ROZDZIAŁ 47
„Potężne imadło zgniotło mu krtań."
Koko-wa… doko*?
Krótkie słowa odbiły się w zamroczonym umyśle bolesnym echem, zabrzmiały jak mocne, wibrujące tony kościelnego dzwonu. Pustka i niezgłębiona czerń temu towarzyszące frustrowały jeszcze bardziej, zacieśniały z lubością kata niematerialną obręcz na gardle, nie pozwalały zaczerpnąć pełnego, tak potrzebnego oddechu. Zbłąkane myśli dryfowały w niebycie denerwująco, tworząc coraz większy, kolosalny wręcz chaos. Wspomnienia zderzały się ze sobą jak statki, których załogi wabił syreni śpiew; przeplatały się ze sobą nieustannie, mieszały, wprowadzając zamęt, burzliwe zamieszanie.
Nani-ga okot*…
Palące przełyk uczucie zerwało brutalnie wszystko inne, skupiając na sobie całą chwiejną uwagę Hari'ego. Suchy, drapiący kaszel wstrząsnął drobnym ciałem, zatrząsł nim porywiście, strasząc gwałtownością trójkę mężczyzn. Zanim ci zdołali chociażby przypaść do łóżka rekonwalescenta, ten odkrył ponownie, iż posiada kończyny, tułów oraz głowę – pulsujące tępo, rwące w każdym miejscu, obwieszczające buntowniczo swe wyczerpanie i pragnienie odpoczynku. Powieki dopingowały im ochoczo, ciążąc, jak gdyby ważyły co najmniej kilkadziesiąt kilogramów.
- Spokojnie, Wilku – odezwał się zniekształcony, acz znajomy głos z prawej strony. Przynajmniej Raikou przypuszczał, iż to właśnie ten kierunek, gdyż przy próbie przewrócenia się na bok, prócz protestu mięśni, doznał wrażenia, jakoby znajdował się na chyboczącym się, niestabilnym jachcie, co i rusz pomiatanym przez wielkie fale.
Skojarzenie to nie było zbyt optymistyczne, ponieważ wychowany w kraju o znikomej ilości wody znienawidził podróże tego typu za pierwszym podejściem. Do dziś pamiętał szydercze grymasy wojskowych, kiedy blady, na uginających się nogach wracał pospiesznie do kajuty skryć się przed przepastnym, nieograniczonym błękitem wdzierającym się zewsząd szturmem. I przed pogardą, tak wyraźnie odbijającej się w umundurowanych postaciach.
- W porządku? – zapytał Bangou, nachylając się nad pacjentem i lustrując go uważnie. Nie zamierzał przeoczyć żadnych objawów i nie musiał się nawet wysilać, by tego dokonać: odznaczały się one na alabastrowej twarzy jak krwawe znamiona.
Chorobliwe, zdecydowanie zanadto głębokie cienie pod oczyma wykrzywiały się ironicznie, zaś lekkie drżenie dłoni rechotało i kpiło sobie z poczynań medyka. Na całe szczęśnie prócz ogromnego wyczerpania fizycznego, zadrapań, siniaków, stłuczeń oraz nadwerężenia układu oddechowego młodemu majorowi nic nie dolegało. Najpoważniejszym z wymienionych skutków walki był ostatni, który przy ignorancji i bezczynności doprowadziłby do śmierci Tańczącego. Z tego względu lekarz zaaplikował w przedramię Hari'ego silny, skondensowany bardziej niźli pigułki medykament w charakterze zastrzyku.
Matowy szmaragd wreszcie ukazał się nieśmiało światu, wychylił się zza bezpiecznej kryjówki, oczekując przyjęcia na siebie przesadnie jaskrawych darów słońca. Lecz nic takiego się nie stało, ponieważ w pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Zaciągnięte szczelnie zasłony uniemożliwiały świetlistym promieniom przekroczenia ustalonej granicy, będąc czymś na wzór wiernych strażników. Młodzieniec mrugnął leniwie, ze zdziwieniem rejestrując nieobcy wystrój przyznanego mu w lato pokoju w domu na Grimmauld Place 12. Dostatecznym dowodem na to, gdzie go ulokowano, był nakreślony na ścianie krąg wypełniony prostymi znakami.
