13 listopada 2009

I w tamtym miejscu, zakończyła się opowieść pisana na kartkach papieru, dłonią najbardziej niezwykłej kobiety, jaką życie pozwoliło mi poznać. Hermiona zmarła 3 dni po opisanych w jej pamiętniku wydarzeniach. Ja zaś długo, bo całe pięć lat, łamałem się przed tym, aby otworzyć ten zeszyt, a już tym bardziej opowiedzieć Wam naszą historię. Któregoś jednak wieczora, kiedy moja mała córeczka zmorzona snem, zamknęła swoje odziedziczone po mamie orzechowe oczka, a brązowe loczki rozsypały się kaskadą, na jej różowej poduszeczce, mnie znów za serce ścisnął smutek, żal i tęsknota za tym, co było, a czego los już nigdy mi nie zwróci. To właśnie tego wieczora, pierwszy raz od pięciu lat, otworzyłem jej pamiętnik. Pierwszy raz po tak długim czasie postanowiłem, że czas pozwolić Hermionie odejść.
To dlatego podzieliłem się z Wami tymi cudownymi miesiącami, które w swojej szczodrobliwości dało nam życie. I dlatego też teraz, poczuwam się, aby uzupełnić słowa swojej ukochanej i opowiedzieć wam, co stało się później. I choć wiem, że w najmniejszym stopniu, nie będą to słowa podobne do tych, które sama pisała, to wierzę, że Ona też by tego chciała.
Usiądźcie więc wygodnie i wysłuchajcie, jak zakończyła się historia Hermiony, kiedyś Granger…
Kiedy ciało Voldemorta upadło na zabrudzoną i zniszczoną podłogę w Wielkiej Sali, pole mojego widzenia zawęziło się jedynie do upadającej Hermiony. Nie widziałem już błysków zaklęć, ani upadających dookoła ciał przegrywających Śmierciożerców i naprawdę nie pytajcie mnie, jak udało mi się do niej dostać, wiem tylko, że ostatkiem sił, obroniłem ją przed bolesnym upadkiem na zimną posadzkę. To, co działo się później, stało się jednak jedną wielką czarną dziurą w mojej pamię zdawałem sobie sprawę z tego, że wojna zakończyła się sukcesem jasnej strony, że ci ze Śmierciożerców, którzy nie polegli w walce, zostali wyłapani przez aurorów i osadzeni w Azkabanie, gdzie czekać mieli na stracenie. Dokładnie pamiętam tylko ten moment, kiedy szkolna pielęgniarka, niemal siłą wydarła z moich ramion nieruchome ciało Hermiony, po czym razem z dyrektorem, który zdążył już odzyskać przytomność, zamknęli się z Hermioną w Skrzydle Szpitalnym, nie chcąc nawet słyszeć o wpuszczeniu mnie do ś łem więc na niemal nie zniszczonym korytarzu, sam nie wiem ile czasu, zastanawiając się, co dzieje się teraz z Hermioną, z naszym dzieckiem, co z Potterem i całą resztą. Nawet nie zauważyłem chwili, kiedy u mojego boku pojawił się Diabeł, a później Cullenowie, razem z Ginny i Jasmine. Widziałem ich, bo moje oczy pracowały, jednak na nic innego, niż spoglądanie nie było mnie stać. Nie chciałem rozmawiać, a właściwie, to zapomniałem nawet, jak używa się słów, dlatego to Diabeł przejął na siebie obowiązek przekazania przybyłym ostatnich nowin. Jak przez mgłę pamiętam, że Ginny i Jas pałakały, że Diabeł chodził w tę i z powrotem od ściany do ściany, a Cullenowie po prostu byli, starając się nam nie przeszkadzać. Co robiłem ja sam? Nie wiem… Być może krzyczałem, może płakałem, a może po prostu jedynie tępo wpatrywałem się w zamknięte przede mną drzwi. Te same, w których po trwających wieczność, kilku godzinach, a może tylko minutach, wyszedł dyrektor, delikatnie układając w moich ramionach niewielkie zawiniątko. Hayley… Moja mała córka, spoglądała na mnie bystro z zielonego kocyka, którym została owinięta. I wtedy byłem już świadom swoich łez. Dumbledore ciągle stał przy mnie, trzymając dłoń na moim ramieniu. W jego oczach również lśniły łzy, gdy w końcu odważyłem się zapytać…
– He-hermiona…
– Wiem Draco..- szepnął.- Wiem, że się martwisz, ale…
– Ale co?- zapytałem, świadom tego, że zaciskam dłonie na zielonym kocyku.
