47. Taka sobie zwykła niedziela…
Harry szedł przez korytarz ministerstwa magii. Nad głową przelatywały mu małe, latające, papierowe ptaki, mające przekazywać informacje z wydziału do wydziału. Każdy kolejny krok sprawiał, ze tłum rozstępował się przed nim, jakby był honorowym gościem na jakimś balu.
Wpatrywał się z ciekawością w jędrne pośladki idącej przed nim Calisto. Sukienka w kolorze letniego nieba podkreślała idealne kształty jej ciała. Była piękna, choć Harry wolałby żeby była ciemnowłosym chłopakiem.
Dziewczyna robi kolejny krok i całe jej ciało zmienia się natychmiastowo w umięśnionego mężczyznę. Harry czuje natychmiast przypływ wściekłej zazdrości.
Luiggi uśmiecha się złośliwie swoimi ciemnymi oczami i wskakuje do basenu. Chłodne krople błękitnej wody spryskują twarz Harry'ego. Ten przeciera ją dłonią i wpatruje w wodę, która lekko faluje. Przez kilka sekund nie widzi zupełnie niczego, poza bąblami powietrza wypływającymi na powierzchnię.
Po chwili z wody wynurza się Lucjusz Malfoy. Robi zamach włosami i kolejne krople wody lecą w stronę Pottera. Harry zdejmuje okulary, by je wytrzeć. Uparta kropla nie chce zejść odbijając jasne promienie słońca, na ułamek sekundy przed oczami Harry'ego migocze miniaturowa tęcza.
Gdy nakłada kolejny raz na nos okulary, nikogo nie ma w basenie. Na brzegu mężczyzna o pięknym, muskularnym ciele wyciera twarz. Harry nie może oderwać wzroku od owłosionego brzucha. Gdy chłopak w końcu przestaje się wycierać, spogląda na niego. Harry dobrze zna te oczy. Claudio.
Uroczy uśmiech pojawia się na tej przystojnej twarzy. Harry jednak nie czuje sympatii. Chłód rozchodzi się po jego kościach, a las wkoło zaczyna szumieć złowieszczo. Ciemne chmury wydają z siebie ponury pomruk, na który wilkołak odpowiada wściekłym warczeniem.
Claudio rusza w stronę Harry'ego. Po dwóch susach jest przy nim i trzyma go za koszulkę. Przybliża swoją twarz do twarzy Pottera, i ten odruchowo zamyka oczy.
Liczy do dziesięciu w oczekiwaniu na cios.
Nic się jednak nie dzieje.
Harry powoli otwiera oczy, by zobaczyć przed sobą szare tęczówki Draco.
- Kocham cię. - Rozlega się szept młodego Malfoya w jego uszach.
Harry otwiera oczy i łapczywie łapie oddech. Rozgląda się po swoim pokoju w panice, w jego ręku tkwi różdżka. Jednak nikogo tam nie ma. Bariery na jego drzwiach są nienaruszone. Harry opada na poduszkę i wpatruje się w sufit nad sobą.
- Zły sen. To tylko zły sen. - szepce do siebie, ale różdżka wciąż tkwi w jego dłoni. W pierwszym odruchu chciał zawołać Severusa. Kolejne uderzenie serca przekonuje go jednak, że nie warto budzić Snape'a z powodu złego snu.
Powoli siada na łóżku i zapala światło.
- Sen jest przereklamowany. - Mruczy pod nosem i chwyta podręcznik Obrony przed Czarną Magią. Równie dobrze może się czegoś nauczyć, skoro i tak nie zmruży już oka…
##
Severus obudził się jak zwykle przed siódmą. Tablica z wykazem punktów i szlabanów nie zmieniła się od wczorajszego wieczora. Nie dziwił się temu specjalnie. Nocny patrol miała Pomona. Musiałoby dojść na jej warcie do morderstwa, żeby odjęła jakieś punkty.