- Już? Dobudziłeś się? – rzekł cierpliwie piwnooki, przysiadając na skraju materaca i wyciągając z torby przyrządy mające pomóc mu w badaniach.
Zbagatelizował słabe warknięcie kuracjusza*, sprawdzając dokładnie stan jego zdrowia. Roy wraz z Syriuszem obserwowali to w milczeniu i trzymali się z tyłu, nie chcąc przeszkadzać w procesie przywracania wietrznego alchemika do kompletnej sprawności. W tej chwili czuli się, choć nie przyznaliby się do tego głośno za żadne skarby, bezużytecznymi ludźmi, mogącymi jedynie ciszą wspierać kompana wojny. Black dygnął impulsywnie, przypomniawszy sobie ten lęk o Hari'ego, kąsającą zajadle obawę o niego w tamtym momencie…
/Bazyliszek zasyczał, obnażając długie, ociekające jadem kły, gdy wtem ziemią targnęła niespotykana siła, niewyobrażalna potęga objęła teren zamku w zabójcze kleszcze i potrząsnęła nim zażarcie. Spojrzenia obecnych natychmiast skierowały się ku wysokiemu, gigantycznemu wirowi, który to zachwiał się niebezpiecznie, przechylał na boki niby pijany cyklop. Nikt nie baczył na słodką istotkę uciekającą przed czarnoksiężnikiem, nikt nie odwrócił się, z przerażeniem śledząc załamanie się tworu. Przejmujący, wprawiający niemal w konwulsje ryk tysiąca burz zagrzmiał głębokim basem, zaś rozhuśtana, pozbawiona energetycznej podpory spieniona ciecz opadła do środka, wprost do oka cyklonu.
Krzyki… wrzaski… piski… rozgardiasz i nieład…
Całość ludzkiego rozpaczania zagłuszyły trzaski łamanych jak zapałki drzew, szum atakującej ląd wody, turkot pomiatanych pni, chrupot pożeranych konarów, mlaśnięcia martwych, pokrytych śluzem stworzeń, zaklęcia ochronne co trzeźwiejszych magów wplatające się w ogół ogłuszających dźwięków. Gdy w końcu zapanował spokój barwiony żalem, niedowierzaniem i desperacją, ujrzeli ponad nieprawdopodobnie spokojną taflą jeziora sploty szafirowego cielska. Te rozluźniły się, rozchyliły, prezentując łeb w kształcie grotu spoczywający nad łukiem, niewielkim ułamkiem korpusu dotąd otoczonego przez resztę tułowia. A tam, żywa i cała, była trójka wcześniej pojedynkująca się z Czarnym Panem./
Bał się, naprawdę bał się wtedy o nowego… Przyjaciela? – Zaskoczenie błysnęło w szarych tęczówkach, które zaraz nabrały miękkiego, ciepłego wyrazu. – Tak, jest nim z pewnością. Nawet, jeżeli on sam o tym nie wie. – Odrobinę wredny, jednocześnie zdeterminowany uśmiech rozjaśnił oblicze animaga. – Już ja mu to delikatnie uświadomię! Wbiję do głowy tego dzieciaka, że istnieją nie tylko negatywne więzi!
- Skończyłem – zakomunikował raźnie Bangou, chowając przybory na ich należyte miejsce. – Nie jest tragicznie, ale nalegam, abyś przez pewien czas zażywał podwójną dawkę tabletek – dopowiedział, podnosząc się i tym samym przestając naruszać osobistą przestrzeń Raikou.
Ten skrzywił się z niechęcią na to oświadczenie, piorunując zielonym wzrokiem plastikową fiolkę nieustępliwie tkwiącą na szafce nocnej. Znużenie i zaspanie wycofały się już poddańczo, dzięki czemu umysł opuściła mgiełka zamroczenia, zaś mięśnie poczęły prawidłowo funkcjonować. Nie czekając więc na pozwolenie, major podźwignął się do siadu, zauważając przy okazji fakt, iż ubrany był wyłącznie w bezrękawnik i krótkie spodnie. Aba wisiała na krześle przy biurku, wyglądając jakby zaliczyła spotkanie z rozwścieczonym tygrysem.