– Nie wiem chłopcze, co mógłbym ci powiedzieć.- westchnął starzec.- Widzisz, wygląda na to, że Hermiona była jeszcze jednym horkruksem. Najsilniejszym ze wszystkich. Jej krew to krew Voldemorta, śmierć Voldemorta oznacza śmierć jej krwi.- wyjaśnił smutno.- Na razie twoja narzeczona ciągle walczy, jednak Draco….- przerwał, jeszcze mocniej ściskając moje ramie.- Obawiam się, że nie zostało wam wiele czasu, powinieneś przygotować się na najgorsze. Przykro mi.- szepnął.
Wiedziałem, że upadłem na kolana, tak samo, jak to, że powinienem odczuwać ból. Nic takiego jednak nie czułem. Byłem pusty, całkowicie wypalony z wszelkich nadziei, a od zrobienia czegoś naprawdę głupiego powstrzymywała mnie jedynie myśl, że w moich ramionach śpi mały człowiek, dla którego prawdopodobnie będę jedynym oparciem. Miałem świadomość tego, że dyrektor informował moich przyjaciół o jakimś cesarskim cięciu, dzięki któremu udało się uratować Hayley. Wiedziałem, że informował ich, o tym, że Harry Potter poległ podczas walki, zabił go horkruks, którym jak się okazało był. Pamiętam krzyk Ginny, jej płacz i pocieszenia Jasmine. Wiedziałem co czuła, a jednak żadną siłą nie potrafiłem zmusić się do wydania z siebie dźwięku.
– Panie Malfoy myślę, że może pan wejść.- głos pielęgniarki przywrócił mnie do rzeczywistości. Podnosząc się na nogi, nie pozwoliłem nikomu, aby zabrał ode mnie Hayley. Jeśli istotnie miałby to być nasze ostatnie wspólne chwile, chciałem żebyśmy spędzili je razem. Chciałem, żeby Hermiona poznała naszą córkę. Niestety, tamtego dnia moja ukochana nie odzyskała już przytomności. Podobnie, jak nie odzyskała jej kolejnego. Dopiero drugiego dnia po południu nieśmiało otworzyła oczy. Pełne bólu i… i tej cholernej przegranej, z którą już wtedy była pogodzona..
– Tym razem mi się nie udało.- wyszeptała ochrypłym głosem.- Przepraszam.
– Nie, kochanie.. nie masz za co przepraszać.- złapałem jej bladą, drżącą dłoń, składając na niej pocałunek.- Wszystko będzie dobrze, kochanie. Wszystko się ułoży.- zapewniałem.
– Nie Draco, nie.- szepnęła głaszcząc mnie po włosach.- Ale tak jest dobrze, wiesz? Tam będzie mi dobrze, razem z Harrym. Tylko nie płacz Draco, proszę cię żebyś nie płakał. Masz dla kogo żyć. Masz Hayley, masz naszą córeczkę.- szeptała, jednak słowa przychodziły z coraz większym trudem.- Czy ja..- łzy popłynęły, po jej policzkach.- Czy mógłbyś mi ją…
– Oczywiście, Hermiono..- wiedziałem, co chce powiedzieć. Odszedłem od jej łóżka, aby ze stojącego nieopodal łóżeczka wyciągnąć naszą córeczkę, po czym delikatnie ułożyłem ją w słabych ramionach Hermiony.
– Jest śliczna.- westchnęła, gładząc maleńki policzek.- Jak aniołek.
– Jak jej mama.- odpowiedziałem, niemal na granicy łez.- Jak jej mama… Hayley Hermiona Malfoy.