Wstał i przeciągnął się leniwie, po czym sięgnął po szlafrok. Porządna kawa w salonie, zanim wyjdzie na śniadanie, będzie zdecydowanie dobrym pomysłem. Odwrócił się w stronę drzwi i dostrzegł stojącego w nich Pottera.
- Matko, co ty tu robisz?! - wypalił przestraszony, bo nie zauważył wcześniej obecności chłopaka.
- Zastanawiałem się... Nie, nie ważne... - Potter odwrócił się, żeby wyjść. Snape mógł wyczuć kompletny chaos w emocjach chłopaka.
- Harry? - spytał, niepewny czy powinien w ogóle go przyciskać.
- Nie… nie ważne. - Wzruszył ramionami dzieciak wciąż stojąc tyłem do niego.
- Chcesz o czymś porozmawiać?
- Nie. Nie bardzo.
- O co więc chodzi? - Snape zrobił dwa kroki w kierunku dzieciaka.
- Myślałem, że spędzimy razem trochę czasu, ale pewnie jesteś zajęty. - Mruknął nieśmiało Harry i spojrzał ostrożnie na Severusa, ten uśmiechnął się delikatnie.
- Wiesz, że nie możemy opuścić zamku? - spytał, niepewny o co właściwie może chodzić chłopakowi. Harry wzruszył ramionami.
- To chyba... chyba nie istotne. Chciałbym... - Harry spuścił głowę i wycofał się dwa kroki.
- Potter. Nie baw się w małą dziewczynkę. Mów o co chodzi. - Harry w odpowiedzi wybiegł z pomieszczenia i ruszył do swojej sypialni. Snape westchnął i ruszył za nim. To by było na tyle, jeśli idzie o spokojny poranek.
Dzieciak leżał na łóżku z twarzą ukrytą w poduszkach.
- Źle się czujesz? - spytał z niepokojem. Nie mógł pojąc chaosu, który wibrował w chłopaku.
- Y-y - mruknął w odpowiedzi dzieciak.
Snape usiadł obok niego i położył dłoń na jego plecach.
- Nie mogę ci pomóc, jeśli ze mną nie porozmawiasz.
- Nie chcę rozmawiać. Nie mogę. Chcę po prostu… nie ważne... Nie mogę mówić. Tego jest za wiele. Oni wszyscy mnie nienawidzą. Byli moimi przyjaciółmi, a teraz mnie nienawidzą i nawet się z tym nie kryją... ja nie wiem co mam robić... a jeszcze mój mózg zsyła na mnie najbardziej idiotyczne sny, jakie w życiu miałem...
- Miałeś koszmar? Voldemort? - zaniepokoił się Severus.
- Ani on, ani Bloody Marry. Czy możemy nie rozmawiać? - prychnął Potter.
- W porządku - powiedział Snape i wstał, żeby pójść się ubrać.
- Zostań. - szepnął Harry, wpatrując się w niego z niepokojem. Snape spojrzał na niego niepewnie.
- Myślałem, że nie chcesz rozmawiać?
- Bo nie chcę. Chcę obejrzeć jakiś film i jeść lody, ale przeklęty Hogwart nie ma prądu. - Snape nagle pojął czego chce ten dzieciak, ale nie potrafi się do tego przyznać...
- Wstań. - Rozkazał.
- Nie.
- Wstawaj Potter, albo przelewituję cię do salonu. - Mrucząc coś pod nosem, czego Sev nawet nie starał się pojąć, Harry powlókł się za nim do pokoju, który łączył ich sypialnie. Wskazał mu kanapę. -Siadaj.
- Ale po co?
- Siadaj, nie dyskutuj. - Potter w końcu wykonał polecenie. Snape poszedł do siebie i chwycił różdżkę, po czym transformował szlafrok w nauczycielskie szaty.
##
Harry siedział na kanapie, nie wiedząc właściwie po co Snape kazał mu wyjść z łóżka. Po chwili zjawił się w czarnym, szkolnym uniformie i usiadł obok niego na kanapie z jakimś drewnianym pudłem w dłoni.