- Niebawem rozpocznie się zebranie, Tańczący – poinformował go nagle Roy, maskując w wypowiedzi pytanie dotyczące udziału podwładnego w tym zgromadzeniu.
W odpowiedzi Wilk prychnął pogardliwie, odtrącając jednak kołdrę na bok w celu wydostania się z ciepłego łóżka. Nie planował dać satysfakcji poniektórym osobom, nie zjawiając się na dole. Zaabsorbowany wyczuwaniem odpowiedniej równowagi nie dojrzał nachalnego przyglądania mu się przez Łapę, kontemplującego w zamyśleniu liczne blizny znaczące jasną skórę alchemika – od wąskich i długich niby od cięcia nożem, po te szersze i nierówne jak po oparzeniach. Hari, dalej ignorując obecność trójki, sięgnął po sakiewki w celu ponownego przymocowania ich do pasa. Wolał mieć je pod ręką w każdej sytuacji i nie uśmiechało mu się wychodzenie gdziekolwiek bez nich. Kiedy natomiast sięgnął po miecz, Syriusz przeniósł uwagę na puszysty, zwierzęcy ogon nie ukryty aktualnie pod materiałem beduińskiej szaty. Powinien przestać wreszcie ukrywać to, kim naprawdę jest. A skoro i tak wszyscy już wiedzą… - Pod czaszką kiełkował i rozwijał się chyżo plan idealny, mający być zrealizowanym w następnych minutach.
Tak też się stało. Bez ostrzeżenia czarnowłosy przybrał swą formę ponuraka i prężnym susem dopadł do wierzchniego okrycia zarzuconego na oparciu. Nim ktokolwiek zareagował, chwycił je w zęby, szarpnął i pobiegł błyskawicznie ze zdobyczą do wyjścia. Wystarczyło podskoczyć, nacisnąć posrebrzaną klamkę i wypaść na korytarz jak piorun kulisty w pełni mocy.
- Co do… - Skonsternowany Mustang zamrugał, niedowierzając całemu zajściu i zmysłowi umożliwiającemu zaobserwowanie go. Halucynacje?
- Cholerny kundlu! – wrzasnął Raikou, łapiąc rękojeść broni i rzucając się w pogoń za Blackiem. – Jak cię dorwę, parszywy złodzieju, poćwiartuję na kawałki!
Piwnooki medyk zachichotał wesoło, teraz będąc całkowicie pewnym, iż z pacjentem będzie dobrze. Skoro był w stanie wykrzesać z siebie siły na gonienie psa, to pozostały ubytek szybko się zregeneruje. Mam tylko nadzieję, że tym razem wytrzyma dłużej… - Wbrew sobie westchnął, dodając krótką notatkę w podręcznym dzienniku.
Schody usytuowane między parterem a pierwszym piętrem okupowało pięć osób, zajmując obszar na stopniach i niecierpliwie wypatrując wieści o kondycji majora. Hermiona zakleszczała w napięciu palce na spódniczce, przygryzając dolną wargę w oszałamiającym, duszącym zmartwieniu. Żołądek ściskała boleśnie pętla troski, podburzana dodatkowo uporczywym współczuciem żądlącym wnętrzności. Dziewczyna ledwo trwała w nieprzyjaznym zakątku udekorowanym skrzacimi czerepami, połykając ciężko chęć udania się do lokum hybrydy. Kolejna kropla w pełnej czarze - zszokował ją fakt, że Hari jest genetyczną krzyżówką, obiektem, na którym zastosowano okrutne eksperymenty. Przecież odebrało mu to połowę należnego mu człowieczeństwa, rzuciło bezlitośnie na zwierzęcy poziom i utopiło w nurcie nienawiści oraz braku akceptacji. Może dlatego jest taki oschły? Zimny?