– To ty mnie kopałaś, mała istotko.- na bladych, wysuszonych wagach Hermiony pojawił się cień uśmiechu.- To ty, mój mały aniołku. Będzie ci dobrze z tatusiem, wiesz?- szeptała.- Przepraszam cię, że mnie nie będzie, tak bardzo cię przepraszam córeczko, ale pamiętaj, że zawsze nawet, jeśli nie będziesz mnie widziała, będę blisko i nigdy nie pozwolę, żeby było ci źle. Tak bardzo cię kocham.- szeptała, do uśpionej Hayley, leżącej na jej piersi, a ja musiałem odwrócić wzrok, żeby nie widziała moich łez. To nie tak miało wyglądać, ona nie powinna się z nią żegnać, nie powinna się żegnać ze mną, do cholery! A jednak robiła to, robiła, bo wiedziała już wtedy, że musi.- Draco?
– Tak skarbie?- szybko otarłem łzy.
– Czy, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić?- zapytała.
– Wszystko!- odpowiedziałem pewnie.
– Proszę cię, przynieś z naszego pokoju zeszyt, ten spod mojej poduszki. A potem, potem zaproś tutaj naszych przyjaciół. Z nimi też chciałabym się pożegnać.- poprosiła. Wstałem, chcąc zabrać jej Haley, aby obydwie mogły odpocząć, jednak sprzeciwiła się. Chciała się nią nacieszyć zanim… zanim… och.
Wyszedłem, a wracając spełniłem jej prośbę. Szpitalny pokój zapełnił się ludźmi. Nawet okryta żałobą Ginny, przyszła się z nią zobaczyć. Tamtego popołudnia popłynęło wiele łez. Płakaliśmy razem, żegnając się. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to już koniec. To było widać w jej oczach. Oczach, które gasły z każdą mijającą sekundą. Do tego stopnia, że nie miała już nawet siły na to, aby ucieszyć się w pełni, kiedy moja siostra oznajmiła nam, że również i ona jest przy nadziei. Jej blady uśmiech musiał wystarczyć Jasmine i Blaise'owi. Ostatni uśmiech, jakim ich obdarzyła, który jak sami twierdzą, była dla nich ważniejszy, niż każdy inny uśmiech. Wart więcej, niż miliony. Spędziliśmy wspólnie całe popołudnie, a kiedy zaczął zapadać zmierzch, Hermiona poprosiła nas, abyśmy już poszli. Chciała jeszcze coś napisać…
Słyszałem, jak przed wyjściem Alice coś jej jeszcze powiedziała, do dziś pamiętam odpowiedź.
– Nie Al, to nie dla mnie.- szepnęła, starając się uśmiechnąć.- Ja muszę iść dalej. Ale pamiętaj łobuzie, że zawsze będę z tobą. Szukaj mnie, kiedy latem słońce odbije się od strumyku za waszym domem. Będę tam, obiecuję.
Alice zrozumiała. Wtulając się mocno w Jaspera, razem z całą resztą opuściła pokój Hermiony. Zostaliśmy sami. Ja, ona i nasza córcia.
– Wy też już idźcie.- szepnęła.- Zajmij się nią, zobaczymy się jeszcze jutro, obiecuję.
Dotrzymała obietnicy. Kiedy rano znów pojawiłem się w szpitalu, już na mnie czekała. Wyglądała jeszcze gorzej, niż poprzedniego dnia. Jej oczy zgasły już niemal całkowicie, a pod nimi pojawiły się niemal czarne cienie. Wiedziałem, że było już blisko, że ona już się poddała.
– Jesteś.- westchnęła.- Mam coś dla ciebie.- z tymi słowami wręczyła mi swój pamiętnik.- Jeszcze tyle chciałam tam napisać, tak wiele… ale…ale… nie starczyło mi już sił. Po prostu nie starczyło…
– Nie przejmuj się, w ogóle się tym nie martw.- szepnąłem, łapiąc jej dłoń.
– Ale to będzie jedyne, co ci po sobie pozostawię.- zaszlochała.- Chciałam więcej, naprawdę.