- Wiem, że to nie najlepszy pomysł z rana... może powinniśmy pójść najpierw na śniadanie do wielkiej sali. Pewnie będę sie tam musiał zjawić za chwilę... ale na razie pomyślałem, że może warto spróbować tego... - powiedział Severus.
Snape otworzył jakieś pudełko i były w środku dwie łyżeczki. Harry wyjął je obie i spojrzał na Sev'a podejrzliwie. W tym momencie, na stoliku obok, pojawiła się patera z dwoma pucharkami zrobionymi z korowego szkła pełnego bitej śmietany i owoców. Harry wyszczerzył się jak głupi i chwycił jeden z nich. Był lodowaty i Harry aż westchnął, gdy ukłucie bólu zmroziło jego palce. Snape syknął i też potrząsnął swoja dłonią.
- Miał być pucharek lodów. Jak widzisz, skrzaty nie do końca chwytają koncepcję. - powiedział Severus ze złośliwa miną. Harry wpatrywał się z uśmiechem w mistrza eliksirów.
- Dziękuję. - powiedział i rzucił mu się na szyję.
- Spokojnie, nie chcę być uduszony w nagrodę za dostarczenie jedzenia. - Snape wyswobodził się z ramion Pottera i usiadł na kanapie.
- Jesteś najlepszy. - Harry szczerzył się szaleńczo. Sev sięgnął po tackę i przylewitował ją ostrożnie na kanapę.
- Jak uświnisz tapicerkę, będziesz ją sprzątał bez użycia różdżki. - Harry wyszczerzył się jeszcze bardziej i nabrał śmietany na łyżeczkę. Była lodowata, a mimo że owoce na niej były ciepłe, nie rozpuszczała się.
- Truskawki? Skąd wziąłeś we wrześniu truskawki? - Sev wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem, po czym sam nabrał na łyżeczkę swoją porcję skrzaciego wynalazku.
- Nie mamy telewizora, ale mam dwadzieścia esejów pierwszorocznych, o tym: czym są eliksiry. Chcesz poczytać? - spytał Severus od niechcenia.
- Mam wykonywać twoją brudną robotę? - Sev wzruszył kolejny raz ramionami. Harry zmrużył na chwilę oczy, po czym spytał: - A będę mógł poprawić pracę Casandry?
- Pod warunkiem, że nie dostanie „W".
- Och, gdzież bym śmiał postawić jej „W". Nikt nie potrafi na „W". Tylko nieomylny Mistrz Eliksirów. - Harry wytknął język, za co zarobił prztyczka w nos.
##
Severus poprawiał właśnie esej Arkany Avery, gdy usłyszał chrapanie. Spojrzał w prawo. Harry z głową na jego kolanach smacznie spał, gniotąc przy okazji esej Demura, pół krwi krukona. Sev uśmiechnął się pod nosem i ostrożnie wyjął pergamin z pod pachy chłopaka i odłożył na stertę tekstów do sprawdzenia.
Trzy eseje później, jego praca wydawała sie skończona. Wiedział, że musi jeszcze przejrzeć to co poprawiał Harry, ale nie obawiał się prawie żadnych wyskoków... może z wyjątkiem eseju Casandry. Chłopak z niewiadomych względów ubóstwiał to małe utrapienie. Snape sięgnął po pergamin z koślawymi literkami i zaczął czytać, uśmiechając się pod nosem pod wpływem głupot, które wypisywała mała czarownica i śpiący u jego boku dzieciak.
- Nie ufasz mi? - Mruknął sennie Harry i Sev spojrzał na niego. Zielone oczy wpatrywały się w niego zaspane.
- Doprawdy? Sądzisz, że napisałbym w komentarzu jedenastoletniej dziewczynce, że nie robię eliksirów ze szczeniaczków? - Harry wyszczerzył się i zabrał esej z ręki Severusa. Zrzucił go na podłogę i znów zamknął oczy, jego twarz przybrała bardzo poważny wyraz.
