczyć w sobie pragnienie cofnięcia się przed nią o krok. Wyglądało na to, że Voldemort właśnie strasznie rozdrażnił Minerwę McGonagall, dyrektorkę Hogwartu.
– Idź spać, Severusie – powiedziała cicho Minerwa. – Przydzielę kilka tarcz do chronienia i sprawowania pieczy nad Harrym, porozmawiam też z Filiusem o jego Krukonach, czy nie znalazł może wśród nich... więcej takich jak Rovenan. Wiedz, że jestem ci wdzięczna za to, co dzisiaj zrobiłeś i będę o ciebie walczyć. – Oczy lśniły jej z furii. – A jeśli ktokolwiek spróbuje cię skrzywdzić, albo choćby zasugerować, że powinnam cię zwolnić za to, że ochroniłeś szkołę przed śmierciożercą, najpierw będzie miał do czynienia ze mną.
Snape kiwnął kilka razy głową. Miał wrażenie, że do niczego innego nie jest w tej chwili zdolny. Już wcześniej przyszło mu do głowy, że Minerwa McGonagall okaże się zupełnie innym przywódcą od Albusa Dumbledore'a, ale nie spodziewał się, że różnica będzie aż tak znaczna. Nie miała zamiaru odwoływać się do manipulacji. Bardzo wyraźnie tego nie potrzebowała.
Ruszył powoli z powrotem do swojego gabinetu, choć wcześniej otulił się ciasno tarczami, na wypadek, gdyby ktoś chciał się do niego zakraść i zaatakować. Nikt nie spróbował.
Kiedy dotarł do swojego gabinetu, spojrzał na zrujnowaną wariację wywaru spokoju i zniknął go.
Następnie przyzwał do siebie stojącą po przeciwnej stronie pokoju myślodsiewnię. Wiedział, że powinien posłuchać się rady Minerwy i pójść niebawem spać. Ostatnie trzy dni kosztowały go więcej, niż był gotów dać.
Najpierw jednak chciał umieścić w myślodsiewni pewne szczególne wspomnienie, żeby dowiedzieć się, co ono właściwie mogło oznaczać. Kiedy znajdował się w wieży Ravenclawu, panicznie usiłując ustalić, czy ktoś czasem nie próbuje rzucić mrocznego zaklęcia, przebywając w samym środku skażenia wywołanego przez Rovenana, wyczuł coś jeszcze... coś w rodzaju unoszących się wokół nich oparów, mgły, nikczemnej obecności, która w żaden sposób nie przypominała mrocznych sztuk. Wspomnienie spróbowało opuścić jego umysł w chwili, w której zwrócił na nie uwagę, więc wrzucił wszystkie wrażenia do basenu oklumencyjnego, nie pozwalając im na ucieczkę.
Wyciągnął z siebie walkę, umieścił ją w myślodsiewni, po czym zanurzył twarz pod powierzchnią srebrzystej cieczy. Obejrzy i spróbuje nie dać rozproszyć się obrazem ginącego chłopca. Rozpracuje, czym była ta cholerna mgła.
To może być czymś, co może być w stanie skrzywdzić Harry'ego. Jeśli tak, to Snape to znajdzie i zniszczy. Tak właśnie postępował człowiek taki jak on, który wciąż codziennie na nowo wybierał, gdzie spoczywała jego lojalność.