– Hermiono…
– Nie, nic nie mów.- szepnęła słabo.- Już czas Draco. Już jest ten czas, puść mnie tam proszę..- poprosiła, leniwie zamykając oczy.- Pozwól mi iść…
– Nie…- zapłakałem, mocniej ściskając jej dłoń.- Nie, Hermiono, proszę cię, nie…
– Pozwól mi..- jęknęła, wykrzywiając się z bólu.
– Ja..ja nie potrafię.- wyszeptałem.- Nie umiem cię puścić.
– Proszę..- jęknęła, ściskając moją rękę. – Zrozum, takim ludziom, jak my po prostu nie pisane są happyendy…- szepnęła, ronią jedną łzę.- Daj mi odejść…
– Dobrze… dobrze… idź.- zaszlochałem, zdając sobie sprawę, że dalsze zatrzymywanie jej jest niczym innym, jak tylko egoizmem. Może faktycznie miała rację. Może happyendy, to tylko tanie mrzonki, którymi karmi się romantyków. Albo faktycznie to z nami coś było nie tak…
– Pocałuj mnie.- poprosiła.- Ostatni raz…
Paradoksalnie, to właśnie ten pocałunek z wszystkich, którymi obdarowywała mnie, przez cały rok, zapadł w moją pamięć. Jej wargi nie miały już swojej miękkości, ani swojego smaku, a jednak… To ciągle była Hermiona, moja narzeczona. Narzeczona, którą los miał mi odebrać na całą wieczność. I odebrał.. Kiedy tylko nasze wargi się rozstały, jej pierś uniosła się ostatni raz. Potem był już tylko krzyk. Mój.
Następne dni, stały się jednym wielkim ciągiem łez, zakończonym na niewielkim, zielonym cmentarzu, gdzie ciało jedynej kobiety, którą kochałem, pokrył pomnik z białego marmuru. Tam rozstaliśmy się na zawsze, w ten cholernie słoneczny, czerwcowy dzień. Późnej były wielkie słowa wymawiane przez Ministra. Te o bohaterstwie, odwadze i poświęceniu. Całe tygodnie chorego zainteresowania, kiedy wszyscy chcieli być blisko, bo przecież wypadało. Bo biedny chłopak został sam z małym dzieckiem… Jednak nim zaczął się wrzesień, wszyscy zapomnieli. U mojego boku zostali już tylko Diabeł i Jasmine, oraz okazjonalnie Ginny, która po wojnie znów wróciła na rodzinne łono, okryta żałobą, oczekując narodzić jedynego dziecka Harrego Pottera. Mały James Harry, urodził się początkiem jesieni. Wszyscy z miejsca zakochali się w nim. Podobnie, jak w Hayley. Nazywano je dziećmi wojny. Na zawsze naznaczonymi piętnem przeszłości… Dziś mają po pięć lat i ciągle nie rozumieją, dlaczego ludzie ocierają łzy, kiedy gdzieś się pojawiają. Jeszcze nie wiedzą, dlaczego wychowują się bez jednego rodzica. Ale kiedyś na pewno zapytają. I obawiam się, że ja będę musiał odpowiedzieć na to pytanie szybciej, niż Ginny, Hayley bowiem po Hermionie odziedziczyła nie tylko urodę, ale również i wrodzoną dociekliwość. Zapytacie mnie, co jej powiem. Nie wiem… Zastanawiam się nad tym od lat i ciągle nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. Wiem jedno, na pewno nie zapomnę powiedzieć jej, jak wspaniałą kobietą była jej matka. Tak samo, jak nigdy już nie pokocham nikogo tak, jak kochałem Hermionę.
Taka miłość bowiem, zdarza się raz na całe życie. I trwa, nawet wtedy, gdy to życie się kończy. Dlaczego? Bo ciągle czuję jej miłość. Nie widzę jej, ale ją czuję. Nawet teraz, kiedy pisząc to zakończenie, ronię ostatnie łzy… Pożegnania.
I wiem, że kiedy wstanę rano, ciągle będę czuł ją przy sobie. Ale teraz już nie zapłaczę. Bo chyba dopiero teraz pozwoliłem jej naprawdę odejść…
Draco Malfoy.

KONIEC!