- To boli. - szepnął i zacisnął powieki. Snape z miejsca wyczuł zmianę nastroju. W odpowiedzi położył tylko dłoń na klatce piersiowej chłopaka.
- Wiem.
- Chcę żeby przestało. Boli za każdym razem jak jest blisko. Boli, gdy znika. Boli, gdy słyszę jego głos. Boli, gdy widzę te przeklęte włosy. - Snape nie odezwał się ani słowem. Harry milczał przez chwilę, po czym otworzył oczy i spojrzał bardzo uważnie na Severusa. - Nie powiesz mi, że mam iść do niego? Że przestanie boleć?
- Nie.
- Czemu?
- Bo dopóki nie przestaniesz odrzucać więzi, nie przestanie boleć. - Popukał lekko palcem w jego klatkę piersiową.
- To jakieś szaleństwo. - Prychnął Harry i usiadł prosto na kanapie.
- To magia Harry. - Uśmiechnął się smutno nauczyciel.
- Nie chcę jej.
- Nie prawda. Kochasz magię. Kochasz każdy jej aspekt.
- Poza tym jednym. - Harry się naburmuszył i Snape uśmiechnął się mimo woli.
- Wszystko przychodzi w pakiecie.
- Możesz go zabrać? Ten ból? Dać mi coś, jakiś eliksir? Tatuaż? Cokolwiek?
- Nie mogę.
- Dlaczego Malfoy zachowuje się jakby nic sie nie stało? Miałeś z tym coś wspólnego? Co mu powiedziałeś w tamten dzień? - Sev westchnął.
- To sprawa między nim, a mną. Jeśli pan Malfoy będzie chciał żebyś o tym wiedział, powie ci. Ja nie zdradzam twoich sekretów innym uczniom i nie będę zdradzał ich sekretów tobie.
- To co innego.
- Czyżby? - Snape uniósł lewą brew w górę, przyglądając się Potterowi.
- To dotyczy mnie.
- Dotyczy, ale to ty musisz z nim porozmawiać.
- Jak mam z nim rozmawiać, skoro mu nie ufam? Nie wierzę w jego kłamstwa. Nie chcę z nim być. Jaki to ma sens? - Sev zmierzwił włosy chłopaka. Po czym położył swoją dłoń na jego ramieniu.
- Daj sobie czas. Bądź wężem. Pewne rzeczy same się wyjaśnią.
- Dlaczego nie powiesz mi wszystkiego co chcę wiedzieć?
- Bo nie słuchasz co do ciebie mówię. Chcesz usłyszeć słowa, których nie mogę ci powiedzieć, bo były by kłamstwem.
- Kłamiesz na tyle tematów... czemu nie...
- Cicho, głupie dziecko. Powinieneś wiedzieć, czemu nie poprę cię nigdy w twoim pędzie do zniszczenia tego co masz. - odparł smutnym tonem mężczyzna.
- Znowu wszystko sprowadza się do mojej matki... jakie to wygodne. - prychnął Harry.
- Nie Harry, to nie jest ani trochę wygodne. To boli jak diabli od 16 lat. - Harry wpatrywał się przez chwilę w czarne oczy, po czym chwycił dłoń wciąż leżącą na jego ramieniu.
- Musisz mnie nienawidzić. To co zrobiła, było niewybaczalne. A ja jestem chodzącym tego dowodem. - Sev westchnął i ścisnął dłoń dzieciaka.
- Głupi dzieciak. Nie ma takiej rzeczywistości, w której mógłbym cię nienawidzić. A teraz wstawaj, leniuchu. Mogliśmy odpuścić sobie śniadanie, ale za pół godziny kończy się obiad i lepiej żebyś na niego trafił, zanim dyrektor zarządzi twoje poszukiwania.