Trzy rude czupryny rodzeństwa – Ginny, Freda i George'a – wręcz płonęły w słabo oświetlonym holu, gdy nachyleni ku sobie dyskutowali, energicznie przy tym gestykulując. Zdawali się za nic mieć przytłaczającą atmosferę, jak gdyby doskonale wiedzieli, że nic złego się nie zdarzy. Jak gdyby nie mając nic przeciwko aparycji Tańczącego, jego pochodzenia czy osobowości. Afirmowali go takiego, jakim jest. Nic więcej.
Nimfadora lustrowała towarzyszy błyszczącym, różowym spojrzeniem, wymachując beztrosko nogami. Usposobienie jej nie zdradzało niepokoju, gdyż radosna dusza była owej emocji pozbawiona. Aurorka po prostu czuła, że młodzieńcowi nic nie zagraża; że prędko wyzdrowieje i znów będzie raczył ich złośliwymi uwagami. Nie mogło być inaczej, inna ścieżka nie istniała. I wydało się to, kim jest – pomyślała zadowolona. – Musi… musi się przekonać, że zasługuje na dobro jak każdy!
Niespodziewanie wydarzyło się coś dziwnego – duży, ciemny kształt wyskoczył zza rogu z charakterystycznym łopotaniem tkaniny i przeskoczył ponad nimi. Poderwali się do pionu zdezorientowani, lecz pazury już zaklekotały o dębowe, polerowane panele, gdy Syriusz podjął dalszą ucieczkę w kierunku salonu. Nie zdążyli otworzyć ust, a zostali wtórnie nawiedzeni – tym razem przez niedawnego rekonwalescenta Bangou.
Huk!
Hari, gnając na złamanie karku za bezczelnym Blackiem, nie wyhamował w porę, czego efektem było zderzenie z najmłodszą latoroślą Molly i Artura. Pod wpływem impetu oboje stracili statyczność i runęli na tych stojących niżej, co doprowadziło do sturlania się chaotycznej plątaniny ciał do podnóża schodów. Panna Granger jęknęła, odpychając łokieć któregoś z bliźniaków wpijający się jej pod żebra, Tonks wybulgotała w wytarty, bury dywanik niezrozumiałą obelgę, Ginny rozmasowała tętniące skronie, zerkając na klnącego niby szewc Raikou. Momentalnie brązowe oczy rozszerzyły się, natrafiwszy na wilcze, urocze w mniemaniu szóstoklasistki uszka.
- Ale śliczne! – wykrzyknęła entuzjastycznie, chwytając je i tarmosząc dziarsko.
Hermiona zamarła z trwogą, dostrzegłszy szalone działania koleżanki. Och, Merlinie, nie mogę na to patrzeć… Zaraz nastąpi apokalipsa! – Lewa brew Tańczącego drgnęła nerwowo, kiedy on sam gromił lodowatym wzrokiem rudowłosą. Po raz drugi dzisiejszego dnia zakłócono mu przestrzeń prywatną, ale w tym wypadku doznanie było intensywniejsze, silniejsze.
- Zgadzam się w stu procentach, siostrzyczko.
- Do twarzy ci w nich!
Oznajmili jednocześnie Fred oraz George, gramoląc się z podłogi i prezentując przy tym rzędy białych zębów. Nie wstrzymywali się z uciechą czy euforią, zerwawszy już w dzieciństwie wszelkie hamulce. Nie baczyli na konsekwencje wygłupów, szczenięcych dowcipów, gdyż ponad karę przekładali wspaniałą zabawę w kompanii z satysfakcją z uzyskanego śmiechu widzów. Jednak obecnie źle trafili – nie znający prostych, najzwyczajniejszych żartów czarnowłosy wziął ich odzywki i przekomarzania za dotkliwe, mające ranić obelgi. Nic w tym dziwnego, skoro zawsze, gdy ujawniała się jego nietypowość zostawał odrzucany przez społeczeństwo, obrzucany podłymi wyzwiskami, poszturchiwany i deptany. Mrużąc ślepia w chłodnym geście, podniósł się i odsunął od nastolatków, słuchając instynktu przestrzegającego przed nowymi ranami na potarganej, sponiewieranej duszy.
- Co tutaj się wyprawia? – zagrzmiał surowy głos Molly, zwabionej do przedpokoju przez hałas wynikający ze spotkania kłębka organizmów z parkietem.