##
Harry opadł zadowolony na poduszki w swojej sypialni. To był dobry dzień. Pozbawiony rozpędu. Dzień, w którym niemal nie musiał udawać.
Ten jeden szczegół drażnił go nieprzeciętnie. Harry nie mógł wyjaśnić Severusowi czemu nie chce Malfoya. Jak mógłby go przekonać, że więź, którą dzieli z Draco jest zupełnie nieistotna? Jak miał wyjaśnić temu mężczyźnie, że chce należeć do niego? Że kocha go bardziej niż własne życie i nigdy, przenigdy nie wybrałby kogokolwiek innego niż on. A zwłaszcza Malfoya.
Zamknął oczy. Mimo wszystko to był dobry dzień. Spędzony prawie całkowicie z Severusem. Czytane razem eseje, potem pisanie pracy domowej. Snape miał książki nawet o historii magii. Harry nie musiał iść do biblioteki, by napisać swoje prace. Wszystko czego potrzebował było na miejscu. Wiedza i mężczyzna jego życia.
Harry zaciągnął się zapachem, który został na jego koszuli i uśmiechnął się zadowolony, zanim zamknął oczy, zasypiając.
##
Draco niemal cały dzień przeleżał w łóżku, esej dla Binnsa leżał nietknięty. Nie ruszył nawet palcem różdżki, ani zaklęć które kazał im ćwiczyć Flitwick.
Nie miał sił zwlec się na śniadanie, ani na obiad. Chciał tylko spać. Zakładał, że Harry leżąc w skrzydle szpitalnym nie zjawi się dzisiaj na posiłkach. Takie poparzenia nie mogą przecież zniknąć w ciągu paru godzin. Nie mógł pójść go odwiedzić, bo ten był zapewne już na tyle sprawny, by przekląć go i oskarżyć o spowodowanie tych obrażeń. Nott i reszta ślizgonów z drużyny byli przekonani, że to Draco zrzucił Pottera z miotły. Wiedzieli, że to nie oni, a przecież ktoś musiał tego dokonać.
Draco nakrył się kołdrą. Jeśli mógł w to uwierzyć Theo i reszta tych kretynów, to Harry na pewno myśli podobnie. Draco zachciało się rzygać. Jak ma mu wyjaśnić, że jest po jego stronie, jeśli coś takiego się dzieje, gdy jest w pobliżu?
Raz w ciągu dnia do jego pokoju próbowała dobijać się Pansy. Ale kazał jej się wynosić i ta w końcu znudziła się pukaniem i poszła sobie w diabły. Draco zastanawiał się przez chwilę, czy powinien pójść do Snape'a po kolejną dawkę eliksiru, ale ten powiedział, że sam zadecyduje ile i kiedy ma go dostawać. A że mężczyzna nic wczoraj nie powiedział, że Draco ma do niego przyjść, Draco uznał, że widocznie nawet od tego eliksiru organizm musi odpocząć. Po kolejnej godzinie gapienia się w baldachim swojego łóżka, przymknął oczy i odpłynął w sen, w nadziei, że to trochę uśmierzy ból.
Obudziło go pukanie do drzwi.
- Idź sobie Pansy. Nie zamawiałem budzenia. - warknął nakrywając głowę kołdrą.
- Proszę otworzyć, panie Malfoy. - Rozległ się głos za drzwiami. Draco zerwał się z łóżka by otworzyć.
- Profesor Snape? - spytał zdziwiony, stając w piżamie przed mężczyzną.
- A spodziewałeś się Merlina we własnej osobie? - Snape wszedł do jego pokoju i zamknął drzwi machnięciem różdżki. Po chwili wyciszył pomieszczenie.
- Panna Parkinson powiedziała, że nie wyszedłeś dzisiaj ze swojego pokoju. - Draco wzruszył ramionami.
- Kabel. - prychnął wściekle pod nosem i spuścił głowę.
- Przyniosłem ci kolejną dawkę eliksiru. Skrzaty zaraz dostarczą ci jedzenie. I chcę żebyś je zjadł zanim wypijesz eliksir.
- Nie jestem-
- Głodny? Tak, wiem. Ale zjesz tak czy inaczej. - odparł Snape na burknięcie Malfoya. - Widzę, że moje niedziele w tym przybytku nie istnieją. Wszystkiego trzeba pilnować, inaczej rozleci się na kawałki.
- Przepraszam, profesorze. Nie planowałem pana fatygować. - wymruczał Draco, choć Severus mógł zapewne wyczuć, że wcale nie jest mu przykro. W zasadzie Malfoy był zadowolony, że chociaż ktoś o niego dba, nawet jeśli w tak niewielkim zakresie.
- Jak się czujesz? - Severus zignorował zupełnie wypowiedź chłopaka.
-Fatalnie. - Odparł Draco zgodnie z prawdą. - Ale przeżyję. Czy Harry wyzdrowiał?
- Tak. Jego rany się zagoiły. - odparł opiekun ślizgonów.
- Co to było?
- Obawiam się, że śmierciożercy. - odpowiedział Snape. Draco zbladł gdy usłyszał te słowa.
- Jakim cudem dostali sie do szkoły?
- Nie dostali się. Działali z zewnątrz. Jestem pewny, że to się więcej nie powtórzy. Wyeliminowałem przyczynę tego zamieszania.
- Harry mógł zginąć. - szepnął przerażony Malfoy i oparł się o regał na książki stojący pod ścianą. Snape musiał uspokoić dzieciaka.
- Nie. To co się stało, nie miało na celu zabicia pana Pottera. - Wyjaśnił i podprowadził chłopaka na fotel, by ten usiadł.
- Kto to zrobił? - spytał Draco.
- Obawiam się, że nie mogę ci tego powiedzieć.
- Ale gdyby to był mój ociec... - Draco spuścił głowę i zacisnął dłonie w pięści.
- Draco, są rzeczy, o których lepiej żebyś nie wiedział. I nie staraj się szukać wszystkich odpowiedzi. Tak jest bezpieczniej.
- Rozumiem. - przytaknął chłopak. - Ale to wciąż boli wujku. Mimo eliksiru. - Zmienił temat Malfoy.
- Tak. - Kiwnął głową Snape.
- Długo tak będzie?
- Zawsze - odparł mężczyzna. Draco jęknął i przygryzł wargi. Spojrzał niepewnie na jedzenie, które pojawiło się w między czasie na stoliku, po czym znów na Severusa.
- Dlaczego mi pomagasz?
- Już to wyjaśniłem.
- Wcale nie. - Szare oczy przewiercały na wylot czarnookiego mężczyznę. - Wcisnąłeś mi jakieś ochłapy o długu wobec mojego ojca. Ale ja wiem, że masz Mroczny Znak. Dlaczego mi pomagasz? -Snape wyraźnie się zdenerwował. Draco był pewien, że niczego się od niego nie dowie.
- Sam nie wiem. Może powinienem ci się dać zagłodzić na śmierć. To na pewno poprawi nastawienie twojego ojca do pana Pottera. Myślisz, że wtedy Harry będzie bezpieczny? Jak Lucjusz uzna, że to co się z tobą dzieje, to jego wina? - Draco cofnął się odruchowo i zapadł w zielonym fotelu.
- Myślę, że wywoła jakąś apokalipsę w ramach zemsty... ale czemu miałby tak pomyśleć?
- Czy naprawdę myślisz, że skoro ja wiem o waszej więzi, twój ojciec tego nie zauważył? Musisz mieć go za ślepego człowieka. - Draco tylko wzruszył kolejny raz ramionami. Przeklęty odruch, którego musiał nauczyć się od Pottera. Lucjusz musiał być wściekły, gdy jego dobrze wychowany, mały arystokrata, zaczął się nagle zachowywać jak barbarzyńca. Severus westchnął. - Draco, wiem że nie pojmujesz wielu rzeczy, ale tak jest lepiej. I to naprawdę nie ja powinienem ci je wyjaśniać.