- Nic, mamo – odparł potulnie piegowaty bliźniak i pragnąc rozładować arktyczne gromy dodał: – Urządzamy grupową orgię, żeby…
- Dość! Nie chcę słuchać tych bzdur – przerwała jego wypowiedź rodzicielka, gotując się do długiego, porządnego kazania na temat ich codziennych wyskoków.
Tę chwilę wybrał sobie taktowny Syriusz, wybiegając z salonu wręcz galopem, po czym wpadając do kuchni na pełnych obrotach. Zgromadzeni tam czarodzieje i wojskowi wydali wspólny, zgrany okrzyk na widok ponuraka dzierżącego w pysku Aba majora. Animag, nie zwolniwszy ani odrobinę, wczołgał się pod blat wśród ogólnego gwaru w nadziei, iż mebel ochroni go przed gniewem Hari'ego. Ten, porzucając niewielką grupę z holu, wdarł się do pomieszczenia niby porywisty wiatr zwiastujący tornado. Spekulacje i rozmowy ucichły jak ścięte kataną, nikt nie ważył się odezwać w starciu z iskrzącymi złością szmaragdami. Nie byli na tyle głupi, aby ściągając na siebie wściekłość w najczystszej postaci.
- Zapchlony kundlu, jeżeli sądzisz, że stół powstrzyma mnie przed poderżnięciem ci gardła, to naprawdę jesteś tępym idiotą – syknął Raikou jadowicie, wywołując niekontrolowane, masowe ciarki u zbiorowiska magów i japońskich żołnierzy.
Nie przepadał i nie tolerował naigrywania się z jego przypadłości, a tak właśnie odebrał całe te pomieszane okoliczności. Jakby tego było mało, sprawcą był ktoś, komu… powierzyłby własne istnienie? Co prawda obeznanie z tego typu relacjami międzyludzkimi chwiało się na poziomie niebezpiecznie bliskim zera, lecz podczas tych dób po zakończeniu misji ścigania hybryd zaznał namiastki zaufania, które objawiło się przede wszystkim współpracą w niedawnej bitwie w Hogsmead. Dotąd nie zdarzyło się, aby ofiarował komuś swe bezpieczeństwo, polegał na kimś w tak wysokim zakresie. A teraz Syriusz, którego dopuścił do zaminowanego jestestwa, zgniótł zdobyte zażyłości jak bezużyteczne urzędowe pismo. I to właśnie go… bolało? Ciężkie było dla niego zdefiniowanie zgniatających go wrażeń, porządne zinterpretowanie swojego wnętrza pod natłokiem tak wielu nowości.
Black wymierzył sobie mentalny policzek w samokrytyce, złorzecząc na wrodzoną tępotę, wariackie odruchy i gwałtowność objawiającą się w najmniej sprzyjających realiach. Potężne imadło zgniotło mu krtań, kiedy zobaczył w tęczówkach o barwie świeżej trawy zalążki poczucia zdrady pośród błysków furii. Półgłówek ze mnie! – Wychylił się spod kryjówki, stulając uszy i kajając się w przeprosinach za ten kretyński wybryk. Powinienem, do cholery, przewidzieć jak zareaguje. Z jego oziębłej postawy i małego załamania po pojedynku z kreaturami łatwo wywnioskować, że zawsze robiono mu na złość, upokarzano go i obrażano. Wątpię, aby znał coś tak trywialnego jak niewinny psikus… A my… ja… potraktowaliśmy go nieświadomie jak tamte bydlaki! – Hari wydobył z pokrowca sierpowaty miecz, na którego klindze zatańczyły odbite sylwetki płomyków świec. Żadna z zebranych osób nie dobyła różdżki, żadna z nich nie przezwyciężyła paraliżu wywodzącego się z niedowierzania i nagłego strachu. „On tego nie zrobi!" – powtarzali niczym modlitwę do Boga, znieruchomiali jak bezużyteczne truchła. To było coś odmiennego niż kiedyś, różniące się od zimnego Raikou zabijającego wrogów bez mrugnięcia okiem. Bo choć groził sprzymierzeńcom nader często, kaleczył ich i dźgał nożykami, nigdy nie podniósł na nich najgroźniejszego z ostrz z dostępnego mu repertuaru. Aż do teraz…
- Tańczący, odpuść nam łaskawie naocznego morderstwa – przerwał napiętą, toporną ciszę Mustang, opierający się nonszalancko o framugę. Za nim majaczyły niepewne, nieco bojaźliwe oblicza młodszej braci Zakonu Feniksa. – Jeżeli upuścisz mu choć kroplę krwi, pociągnę cię do odpowiedzialności – dodał pułkownik twardo, gdy podwładny nie kwapił się schować broni.