- Czemu? - Snape wyjął różdżkę i rzucił krotko:
- Legilimens.
Umysł Malfoya natychmiast przeniósł go do sceny, w której Snape dał mu eliksir pierwszego wieczora. Severus mógł przechadzać się po wspomnieniu niczym po wielkiej sali.
Po chwili mężczyzna przeskoczył do kolejnego wspomnienia, w którym Severus prowadził z sześcioletnim Draco rozmowę o wywarze zropuszającym. Gdy tylko ich dyskusja się skończyła, Snape powrócił do wspomnienia konwersacji, która miała miejsce przed chwilą.
- Draco, wiem że nie pojmujesz wielu rzeczy, ale tak jest lepiej. I to naprawdę nie ja powinienem ci je wyjaśniać. - usłyszał swoje słowa i czekał na pytanie chłopaka.
- Czemu? - Rozbrzmiały echem słowa Mistrza Eliksirów w głowie Draco i mężczyzna opuścił jego umysł.
Brunet przypatrywał się młodemu Malfoyowi w milczeniu przez chwilę, czekając na jego reakcję. Na twarzy chłopaka przez moment malowało się zdumienie, a potem pojawił się lęk.
- Teraz rozumiesz? - Malfoy skinął głową.
Snape wyjął pakunek ze swoich szat. Draco spojrzał na niego podejrzliwie i przyjrzał się niewielkiej skrzyneczce.
- To jest zapas eliksiru na następny tydzień. Masz go pić codziennie przed snem, po kolacji.
- Dziękuję. - powiedział Draco i schował go do szafki przy łóżku. - Możesz mnie tego nauczyć?
- Receptura jest dość skomplikowana. - Zaczął Severus. Draco potrząsnął głową.
- Oklumencji. Naucz mnie oklumencji.
- Musisz się wyspać i dojść do siebie. Dwa miesiące byłeś narażony na skutki więzi. Daj sobie czas. Jak uznam, że jesteś na tyle silny... dostaniesz szlaban - powiedział opiekun ślizgonów.
- Szlaban? - Na twarzy chłopaka malowało się zdumienie.
- A myślałeś, że zaproszę cię do tajnego stowarzyszenia, które spotyka sie gdzieś po północy na zamku? - Draco zaśmiał się w odpowiedzi.
- Nie, wujku. Szlaban brzmi bardziej prawdopodobnie. - Snape skrzywił się nieznacznie.
- Profesorze, panie Malfoy. Proszę się nie zapominać gdzie jesteśmy.
- Tak, profesorze. Przepraszam, profesorze. - Draco uśmiechnął się pod nosem i puścił mu oko. Snape skinął tylko głową, po czym wstał. Zrobił dwa kroki w stronę drzwi i spojrzał na tacę z jedzeniem.
- Proszę zjeść wszystko co przyniosły dziś skrzaty, nie jadł pan cały dzień. Gdyby potrzebował pan jeszcze czegoś, wie pan gdzie mnie znaleźć. - powiedział Severus, po czym wyszedł z pokoju.
##
Był poniedziałek. Nikt o zdrowych zmysłach nie mógł w taki dzień jak dziś powiedzieć, że lubi poniedziałki. McGonagall odejmowała punkty przez całe zajęcia, jakby od tego zależało jej życie. Trelawney mamrotała z przejęciem, że wszyscy umrą śmiercią bolesną i rychłą. Jedynie Binns wydawał się niewzruszony i dalej zanudzał wszystkich na śmierć przez całe zajęcia. Jakby tego było mało, cały dzień padało i nie zapowiadało się, żeby do jutrzejszego popołudnia się rozpogodziło, trening w tych okolicznościach przyrody nie będzie należał do najprzyjemniejszych.