Raikou, po dłużącym się, ślamazarnym momencie, zniżył niespiesznie klingę, która niedługo potem wsunęła się z chrzęstem z powrotem do pochwy. Obdarzywszy wszystkich kpiącym prychnięciem, zwłaszcza Syriusza, podszedł do okna i przysiadł z godnością na parapecie. Nie upomniał się o szatę, nie wyrwał jej spomiędzy szczęk ponuraka, unosząc się honorem i zamierzając ze ślepą wyniosłością znieść nieprzychylność społeczeństwa. Black, odzyskawszy władzę w kończynach, odłożył jego własność na stół i przemienił się w człowieka. Gdyby Lunio tu był, oberwałoby mi się solidnie. – Na myśl o zamkniętym w jednym z pokoi, umęczonym po pełni wilkołaku zalał go jeszcze dobitniejszy wstyd.
Błysk…
Ogień w palenisku zabarwił się na kolor avady, zaś spomiędzy wijących się, skręcających jęzorów wyszli po kolei: Albus, Minerwa, Moody oraz Maes. Zatrzymali się natychmiast ze zdumieniem, porażeni posępną, grobową głuszą oraz wiszącym w powietrzu nieprzyjaznym lękiem. Hughes poczochrał krótkie kosmyki, niezbyt lubując się w takich klimatach.
- Coś nas ominęło? – zapytał z rozbrajającym uśmiechem, odstąpiwszy od bezczynnej postawy.
Nie umknęło mu to, że major pozbawiony był wierzchniego okrycia. Ani to, że znajdowało się ono na blacie, z dala od zasięgu młodzieńca. Ani też to, że gospodarz kręcił się niespokojnie, przyjmując skruszoną postawę. Ostrzegawcza żaróweczka rozświetliła klarownie wątpliwości, czyniąc z nagabywania rzecz zbędną.
- Małe nieporozumienie – odparł stoickim tonem Roy, zarabiając tym sposobem sceptyczne, osłupiałe spojrzenia. Zignorowawszy je, zajął przypisane mu miejsce bez dalszych wyjaśnień.
- Moi drodzy – powiedział raźnie Dumbledore, wskazując wolne krzesła tylko czekające na to, aż ktoś raczy na nich usiąść.
Krótkotrwała konsternacja zakończyła się szuraniem drewnianych nóg o podłogę i cichym kliknięciem zamka w drzwiach. Bliźniacy, trochę pokorniejsi, przycupnęli jak najbliżej hybrydy, kierując się głównie ciekawością i zainteresowaniem. Ginny, Hermiona oraz Tonks za to, bazując na praktyce i autopsji, wolały pozostać niedaleko wyjścia w razie potrzeby ewakuacji.
- Wysłałem już grupę tropiącą za Tomem – rozpoczął dyrektor, opierając swym zwyczajem podbródek na złączonych dłoniach. – Wasi synowie, Bill i Charlie, niezwykle chętnie się do niej zgłosili – zwrócił się do państwa Weasley, którzy na to oświadczenie poczuli zarówno dumę z dzieci, lecz i niepokój.
- Nadają się do tego jak mało kto – rzekł Fred, pusząc się, jakoby to on podjął się wyzwania ścigania Lorda.
- Właśnie! Łamacz zaklęć mogący rozprawić się z barierami gadziny…
- … i znawca smoków, wiedzący jak poradzić sobie ze skrzydlatym wierzchowcem!