Szli wieczorem korytarzem, wracając z biblioteki do lochów, gdy usłyszeli znajome głosy w ciemności.
- Nie sądzisz chyba, że dożyjesz końca roku szkolnego? Na razie nie możemy cię stąd zabrać, ale to nie znaczy, że musimy być dla ciebie mili. - Złośliwy szept było doskonale słychać w miejscu, w którym się zatrzymali.
- Nie spodziewałem się niczego takiego. Ale pamiętaj Theo: w końcu ktoś uwierzy w moje słowa z czerwca o powrocie Voldemorta. - prychnął Harry z pewnością siebie w głosie.
- Nie wypowiadaj tego słowa! - przestraszony pisk wyrwał się z gardła Notta.
- Bo co? - dotarło do ich uszu kolejne pytanie.
- Bo… - Blaise kiwnął ręką do Draco, dając mu na migi znać, żeby poszedł po Snape'a. Blondyn tylko spojrzał przytomnie na niego i skinął głową, po czym już go nie było.
Sam Zabini schował się w cieniu z różdżką w dłoni, czekając na rozwój wydarzeń. Potter nie mógł tego dostrzec, ale w czasie kiedy Nott zagadywał Harry'ego, Crabbe z Goylem próbowali go zajść od tyłu. Blaise spiął się nieznacznie, gotowy działać. W momencie, w którym Vince podnosił różdżkę, Zabini uniósł swoją i rzucił Drętwotę najciszej jak potrafił. Głuchy łoskot upadającego ciała przykuł uwagę chłopaków. Harry natychmiast odwrócił się i skierował swoją różdżkę na Grega. Jak się okazało, to był błąd, bo Nott wykorzystał tą chwilę nieuwagi, by przekląć Pottera czarem usypiającym. Zabini zdążył postawić tarczę przed Harrym, ale w tym momencie Crabbe cisnął w niego jakimś czarem tnącym.
Blaise upadł na podłogę, widząc jak krew wycieka z jego ust. Próbował zetrzeć ją rękawem szaty i nie spuszczać oczu z wrogów ani przez chwilę. Czuł jednak jak robi mu się słabo, a przed oczami zaczęły migotać jakieś mroczki.
- Drętwota! - Krzyknął Harry i ciało opasłego osiłka, który przeklął Zabiniego, spoczęło obok jego kolegi, kretyna.
Harry po chwili cisnął kolejną drętwotą, tym razem w Notta, ale ten uchylił się z łatwością i postawił wokół siebie tarczę ochronną. Harry obchodził go w koło, nie spuszczając przeciwnika z oczu. Zachowywał się jak zwierzyna na polowaniu. Zielone oczy ani razu nie mrugnęły, by nie stracić nawet ułamka sekundy w tym starciu. Jego różdżka wyraźnie wibrowała mocą.
- Wylecisz stąd na zbity pysk. - powiedział Harry, wpatrując się w bruneta przed sobą.
- Taak? A kto mnie niby stąd wyrzuci? - spytał ze złośliwą miną Teodor.
- To zdaje się będę ja, panie Nott. - Padło rzeczowe stwierdzenie, niosąc po korytarzu echo zimnego niczym stal głosu.
W ułamku sekundy Teodor przeleciał 3 metry w powietrzu, po czym rąbnął o ścianę, tracąc przytomność. Zabini uśmiechnął się pod nosem, na widok opiekuna Slytherinu i wypuścił różdżkę z zakrwawionej ręki. Ulga, którą poczuł sprawiła, że stracił przytomność.
N/A
Witam.
Mam nadzieję, że teraz wszystko właściwie się wkleiło.
Po miesięcznej przerwie, w czasie której wena poszła się paść na zielonej łące, wracam do pisania. Mam nadzieję, że nie zwątpiliście w powrót tego fika :)
Rozdział niebetowany, bo wena napadła mnie wczoraj z wieczora i od razu chciałam go wrzucić.
Ciąg dalszy nastąpi...