Rudowłosi przybili piątki w triumfie, nie przejmując się wagą sytuacji i możliwymi zagrożeniami. Snape skwitował to szyderczym grymasem, dziwiąc się, że ci dwaj ekscentryczni kawalarze przetrwali tyle lat i nie pochłonęła ich wojna. Ani ich nadmiernego poczucia humoru. Idioci.
- Zgadzam się – przytaknął Alastor, który przeważnie skąpił nawet tak mizernych pochwał.
Respektował umiejętności najstarszych z rodzeństwa, gdyż niejednokrotnie ratowały one aurorskie drużyny z gorących, palących tarapatów. I to głównie dzięki notatkom Billa Remus zdołał skonstruować właściwe zaklęcie przeciw piekielnemu oddechowi łuskowatego monstrum.
- Teraz pozostaje nam jedynie dowiedzieć się, co Sami-Wiecie-Kto pragnie osiągnąć poprzez nimfę – westchnęła McGonagall, nie kłopocząc się poprawieniem rozczochranego przez pośpiech koka. Zbyt wiele się działo, zbyt wiele musieli uzgodnić i omówić, aby przejmować się czymś tak nieistotnym.
- Nereidę – poprawił ją odruchowo Hari, wyglądając bez zainteresowania przez szybę na pustą ulicę. Mustang, i nie tylko on, zlustrował go uważnie, nachalnie.
- A ty skąd ją znasz, co, Tańczący? – zażądał wytłumaczenia, tym razem nie odpuszczając tak łatwo.
- Napatoczyła się podczas spacerku, Zapałko – odpowiedział zjadliwie Raikou, nie wykazując jakichkolwiek chęci do spowiedzi przełożonemu.
Zebrani z tremą obserwowali zmagania dwóch wytrwałych, różnych temperamentów – jednego porównywalnego do rozhulanej pożogi, drugiego będącego uosobieniem syberyjskiego chłodu. Panna Granger wyprostowała się wtem, lekceważąc milczący spór. Olśnienie napadło ją gwałtownie, gdy przypomniała sobie poszukiwania w Zakazanym Lesie Wilka. To ta zielonowłosa, drobna istotka pomogła mu wtedy wybrnąć z opałów! Uratowała go!
- To co z nimfą? Dyrektorze? – Tonks klasnęła, wyrywając wszystkich z transu i powodując nerwowe podskoczenie części z nich.
- Nie wiadomo o niej zbyt wiele. Była więźniem Hogwartu przez wiele wieków, więc wszelkie dane o niej przepadły setki lat temu – wyjaśnił Albus cierpliwie, będąc nieliczną osobą, na którą nie wpływało zachowanie Tańczącego.
- Może ten bachor, skoro taki obeznany w temacie, uchyli rąbka tajemnicy – zabrał głos Moody, kierując pobliźniony, pobrużdżony palec na młodzieńca. Nie trzeba było się wysilać, aby odczytać i zauważyć jego wręcz namacalną niechęć do hybrydy.
Nimfadora załamała ręce nad temperamentem kolegi po fachu, jak inni oczekując ostrych słów od Hari'ego. Nic takiego jednak się nie stało, gdyż Raikou ograniczył się do wykrzywienia ironicznie ust i zgromienia chłodem mężczyzny. Miał największą ochotę milczeć, robiąc na złość zarozumiałemu starcowi, lecz ponaglające pstryknięcie zwróciło jego uwagę na pułkownika. Przekonajmy się, jak zareaguje.
- Gwiaździstego Smoka znajdziesz tam, gdzie królują Srebrne Lwy – zacytował powoli, akcentując w szczególności ostatnią parę wyrazów.
Opłacało się. Zdecydowanie – pomyślał z pełnym zadowoleniem, dojrzawszy poruszenie wśród wojskowych i niezrozumienie w oczach czarodziei. Przez zamieszanie żadne z obecnych nie zarejestrowało objawienia spływającego na podekscytowaną Hermionę, zaś słowa wypowiedziane przez Płomiennego odwróciły ich uwagę całkowicie.
- Zamierzasz wrócić do domu, Tańczący?
*Koko-wa doko? - dosłownie: "To jest gdzie?", potocznie: "Gdzie ja jestem?".
*Nani-ga okot... - "Co się stał..."
*Kuracjusz - pacjent.
